Dawno nie pisałam jak pielęgnuję moje włosy więc czas to nadrobić. Jestem posiadaczką włosów cienkich i rzadkich a moją największą bolączką na chwilę obecną jest ich wypadanie. Kłaki lecą garściami i mimo, że odrobinę udało mi się już to ograniczyć to i tak dobrze nie jest
a i kolejny etap lecących włosów mnie czeka bo ostatnie dni do najlepszych niestety nie należą. Wypadanie w moim przypadku praktycznie zawsze spowodowane jest wzmożonym stresem.
A w związku z faktem, że oprócz rzeczy poważnych i ważnych potrafię stresować się każdą pierdołą boję się, że za lat parę będę łysa jak kolano. Dziś o produktach, którymi walczę o każdy włos słów kilka. Za jakiś czas zaczną pojawiać się konkretne recenzje.
Parę tygodni temu przestałam myć włosy codziennie. Wynikało to głównie z lenistwa i mojego umiłowania do noszenia związanych włosów. W przypadku kucyka mogę olać fakt, że moje włosy są totalnie przyklapnięte i udawać, że tak ma być. Jeśli mowa o szamponach jakie używam najczęściej jest to totalna loteria. Zakładam, że szampon ma myć i nie robić mi krzywdy. Ostatnio na co dzień sięgam po
szampon oczyszczający Yves Rocher (bez SLS), z którego zadowolona niestety jestem średnio. Myć myje ale od szamponu stricte oczyszczającego śmiem wymagać trochę więcej no i zniechęca mnie do niego paskudny zapach świeżego soku z pokrzywy. Brrr... Drugim szamponem jest mój
szampon ratunkowy z Evy Naturii dedykowany włosom z tendencją do łupieżu. To typowy
rypacz, który oczyszcza włosy i skórę głowy jak marzenie jednocześnie w porównaniu do innych tego typu produktów nie przesusza i praktycznie nie plącze włosów. To już moja druga butelka i na pewno zostanie ze mną na dłużej, doczekał się też już odrębnej
recenzji. Produktem numer trzy jest nowość, którą użyłam zaledwie dwa czy trzy razy mianowicie
szampon przeciw wypadaniu włosów Ziaja, którym pokusiła mnie
Gosia. Pierwsze wrażenia mam niestety nienajlepsze ale dam mu szansę gdy tylko zużyję pozycję numer jeden i zacznę go używać do każdego mycia (jak zaleca producent) a nie od czasu do czasu co robię na chwilę obecną. Jestem bardzo ciekawa czy faktycznie pomoże mi w opanowaniu wypadania.
Od długich miesięcy moje sianko ogarniam przy pomocy
masek Kallosa, które używam zamiast typowych odżywek do spłukiwania. Kallosy są tanie i wielkie co dla osoby, która tak jak ja musi tego typu produktu użyć dużo, żeby rozczesać włosy jest niewątpliwym plusem. Obecnie męczę wersję
Blueberry. Nie jestem z niej niestety niezadowolona i podobnie jak wersja Algae z pewnością nie zagości u mnie ponownie. O ile maski używam przy każdym myciu tak odżyki bez spłukiwania (u mnie
błyskawiczna Marion) niekoniecznie. Nie, żebym nie była z niej zadowolona bo jak najbardziej jestem jednak cóż, często po prostu o niej zapominam albo po prostu mi się nie chce. Nie zmienia to jednak faktu, że
psikadła z Marion uważam, za lepsze od Gliss Kur, które to używałam w przeszłości i to właśnie po nie będę sięgać gdy produktu tego typu będę potrzebować.
Z wypadaniem oprócz suplementacji (o czym za chwilę) walczę przede wszystkim przy pomocy
toniku z Bani Agafii. Jest to produkt o konsystencji wody, który należy aplikować na skórę głowy po każdym umyciu. Jeśli mowa o pierwszych efektach - są. Nie spektakularne ale faktycznie włosów leci jakby mniej. Dodatkowo muszę wspomnieć, że ten kosmetyk jest bardzo komfortowy w użytkowaniu - nie przetłuszcza, nie wysusza, nie obciąża. Dla wygody przelałam go jednak do opakowania z psikadłem. Drugim produktem jest
olejek odbudowujący Yves Rocher, który oprócz na włosy nakładam też na skalp. Zawiera on w swoim składzie olej rycynowy znany ze swoich właściwości. Sięgam niestety po niego stosunkowo rzadko (zazwyczaj raz w tygodniu) i od niezbyt długiego czasu więc trudno mówić mi o jakichś większych efektach w przypadku skóry głowy jednak moje włosy na długości niekoniecznie z taką mieszanką olei się lubią. Szkoda.
Ostatnie produkty to totalny misz-masz.
Olejek z Isany używam do końcówek i lubię go bardzo. Jest lekki przez co nie obciąża jednak nie muszę go reaplikować jak było w przypadku kuracji z olejkiem arganowym Marion. Ma wygodną pompkę, niską cenę za pojemność nie do zużycia i genialny zapach. Kolejno
płukanka octowa z Yves Rocher. Tyle dobrego na jej temat przeczytałam, ze musiałam ją mieć jednak zakupu żałuję ze względu na brak jakichkolwiek efektów na moich włosach. Cieszę się, że kupiłam ją za ułamek ceny regularnej. Ostatnim produktem jest
puder Babydream, do którego z podkulonym ogonem wróciłam po mojej przygodzie z suchymi szamponami (Batiste, HairUp). Może nie jest tak wygodny jak one (chociaż nie jest zbyt problematyczny) jednak dorównuje im efektem mając jednocześnie przyjemniejszy i prostszy skład. No i niesamowitą wydajność co przy śmiesznie niskiej cenie tworzy produkt śmiem rzec idealny.
Jak wcześniej wspominałam wspomagam się też suplementem diety, jaki otrzymałam od firmy
Oleofarm. Nie jestem fanką suplementów jako takich głównie ze względu na fakt, że nigdy nie potrafiłam być systematyczna ich przyjmowaniu. Tym razem jednak się zawzięłam i wczoraj wykończyłam pierwsze (z trzech) opakowań. Trudno mi jeszcze wypowiadać się na temat efektów tak mam wrażenie, że
Skrzypolen ma całkiem niezłe działanie na moją skórę bo mimo odstawienia produktów z kwasami, jest ona nadal w świetnej formie. Mam nadzieję, że włosy też odczują różnicę.
I to by było na tyle. Muszę przyznać, że gdy tylko zauważyłam, że znów gubię włosy planowałam sięgnąć po drożdżową maskę z Bani Agafii oraz
olejek łopianowy z olejkiem z drzewa herbacianego z Green Pharmacy. O pierwszym produkcie czytałam wiele dobrego, drugi uratował mi
tyłek włosy poprzedniego razu jednak wygrał rozsądek. Na produkt babuszkowy skuszę się przy okazji kolejnych rosyjskich zakupów gdy nazbiera mi się więcej chciejstw a olejek GP wymaga jednak systematyczności co za tym idzie i czasu, z którym u mnie ciężko.
Znacie któryś z wymienionych kosmetyków? Jak się sprawdził?
A może polecicie mi jakieś cuda na wypadanie?