niedziela, 21 stycznia 2018

Tretynoina bez recepty | MEDIQ SKIN PLUS | żel punktowy do cery trądzikowej

   Nie posiadam typowej skóry trądzikowej. Posiada ona jednak swoje kaprysy. I o ile nauczyłam się dobierać do swojej pielęgnacji kosmetyki, które pozwalają mi na co dzień cieszyć się względnie gładką skórą tak czasami lubię jej dać w kość i dołączyć do mojej pielęgnacji kwasy. Tym razem zafundowałam sobie kurację nie tylko kwasem a korzystając z rozwoju przemysłu kosmetycznego* sięgnęłam po combo z tretynoiną. Moja opinia bazuje na kilku ładnych miesiącach mojej współpracy z tym preparatem (zaczęłam we wrześniu). Od razu jednak wspomnę (a później rozwinę dlaczego) nie stosowałam tego cuda systematycznie. Ciekawi? Zapraszam na recenzję.

* o ile mogę tak powiedzieć, produkt na zdjęciu to wyrób medyczny


   Preparat Mediq Skin Plus to wyrób medyczny dostępny wyłącznie w aptekach. Mimo zawartości tretynoiny kupicie go jednak bez recepty. Pojemność butli to 30 ml, na chwilę obecną w sieci cena oscyluje w granicach 33 zł. Nie jest to kwota wygórowana, dodatkowo trochę potaniał bo niemal pół roku temu co nie które apteki życzyły sobie za niego dwie dyszki więcej.

  Opakowanie to higieniczne opakowanie z pompką. Inteligentną pompką na dodatek. Jeśli zastanawiacie się ile kosmetyku powinniście nałożyć to opakowanie rozwieje wasze wątpliwości i wypluje z siebie ilość, która będzie Wam potrzebna. Niby nic ale takie ułatwienie w przypadku tak silnie działających substancji to niewątpliwy plus. Zawartość to półpłynny żel, który pozostawia na skórze delikatna powłoczkę.


   Produkt ten bazuje na: tretynoinie, kwasu glikolowym i klindamycynie. Brzmi poważnie i trochę tak jest. Szczególnie jeśli weźmiecie ze mnie przykład i będziecie używać go na całą twarz a nie punktowo jak zaleca producent (co przy retinolu jest ciut bez sensu). Ja, jeśli o jego właściwościach mowa, liczyłam przede wszystkim na rozjaśnienie przebarwień, oczyszczenie i wygładzenie skóry.

   Nie przeliczyłam się. Po przeżyciu wylinki widziałam u siebie zdecydowaną poprawę. Na skórze niemal zupełnie przestały pojawiać się drobne niedoskonałości, pory wydawały się być przyjemnie zwężone (szczególnie na czole i brodzie). Posądzam go również o zmniejszenie wydzielania sebum w strefie T. Mam jednak wrażenie, że nie do końca poradził sobie z przebarwieniami i znam produkty mniej inwazyjne, które pomagają mi ogarnąć ten temat skuteczniej.

   Co mnie do niego zniechęca? Silna wylinka. Zazwyczaj na trzeci dzień po jego użyciu miałam ochotę zaszyć się w domu bo skóra schodziła mi płatami, szczególnie w okolicach ust i skrzydełek nosa. Ratowałam się peelingami, mimo wszystko, skóra musiała dojść do siebie i zrzucić co zrzucić miała i same peelingi były nie dość efektywne. Ratowałam się też kosmetykami silnie nawilżającymi i natłuszczającymi (Lanomaść Ziaja to dobro!) żeby nie mieć większych oporów przed wyjściem do ludzi jednak dla osób, które nie mają komfortu by na czas kuracji nie pokazywać się światu a stan skóry przed jest lepszy niż ten w czasie łuszczenia może być słabo jak w moim przypadku. To głównie sprawiło, że sięgałam po ten produkt mniej więcej raz w tygodniu (lub rzadziej) wyliczając dni wolne na czas najintensywniejszego zrzucania skóry ;) Zauważyłam też uwrażliwienie skóry ale na to akurat byłam przygotowana. Nie będę jednak skutków ubocznych traktować jako wadę tego żelu, chyba każdy w miarę ogarnięty człowiek widząc skład wie, na co się pisze. 


   Konkluzja? To dobry produkt o bardzo efektownym działaniu jednak... nie koniecznie dla mnie. Nie twierdzę, że w przyszłości po niego nie sięgnę ze względu na satysfakcjonujące rezultaty jednak komfort jego używania (a raczej jego brak) i względnie dobry stan mojej skóry 'na co dzień' sprawiają, że celować będę w mniej inwazyjne dla skóry kosmetyki.

   W przypadku korzystania z tego żelu nie zapomnijcie o filtrach! A jeśli potrzebujecie rozwinięcia tEmatu ponad moje wrażenia czysto użytkowe kosmostolog rozwinęła temat działania tego produktu dogłębnie więc zajrzyjcie na jej bloga koniecznie!
Czytaj dalej »

czwartek, 18 stycznia 2018

NOWOŚCI grudnia 2017 | część druga

    Grudzień to zdecydowanie jeden z tych miesięcy gdy co roku rzucam się w niepohamowany wir zakupów. Dlatego dziś pora na drugą już część moich nowości. Pierwszą możecie zobaczyć TUTAJ. Tym razem odrobinę skromniej pod względem ilości jednak mam Wam do pokazania sporo interesujących kosmetyków :)


   Zakupy na azjatycką nutę. Zaopatrzyłam się w spory zapas masek w płacie Herb in nude marki Missha. Nie jestem ogromną fanką tego typu kosmetyków ale stwierdziłam, że warto dać im szansę po raz kolejny. Również dlatego, że trafiły mi się w baaardzo okazyjnej cenie (poniżej 3 zł za sztukę). Postanowiłam też wypróbować mi też wcześniej nie znane azjatyckie kosmetyki czyli balsam do demakijażu Deep Clear Missha i piankę  marki Pure Heal's. Kupiłam je w Kontigo za ułamek cen regularnych, szczególnie tanio udało mi się złapać piankę - za około 15 zł przy regularnej cenie 80 zł.


   Tutaj też kosmetyki do twarzy, tym razem naturalne, produkcji rodzimej. Pierwszy: krem pod oczy z marakują Make Me Bio używam regularnie od momentu zakupu i zapowiada się na ulubieńca. Szalenie podoba mi się jego treściwa formuła i dobre właściwości nawilżające. Olejek do demakijażu MySuperSkin MIYA za to od pierwszego użycia mnie nie zachwycił. Jak bardzo lubię olejek Vianka tak ten wydaje mi się być niewystarczająco skuteczny. Aczkolwiek dam mu jeszcze szansę zanim skreślę go na dobre.

 
     Peelingi Biolove. Wariant truskawkowy doczekał się już mojego komentarza i zdążył już (a to niespodzianka...) dobić dna. Na obecną chwilę używam wersję wiśnia&wanilia i muszę przyznać, że wypada względem poprzednika o niebo lepiej. Utwierdza mnie to tylko w przekonaniu, że w przypadku tej marki trzeba 'trafić'.


   Ciąg dalszy Nacomi dla Kontigo. Musy do ciała Biolove interesowały mnie już od dłuższej chwili. Używam ciasteczkowy i jestem nim totaaalnie zauroczna *-* Malinka jeszcze czeka na użycie mam jednak nadzieję, że pachnie jednak lepiej niż malinowy krem do rąk, który działa ale aromatem zdecydowanie nie powala :(
Czytaj dalej »

niedziela, 14 stycznia 2018

ILE KOSMETYKÓW ZUŻYŁAM W CIĄGU 2017 ROKU ? | Projekt Denko w liczbach

Gdy opublikowałam na blogu moje zbiory kosmetyczne padły komentarze, że zapasów mam... do końca życia. Pragnę Was poinformować, że go grobu jeszcze się nie wybieram :D Przychodzę więc do Was z rocznym podsumowanie moich kosmetycznych zużyć i krótkiej refleksji.

➤ W 2017 roku zużyłam 189 kosmetyków do szeroko pojętej pielęgnacji.
➤ Co daje średnią 15.75 sztuki na miesiąc.
➤ Nie zużywam jednak kosmetyków 'regularnie' najmniejsze denko tego roku to zaledwie pięć kosmetyków, największe aż 23 (kolejno luty i grudzień).
➤ Skończyłam 64 kosmetyki do pielęgnacji twarzy, 51 do włosów i 74 do ciała.
➤ Marki po które sięgałam najczęściej to zdecydowanie Vianek, Iceveda i Lirene

PIELĘGNACJA TWARZY (64 kosmetyki)

Ilość produktów do demakijażu może być dla niektórych zaskakująca (było ich aż 17) ale nie dość, że preferuję dwu, trzy etapowe oczyszczanie skóry to często płyny micelarne używam również do 'mycia' twarzy rano. 
。W zużyciach pojawiły się tylko dwa kremy pod oczy. Mało. Ale jeden dobiłam na początku stycznia a końcówkę kolejnego oddałam w lepsze ręce.
。Zużyłam taką samą ilość peelingów i masek - zależność wynika z tego, że zazwyczaj używam je tego samego dnia ;) Było ich po siedem sztuk. Myślę tu o kosmetykach pełnowymiarowych. Saszetek do swojego bilansu nie wrzucam.
。Dobiłam dna w siedmiu kremach do twarzy. Wiem, że dla niektórych to ilość 'nie do pokonania' ja jednak stosuję je również na szyję i dekolt. Chociaż w tym roku (niestety) nie byłam w tym zbyt systematyczna. W poprzednim roku pokonałam trzy (pięć?) kremy więcej ;)

PIELĘGNACJA WŁOSÓW (51 kosmetyków)

。Zużywam szampony na litry ;) W tym roku dna dobiło aż 16 butelek! Przyczyna jest jednak prosta - myję głowę codziennie.
。Wykończyłam aż siedem kosmetyków do stylizacji włosów co jest dla mnie niemałym zaskoczeniem i muszę przyznać, że na dobre zaprzyjaźniłam się już z lakierami do włosów.
。Dna dobiły tylko cztery kosmetyki do olejowania. Niewiele (bo jestem w tym systematyczna) ale wynik zaniżył mi fakt, że zazwyczaj olejuję włosy czym popadnie czyli... kosmetykami do pielęgnacji ciała.

PIELĘGNACJA CIAŁA (74 kosmetyki)

。Jeśli zastanawiacie się jakim cudem zużyłam 27 żeli pod prysznic spieszę z wyjaśnieniem. Po pierwsze, to jedyny typ produktu, którego nie używam sama więc zużycie można by podzielić na dwa ;) Po drugie - od zawsze produkty do mycia ciała (te słabsze w szczególności) używam jako mydło do rąk, płyn do kąpieli, środek do mycia wanny/umywalki czy do prania ręcznego. Dodatkowo mamy tak duży rozstrzał pojemności, że ilość w sztukach jest mocno nieszczegółowa ale wybaczcie, nie będę ich liczyć co do mililitra. 
Osiemnaście balsamów, kremów, maseł czy olejków do ciała najlepiej (albo najgorzej :<) świadczy o moich problemach z wiecznie suchą skórą. Podobnie jak wykończonych dziewięć kremów do rąk czy jedenaście peelingów (w tym do stóp).
。Niespodzianką są dla mnie tylko trzy kremy do stóp. Mam nawyk ich nawilżania ale... używałam w zeszłym roku głównie mój ukochany krem Lirene więc mogłam sobie pozwolić na używanie go  dwa razy w tygodniu a skóra i tak była w świetnej formie. Wspominałam, że go kocham? :D


Jestem ciekawa jak to wygląda u Was?
Jeśli dzieliłyście się swoimi podsumowaniami na blogach to koniecznie dajcie znać!
Czytaj dalej »

środa, 10 stycznia 2018

Borówkowe LOVE | BIOLOVE | pianka myjąco-peelingująca i lekkie masło do ciała

   W posiadanie miliona kosmetyków marki Biolove (Nacomi dla Kontigo) weszłam... przypadkiem. Bo i przypadkiem pojawiły się na nie ogromne rabaty a ja nie mogłam się im oprzeć. Wiecie, życie. Spora ich gromadka poszła już w ruch a dziś zapraszam Was na recenzję nieziemsko pachnącego, borówkowego duetu myjąco-zdzierająco-pielęgnacyjnego. Bardzo udanego duetu tak swoją drogą.


   Pianka myjąco-peelingująca w cenie regularnej kosztuje bagatela 25 zł za 150 ml. To niewiele. O pojemności mówię. Cena jest wygórowana patrząc na żenującą wydajność tego produktu (o czym za chwilę) i gdybym kupiła ją w cenie regularnej pomijając wszystkie jej zalety byłabym pewnie mocno wkurzona. Ale nie ukrywam, jestem skąpcem i albo kupuję na promocjach (oba kosmetyki kosztowały mnie po 7 zł za sztukę) albo odpuszczam. 

    Opakowanie obu tych (i sporej większości) produktów to klasyczne plastikowe słoiki ze spójną, przyjemną szatą graficzną. Funkcjonalne, wygodne, praktyczne. Absolutnie nie mam się do czego przyczepić.

   Jak coś jest do wszystkiego to jest do... o dziwo, nie zawsze! Pianka ma formułę gęstego, treściwego musu z grubymi drobinami cukru. Po zatopieniu w niej paluchów nie zmienia swojej konsystencji, w czasie nakładania na skórę wydaje się być przyjemnie kremowa. Działanie myjące ma na najwyższym poziomie, złuszczające też ale... żeby się dobrze pozdzierać trzeba użyć jej solidnej porcji by drobin cukru było na tyle dużo, by miały szansę zadziałać. Jednocześnie to świetny produkt pielęgnacyjny. Pięknie nawilża, wygładza i zmiękcza skórę. Bo użyciu tego myjadła jestem w stanie zapomnieć o balsamie co... w sumie to mi nie się zdarza bo skórę okresowo miewam suchą a na co dzień suchą jak wiór. 


    Lekkie masło do ciała to nic innego jak przyjemny, treściwy krem. Co zmyłką jest sporą bo gdy tylko to kremidło poczuje ciepło skóry zmienia się w lekki, płynny olejek. Tłusty, i owszem ale nadal lekki i delikatny. Nie lepi się, nie klei i (co najważniejsze) nie brudzi ubrań.

   Działanie pielęgnacyjne raczej nikogo nie zdziwi. To produkt o właściwościach natłuszczających, wygładzających i ponoć uelastyczniających skórę. Tego ostatniego nie oceniam, bo stosuję zamiennie kilka kosmetyków i nie jestem w stanie tego d(ocenić). Jego lekkość jednak klasyfikuje go u mnie w kategorii 'kosmetyk na ciepłe miesiące'. Zapach?! O jeżu. Niech nie zwiedzie Was lekko plastikowy aromat wydobywający się z opakowania, gdy wsadzicie w nie nos. To nie plastik, to mocna koncentracja substancji zapachowej (memu nosowi) robi żarty. Na skórze oba te kosmetyki pachną intensywną, słodką, wręcz upojną borówką prosto z krzaka.

   Cena podobnie jak w przypadku pianki to 25 zł za 150 ml. Sporo ale w przypadków kosmetyków pielęgnacyjnych żal pieniędzy mi mniej ;)





Czytaj dalej »

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Róża bez sensu | BIELENDA Rose Care | Olejek różany do mycia twarzy

Prosty jestem człowiek. I często kosmetycznych producentów nie rozumiem. Dziś o olejku do demakijażu, który teoretycznie olejkiem do demakijażu nie jest. Kto czytał etykietę tego cuda ten wie, o czym myślę ;)


   Olejki myjące czyli te z emulgatorem nie należą do mojej ulubionej metody demakijażu. Zdecydowanie preferuję czyste mieszanki olejowe do czego doszła metodą prób i błędów. Nie zmienia to jednak faktu, że i takie w mojej pielęgnacji goszczą. Bielenda pokusiła mnie niewygórowaną ceną, obietnicą różanego zapachu i moją względną sympatią do marki. 

➪ Produkt przeznaczony do pielęgnacji skóry wrażliwej.
➪ Posiada formułę lekkiego, hydrofilowego olejku.
➪ Nie zawiera SLS i SLeS.
➪ Cena to około 15-20 zł za 140 ml.
➪ Ma wyraźny różany, jednak niedrażniący zapach.

   Metoda aplikacji. Przywykłam do nakładania tego typu olejków suchymi dłońmi na suchą skórę. Jakie było moje zaskoczenie gdy w instrukcji obsługi tego cuda wyczytałam by robić to 'na morko'. Spróbowałam. Wrażenia? Hm. No nie. Nadaje się to to do odświeżenia skóry rano jednak traci cały potencjał jaki dają oleje jeśli o rozpuszczaniu makijażu mowa. Używałam więc go po swojemu. I tutaj jego moc była dla mnie odpowiednia - dawał sobie radę z moim codziennym makijażem (niewodoodpornym) bez większego problemu.


   Z emulgatorami w tego typu produktach mam problem. A raczej mają z nimi problem moje oczy. Pojawia się podrażnienie, przesuszenie, uczucie piachu pod powiekami. W przypadku tego olejku było całkiem nieźle - dyskomfort był niewielki, nie uprzykrzał życia ale podobnego olejku z Vichy zdecydowanie nie pobił. 

   Ciekawostka. Olejek jest ważny zaledwie przez dwa miesiące od otwarcia. I nie wiem czy to kwestia tego czy faktu, że przelałam olejek do opakowania zastępczego (zepsuta pompka) tak  po tym czasie produkt widocznie zmętniał i nie miałam odwagi już aplikować go na twarz. Więc jeśli poczujecie się skuszeni to warto zwrócić uwagę by używać go systematycznie i nie odkładać 'na potem'.


Czytaj dalej »

sobota, 6 stycznia 2018

Moje ZBIORY KOSMETYCZNE 2018 | sto trzydzieści sztuk pielęgnacji

   Niech tradycji stanie się zadość i na blogu zagości mój coroczny stan posiadania na początek roku. Tak, wiem, jest tego dużo! Nadal (naiwnie) wychodzę z założenia, że nadejdzie taki czas.... wiecie, że poskromię moje zapędy do kupowania wszystkich chciejstw 'na już'. Niemniej pielęgnacja jest jedyną sferą mojego (nie tylko kosmetycznego) życia gdzie mnie ponosi więc... nie jest źle. Powtórzę jednak, że nazwa bloga nie wzięła się znikąd (powtarzam to jak mantrę od paru lat :D) więc nie bądźcie zdziwieni ;)

Niech scroll będzie z Wami!

*demakijaż*

 *mycie twarzy*

 *toniki, esencje*

 *esencje, sera, żele*

 *kremy do twarzy i pod oczy*


 *peelingi, maski, produkty do ust*

*szampony*

*szampony*

*odżywki*

*odżywki*

*maski*

*wcieka, serum, odżywki bez spłukiwania*

*peelingi, płyny, żele*

*żele pod prysznic*

*żele pod prysznic*

*żele pod prysznic*

*kremy do rąk i stóp*

*oleje, masła*

*masła, balsamy*

*balsamy i inne*

Czytaj dalej »

czwartek, 4 stycznia 2018

Jestem na nie #1 2018 | Iceveda, Biolove, Organic Shop, Isana, Nivea, Avon, Farmona

   Chyba jak każdy lubię pisać o moich kosmetycznych perełkach. Nawet i o średniakach czy bublach, jeśli mam coś więcej do powiedzenia na ich temat. Jest jednak grupa kosmetyków o których nie piszę. To zazwyczaj te produkty na których recenzję szkoda mi czasu i wysiłku. Bo albo oddaje je w lepsze ręce albo co najwyżej wspominam o nich słów kilka przy okazji postów z denkiem jeśli koniec końców sama je zużywam. Stwierdziłam więc, że najlepszym rozwiązaniem (by milczeniem ich nie pomijać) będzie zbieranie takich gagatków i publikowanie im recenzji zbiorczych.

   Podejrzewam, że każdy o tym wie jednak po raz kolejny uczulić pragnę iż opinie, które na temat kosmetyków wydaje są moje własne i to, że produkt X nie pasuje mi, nie znaczy, że nie będzie pasował Wam :) Nie zmienia to jednak faktu, że poniższe produkty zdecydowanie mojego serca (z różnych względów) nie zdobyły.

    Peeling do ciała Biolove. Mam lekkie wyrzuty sumienia wrzucając go do tego posta. Wiecie, sama natura, niedrogo zdobyta (5 zł?) ale żenująca wydajność plus cena regularna wynosząca blisko dwie dychy to lekkie przegięcie. Skład ma piękny, drobiny cukru w olejowej bazie, czego chcieć więcej? Zdzierania. Nie wiem o co chodzi ale drobinki w tymże kosmetyku rozpuszczają się w tempie błyskawicy. Trzy machnięcia dłonią a na skórze zostaje sam olej. I tak do skutku. I tym sposobem 100 ml wystarczyło mi na dwukrotne użycie... Fakt, skóra po tym zabiegu była miękka, gładka, pachnąca (truskawkowa guma Maoam *-*) ale wcale nie poczułam zachęcona się do powrotu (pomijam fakt, że zanim go użyłam kupiłam kolejne cztery). Jak żyć ja się pytam. Chyba, że to ja nie umiem w ten peeling co też biorę pod uwagę.

   W temacie tej samej marki - masło do ust Biolove. O tym, że z kosmetykami ochronnymi do ust mam problem i większość u mnie nie działa piszę często. To najlepszy przykład takie produktu. Używam a po dwóch minutach mogę go nakładać od nowa. Pomijam kwestię niehigienicznego opakowania (widziałam co brałam) to przyczepię się jeszcze do zapachu. Biolove umie w zapachy ale tu coś nie pykło i zalatuje sztucznością. Jest też niesmaczne. Składowo znowu rewelacja więc zdążył am już je upłynnić i stuningować nim krem do stóp. Brawo ja.

    Szampon. Kosmetyk do włosów do którego to wyboru przykładam sporą uwagę. Mam kapryśną skórę głowy i trzy, cienkie włosy na krzyż. Na dodatek z uporem maniaka myję głowę codziennie. Potrzebuję więc produktów jednocześnie dobrze oczyszczających i delikatnych. Szampon z płucnicą islandzką i amlą Iceveda to nie był dobry wybór. Ma przyjemną, dość gęstą konsystencję i specyficzny, słodki, ziołowy zapach. Niestety, obciąża moje włosy. Gdy używam go zamiennie z czymś innym daje radę jednak stosowany solo po paru dniach funduje mi spory przyklap. Plus uczucie niedomycia skóry głowy. Używam. Mozolnie. Aczkolwiek zdecydowanie powrotu do niego sobie nie wróżę. 

   Podobnie zresztą w przypadku micelarnego, wzmacniającego szamponu Nivea. Problem z nim mam taki, że użyłam go dwa razy i swędziała mnie po nim skóra głowy okrutnie. O dziwo, moja mama jest z niego bardzo zadowolona. Szampon myje, włosy po jego użyciu są miękkie i dobrze się rozczesują. Ale, jak sami rozumiecie, nie jest to kosmetyk dla mnie.

   Nadal nie wiem co mnie podkusiło, żeby kupić wielki (150 ml!) krem do stóp Foot Works Avon. Kupiłam i mam. I nawet próbuję go systematycznie używać ale męczę się z nim strasznie. Bo nie działa. Miał regenerować a zawarte w nim kwasy AHA złuszczać naskórek. Trochę złuszczają, fakt. Ale w tych miejscach gdzie łuszczenie jest mi średnio potrzebne (środek, krawędzie stopy). Regenerować za to nie regeneruje wcale. Nawet nie nawilża. Używam go, bo nadal liczę, że miło mnie rozczaruje ale coś czuję, że się przeliczę.

   Podobny zakup z gatunku - tanio i dużo - krem do ciała Isana. Z jakiejś letniej limitowanki. Sam krem nie jest zły. Szybko się wchłania, coś tam nawilża, nie pozostawia po sobie nieprzyjemnej warstwy na skórze. Wierzę, że ma swoich zwolenników. Dla mnie niestety nie dość, że jest zbyt lekki to na dodatek męczy mnie jego sztuczny i chemiczny zapach miodu. Męczył znaczy bo wydać w inne ręce go postanowiłam. Szału nie ma słowem jednym. 

   Wtopy kąpielowe czas start. Piana do kąpieli Organic Shop straszy mnie swoim wielkim słojem już od dłuższego czasu i poważnie planuje ją wykończyć ale... nie za bardzo chce mi się po nią sięgać jak mam być szczera. 'Relaksujący zapach organicznej truskawki i kokosa' to dość mdły miks, na dodatek wyczuwalny raczej z opakowania niż z pozycji wanny. Produkt ma konsystencję gęstej mazi, która średnio chce rozpuszczać się w wodzie więc muszę ją spieniać gąbką nad strumieniem. A piana jaką daje do trwałych i obfitych nie należy. Na szczęście nie wysusza skóry.

   Bałwanek. Płyn do kąpieli Farmona o zapachu (z nazwy) gumy balonowej. ''Soczysta, bąbelkowa przyjemność' to nic innego niż chemiczny, słodki zapach landrynek. Płyn zdaniem producenta powinien starczyć na dwadzieścia kąpieli. Uczyniłam trzy i pół butli za mną. Bo pieni się tyle co nic. Ciut przesusza ale winić go nie będę bo leje go zdecydowanie więcej niż producent nakazuje. Zużyć zużyję, od produktów kąpielowych Farmony będę się trzymać z daleka.

_____




   Mam nadzieję, że tego typu posty nie będą pojawiać się na blogu zbyt regularnie a moje kosmetyczne wybory będę określać mianem udanych ale... jakby coś, to jeszcze tu wrócę :D
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia