ULUBIONE

ULUBIONE (i nie) w PAŹDZIERNIKU 2018 | Cosnature, Vianek, Tołpa, Ziaja, Sensique

listopada 10, 2018

'Przed chwilą' siedziałam przed komputerem i pisałam o moich ulubieńcach... maja. Post napisałam w połowie... i nigdy nie doczekał się publikacji. I tak minęły kolejne miesiące. By w październiku (no dobra, w listopadzie ;)) wrócić do Was z comiesięcznym przeglądem rzeczy fajnych. I nie tylko. Zapraszam więc na kosmetyczne podsumowanie poprzedniego miesiąca.



Zaczniemy od kosmetyku, z którym mimo chęci szczerych dogadać się nie potrafię. Dwa lata temu z powodzeniem używałam chłodząca mgiełkę tego samego producenta. Spisała mi się świetnie o czym pisałam w jej recenzji. Więc gdy zobaczyłam, że Ziaja w swojej linii GdanSkin wypuściła nawilżającą mgiełkę zapachową stwierdziłam - muszę mieć. No i mam. I w sumie to nie wiem po co...

Planowałam używać ją jako tonik. Nie nadaje się - bo nie nawilża. Planowałam używać ją jako produkt 'po makijażu', żeby pozbyć się pudrowego wykończenia. Nie nadaje się - bo pozostawia na skórze nieprzyjemną warstwę i sprawia, że makijaż wygląda gorzej niż przed jej użyciem. 

Na koniec postanowiłam, że zostanie po prostu zapachową mgiełką do ciała jednak zapach (przyjemny!) jest tak ulotny, że musiałabym jej używać co 10 minut.... W tym momencie służy mi  jako 'odświeżacz powietrza'. Stoi na biurku a ja czasem nią psiknę, żeby przenieść się zapachem nad morze. Sami rozumiecie... szału nie ma.


Ostatnio stan mojej skóry popsuł się znacznie. Wyszłam już na prostą jednak spora dawka stresu sprawiła, że mój organizm zaczął się buntować a ilość niedoskonałości jakie pojawiły się na skórze przypominała mi czasy nastoletnie. Chociaż za małolata w moim przypadku chyba nawet nie było aż tak źle. 

Szukałam kremu na noc. Czegoś co nie wyrządzi skórze dodatkowej krzywdy i jednocześnie ją nawilży. Wybór padł na markę Vianek. A konkretnie na ich krem normalizujący.  Wyboru absolutnie nie żałuję. Nie wiem czy ten konkretny kosmetyk miał pozytywny wpływ na znaczną poprawę mojej cery (po części pewnie tak) jednak był to produkt który nie zaogniał zmian, nie powodował pogorszenia jej stanu a jednocześnie koił skórę i świetnie ją nawilżał.

To kosmetyk o przyjemnej, bogatej ale nie tłustej formule. Wydaje się być delikatnie 'tępy' jednak nie tak jak lekkie kremy z Sylveco. Minusem może być jego intensywny i specyficzny ziołowy zapach. Ja jednak szybko się do niego przyzwyczaiłam i przestał mi wadzić.


Przy zapachu pozostając pora na nową linie kosmetyków Tołpa. Mam kilka produktów tej marki jednak moim niekwestionowanym numerem jeden był (i jest nadal) ich krem-mus pod prysznic. Na poranne przebudzenie, jak producent ogłasza. Nadal lekko bawią  mnie ich opisy na opakowań, pisane w duchu twórczości Coelho (wybacz Tołpo) jednak w tym przypadku wstrzelili się w dziesiątkę.

Kwestią kluczową w przypadku produktów myjących jest dla mnie to by nie przesuszały mojej i tak suchej (jak wiór) skóry. Ten tego nie robi.  Ma też przyjemną kremową formułę i jest wydajny (a ja żele zużywam w ilościach hurtowych).

Jednak coś, co kupiło mnie w tym kosmetyku to jego... zapach. Werbena, limonka, cytryna i paczula. To nie brzmi jak połączanie dla mnie, jednak mieszanka olejków eterycznych jest tak piękna, że to bajka ;) 


Kosmetyki Cosnature kusiły mnie od dawna. Jako, że 'wszystko mam' i staram się nie szaleć z zakupami to sięgnęłam po ich kosmetyk, który pielęgnację łączy z makijażem. Mianowicie po krem tonujący. Fajne to!

Krem ma stosunkowo ciemny odcień, jednak świetnie stapia się ze skórą. Delikatnie wyrównuje jej koloryt. Czasem używam go solo, w dni gdy chcę zapewnić sobie mocniejsze krycie jest dla mnie bazą dla podkładu.

Pomijając kwestię koloru jaki daje to... świetny krem pielęgnacyjny. Pięknie nawilża więc odkąd jest ze mną został moim kremem na dzień w dni kiedy wychodzę z domu. 


Rozświetlacz Sensique szybko zdobył popularność co wcale mnie nie dziwi. Bo na skórze pozostawia iście Insta-taflę a na dodatek ma bardzo twarzowy, neutralny odcień (mimo, że w opakowaniu wydaje się by podejrzanie złoty).

Ja nakładam go pędzlem typu duo fibre, dzięki czemu jest w stanie uzyskać nim przyzwoity, nieprzerysowany dzienny efekt. 

Drobny minus to jego formuła. Celowo nie 'czyściłam' opakowania do zdjęcia byście mogły zobaczyć jak niesamowicie się kruszy w czasie nabierania go na pędzel. Jednak drobne niedoskonałości w formule zdecydowanie mogę mu wybaczyć - efekt i niewygórowana cena zdecydowanie mi to rekompensują.


A co zdobyło Wasze serce w październiku?

denko

PROJEKT DENKO | Październik 2018

listopada 03, 2018

Miniony miesiąc był u mnie bardzo owocny jeśli mowa o dobijaniu dna w kolejnych kosmetycznych flaszkach. Jest to trochę kosmetyków o których warto powiedzieć słów kilka, są takie, które najchętniej pominęłabym milczeniem ale... i o nich się wypowiem. Bo mogę ;)


Gdy tylko dowiedziałam się, że rodzina Sylveco powiększyła się o koleje marki wiedziałam, że prędzej czy później sięgnę po nowości. Babska prasa i jedna z edycja Joyboxa sprawiły, że było to 'prędzej' niż później i za ułamek cen regularnych nabyłam zapas ich płynu micelarnego i samotne opakowanie żelu do mycia twarzy. Kosmetyki Aloesove zdecydowanie nie zdobyły mojego serca. Bo o ile żel był poprawny, tak micel, szczególnie na tle swoich 'braci' z Vianka czy Sylveco właśnie, wypadł po prostu słabo. Oba kosmetyki doczekały się recenzji więc jeśli marudzenia Wam mało, to serdecznie Was do niej zapraszam.


Peeling głęboko oczyszczający Marion miał potencjał ale... nie do końca mi pasował. Drobinki były grube i miały moc, jednak było ich po prostu zbyt mało by mogły coś konkretnego na skórze zdziałać. Baza tego peelingu to lekki krem, który jeszcze łagodził jego działanie. Generalnie, gdyby nie zapasowy egzemplarz, zdecydowanie nie zagościł by u mnie po raz drugi.

Inaczej sprawa ma się z peelingiem enzymatycznym Organic Shop, który kosztuje grosze i robi swoją robotę. To moja druga zużyta i pewnie nie ostatnia tubka.


Do waniliowej pomadki ochronnej Nivea też wróciłam po raz kolejny. Ma bardzo przyjemny zapach i delikatnie rozjaśnia usta. Właściwości pielęgnujące określiłabym jako przeciętne, nie zmienia to jednak faktu, że sięgałam po nią z przyjemnością. 

I znowu moje powroty czyli maski do twarzy z Lirene. Algi w opakowaniu na 'raz' są bardzo komfortowe i pod względem ich używania i jeśli o efektach mowa. Po szczegóły zapraszam do recenzji

Zużyłam też kolejne już opakowanie czarnej glinki Fitocosmetic. Która to jest moją ulubioną glinką - jest dość delikatna jednak pięknie oczyszcza skórę, lekko ją napinając.

Płatki pod oczy Perfecta użyłam, gdy moja skóra pod oczami wołała o litość. I działanie tych dwóch, żelowych opatrunków doceniłam. Podejrzewam, że w 'normalnej' sytuacji raczej nie zrobiły by na mnie takiego wrażenia, jednak gdy z powodu przesuszenia skóry dorobiłam się dodatkowej zmarszczki pod jednym okiem (na szczęście, już jej nie ma) ich działanie okazało się być wybawieniem.


Trzecie podejście do szamponów EcLabolatorie uważam za udane (dwa pierwsze niestety nie). Ich szampon wzmacniający delikatnie lecz skutecznie oczyszczał skórę głowy. Niestety, był bardzo niewydajny więc raczej do niego nie wrócę.

Powrotu nie planuję również do odżywki Melica Organic. To jeden z tych produktów, który na początku pozostawia po sobie pozytywne wrażenie by w połowie opakowania okazało się, że zamiast nawilżenia i wygładzenia twoje włosy zaczynają przypominać (jeszcze bardziej) przesuszoną miotłę. Wymęczyłam ją. Używając zamiennie z innym, o niebo lepszym, produktem.


Miniatura (druga już) trzyminutowej odżywki Aussie zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Na tyle, że rozważę zakup pełnowymiarowego opakowania w przyszłości. Zabrakło mi w niej wygładzenia jednak nawilżenie i odżywienie włosom zafundowała zacne. Elseve niestety poległo  - działanie tej odżywki było praktycznie żadne.


Moje pierwsze podejście do żeli pod prysznic Alterry było bardzo udane. Żel może i nie grzeszy wydajnością jednak jego kremowa formuła była niesamowicie komfortowa dla skóry a przyjemny, ciepły zapach bardzo przypadł mi do gustu. Żel Organic Shop był miły przeciętniakiem, który pachniał różanymi landrynkami.


Z tego zestawienia najlepiej wypadł antyperspirant Nivea. Miał przyjemny zapach, chronił przyzwoicie, pozostawiał na skórze jedwabistą powłoczkę. Rexona za to była strasznie dusząca, pyliła i zostawiała na skórze biały osad. Dove mimo całej mojej sympatii to ich kremowych antyperspirantów też mnie nie zachwycił. Bo brudził jak choroba a i jego skuteczność, mam wrażenie, była zdecydowanie słabsza niż przy innych wariantach. Miał za to bardzo przyjemny zapach (już zaopatrzyłam się w żel pod prysznic z tej serii).


Kąpielowe umilacze z  Isany były naprawdę świetne. Podobnie zresztą jak sól do kąpieli i peeling Tołpy. Wystająca saszetka Perfecty to ich peeling do stóp, który zużyłam do całego ciała. Był 'taki se'.


Lubię markę Biolove (również pod względem zapachów) jednak ich seria malinowa nie pachnie najlepiej. Mus do ciała zużyłam jako bazę do peelingu. Był to typowo natłuszczający produkt o dobrych właściwościach pielęgnacyjnych. Oliwka Babydream to produkt, który niegdyś używałam praktycznie cały czas. Postanowiłam sobie o niej przypomnieć i... nadal bardzo ją lubię.

Totalną wtopą był za to balsam do ciała Venus Nature. Nie dość, że mazał się po skórze niesamowicie a jego wsmarowywanie było katorgą to jeszcze na dodatek wcale jakoś świetnie o moją skórę nie dbał. Miał intensywny owocowy zapach, który nie do końca mi pasował. Olejek w balsamie Nivea to lekki kosmetyk nawilżający, który szybko się wchłania i pozostawia na skórze bardzo przyjemny zapach.

Znacie któryś z pokazanych kosmetyków? :)



Popular Posts