Pora na kolejne podsumowanie moich zdobyczy. W głównej mierze widzicie tutaj zakupy ze świetnej, walentynkowej promocji w Lawendowej Szafie 24. Niemniej jest też kilka kosmetyków z innych źródeł i kilka produktów z kolorówki - jak szaleć to szaleć.
Organic Shop. W styczniu przygarnęłam w Biedronce ich lawendowy żel pod prysznic i mimo, że nie grzeszył wydajnością tak przypadł mi do gustu, że sięgnęłam po kolejne. Tym razem o zapachach marakui, mandarynki i róży. Pierwszy poszedł już w ruch i jestem z niego bardzo zadowolona.
Po pierwszych użyciach ich peelingu enzymatycznego capnęłam kolejny jego egzemplarz. Działa! Jest delikatny i kosztował zaledwie 7 zł. Ogromu pozytywnych opinii na jego temat jakie spotkałam absolutnie nie uważam za przesadzone i jeśli jeszcze go nie używałyście to serdecznie mogę Wam go polecić.
Marka Iceveda cieszy się moją sporą sympatią. Postanowiłam po raz kolejny wrócić do emulsji do włosów oraz peelingu do ciała (to moje trzecie egzemplarze) o których wspomniałam Wam przy okazji postu z ulubieńcami lutego. A idąc za moją sympatią do zapachu malinowo jaśminowej linii skusiłam się przy okazji na ich żel pod prysznic o tej właśnie zapachowej nucie.
Cafe mini. I ich kremy do rąk o świetnych składach bazujących na maśle shea. Wtopa. Jednego już się pozbyłam, drugi męczę i zawiedziona jestem bardzo. Może dadzą radę w sezonie letnim jednak na oceną chwilę, gdy moje dłonie są bardzo wymagające jest gorzej niż źle :<
Cafe mini. I ich produkty w 'kapsułkach'. Wtopa kolejna. Maseczki do twarzy były mocno średnie, maska do rąk podrażniła mi skórę (ale krem był dla urozmaicenia całkiem niezły) i jedynie duet do włosów oceniam przyzwoicie ale to to kosztuje chyba z 8 zł i jak na opcję 'na raz' jest ceną z pupy. Że tak się wyrażę. Maska złuszczająca do stóp na swoją premierę jeszcze czeka ale nauczona słabym doświadczeniem cudów się po niej nie podziewam.
Kolejne nowości marki Dermedic. Oba kosmetyki (antyperspirant i olejek do kąpieli) bardzo przypadły mi do gustu i na pewno w marcu napiszę o nich więcej.
Dnia pewnego moje usta totalnie odmówiły współpracy postanowiłam więc sięgnąć po dwa moje pewniaki: pomadkę rokitnikową Sylveco i Intensive Lip Relief Blistex. Uwielbiam!
Tu akurat małe zamówienie z drogerii Pigment. Potrzebowałam czegoś do podkreślania brwi a mój wybór padł na maskarę do brwi Golden Rose. Kończy mi się również korektor Catrice więc sięgnęłam po kolejne opakowanie. No i coś co kusiło mnie gdy tylko pojawiło się na rynku - łagodząca pomadka ochronna Vianek o zapachu... banana :D
I na koniec paletka cieni My Secret (Chilli Chocolate). Od dłuższej chwili planuję kupić jakąś fajną, porządną paletę cieni z 'połyskiem' ale nadal nie wiem co kupić. Postanowiłam więc dać szansę tej firmie i absolutnie nie żałuję. Cienie są genialnie napigmentowane, pięknie rozcierają się na powiecie i mają bardzo ładne kolory. I o ile rudy i bordo złamane różem to raczej nie będzie u mnie opcja codzienna, tak najjaśniejszy odcień będący połączeniem beżu, fioletu i różu, który jeszcze na dodatek pięknie opalizuje na złoto na pewno zagości w moim makijażu nie raz.
Jak na moje możliwości zakupy bez tragedii ;)



