PROJEKT DENKO | Październik 2018

listopada 03, 2018

Miniony miesiąc był u mnie bardzo owocny jeśli mowa o dobijaniu dna w kolejnych kosmetycznych flaszkach. Jest to trochę kosmetyków o których warto powiedzieć słów kilka, są takie, które najchętniej pominęłabym milczeniem ale... i o nich się wypowiem. Bo mogę ;)


Gdy tylko dowiedziałam się, że rodzina Sylveco powiększyła się o koleje marki wiedziałam, że prędzej czy później sięgnę po nowości. Babska prasa i jedna z edycja Joyboxa sprawiły, że było to 'prędzej' niż później i za ułamek cen regularnych nabyłam zapas ich płynu micelarnego i samotne opakowanie żelu do mycia twarzy. Kosmetyki Aloesove zdecydowanie nie zdobyły mojego serca. Bo o ile żel był poprawny, tak micel, szczególnie na tle swoich 'braci' z Vianka czy Sylveco właśnie, wypadł po prostu słabo. Oba kosmetyki doczekały się recenzji więc jeśli marudzenia Wam mało, to serdecznie Was do niej zapraszam.


Peeling głęboko oczyszczający Marion miał potencjał ale... nie do końca mi pasował. Drobinki były grube i miały moc, jednak było ich po prostu zbyt mało by mogły coś konkretnego na skórze zdziałać. Baza tego peelingu to lekki krem, który jeszcze łagodził jego działanie. Generalnie, gdyby nie zapasowy egzemplarz, zdecydowanie nie zagościł by u mnie po raz drugi.

Inaczej sprawa ma się z peelingiem enzymatycznym Organic Shop, który kosztuje grosze i robi swoją robotę. To moja druga zużyta i pewnie nie ostatnia tubka.


Do waniliowej pomadki ochronnej Nivea też wróciłam po raz kolejny. Ma bardzo przyjemny zapach i delikatnie rozjaśnia usta. Właściwości pielęgnujące określiłabym jako przeciętne, nie zmienia to jednak faktu, że sięgałam po nią z przyjemnością. 

I znowu moje powroty czyli maski do twarzy z Lirene. Algi w opakowaniu na 'raz' są bardzo komfortowe i pod względem ich używania i jeśli o efektach mowa. Po szczegóły zapraszam do recenzji

Zużyłam też kolejne już opakowanie czarnej glinki Fitocosmetic. Która to jest moją ulubioną glinką - jest dość delikatna jednak pięknie oczyszcza skórę, lekko ją napinając.

Płatki pod oczy Perfecta użyłam, gdy moja skóra pod oczami wołała o litość. I działanie tych dwóch, żelowych opatrunków doceniłam. Podejrzewam, że w 'normalnej' sytuacji raczej nie zrobiły by na mnie takiego wrażenia, jednak gdy z powodu przesuszenia skóry dorobiłam się dodatkowej zmarszczki pod jednym okiem (na szczęście, już jej nie ma) ich działanie okazało się być wybawieniem.


Trzecie podejście do szamponów EcLabolatorie uważam za udane (dwa pierwsze niestety nie). Ich szampon wzmacniający delikatnie lecz skutecznie oczyszczał skórę głowy. Niestety, był bardzo niewydajny więc raczej do niego nie wrócę.

Powrotu nie planuję również do odżywki Melica Organic. To jeden z tych produktów, który na początku pozostawia po sobie pozytywne wrażenie by w połowie opakowania okazało się, że zamiast nawilżenia i wygładzenia twoje włosy zaczynają przypominać (jeszcze bardziej) przesuszoną miotłę. Wymęczyłam ją. Używając zamiennie z innym, o niebo lepszym, produktem.


Miniatura (druga już) trzyminutowej odżywki Aussie zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Na tyle, że rozważę zakup pełnowymiarowego opakowania w przyszłości. Zabrakło mi w niej wygładzenia jednak nawilżenie i odżywienie włosom zafundowała zacne. Elseve niestety poległo  - działanie tej odżywki było praktycznie żadne.


Moje pierwsze podejście do żeli pod prysznic Alterry było bardzo udane. Żel może i nie grzeszy wydajnością jednak jego kremowa formuła była niesamowicie komfortowa dla skóry a przyjemny, ciepły zapach bardzo przypadł mi do gustu. Żel Organic Shop był miły przeciętniakiem, który pachniał różanymi landrynkami.


Z tego zestawienia najlepiej wypadł antyperspirant Nivea. Miał przyjemny zapach, chronił przyzwoicie, pozostawiał na skórze jedwabistą powłoczkę. Rexona za to była strasznie dusząca, pyliła i zostawiała na skórze biały osad. Dove mimo całej mojej sympatii to ich kremowych antyperspirantów też mnie nie zachwycił. Bo brudził jak choroba a i jego skuteczność, mam wrażenie, była zdecydowanie słabsza niż przy innych wariantach. Miał za to bardzo przyjemny zapach (już zaopatrzyłam się w żel pod prysznic z tej serii).


Kąpielowe umilacze z  Isany były naprawdę świetne. Podobnie zresztą jak sól do kąpieli i peeling Tołpy. Wystająca saszetka Perfecty to ich peeling do stóp, który zużyłam do całego ciała. Był 'taki se'.


Lubię markę Biolove (również pod względem zapachów) jednak ich seria malinowa nie pachnie najlepiej. Mus do ciała zużyłam jako bazę do peelingu. Był to typowo natłuszczający produkt o dobrych właściwościach pielęgnacyjnych. Oliwka Babydream to produkt, który niegdyś używałam praktycznie cały czas. Postanowiłam sobie o niej przypomnieć i... nadal bardzo ją lubię.

Totalną wtopą był za to balsam do ciała Venus Nature. Nie dość, że mazał się po skórze niesamowicie a jego wsmarowywanie było katorgą to jeszcze na dodatek wcale jakoś świetnie o moją skórę nie dbał. Miał intensywny owocowy zapach, który nie do końca mi pasował. Olejek w balsamie Nivea to lekki kosmetyk nawilżający, który szybko się wchłania i pozostawia na skórze bardzo przyjemny zapach.

Znacie któryś z pokazanych kosmetyków? :)



You Might Also Like

4 komentarze

  1. Balsam Venus wspominam bardzo źle :D Za to maski Lirene bardzo lubię, podobnie jak i glinkę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Peeling do twarzy z Organic Shop muszę wypróbować :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Większość produktów znam z blogów, ale żadnego nie miałam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja właśnie męczę ten balsam z Venus, straszny dla mnie w ogóle nie nawilża rano skóra mnie swędzi... A Aloesowe żel polubiłam, a micel czeka na swoją kolej.

    OdpowiedzUsuń

Popular Posts