Ponad trzy miesiące temu moje włosy zaczęły wypadać garściami. Nie wypadały w ilościach dużych - wypadały w ilościach na tyle ogromnych, że wyjmując włosy z sitka po myciu zdarzyło mi się płakać... Tak oto mój organizm reaguje na stres. Cyklicznie, gdy tylko coś nieprzyjemnego zaczyna się w moim życiu dziać zaczynam gubić włos. Dziś o trzech produktach, które nie dość, że pomogły mi uporać się z problemem to jeszcze spowodowały przyjemny wysyp nowych włosów na mojej przerzedzonej czuprynie.
Trudno mi jednoznacznie orzec, który z nich pomógł mi najbardziej. Bo i żadnego z nich nie używałam samodzielnie. Ale musicie mnie zrozumieć - tonący brzytwy się chwyta i tak też zrobiłam masując, wcierając i połykając ;) I klepiąc modły (ja, ateista) by jak najszybciej problemu się pozbyć i w międzyczasie nie wyłysieć doszczętnie.
Skrzypolen z biotyną i
Skrzypolen z kwasem hialuronowym otrzymałam dzięki uprzejmości firmy
Oleofarm. Skusiłam się na podjęcie współpracy głównie dlatego, że nie jestem osobą, które pija suplementy. Po pierwsze niekoniecznie ślepo wierzę w ich działanie a po drugie - jestem diabelnie niesystematyczna i gdy tylko muszę o czymś pamiętać o tym zapominam.
Oba Skrzypolny (tak to się odmienia mam nadzieję) dzięki swojej zawartości miały wpłynąć na włosy, skórę i paznokcie. Jeśli mowa o włosach - potwierdzam (nie lecą!). Jeśli mowa o skórze- potwierdzam (mimo odstawienia kwasów była w świetnej formie). Paznokcie - no nie. Te łamią mi się i rozdwajają jak szalone. Niestety.
Spożyłam trzy opakowania po 48 sztuk (dwie tabletki dziennie) co zajęło mi +/- 2,5 miesiąca. Zwrócę jeszcze uwagę, że tabletki są dosyć spore i mogą być trudne w połknięciu. Plus za ładne opakowania i niewygórowaną cenę. Jeśli mowa o działaniu - na pewno sprawdziły się u mnie lepiej niż popularna i zupełnie na mnie niedziałająca Skrzypowita.

Na olejek odbudowujący Yves Rocher skusiłam się ze względu na olej rycynowy w składzie. Nie jestem fanką czystego oleju rycynowego ze względu na jego bogatą konsystencję. Stwierdziłam więc, że taka mieszanka powinna przypaść mojej skórze głowy do gustu. I tak też się stało. Olejek ma standardową, niezbyt gęstą konsystencję, nie ma problemu ze zmyciem go ze skóry czy włosów. Na uwagę zasługuje też opakowanie - dzyndzelek (:D) na zakrętce jest uroczy a sama plastikowa butelka jest wygodna i stłuczenio-odporna (jeden z moich olejków z Alterry skończył na kafelkach). Używałam go raz, czasem dwa razy w tygodniu nakładając obficie na skalp oraz włosy. Skóra głowy się z nim polubiła (nie powodował przetłuszczania) jednak zupełnie nie przypasował moim włosom. Mam wrażenie, że po aplikacji były mniej błyszczące i jeszcze bardziej suche niż zwykle.

Mimo, że mam już lekki przesyt kosmetykami zza naszej granicy to dałam też szansę tonikowi przeciwko wypadaniu Banii Agafii. Po porażce z innym produktem tego typu (serum na porost włosów) podeszłam do niego bardzo nieufanie. Niepotrzebnie. Minusem jest z pewnością forma opakowania - zabrakło mi w nim rozpylacza przez co musiałam je przelać. Tu koniec minusów ;) Ton posiada lekką, płynną konsystencję. Ma brudno-ciemny kolor. Aplikowałam je na skórę głowy bezpośrednio po umyciu. Tonik w żaden sposób nie wysuszał. Jednocześnie też nie powodował przetłuszczenia, ba, utrzymywał włosy w świeżości przez dodatkowe pół dnia. Plus za bardzo przyjemny skład, bogaty w ekstrakty. Oraz niewygórowaną cenę (niespełna 15 zł).
Znacie? Lubicie?