Jakiś czas temu w moje ręce wpadło kilka interesujących mnie i nieznanych mi wcześniej produktów. W związku z faktem, że zdążyłam się już z nimi zapoznać i wyrobić sobie na ich temat opinię zapraszam Was na recenzje produktów ze sklepu Cosmospa.com.pl [
KLIK]
Zacznę od pierwszego produktu mianowicie
nierafinowanego masła shea. Które kusiło mnie strasznie od dłuższego czasu. Zapakowane jest w wygodne, płaskie opakowanie. Moje zawiera 100 ml produktu. Pierwszym zaskoczeniem dla mnie mnie był jego
zapach. Koszmarny :( Mocno orzechowo-drzewny, bardzo nieprzyjemny dla nosa. I mimo szczerych chęci używania go do
pielęgnacji ciała i twarzy szybko zrezygnowałam z tego pomysłu. Efekty jakie dawało były co najmniej przyzwoite - skóra była nawilżona i odżywiona, bardzo miękka i gładka. Nie zauważyłam zapchania jednak jak wspominałam nie byłam w stanie używać go zbyt długo. Planowałam zużyć je do stóp jednak skusił mnie opis aplikacji masła na
włosy. Zasięgnęłam informacji w internecie - masło shea polecane jest włosom suchym i zniszczonym oraz podobno tragicznie się zmywa. Cóż, włosy mam wysokoporowate i skłonne do obciążania ale czemu by nie spróbować? Nie zawiodłam się. Pierwsza aplikacja była dosyć trudna ze względu na konsystencję i niekoniecznie miły aromat jednak efekty zaskoczyły mnie bardzo. Przede wszystkim byłam pod wrażeniem jak dobrze masło się zmywa (u mnie szamponem bez SLS Green Pharmacy - jedno mycie!) po drugie jak dobre ma działanie. Włosy po użyciu są bardzo miękkie i ciężkie. Widocznie odżywione i wygładzone. Bardzo zdyscyplinowane. A efekt olejowania utrzymuje się przez kolejne dni.
Konsystencja masła jest zbita i niejednolita, trochę grudkowata. Trudniej rozpuścić je w dłoniach niż na przykład olej kokosowy jednak nie jest to też zbyt problematyczne. Szczególnie gdy jak ja połączycie je w innym, płynnym olejem (najlepiej sprawdzał mi się olejek Alterry, który skutecznie zabił wątpliwy aromat produktu).
Produkt w pojemności 100 ml kosztuje 7,49 zł [
KLIK]
Kolejną nowością było dla mnie
savon noir, moje w wersji
lawendowej. Jeśli znacie zapach mydła wiecie że to kolejny produkt o
zapachu mocno... specyficznym. Niestety zawartość olejku lawendowego nie uratowała mojego nosa - jest on zupełnie nie wyczuwalny. Szkoda. Mydło ma charakterystyczną
konsystencję - jest gęste (aż za bardzo), trochę przypomina mi gumę. Jest trudne w obsłudze, kiepsko się rozmydla, trudno je zaaplikować na skórę. Zrobiłam nawet podejście do
rytuału Hammam i zamiast relaksu myślałam, że mnie szlag jasny trafi gdy próbowałam je rozsmarować na rozgrzanym ciele. Koniec końców się udało. Efekty? Dobre. Skóra świetnie oczyszczona wręcz
piszcząca. Po masażu kessą chłonęła olej jak gąbka. Mydło używałam również do
twarzy - po demakijażu nakładałam je cienką warstwą (ale było to trudne) i po kilku minutach zmywałam. Nie zastąpiło mi z pewnością peelingu mimo opinii z jakimi się spotykam. Jednak świetnie oczyściło mi skórę. Niestety, mydło wysusza więc dla mnie to w pewnością nie jest opcja codzienna. Opakowanie od poprzedniego różni się wyłącznie etykietą. Generalnie moje chciejstwo na savon noir zostało zaspokojone ale muszę przyznać, że daleka jestem od zachwytów.
Produkt w pojemności 100 ml kosztuje 11,99 zł [
KLIK]
I produkt, który już znam czyli
olej arganowy. Wybaczcie zdjęcie bez zakrętki - zgubiłam ją jednak potem odnalazłam. Za to pozbyć się musiałam plastikowego kroplomierza (czy jakkolwiek tę plastikową część nazwać) bo niestety nie dozowała produktu. Na ten olej jest szał już od dłuższego czasu a swoją pierwszą butelkę kupiłam gdy tylko zrobiło się o nim głośno. Lubię go jednak się nim nie zachwycam. Ma odżywiać, ujędrniać i odmładzać. Znany jest również w pielęgnacji włosów. I od
włosów zacznę - moje włosy za nim nie szaleją. Jest dobry jednak znam równie dobre w lepszej cenie. Jeśli mowa o
skórze twarzy lubię go zaaplikować na noc zamiast kremu albo do niego dodać kilka kropli oleju - nie zapycha a widocznie odżywia skórę. Za to moja skóra ciała go uwielbia, szczególnie po peelingu. Jednak jest to dosyć drogi interes jeśli mowa o codziennym użytku. Producent zapakował olej w butelkę z ciemnego szkła - plus, jednak szkoda, że w mojej sztuce to
plastikowe coś nie ułatwiało aplikacji.
Produkt o pojemności 10 ml kosztuje 5,99 zł [
KLIK]
Na koniec
kessa. I tu muszę przyznać, że moje pierwsze wrażenie było niezbyt pozytywne. Nigdy wcześniej nie widziałam tej
myjki na żywo i wydawała mi się być porządniejsza i przede wszystkim grubsza. Materiał z którego jest wykonana jest cienki jednak ma plus za dopasowywanie się do kształtu dłoni (kurczy się) po zwilżeniu. Wydała mi się niezbyt ostra. Pozornie. Użyłam ją na sucho na skórę przedramion i zabolało ;) Kessa zdziera jak marzenie. Jest w stanie zastąpić drogeryjne peelingi nie tylko w użyciu z czarnym mydłem - śmiało używałam również zwykłych drogeryjnych żeli. Jednak mimo mocnych właściwości zdzierających nie podrażnia ona nadmiernie skóry a sam masaż jest przyjemny i bezbolesny (tylko trzeba ją zmoczyć ;)). Efekt złuszczający wydaje mi się być lepszy niż w przypadku peelingujących rękawic. Jestem mile zaskoczona i mimo, że raczej ze standardowych peelingów nie zrezygnuję cieszę się, że wpadła w moje ręce.
Na stronie kosztuje 15.99 zł [
KLIK]
Znacie któryś z tych produktów?
A może miałyście okazję używać jakiś inny produkt z asortymentu sklepu?