'Przed chwilą' siedziałam przed komputerem i pisałam o moich ulubieńcach... maja. Post napisałam w połowie... i nigdy nie doczekał się publikacji. I tak minęły kolejne miesiące. By w październiku (no dobra, w listopadzie ;)) wrócić do Was z comiesięcznym przeglądem rzeczy fajnych. I nie tylko. Zapraszam więc na kosmetyczne podsumowanie poprzedniego miesiąca.



Zaczniemy od kosmetyku, z którym mimo chęci szczerych dogadać się nie potrafię. Dwa lata temu z powodzeniem używałam chłodząca mgiełkę tego samego producenta. Spisała mi się świetnie o czym pisałam w jej recenzji. Więc gdy zobaczyłam, że Ziaja w swojej linii GdanSkin wypuściła nawilżającą mgiełkę zapachową stwierdziłam - muszę mieć. No i mam. I w sumie to nie wiem po co...

Planowałam używać ją jako tonik. Nie nadaje się - bo nie nawilża. Planowałam używać ją jako produkt 'po makijażu', żeby pozbyć się pudrowego wykończenia. Nie nadaje się - bo pozostawia na skórze nieprzyjemną warstwę i sprawia, że makijaż wygląda gorzej niż przed jej użyciem. 

Na koniec postanowiłam, że zostanie po prostu zapachową mgiełką do ciała jednak zapach (przyjemny!) jest tak ulotny, że musiałabym jej używać co 10 minut.... W tym momencie służy mi  jako 'odświeżacz powietrza'. Stoi na biurku a ja czasem nią psiknę, żeby przenieść się zapachem nad morze. Sami rozumiecie... szału nie ma.


Ostatnio stan mojej skóry popsuł się znacznie. Wyszłam już na prostą jednak spora dawka stresu sprawiła, że mój organizm zaczął się buntować a ilość niedoskonałości jakie pojawiły się na skórze przypominała mi czasy nastoletnie. Chociaż za małolata w moim przypadku chyba nawet nie było aż tak źle. 

Szukałam kremu na noc. Czegoś co nie wyrządzi skórze dodatkowej krzywdy i jednocześnie ją nawilży. Wybór padł na markę Vianek. A konkretnie na ich krem normalizujący.  Wyboru absolutnie nie żałuję. Nie wiem czy ten konkretny kosmetyk miał pozytywny wpływ na znaczną poprawę mojej cery (po części pewnie tak) jednak był to produkt który nie zaogniał zmian, nie powodował pogorszenia jej stanu a jednocześnie koił skórę i świetnie ją nawilżał.

To kosmetyk o przyjemnej, bogatej ale nie tłustej formule. Wydaje się być delikatnie 'tępy' jednak nie tak jak lekkie kremy z Sylveco. Minusem może być jego intensywny i specyficzny ziołowy zapach. Ja jednak szybko się do niego przyzwyczaiłam i przestał mi wadzić.


Przy zapachu pozostając pora na nową linie kosmetyków Tołpa. Mam kilka produktów tej marki jednak moim niekwestionowanym numerem jeden był (i jest nadal) ich krem-mus pod prysznic. Na poranne przebudzenie, jak producent ogłasza. Nadal lekko bawią  mnie ich opisy na opakowań, pisane w duchu twórczości Coelho (wybacz Tołpo) jednak w tym przypadku wstrzelili się w dziesiątkę.

Kwestią kluczową w przypadku produktów myjących jest dla mnie to by nie przesuszały mojej i tak suchej (jak wiór) skóry. Ten tego nie robi.  Ma też przyjemną kremową formułę i jest wydajny (a ja żele zużywam w ilościach hurtowych).

Jednak coś, co kupiło mnie w tym kosmetyku to jego... zapach. Werbena, limonka, cytryna i paczula. To nie brzmi jak połączanie dla mnie, jednak mieszanka olejków eterycznych jest tak piękna, że to bajka ;) 


Kosmetyki Cosnature kusiły mnie od dawna. Jako, że 'wszystko mam' i staram się nie szaleć z zakupami to sięgnęłam po ich kosmetyk, który pielęgnację łączy z makijażem. Mianowicie po krem tonujący. Fajne to!

Krem ma stosunkowo ciemny odcień, jednak świetnie stapia się ze skórą. Delikatnie wyrównuje jej koloryt. Czasem używam go solo, w dni gdy chcę zapewnić sobie mocniejsze krycie jest dla mnie bazą dla podkładu.

Pomijając kwestię koloru jaki daje to... świetny krem pielęgnacyjny. Pięknie nawilża więc odkąd jest ze mną został moim kremem na dzień w dni kiedy wychodzę z domu. 


Rozświetlacz Sensique szybko zdobył popularność co wcale mnie nie dziwi. Bo na skórze pozostawia iście Insta-taflę a na dodatek ma bardzo twarzowy, neutralny odcień (mimo, że w opakowaniu wydaje się by podejrzanie złoty).

Ja nakładam go pędzlem typu duo fibre, dzięki czemu jest w stanie uzyskać nim przyzwoity, nieprzerysowany dzienny efekt. 

Drobny minus to jego formuła. Celowo nie 'czyściłam' opakowania do zdjęcia byście mogły zobaczyć jak niesamowicie się kruszy w czasie nabierania go na pędzel. Jednak drobne niedoskonałości w formule zdecydowanie mogę mu wybaczyć - efekt i niewygórowana cena zdecydowanie mi to rekompensują.


A co zdobyło Wasze serce w październiku?

10 komentarzy:

  1. No ten rozświetlaczy zdecydowanie w opakowaniu wygląda na złoty, balabym się go :P ten mus pod prysznic z tołpy mnie ciekawi, ogólnie zresztą cała ta nowa seria :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie miałam jeszcze żadnego z tych kosmetyków.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam ten rozświetlacz ❤ Używam już drugi miesiąc z rzędu tylko jego 😊

    OdpowiedzUsuń
  4. Zastanawiałam się swego czasu nad tym kremem Vianek, ale jak obczajałam jego recenzje to były takie.. powiedzmy przeciętne :D Jednak skoro go polecasz to jednak może się skuszę. Zwłaszcza, że mam tonik i zużyłam też maseczkę z tej serii i oba kosmetyki przypadły mi do gustu :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie miałam nic z tych kosmetyków.

    OdpowiedzUsuń
  6. Rozświetlacz rzeczywiście jest fajny :)

    OdpowiedzUsuń
  7. U mnie rozświetlacz Sensique się tak nie kruszy, ale używam do niego standardowego pędzla do rozświetlacza ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ehhh moja cera też ostatnio bardzo się popsuła, ale to chyba przez to, że moje hormony wracają do normy po ciąży :(

    OdpowiedzUsuń
  9. U mnie akurat mgiełka GdanSkin sprawdza się z powodzeniem jako tonik, czy nawilżacz do skóry. Zapach rzeczywiście nie jest zbyt trwały, ale przepiękny! Za to totalnie nie sprawdzają się u mnie produkty Cosnature, nie wiem już czy pechowo źle trafiam, czy po prostu nie są dla mnie.
    W październiku zachwycałam się za to kremami marki Vianek - miałam sporo próbek do testowania i kilka z nich bardzo mi się spodobało. Chyba pora ruszyć po zakupy! ;-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ooo też się zastanawiałam nad tym kremem z Cosnature. Ale czy nie będzie za bardzo się odcinał przy bardzo jasnej cerze

    OdpowiedzUsuń