Na wstępie powinnam zawrzeć niezmiernie interesującą informację dla świata - ojej, dopiero był sylwester a ja pokazuje Wam kolejne miesięczne podsumowanie ulubieńców czyli styczeń już za nami! To tak samo odkrywcze jak spamowanie zewsząd informacją o pierwszych opadach śniegu. Niby każdy ma w domu okno a i tak pierwsze płatki okazują się być rzeczą wartą pokazania. Wszędzie. Co roku :D Wybaczcie, niedomagam dziś pod względem dobrego humoru ;))
    Styczeń okazał się być obfity w kosmetyczne odkrycia. W mojej pielęgnacji i makijażu zaroiło się od nowości bo od grudnia jestem z zakupowym amoku (niebawem post z zakupami!) a jak już kupuję to i część z tych produktów czym prędzej otwieram. A jakże. Miałam lekki problem by wytypować produkty najlepsze z najlepszych jednak zdecydowanie nie ma co płakać - lubię wybierać gdy mam z czego niż patrzeć na gromadkę kosmetyków z gatunku 'może być' i zastanawiać się czy warto pisać tego typu post bo nic nie pasuje mi do końca.
    Szał na produkty Biolove już mi minął. Kupiłam wszystko co wypróbować chciałam (i więcej) więc póki co używam to co mam. Sporo przeciętniaków znalazło się w tej gromadce niemniej są też kosmetyki, które zdecydowanie zasługują by poświęcić im moją uwagę. O ciasteczkowym musie do ciała już rozpisywałam się na blogu. Jest fantastyczny. Począwszy od zapachu na działaniu i konsystencji kończąc. Używam go z ogromną przyjemnością i już mi smutno, że dotknął dna. Mam w zapasach jeszcze wariant malinowy jednak tu chyba aromaterapii nie będzie - krem do rąk z tej serii pachnie... źle.

   Bardzo pozytywnie oceniam też ich błoto z morza martwego. Chociaż biorąc słoik do ręki byłam ciut zdziwiona. Wiem, że wszelkie błotka występują zazwyczaj w formie sypkiej a Biolove zafundowało nam błoto o konsystencji... błota. Gęsta maź okazała się być sporym ułatwieniem (odpada mieszanie!). Działanie? Boskie. Moja skóra zareagowała na nie pięknie. Błoto odświeża, oczyszcza, detoksykuje i sprawia, że po jego użyciu mam wrażenie, że zrobiłam dla niej zdecydowanie więcej, niż tylko szybką maseczkę. Mimo wszystko jest dość łagodne dla skóry. Fakt, potrafi zapiec nałożone na otwartą zmianę (nic dziwnego zresztą) jednak znam bardziej inwazyjne maski.
    Nie do końca jestem w stanie określić po której stronie stoję w odwiecznych bataliach pomiędzy fanami mydeł a ich przeciwnikami. Nie używam ich zbyt często jednak raz na jakiś (zazwyczaj dłuższy) czas budzi się we mnie chęć posiadania takowego. Do mycia twarzy. Nie za bardzo wiedziałam po co sięgnąć bo i doświadczenie w temacie mam niewielkie więc mój wybór podyktowany był... stanem magazynowym drogerii w której robiłam zakupy. Mieli Hagi, padło więc na Hagi. Wariantów mieli w bród jednak podeszłam do tematu trochę na opak i jak nienawidzę zapachu spiruliny tak właśnie po takie sięgnęłam. Z nadzieją, że zachowa właściwości tejże ale może pachnieć będzie ciut lepiej. I pachnie. Pięknie. Zapach przywodzi mi na myśl werbenę ale... mogę się mylić. I nawet jeśli się mylę to wiem, że ze smrodem brudnego akwarium nie ma wspólnego nic. Działanie? Myje. Pięknie. Jednocześnie nie ściąga nadmiernie skóry, a pianka, którą tworzy jest przyjemnie kremowa. Pamiętam by po jego użyciu zastosować tonik,  nie używam go częściej niż raz dziennie i nie widzę,  żeby coś niedobrego działo się z moją skórą. Naturalne mydło ze spiruliną Hagi okazało się być więc dobry wyborem.
     Mój (ukochany) brązer Provoke dobił dna. Już dłuższą chwilę temu tym sposobem na dzień dzisiejszy straszy już smutną obwódką zwiastują swój rychły koniec. Musiałam więc nabyć coś nowego. Początkowo mój wybór padł na flagowy kosmetyk The Balm jednak robiąc wywiad na jego temat koniec końców zamówienie anulowałam a skusiłam się na wychwalany zewsząd (chociaż już chwilę temu) Mineral Terracota powder Golden Rose w odcieniu 04. Zdjęcia w sieci kłamią. Moje zresztą też ale moje lenistwo zwyciężyło i nie chciało mi się mu robić setki ujęć z nadzieją, że może jedno wiernie odda jego kolor. W rzeczywistości jest zdecydowanie jaśniejszy, wydaje się być bardziej złoto-oliwkowy niż brązowy i zasadniczo to wygląda jak rozświetlacz dla śniadych karnacji niż coś, co ma udawać opaleniznę. I nie wiem jak Golden Rose to zrobiło ale... ten puder jest boski. Na skórze wygląda niesamowicie naturalnie przy czym spełnia swoją ocieplająco-brązującą funkcję. Nie na się nim zrobić krzywdy przy czym mimo wszystko zostawia na skórze kolor i nie trzeba machać pędzlem piętnaście razy. Patrząc na moje kosmetyczne zakupy z tego miesiąca, odbierając paczki miałam nieodparte wrażenie, że w ulubieńcach pojawi się droga jak cholera paletka cieni Kat von D ale nie... Golden Rose i ich puder upolowany za 15 zł w kategorii 'jaram się' pobił ją na głowę.
   Kto nie lubi opisywać zapachów ręka w górę. Osobiście zresztą uważam, że odbiór wszelkich pachnideł jest tak indywidualną kwestią, że sama nie sugeruję się poetyckimi opisami, którzy ludzie publikują w sieci. Po pierwsze dlatego, że zazwyczaj takie wodolejstwo ma pokazać nam, że osoba pisząca ma bardziej wyrafinowane powonienie niż reszta reszta świata po drugie... bo rzadko odczucia drugiego człowieka są zbieżne z moimi. Psikadło Nike The perfume, kupiłam w ciemno (jak większość zapachów jakie mam) sugerując się kuszącymi nutami zapachowymi. Są wypisane na etykiecie więc może nie będę się tu powtarzać ale jak zbłądzicie w sekcji zapachowej w Rossmannie miejcie go na względzie i koniecznie go powąchajcie. Po marce sportowej nie spodziewałam się większych fajerwerków a dostałam bardzo charakterystyczny i przyjemny, dość specyficzny zapach. Przypomina mi trochę So Elixir Bois Sensuel Yves Rocher jednak to nie do końca to samo. Zasadniczo - psikam się nim z przyjemnością i zabraknąć go tu nie mogło.

   Jestem ciekawa Waszych odczuć względem kosmetyków tu pokazanych jeśli oczywiście miałyście okazję ich używać :)

7 komentarzy:

  1. Mus ciasteczkowy Biolove muszę przetestować. Uwielbiam słodkie zapachy w kosmetykach, a skoro jeszcze do tego działa na skórę bardzo dobrze to myślę, że również będę z niego zadowolona. Mydeł raczej nie stosuję do oczyszczania twarzy ale ostatnio ze zględu na kiepski stan mojej cery skusiłam się na mydło z zieloną glinką od Organique i zobaczymy jakie będą efekty po jego stosowaniu. Mydeł z Hagi nie miałam ale to ze spiruliną wygląda ciekawie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie kuszą produkty Biolove, choć opinie bywają o nich właśnie różne. Pewnie muszę przekonać się sama:) Ja też raz na jakiś czas sięgam po mydła naturalne do mycia twarzy. Teraz np. używam jaśminowego. Zaciekawiło mnie to mydełko Hagi, dobrze wiedzieć że nie śmierdzi karma dla rybek ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. No właśnie ja się zastanawiałam jak to jest z tym pudrem GR - bo dla mnie on wygląda jak rozświetlacz a nie jak bronzer :D dlatego tez muszę sama go przetestować i zobaczyć co za cudo :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja ostatnio przerzucilam się na mydła które używam właśnie do mycia twarzy. Latem moja skóra twarzy bardziej się przetłuszcza w strefie T niż zimą. Latem stosowałam mydło Dudu Osun,które mocno oczyszcza i na letnie dni fajnie się nadaje. Fajne jest również mydło Dermaglin z zieloną glinką fajnie oczyszcza i zarazem nawilża do tego mydła wrócę na pewno A teraz używam mydła błotno-solnego z White Flower's i jest również świetne nadaje się do każdego rodzaju skóry.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten "bronzer" z GR jest fenomenalny :D Używam go już ponad rok i nie widać zużycia :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Nic nie znam, ale ten mus ciasteczkowy kusi... :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Też uwielbiam ten puder z GR :-)

    OdpowiedzUsuń