kosmetykoholiczka

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Moje dotychczasowe doświadczenia z naturalnymi kremami do pielęgnacji dłoni były... średnie. Chyba znalazłam już swój ideał jednak chęć wypróbowania nowości skusiła mnie do sięgnięcia po marki rodzime.


Od dawna kusiło mnie, aby wypróbować któryś z kosmetyków marki Be Organic. Raz zaliczyłam wtopę (recenzja mleczka) jednak wychodzę z założenia, że czasem warto dać firmą drugą szansę. Tak oto przy okazji promocji wpadł w moje ręce krem do rąk z korzeniem maca i masłem cupuacu Be Organic. Estetyczna tuba zawiera 50 ml produktu, cena regularna to ok. 18 zł.

Producent informuje nas, że mamy do czynienia z kremem, który szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Warstewka jaką pozostawia faktycznie nie należy do mocno wyczuwalnych za to... zapach czuć na pół metra :D Jest intensywny, drażniący i niestety, niezbyt przyjemny.

Właściwości nawilżające określiłabym mianem przeciętych. Zaznaczę jednak, że jestem posiadaczką bardzo wymagającej skóry i mało który krem trafia w moje gusta. Generalnie - nie jest źle. Ot, jeśli jego zapach by mi odpowiadał byłby dobrym  kremem ' do torebki', do stosowania w ciągu dnia. A że mi nie odpowiada to jak już dobije dna, będę się trzymać od niego z daleka ;)


Regenerujący krem do rąk Vianek kupiłam z którymś z babskich magazynów. W ilości sztuk dwóch bo dodawali do niego również mój ulubiony płyn micelarny tego producenta (recenzja). Cena regularna to około 15 zł za pojemność 75 ml. Opakowanie jak Vianka przystało jest estetyczne a zapach należy do tych słodkich, przypomina mi cukierki ;)

Krem ma dość lejącą jednak treściwą i tłustą formułę. Pozostawia na skórze mocno wyczuwalny, 'śliski film'. Trudno zaaplikować go w większej ilości bo potrafi się mazać, więc często nakładam go dwoma, niewielkimi porcjami, żeby wzmocnić jego dobre właściwości pielęgnacyjne. 

Niestety, krem zawiera w swoim składzie mocznik. Wpływa to pozytywnie na jego działanie jednak w przypadku mojej skóry, produkty z tym składnikiem zupełnie nie sprawdzają mi się w sezonie zimowym. Gdy moje dłonie są w słabszej kondycji powoduje on u mnie dodatkowe podrażnienie, często pieczenie i uczucie dyskomfortu. Zaznaczę jednak, że to kwestia indywidualna - ogrom osób ceni sobie kremy do dłoni z zawartością mocznika i nie powodują one u nich żadnych przykrych niespodzianek.

Ten egzemplarz używam do pielęgnacji skóry stóp. Poprzedni używałam częściej na dłonie, głównie nakładając go grubszą warstwą na noc. I byłam zadowolona z jego działania - bo faktycznie regenerował skórę. Tak samo jak i teraz nie mam do niego większych zastrzeżeń jeśli mowa o stopach (chociaż nie radziłabym chodzić po kafelkach bez skarpetek bo można się na nich przejechać...).


Podsumowując: oba kremy nie są dla mnie i do nich nie wrócę, jednak obiektywnie rzecz biorąc - mają szansę znaleźć swoich zwolenników.




Share
Tweet
Pin
Share
10 komentarze
   

Marka Nivea zdecydowanie rozpieszcza swoje przyjaciółki. Co chwila w moje ręce wpadają ich nowości. Dziś o trzech kosmetykach tej marki, które sprawdzają się u mnie w stopniu różnym. Jeśli jesteście ciekawi moich wrażeń zapraszam do czytania.


NIVEA POP-BALL PIELĘGNUJĄCY BALSAM DO UST MALINA I CZERWONE JABŁKO

Balsam ten mocno nawiązuje swoją formą podania do jakże popularnego balsamu marki EOS. Nie miałam z nim do czynienia więc na porównanie z mojej strony liczyć nie możecie niemniej... nie znam się to się wypowiem :D

Opakowanie robi swoje. Pastelowy róż połączony z bielą wygląda świetnie a lekko kanciasty kształt jaja zdecydowanie skusiły by mnie do samodzielnego zakupu. Sztyft ma lekko różową barwę i na moich ustach, które wybijają kolor wszystkiego co na nie nałożę (rokitnikowa pomadka Sylveco to dla mnie tylko opcja do używania po domu bo wyglądam jak idź i nie wracaj) pozostawia mgiełkę koloru. Usta wizualnie prezentują się po prostu lepiej a pastelowy odcień różu nie wygląda tandetnie. Zapach to niestety nie moja bajka i bardziej ucieszyłabym się z wariantu miętowego. Połączenie jabłka i maliny ma potencjał jednak w wydaniu Nivea jest dla mnie zbyt mdły. Podobnie jest ze smakiem - noszenie go na ustach to, szczerze mówiąc, średnia przyjemność.

Nie jest to kosmetyk, który zachwycił by mnie właściwościami pielęgnacyjnymi. Ot, krzywdy nie robi jednak trudno tu liczyć na jakieś spektakularne nawilżenie czy odżywienie ust. To raczej przyjemna codzienna opcja do utrzymania skóry ust w dobrej formie niż ich ratowania w chwili większego kryzysu.

Nie jest to kosmetyk idealny. I znam sporo lepszych balsamów. Nie zmienia to jednak faktu, że mimo wad całkiem miło mi się go używa, szczególnie ze względu na jego lekko koloryzujące właściwości. Chociaż z oferty tej marki polecać Wam raczej będę ich klasyczny sztyft o zapachu waniliowego kremu bo nie dość, że pachnie przepięknie to również delikatnie rozbiela odcień ust i jest dla mnie świetną alternatywą kolorowych pomadek, których używać nie lubię.


NIVEA OLEJEK W KREMIE DO RĄK KWIAT WIŚNI I OLEJ(ek) JOJOBA

To drugi produkt z tej linii jaki miałam okazję używać. Ich olejek w balsamie do ciała wspominam miło i tak samo do gustu przypadł mi ich krem do rąk. Podoba mi się jego opakowanie - opływowe, z niezawodnym zamknięciem, które dozuje odpowiednią ilość kosmetyku.

Krem na lekką, nietłustą formułę i szybko się wchłania pozostawiają na skórze lewie wyczuwalną warstewkę. Idealnie sprawdza się do pracy przy komputerze bo macie pewność, że myszka czy klawiatura nie będą się lepić ;) Działanie pielęgnacyjne określiłabym jako przyzwoite. Nie zdziała cudów w przypadku mocno przesuszonych czy spękanych dłoni jednak jako produkt używany od mycia do mycia w ciągu dnia dał radę. Skóra była wygładzona, lekko nawilżona, nie pojawiało się u mnie uczucie dyskomfortu czy ściągnięcia.

Zapach zachwyca. Jest niesamowicie intensywny, kwiatowy ale niedrażniący. Żałuję jednak, że w ofercie nie pojawiły się inne warianty zapachowe (albo ja o czymś nie wiem?) bo chętnie przygarnęłam takie kremidło o zapachu wanilii czy kakao, które to są dostępne w przypadku ich balsamów do ciała.


NIVEA RICH NOURISHING 24+ SUCHY OLEJEK DO CIAŁA

Może i suchy olejek to innowacja żadna ale tego kosmetyków na rynku jest tyle co kot napłakał więc fajnie, że kolejna marka poszła w tę stronę. Bo osobiście suche olejki lubię i chętnie widziałabym je w swojej pielęgnacji częściej. Głównie jednak w sezonie letnim, o czym za chwilę.

Opakowanie to zwykła, plastikowa butelka i charakterystycznym dla marki granatowym kolorze. I tutaj niewielki zawód - spodziewałam się zapach ich flagowego kosmetyku czyli kremu Nivea a dostałam kosmetyk o ledwie wyczuwalnym zapachu. Ma to swoje plusy bo nie każdy lubi silnie perfumowane produkty dodatkowo mamy gwarancję, że nic nie pogryzie się z zapachem perfum ale no... 

Formuła tego produktu jest typowa dla suchych olejeków. Jest lekki, silikonowo-olejkowy, nałożony na skórze pozostawia przyjemnie śliską i gładką otoczkę bez charakterystycznego olejowego filmu. To świetna opcja na dzień dla osób, które nie lubią się niczym smarować a potrzebują dodatkowego zabezpieczenia skóry przed utratą wody.

Działanie pielęgnacyjne jest średnie. I w przypadku mojej bardzo suchej skóry, szczególnie w obecny zimowo-grzewczym sezonie, jest zdecydowanie niewystarczające. Weźmy jednak pod uwagę fakt, że na dzień dzisiejszy w mojej pielęgnacji goszczą przede wszystkim tłuste masła na bazie shea więc to nie miało prawa się udać. Niemniej olejek zostanie ze mną  czekając do wiosny :)



Share
Tweet
Pin
Share
8 komentarze
    Krem do rąk. Kosmetyk do szczęścia mi niezbędny. Moja skóra dłoni jest bardzo sucha przez cały rok jednak wraz z nadejściem jesieni zaczyna się (nie) mały armagedon. Począwszy od łuszczenia na pękaniu kończąc. Dlatego tak ważny jest dla mnie dobór odpowiednich kosmetyków pielęgnacyjnych. Używam zazwyczaj dwa - jeden lżejszy, typowo nawilżający o lepszym wchłanianiu na co dzień i coś zdecydowanie treściwszego do użytku w domu i nakładania grrrubą warstwą na noc. Dziś o produkcie z tej drugiej kategorii.


 Produkt ten posiada wygodną, estetyczną tubę o pojemności 100 ml. Kupicie go w aptekach za około 12 zł.


    Konsystencja tego kosmetyku jest specyficzna. Krem jest bardzo bogaty, bezpośrednio po aplikacji pozostawia na skórze delikatną, wyczuwalną powłoczkę jednak ani się nie lepi ani się nie klei przez co w używaniu jest bardzo komfortowy. Nie należy jednak do grupy kremów, które pozostawiały by na skórze niemal pudrowe wykończenie więc jeśli lubicie kosmetyki, których na skórze nie czuć to to nie to. Ja jednak powodu na narzekania nie mam, jak pisałam na wstępie preferuję bogatsze formuły, szczególnie gdy przekłada się to na działanie produktu a tak też jest w tym przypadku.

     Krem ten bazuje na lanolinie. I to czuć. Już od pierwszej aplikacji spierzchnięte dłonie są ukojone i odpowiednio nawilżone. Przy częstym stosowaniu znika przesuszenie, skóra jest zdecydowanie bardziej gładka, odpowiednio nawilżona i przyjemnie miękka. Krem nie zawiera mocznika co jest dla mnie ogromnym plusem. Wiem, że są zwolennicy tego składnika jednak moja skóra dłoni, szczególnie gdy zaczyna niedomagać, bardzo źle na niego reaguje - pojawia się pieczenie i zaczerwienienie. Tutaj tego problemu nie mam.

      Miałam już kilka kosmetyków marki Dermedic i śmiem twierdzić, że wszystkie łączy podobny, trochę świeży, jednocześnie odrobinę mdły zapach. W przypadku tego kremu jest on delikatnie wyczuwalny przez co zupełnie mi nie wadzi.


    Podsumowując. To naprawdę udany jednocześnie niedrogi, treściwy krem do pielęgnacji wymagającej skóry. Używam go z przyjemnością i chętnie do niego wrócę co w przypadku kremów do rąk często mi się nie zdarza. Jeśli potrzebujecie ratunku dla skóry to śmiało mogę Wam go polecić :)
Share
Tweet
Pin
Share
4 komentarze
Vianek. Młodsze dziecko marki Sylveco, które to kusi mnie niesamowicie. Niewygórowane ceny, piękne opakowania, dobre składy i obietnice świetnego działania.... Jak to bywa - zaliczam i hity i wtopy ;) Dziś zapraszam na recenzję zbiorczą czterech produktów tej marki. 


ꜜꜜꜜ


VIANEK NAWILŻAJĄCY SZAMPON DO WŁOSÓW ok. 20 zł 280 ml

Sięgając po szampony szukam w nich przede wszystkim produktu na tyle łagodnego, by sprawdzał się do codziennego mycia ale jednocześnie kosmetyku, który będzie dokładnie mył. Ten oto w moje potrzeby wpisał się idealnie. Zaczęłam go używać jeszcze w wakacje gdy moje włosy były mocno zniszczone i początkowo fundował mi mocne puszenie więc niekoniecznie u posiadaczek sianka (o ile puchu nie lubicie) będzie najlepszym wyborem. Aczkolwiek z każdym myciem było coraz lepiej. Nie zauważyłam najmniejszych problemów ze skórą czy pogorszenia kondycji włosa.

Szampon był dość gęsty, wydajny, przyzwoicie się pienił a piana dobrze się z włosów wypłukiwała. Nie plątał ich nadmiernie. Zapach mogę określić jako neutralny, niedrażniący. I z pełną premedytacją stwierdzić, że przekonał mnie do siebie na tyle, że kupiłam kolejny szampon tego producenta. Wariant normalizujący. Bo ich wcierkę uwielbiam! 

→ normalizujący tonik-wcierka Vianek (recenzja)


VIANEK NAWILŻAJĄCE MLECZKO DO DEMAKIJAŻU ok. 18 zł 150 ml

Rzadko zdarza mi się kosmetyki wyrzucać jednak połowa tego 'cuda' poleciała do kosza co najlepiej opisuje co na jego temat myślę ;) Po mojej udanej przygodzie z mleczkiem odżywczym nawet nie zakładałam porażki ale... no cóż. Mleczko jest mocno płynne jednak czuć, że bazuje na olejach. I tymi pachnie, dość intensywnie przez co używanie nie należało do najprzyjemniejszych.

Działanie też mnie nie zachwyciło. Mleczko niezbyt dobrze radziło sobie z makijażem oczu (a nie używam kosmetyków wodoodpornych) i właśnie w tych okolicach powodowało niewielki dyskomfort. Początkowo, bo z każdym kolejnym użyciem było tylko gorzej a mniej więcej w połowie butli zaczęło mnie uczulać i spowodowało, że moja skóra przypomniała w dotyku papier ścierny. Mleczko było jeszcze w terminie PAO jednak kończył mu się podstawowy termin ważności (do 11.2017) więc być może to było przyczyną ale... nie planuję tego sprawdzać kupując kolejny egzemplarz a zawartość reszty opakowania po prostu wylałam.

→ odżywcze mleczko do demakijażu Vianek (recenzja)


ODŻYWCZY KREM DO RĄK VIANEK ok. 13 zł 75 ml

Szału nie ma. Krem (jak każdy inny kosmetyk z tej serii) kupił mnie swoim pięknym zapachem jednak szczerze, to chyba jego jedyny plus. Miał bardzo dziwną konsystencję - jednocześnie płynną i wręcz rozlewającą się z opakowania przy czym był dość tłusty i zdecydowanie nie nadawał się do stosowania w ciągu dnia. Więc został u mnie kremem 'nocnym' a od tych wymagam sporo. Poległ. Mimo, że zostawiał na dłoniach treściwą warstewkę to nie przekładało się to na jego spektakularne działanie i każdy jeden krem z drogeryjnej półki spokojnie mógł by mi go zastąpić. 

Ma krótki termin przydatności od otwarcia więc stosowałam go również do stóp i tutaj sytuacja analogiczna - wypadł słabo. Jak zresztą inny krem (stricte do stóp właśnie) tego producenta. Powrotu nie będzie.

→ nawilżający krem do stóp Vianek (recenzja)



VIANEK ŁAGODZĄCY TONIK-MGIEŁKA ok. 17 zł 150 ml

To najmocniejsze ogniwo całego zestawienie i kosmetyk do którego w przyszłości wrócę z przyjemnością. Zacznę jednak od niewielkiego minusu - tonik jest płynny jednak dość treściwy przez co opakowanie typu psikadło nie do końca jest tu najbardziej funkcjonalnym rozwiązaniem. Z drugiej strony, mimo, że psika kropelkami zamiast mgiełką i tak stosowałam go często jako kosmetyk do wykończenia makijażu i nie wypływał negatywnie na jego wygląd. Wpływał za to pozytywnie - pięknie pozbywał się nadmiernej pudrowości i zwiększał komfort noszenia szpachli na skórze przez 12 godzin. Plus.

Jako typowy tonik również nie miałam do niego zastrzeżeń - pięknie nawilżał, nie podrażniał i umilał życie intensywnym ale niedrażniącym zapachem różanej konfitury. Jeśli lubicie właściwości toniku hibiskusowego Sylveco a nie odpowiada Wam jego lekko żelowa formuła i wolelibyście coś bardziej płynnego (przy czym nadal konkretniejszego niż woda) to Vianek może okazać się być świetną alternatywą. 

→ tonik hibiskusowy Sylveco (recenzja)

składy: szampon / mleczko


składy: krem do rąk / tonik - mgiełka


Znacie któryś z tych kosmetyków? Jestem ciekawa Waszych wrażeń :)
Share
Tweet
Pin
Share
16 komentarze
Krem do rąk to mój niezbędnik. Jako posiadaczka bardzo suchej skóry bez tego produktu nie wyobrażam sobie życia. Dziś o podejściu do bardziej naturalnej pielęgnacji, która mimo mych szczerych chęci wcale nie przyniosła satysfakcjonujących skutków.


Kosmetyki marki Dr. Konopka's dorwiecie we wszelkich drogeriach posiadających w swojej ofercie naturalne (lub mniej) kosmetyki produkcji rosyjskiej/estońskiej. Za niezbyt wygórowaną cenę oscylującą w granicach 10-13 zł za tubę o pojemności 75 ml.


I od tej tuby zaczniemy. O ile pod względem wizualnym do opakowania przyczepić się nie mogę tak jego walory praktyczne są nikłe.  Jak w przypadku peelingów i maseczek do twarzy (recenzja) przy sporadycznym stosowaniu nie było to zbyt męczące tak w przypadku kosmetyku po który sięgam co chwilę odkręcanie tej mikrej nakrętki i pilnowanie by nie zgubić jej w czeluściach mieszkania jest upierdliwe. Bardzo. Nie mówiąc tu  użytkowanie tak zapakowanego produkt 'w drodze'. Absolutnie się nie da.


Krem posiada bardzo przyjemną formułę. Jest lekki chociaż treściwy. Szybko się wchłania jednak pozostawia na skórze bardzo delikatną, ochronną warstewkę. Ale... po kremie ochronnym spodziewałam się jednak czegoś zdecydowanie konkretniejszego. Szczególnie, że właściwości pielęgnacyjne też mnie nie zachwyciły.

Moja dłonie należą do problematycznych. Gdy tylko na chwilę odpuszczę ich pielęgnację (czyli mycie bardzo łagodnym mydłem i smarowanie kremem niemal co godzinę) zaczyna się na nich dziać  mały armagedon. Skóra błyskawicznie zaczyna się przesuszać i łuszczyć. Na szczęście nie pęka (co było dla mnie ogromnym problemem w przeszłości). Z tego też względu od kremów wymagam niemal cudów. I cudów nie ma. O ile to smarowidło można wpisać w grupę 'krem do torebki' z uwagi na jego szybkie wchłanianie, lekkie nawilżenie i brak nieprzyjemnej warstwy tak jego opakowanie sprawia, że mija się to z jakimkolwiek sensem. Używać go używam. Na noc. Grubą warstwą. Jednak nawet nałożony w ilości spore nie robi nic ponad dziesiątki przeciętnych kremów jakie przewinęły mi się przez ręce (dosłownie;)) w ostatnich latach.

Rzeczą o której nie mogę nie wspomnieć jest jego zapach. O mój borze, jak to pachnie! Wyobrażacie sobie jak piękne musi być połączenie aromatycznej lawendy i cierpkiej cytryny z typową dla cedru drzewną nutą? Jeśli nie to żałujcie, że nie możecie go powąchać. Petarda ;) Z tego też względu mimo, że opakowanie i działanie zawodzą mimo wszystko sięgam po niego z ogromną przyjemnością.

Czy jest to produkt wybitnie zły? Nie. Podejrzewam, że posiadaczki mniej wymagającej skóry mogą być z niego zadowolone. Ja sama do niego nie wrócę ale...w przyszłości chętnie wypróbuję wariant regenerujący. Bo a nuż okaże się być bardziej dopasowany do mich potrzeb.


Share
Tweet
Pin
Share
19 komentarze
   Esotiq to marka, która do tej pory kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z bielizną. I pewnie gdyby ich kosmetyk nie pojawił się w pudełku Joybox żyłabym w tym przeświadczeniu nadal. Okazało się jednak, że w ramach rozwoju powiększyli ofertę swoich sklepów (w tym internetowego) o kosmetyki oraz zapachy.
   W moje ręce wpadł ich ochronny krem do rąk wobec którego nie miałam zbyt dużych oczekiwań (grunt to się pozytywnie nastawić ;)) więc zanim po niego sięgnęłam odstał w moim pudle z zapasami czasu sporo.



   Opakowanie jest całkiem całkiem. Producent zaoferował nam przyjemną szatę graficzną i klasyczną plastikową tubkę. Przyczepię się tylko do jej stopnia twardości - mimo, że raczej kosmetyków nie rozcinam i wydobywam je w całości tak tutaj bez nożyczek się nie obyło. Krem posiada 75 ml, 12 miesięcy na zużycie a kosztuje bez grosza 15 zł.

   Pierwszą rzeczą, która uderzyła mnie w nim po otwarciu jest jego zapach. O borze zielony. Jestem osobą przykładającą dużą uwagę na walory zapachowe bo niepasująca mi woń potrafi zniechęcić nawet do najlepszego produktu. O ile tego kremu najlepszym nie nazwę tak zapach drażnił mnie niesamowicie. Była to wariacja na temat masła shea a zapach masła shea jest dla mnie nie do przejścia. Fuj.

  Konsystencja należała do tych zdecydowanie bogatych i treściwych. Mimo wszystko krem nie był tłusty. Pozostawiał on jednak wyczuwalną, mokrą powłokę na skórze, która uniemożliwiała normalne funkcjonowanie z tego też faktu został moim kremem na noc (i do stóp;)).

   Jeśli mowa o najważniejszym czyli właściwościach pielęgnujących początkowo mnie nie zachwycił. Jak na tak upierdliwą, konkretną formułę spodziewałam się efektów na już. Po użyciu dłonie były trochę nawilżone i... tyle. Dopiero gdy dobiłam do jego dna zdałam sobie sprawę, że mamy już sezon grzewczy, zimę i inne niesprzyjające dla skóry okoliczności. I zazwyczaj w tym momencie moja skóra wołała o litość. A nie woła. Ba, jest w naprawdę świetnej formie! Dłonie są miękkie, gładkie, brak na nich zgrubień czy pęknięć z którymi zazwyczaj się borykam. A jako, że w ciągu dnia ostatnio używam kremów o zdecydowanie lżejszym kalibrze (które nota bene już stosowałam i znam ich możliwości, tj. balsam ochronny za zimę Yves Rocher oraz krem Instant Help Evree) śmiem twierdzić, że zasługą poprawnego stanu moich dłoni jest w dużej mierze ten oto śmierdzący, lepiący cudak ;)



   Czy do niego wrócę? Niekoniecznie ;) Właśnie ze względu na upierdliwą formułę i nieznośny dla mnie zapach. I fakt, że znam o wiele przyjemniejszy krem o podobnym działaniu (Regeneracja Lirene). Jednak koniec końców uważam go za całkiem przyzwoity kosmetyk.
Share
Tweet
Pin
Share
9 komentarze

Moja przygoda z Tołpą trwa nadal. Po części dlatego, że moje Tołpowe zapasy mimo systematycznego używania nie maleją, po części - bo to naprawdę udane kosmetyki. W większości. Dziś jednak o kremie względem którego mam mocno mieszane uczucia.


Opakowanie jest spójne dla produktów z tej serii. Napakowane informacjami, utrzymane w bieli, szarości i fiolecie. Bardzo estetyczne. Zamykane na klik. Tubka jednak wykonana jest z bardzo twardego plastiku co nie ułatwia aplikacji i z każdym dniem staje się bardziej problematyczne.

Krem jak na kokon jest stosunkowo lekki. Nie należy może do najlżejszych kremów (nienawidzę) jednak po produkcie, który ma skórę odżywiać spodziewałam się czegoś konkretniejszego. Pozostawia jednak na dłoniach delikatną ochronną warstewkę. Działanie nie jest spektakularne. Moje dłonie są trudne w pielęgnacji. Przyzwyczaiłam się, że zimą ich pielęgnacja jest dla mnie katorgą jednak zazwyczaj ciepłe dni przynosiły im ukojenie. W tym roku za to mój organizm włączył chyba tryb buntu i nadal borykam się ze skórą suchą jak wiór. Krem ten nie radzi sobie z przesuszeniami. Delikatnie nawilża, zabezpiecza dłonie do kolejnego mycia a niestety nie robi nic więcej. Nie uświadczyłam odżywienia. Regeneracji. I komfortu też nie.

Używam go, bo używam. Znam wiele słabszych kremów, które rozdaję po rodzinie bo nie robią z moimi dłońmi nic. Ten coś robi ale to coś to zbyt jednak mało bym chciała wrócić do niego w przyszłości. Nie ratuje go nawet rewelacyjny zapach - identyczny jak w maseczce, kremie na noc czy do stóp z tej samej linii. Cena kremu nie przekracza 15 zł.

Muszę przyznać, że czuję zawód. Mam jeszcze w zapasie krem z serii amarantus i czaję się na ich nowość: lipidowy krem z linii Atopic. Mam nadzieję, że któryś z nich okaże się być wybawieniem dla moich dłoni i nie będę dożywotnio skazana na krem Regeneracja z Lirene :D



Share
Tweet
Pin
Share
62 komentarze
Czy jest tu ktoś, kto nie czytał chociaż jednej opinii na temat kremów do rąk marki L'occitane? Ja mam wrażenie, że są one niemal kultowe. Może nie na całym kosmetycznym rynku ale jeśli mowa o produktach firmy z pewnością. W lutym skusiłam się na niewielkie zamówienie z ich sklepu internetowego właśnie po to, by zgarnąć trzy gratisowe maleństwa. Zdążyłam je już zużyć więc dziś na ich temat słów kilka.



Kremy te zapakowane są w maleńkie 10 ml metalowe (?) tubki. Opakowanie większych wersji design opakowań mają identyczny. Ceny zaś oscylują w granicach 30zł za 30 ml. Im większe opakowanie tym produkt wychodzi taniej ale jak dla mnie nadal to zbyt wygórowane kwoty jak na ich przeciętną (o czym za chwilę) jakość.

Jak widzicie trafiły mi się trzy wersje zapachowe: klasyczna, różana oraz waniliowa. I od zapachów zacznę. Wersja klasyczna dla mojego nosa zbliżona jest do granatowego kremu Nivea, różana pachnie różą a sam zapach jest dziewczęcy i lekko słodki, daleko mu do aromatu płatków czerwonych róż. O wanilii czytałam różne opinie (najciekawszej nie przetoczę, żeby Was nie zrażać :D) jednak z całej trójki jest najsłabsza. Niby zapach jest waniliowy ale jak dla ma sporą nutkę ulepkowatej słodyczy i czegoś mydlanego. Mnie - fankę wanilii - nie usatysfakcjonował.

Konsystencja kremów jest bardzo podobna. Są gęste, zbite i konkretne. O ile róża i klasyk jak dla mnie nie różnią się poza zapachem niczym to jednak wanilia lekko się wyróżnia - wydaje się być odrobinę lżejsza jednak bardziej olejowa. Jednak różnica na dłoniach jest praktycznie nie wyczuwalna i raczej doszukałam się jej na siłę. Kremy nałożone na dłonie pozostawiają odczuwalną warstewkę, jednak nie lepią się.



Muszę przyznać, że gdy już na moich dłoniach gościły miałam jedno nieodparte wrażenie, że wysmarowałam sobie ręce... kremem Nivea. O ile wersje pachnące trochę mąciły mi w głowie tak klasyk to dla mnie wypisz wymaluj najzwyczajniejsza tania i ogólnodostępna Nivea. Tak, wiem, że składowo to nie to samo, L'occitane zamiast parafiny daje nam masło shea jednak nie tylko odczucia są dla mnie typowe dla tego produktu ale i działanie.

Działanie, które nie powala. Nie są to złe kremy. Ale nie wyróżniają się też niczym szczególnym. A już w ogóle w moim odczuciu nie są warte pieniędzy jakie życzy sobie za nie producent. Kremy nawilżają. Przeciętnie. Lekko natłuszczają. Warstewka jaką pozostawiają pełni funkcję ochronną.

Nie są wydajne. Żeby wysmarować dłonie potrzeba około 2 cm porcji kremu (to nawet więcej niż w produktach innych marek) więc takie tubeczki nie wystarczyły mi nawet na tydzień codziennego używania po kilka(naście) razy dziennie. Więc gdybym za 30 ml produktu(ów) zapłaciła regularne 30 zł byłabym co najmniej wściekła.

Czy warto? Przetestować jak najbardziej (u niektórych się sprawdzają ;)) ale polecam podejść do nich z lekkim dystansem i nie nastawiać się na hit. No i zacząć od mniejszych pojemności, które czasem można dorwać w dobrych cenach (albo i za darmo).

Miałyście te kremy? Sprawdziły się lepiej niż u mnie? ;)


(zdjęcie można powiększyć)
Share
Tweet
Pin
Share
64 komentarze
O tym, że mam spore problemy z dłońmi w miesiącach chłodnych pisałam już nie raz. Tej zimy udało mi się odkryć krem idealny [Lirene Regeneracja] dzięki któremu moje dłonie przeżyły bez najmniejszego uszczerbku najgorsze miesiące. Co nie zmienia jednak faktu, że nadal kupuję i testuję inne produkty. Ot tak, ludzka ciekawość. Niedawno skusiłam się na swojego ulubieńca lat poprzednich. Krem ten zniknął mi z zasięgu wzroku na parę miesięcy i dopiero niedawno udało mi się go kupić w dobrej cenie (niespełna 6 zł za 75 ml) w Naturze. W zmienionej szacie graficznej ze złowieszczym dopiskiem 'nowość'. Czemu złowieszczym? Bo zazwyczaj producenci majstrując przy składzie mają tendencję do pogarszania jakości produktów. Czy tak było też tym razem?



Krem ten posiada estetyczną tubkę jednak jakość wykonania i nadruku pozostawia sporo do życzenia. Plusem jest jednak zamknięcie na klik - mam nieznośną tendencję do gubienia zakrętek. Konsystencja tego produktu jest dosyć lekka (mam wrażenie, że poprzednia wersja była konkretniejsza), stosunkowo szybko się wchłania pozostawiając na dłoniach pudrową powłoczkę. Zapach w tubce jest bardzo przyjemny, cierpka żurawina miesza się ze słodyczą miodu jednak wyczuwalne są też typowe kremowe nuty. Niegdyś ten krem podobny zapach pozostawiał na dłoniach przez długie minuty (niesamowicie przyjemna sprawa) jednak wraz ze zmianą składu zapach ten w kontakcie ze skórą wybija nieprzyjemne nuty (pozwolę sobie nie opisywać moich odczuć - to nic smacznego...) które na szczęście jak i sam aromat są bardzo ulotne.

Jeśli mowa o najważniejszym czyli działaniu - kiedyś było świetne. Krem szybko i skutecznie nawilżał i regenerował dłonie zapewniając im ochronę przed zimnem. Nie radził sobie z najbardziej suchymi partiami tak jak bym sobie tego życzyła jednak patrząc na ilość (i jakość) kremów jakie przetestowałam do tej pory i tak śmiało mogłam go nazwać moim ulubieńcem. Jak jest teraz? Jest marnie. Krem nałożony w niewielkiej ilości nie robi z dłońmi nic. W pięć minut po aplikacji czuję taki dyskomfort jak gdybym nie użyła żadnego nawilżacza. Nałożony w ilości sporej radzi sobie trochę lepiej - nawilża. Jednak wmasowanie go w dłonie trwa zbyt długo bym mogła go używać jako podstawowy krem na co dzień.

Przyznam szczerze, że dawno nie byłam tak zawiedziona żadnym produktem. W teorii skład wcale nie wygląda źle - po wodzie i maśle shea mamy olej kokosowy. Jednak wcześniej również nie był tragiczny (wkleję niżej) i jak dla mnie ta zmiana to ewidentny przykład, że często 'lepsze' jest wrogiem dobrego. Nie polecam.


INCI: Aqua, Butyrospermum Parkii, Glycine Soja Oil, Cetearyl Alcohol, Petrolatum, Stearic Acid, Glycerin, Sesamum Indicum Seed Oil, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Propylene Glycol, Mel (Honey) Extract, Vaccinium macrocarpon Fruit Extract, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Benxyl Alcohol, Ceteareth-20, Hydrolyzed Milk Protein, Lactose, Parfum, Allantoin, Carbomer, Sodium Hydroxide, Disodium EDTA, Lecithin, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, Potassium Sorbate, Sorbic Acid, Coumarin.
Share
Tweet
Pin
Share
54 komentarze
Kremy do rąk w sezonie jesienno-zimowym idą u mnie jak woda więc kupuję je namiętnie. Dziś kilka słów o jednej z moich nowości mianowicie ochronnym balsamie do rąk z masłem karite z Yves Rocher. 



Balsam zapakowany jest w odkręcane pudełko - opcja średnio higieniczna jednak niezbyt problematyczna w użytkowaniu ze względu na zbitą konsystencję balsamu. Co nie zmienia faktu, że nie jest on zbyt twardy czy zbity by producent nie mógł by go umieścić w standardowej, wygodniejszej tubce. Opakowanie ma żółty kolor jak i reszta produktów z serii do rąk tego producenta.

Wspomniałam już o konsystencji - jest ona zbita jednak jednocześnie lekka i przyjemnie kremowa. To chyba najprzyjemniejszy pod tym względem krem jaki wpadł w moje ręce w ciągu ostatnich miesięcy. Używałam go z ogromną przyjemnością. Na dłoniach pozostawiał lekką warstewkę.

Jeśli mowa o działaniu pielęgnacyjnym muszę przyznać, że określenie tego kremu jako produkt ochronny na zimę jest zdecydowanie na wyrost. O ile nie mogę narzekać na nawilżenie czy wygładzenie dłoni niestety nie jest to produkt, który znacząco wpłynie na regenerację czy uchroni je przed warunkami atmosferycznymi. Niestety.

Kolejną ważną kwestią o której warto wspomnieć jest... cena. 50 ml tego balsamu w cenie regularnej to aż 30 zł. Uważam, że to znaczne przegięcie i z pewnością to kremidło nie jest jej warte. Swoje upolowałam w dobrej promocji i muszę przyznać, że o ile będę miała możliwość je kupić po raz kolejny za mniej niż 10 zł ze względu na fantastyczną konsystencję skuszę się na nie ponownie. Mimo  sporego minusa w postaci wydajności a raczej jej braku.

Znacie ten balsam? Jak się u Was sprawdził?

Na blogu [1001 pasji] znajdziecie zdjęcie składu - na śmierć o nim zapomniałam.



Share
Tweet
Pin
Share
61 komentarze
Jakiś czas temu w ferworze zakupów skusiłam się na krem do rąk chyba najbardziej wychwalanej marki jeśli mowa o tego typu produktach. Ostatni raz kremów Neutrogeny używałam bardzo, bardzo dawno temu, dlatego też stwierdziłam, że miło będzie je sobie przypomnieć. Padło na wersję z maliną nordycką. Jesteście ciekawe jak sprawdził się na moich problematycznych dłoniach?


Nie mam zastrzeżeń co do opakowania. Jest estetyczne, wykonane z plastiku dobrej jakości z zamknięciem na klik. Konsystencja kremu jest dosyć bogata, jednak trudno nazwać ją bardzo gęstą czy tłustą. Aplikacja jest na prawdę przyjemna. Nałożony w niewielkiej ilości szybko się wchłania, jednak dla lepszych efektów muszę nakładać go w sporych ilościach co spowalnia wchłanianie a na skórze pozostaje średnio przyjemna, trochę lepiąca i śliska warstwa. No i najważniejsze czyli efekty. Nie jest to dobry krem, nazwać go mogę wyłącznie przeciętnym. Zdaniem producenta ma od odżywiać i jest to moim zdaniem spore nadużycie. Sam krem co najwyżej wygładza oraz nawilża. I to też bez większego szału. Główną jego rolą w moim odczuciu jest zabezpieczenie dłoni przez warstwę jaką tworzy. I mimo, że nie przeszkadza mi parafina w kremach do rąk to w tym przypadku wolałabym, żeby jej nie było. Bardzo sporną kwestią dla mnie jest zapach. Nie wiem czy tak pachnie malina nordycka ale zapach kremu jest dla mnie nieprzyjemny, drażniący, owocowo-mdły. Summa summarum - więcej nie kupię, szczególnie, że cena (ponad 10 zł za 75 ml) wydaje mi się być wygórowana za tej jakości produkt.



Miałyście go? Byłyście zadowolone?
Share
Tweet
Pin
Share
56 komentarze
Jak już kiedyś na blogu wspominałam - jestem posiadaczką bardzo problematycznej skóry rąk w miesiącach jesienno-zimowych, co jest wynikiem odmrożenia sprzed paru lat. Skóra (głównie w okolicach kostek palców) najpierw jest twarda i zgrubiała, później się łuszczy a na koniec pęka. Jednym słowem obraz nędzy i rozpaczy. Dlatego porządny krem do rąk jest dla mnie priorytetem a o taki krem niestety trudno. Dziś o produkcie, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył mimo, że po przygodzie z wersją 'Ratunkową' [KLIK] niewiele się po nim spodziewałam.


Krem posiada opakowanie o pojemności 100 ml i w cenie regularnej kosztuje zaledwie 8 zł. Estetyka opakowania jest całkiem przyjemna, plus za korek na klik, minus bo szybko się popsuł (nie domyka się). I to chyba jedyna wada jakiej udało mi się doszukać ;)
Produkt ten posiada średnio gęstą konsystencję, nałożony nawet w sporej ilości dosyć szybko się wchłania pozostawiając na skórze przyjemną, pudrową warstewkę. Pozostaje ona na skórze do jednego czy dwóch myć co jest jest niewątpliwą zaletą. Działanie kremu jest świetne i znany i lubiany czerwony Garnier przy produkcie Lirene może się schować. Przede wszystkim oprócz mocnego nawilżenia wspaniale odżywia i regeneruje skórę dłoni pomagając mi zachować ją w dobrej formie. Na bardzo przyzwoitym poziomie radzi sobie z nadmierną szorstkością skóry. Dodatkowo koi co jest dla mnie niezwykle ważne gdy pojawią się na niej pęknięcia. Uwielbiam nakładać go grubą warstwą na noc. Zapach określiłabym jako neutralny.
Jeśli szukacie porządnego odżywczego kremu, który zregeneruje waszą skórę zimą to z pewnością warto po niego sięgnąć :)




PR

Share
Tweet
Pin
Share
83 komentarze
Czas na parę słów na temat kremu do rąk od India Cosmetics [KLIK]


Co do estetyki opakowań wypowiedziałam się we wczorajszym poście na temat pomadki ochronnej [KLIK]. Jednak tuba kremu posiada wygodne zamknięcie na 'klik' co jest dla mnie dużym plusem bo nalezę do gatunku osób, które gubią wszelkie korki i nakrętki.
Nie jestem chemikiem, jednak okiem laika łatwo zauważyć, ze krem ten zawiera parafinę i sylikon, który daje efekt wygładzenia ale i olej konopny, wosk pszczeli, ekstrakty,  panthenol czy allantoinę. Działanie tego kremu jest na prawdę w porządku. Producent wywiązał się z obietnicy natychmiastowego nawilżenia i wygładzenia dłoni. Mimo bardzo lekkiej konsystencji i szybkiego wchłaniania krem pozostawia na dłoniach uczucie komfortu. Efekt jest doraźny jak w przypadku większości kremów i po umyciu rąk ja aplikuję go ponownie. Zapach tego kremu tak samo jak w przypadku pomadki ochronnej jest lekki i przyjemny, jednak w żaden sposób nie nachalny. Ze względu na swoją konsystencję krem okazał się być bardzo wydajny. Kosztuje on 12.99 zł za pojemność 100 ml w sklepie producenta [KLIK] co uważam za cenę odpowiednią do jego jakości.
Podsumowując: to dobry, lekki krem nawilżający w przyjaznej cenie i o dużej wydajności.



Share
Tweet
Pin
Share
48 komentarze
Całkiem niedawno otrzymałam wielką paczkę dzięki uprzejmości Pań Ani i Magdy z Laboratorium Kosmetycznego Dr. Ireny Eris. Dziś o pierwszym z produktów który wpadł w moje ręce. Dosłownie.


Moje dłonie w okresie letnim nie są zbyt problematyczne. Gorzej zimą gdy bez odpowiedniego nawilżenia i ciepłych rękawic ich stan pogarsza się do tego stopnia, że tworzą się na nich wręcz rany w okolicach kostek. Gdy zobaczyłam ten krem, wiedziałam, że chętnie go wypróbuję już teraz, żeby wiedzieć czy warto kupić go właśnie zimą. Niestety - nie warto. Ale przejdźmy do szczegółów.
Krem zgodnie z obietnicą producenta zawiera w sobie 10% masła shea i znajduje się ono w składzie zaraz po wodzie. Duży plus. Krem zawiera również parafinę ale w produktach do pielęgnacji dłoni i stóp ten składnik mi osobiście nie przeszkadza. Muszę przyznać, że zdziwiła mnie bardzo lekka konsystencja tego kremu. Podejrzanie lekka jak na produkt, który ma ratować skórę. Krem wchłania się błyskawicznie. Pozostawia prawie niewyczuwalną warstewkę dlatego też będzie to idealny produkt dla osób, które nie przepadają za używaniem kremów czy wykonują pracę gdzie tłuste ręce to spore utrudnienie. Jeśli chodzi o nawilżenie jest ono mocno przeciętne i krótkotrwałe. Z pewnością brak tu jakiejkolwiek regeneracji na którą liczyłam. Nie jest wydajny - zużyłam go w zastraszająco szybkim tempie.
Muszę przyznać, że jestem tym kosmetykiem mocno zawiedziona. Nie jest on specjalnie drogi (8 zł za 50 ml) ale znam tańsze i lepsze kremy. Do plusów mogę zaliczyć fakt, że względu na małą pojemność i szybkie wchłanianie jest świetnym kremem do torebki (ma też wygodne zamkniecie a ja lubię gubić nakrętki...). Ale niedosyt pozostaje...




Produkt otrzymałam dzięki uprzejmości producenta co jak możecie się domyślić nie ma wpływu na moje odczucia.
Share
Tweet
Pin
Share
40 komentarze
Dziś o pielęgnacji dłoni słów kilka...


Krem DeBa gości u mnie od kilku miesięcy. Możecie go kupić w Biedronce (chociaż chyba nie w każdej) za oszałamiające 5 zł w dwóch wersjach: migdałowej o której dziś napiszę lub nagietkowej - którą też miałam jednak polubiłam się z nią dużo mniej ze względu na dużo lżejszą i bardziej glicerynową konsystencję. Kremy te dostaniecie również w drogeriach internetowych jednak ceny przekraczają 10 zł więc nie ma sensu przepłacać :)
Dziwię się, że do tej pory ten krem nie pojawił się na blogu bo zużyłam już kilka opakowań tego produktu i ciągle do niego wracam :)
Po pierwsze, jeśli chodzi o skład produktu warto wspomnieć, że wszelkie składniki są certyfikowane a wiem, że dla części z Was jest to ważne. Nie będę bawić się w dokładną analizę składu bo chemikiem nie jestem ale wygląda on całkiem przyzwoicie ze względu na sporą zawartości olei. Sam krem ma konkretną konsystencję jednak nie jest tłusty. Na dłoniach pozostawia warstewkę, która dla niektórych osób może być minusem. Mi osobiście ona nie przeszkadza gdy stosuje go w domu. Jeśli chodzi o właściwości pielęgnujące są one po prostu dobre. Dłonie są nawilżone i wygładzone. Krem nie podrażnia co jest dla mnie ważne bo niestety zdarzają mi się przesuszenia w okolicy kostek. 
Na koniec pozostawiam najważniejszą kwestię czyli... zapach. To najładniej pachnący krem do rąk jaki miałam (no, może po za kremem żurawinowym z zimowej serii 4 Pory Roku). Pachnie niczym migdałowe ciastko i mam ochotę go zjeść :) Jednak zapach bywa męczący i nie wyobrażam sobie stosować go kilka razy dziennie bo najnormalniej w świecie mnie od niego mdli... Używam więc go zamiennie z kremami o neutralnych bądź mniej intensywnych zapachach.
Ze swojej strony jak najbardziej mogę Wam ten produkt polecić :)



A jaki krem do rąk jest Waszym ulubieńcem?
Share
Tweet
Pin
Share
35 komentarze
Older Posts

Popular Posts

  • Jak zjeść ciastko i mieć ciastko? | BIOLOVE | mus do ciała o zapachu ciasteczka
     Dziś zapraszam Was na recenzję kolejnego kosmetyku marki Biolove (Nacomi dla Kontigo). Tym razem poopowiadam o pięknie pachnącym i świetni...
  • Tretynoina bez recepty | MEDIQ SKIN PLUS | żel punktowy do cery trądzikowej
       Nie posiadam typowej skóry trądzikowej. Posiada ona jednak swoje kaprysy. I o ile nauczyłam się dobierać do swojej pielęgnacji kosmetyki...

Strony

  • Strona główna
  • KONTAKT
  • Polityka bezpieczeństwa oraz regulaminy

O MNIE

O MNIE
Ja. Beznadziejna, nieuleczalna kosmetykoholiczka. Kocham kawę, koty i święty spokój ;)

TU JESTEM

zBLOGowani.pl

ARCHIWUM

  • ▼  2019 (2)
    • ▼  stycznia (2)
      • Naturalna pielęgnacja dłoni | Kremy do rąk Be Orga...
      • Dwa naturalne szampony z drogeryjnej półki | Alter...
  • ►  2018 (62)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (5)
    • ►  października (2)
    • ►  września (4)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (4)
    • ►  czerwca (2)
    • ►  maja (6)
    • ►  kwietnia (6)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (10)
    • ►  stycznia (15)
  • ►  2017 (143)
    • ►  grudnia (8)
    • ►  listopada (9)
    • ►  października (9)
    • ►  września (10)
    • ►  sierpnia (6)
    • ►  lipca (16)
    • ►  czerwca (16)
    • ►  maja (13)
    • ►  kwietnia (13)
    • ►  marca (14)
    • ►  lutego (12)
    • ►  stycznia (17)
  • ►  2016 (112)
    • ►  grudnia (11)
    • ►  listopada (15)
    • ►  października (14)
    • ►  września (13)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (4)
    • ►  maja (5)
    • ►  kwietnia (5)
    • ►  marca (6)
    • ►  lutego (18)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (104)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (6)
    • ►  września (3)
    • ►  sierpnia (8)
    • ►  lipca (7)
    • ►  czerwca (15)
    • ►  maja (10)
    • ►  kwietnia (13)
    • ►  marca (15)
    • ►  lutego (11)
    • ►  stycznia (10)
  • ►  2014 (158)
    • ►  grudnia (12)
    • ►  listopada (16)
    • ►  października (25)
    • ►  września (29)
    • ►  sierpnia (36)
    • ►  lipca (22)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  kwietnia (5)
    • ►  marca (2)
  • ►  2013 (6)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  października (1)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  lutego (2)
  • ►  2012 (11)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  września (1)
    • ►  czerwca (5)
    • ►  maja (3)
    • ►  kwietnia (1)
  • ►  2011 (2)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2010 (1)
    • ►  grudnia (1)

Liczba wyświetleń:

Szukaj na tym blogu

Obserwatorzy

ETYKIETY

balsam brązujący (2) balsam do ciała (21) balsam do demakijażu (1) baza pod podkład (1) błyszczyk do ust (1) bronzer (5) chusteczki do demakijażu (1) cienie do powiek (8) denko (58) do brwi (1) do kąpieli (3) jestem na nie (1) joybox (12) korektor (5) kosmetyczne POWROTY (3) krem bb (2) krem do rąk (15) krem do stóp (4) krem do twarzy (30) krem pod oczy (13) krem z filtrem (3) lakier do paznokci (7) maseczka do twarzy (17) maska do włosów (9) masło do ciała (8) mleczko do ciała (3) mleczko do demakijażu (5) mydło (1) mydło do ciała (1) na końcówki (5) niedziela (8) NOWOŚCI i ZUŻYCIA (4) odżywka bez spłukiwania (8) odżywka do spłukiwania (10) olejek do ciała (9) olejek do demakijażu (7) olejek do twarzy (3) olejek do włosów (4) peeling (1) peeling do ciała (15) peeling do dłoni (1) peeling do stóp (2) peeling do twarzy (enzymatyczny) (4) peeling do twarzy (gommage) (1) peeling do twarzy (mechaniczny) (11) perfumy (5) pędzle do makijażu (3) pianka do mycia twarzy (3) pielęgnacja ciała (7) pielęgnacja twarzy (13) Pielęgnacja włosów (12) płyn do higieny intymnej (2) płyn dwufazowy (7) płyn micelarny (20) podkład (11) pomadka (4) pomadka ochronna (6) pomadka peelingująca (1) project 10 pan (2) projekt denko (12) puder do twarzy (7) rozświetlacz (5) róż (4) serum (6) serum do twarzy (4) szampon (23) tonik (14) top coat (2) tusz do rzęs (3) ULUBIONE (18) wcierka (4) zakupy (45) zbiory kosmetyczne (14) żel do mycia twarzy (21) żel pod prysznic (18)

Created with by BeautyTemplates