kosmetykoholiczka

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Grudzień mija szybko i niepostrzeżenie. Zapraszam Was więc na przegląd moich kosmetycznych zużyć tego miesiąca :)


Płyn micelarny Aloesove nie zaskarbił sobie mojej sympatii. Ani nie zachwycił mnie łagodnością, ani nie radzi sobie ze zmywaniem tak jak powinien. Zostało mi ostatnie opakowanie tego 'cuda' w zapasie (uf...) i z przyjemnością o nim zapomnę. 

Zielona glinka Nacomi była... średnia. O ile do samej jakości przyczepić się nie mogę tak zielona glinka jest dla mojej skóry zbyt inwazyjna i zdecydowanie w przyszłości zostanę przy czarnej lub białej (moje nowe odkrycie).

Pomadka brzozowa z betuliną Sylveco to u mnie klasyka gatunku. Uwielbiam i sięgam po nią systematycznie. Pomijając fakt, że chroni i pielęgnuje to dodatek betuliny ma fantastyczne właściwości jeśli podobnie jak ja,  borykacie się z problemem opryszczki. 

Olejek do ust Alterra okazał się być miłym powrotem po latach do takiej formy pielęgnacji ust. Nie jest to kosmetyk, który zdziała cuda niemniej jako produkt ochronny do stosowania 'w ciągu dnia' sprawdził mi się bardzo przyzwoicie.


Miodowa maska do twarzy Lirene LabTherapy robiła swoją robotę o czym pisałam Wam w jej recenzji (klik).

Esencja nawilżająca Polny warkocz to mój drugi i na pewno nie ostatni egzemplarz po jaki sięgnęłam. To tonik bazujący na wodzie różanej z dodatkiem mleczka pszczelego, który pięknie nawilża skórę.

Esencja do skóry mieszkalnej Bielenda niegdyś sprawdzała się u mnie świetnie. Kupiłam drugie opakowanie i... wtopa. Zaczęła podrażniać mi skórę. Zużyłam ją do rozrabiania glinek.


Żel do mycia twarzy Duetus to taki... średniak. Krzywdy nie robił, jednocześnie nie był zbyt komfortowy dla skóry. A mimo swojej mocy, mam wrażenie, że nie do końca oczyszczał skórę twarzy. Mam jeszcze jedną butelkę więc pewnie przerwie sobie do niego wrócę jednak gdybym jej nie miała, wątpię, że skusiłabym się na kolejne opakowanie.

Szampon z węglem Alterra był naprawdę świetny! Jednocześnie pięknie oczyszczał i był bardzo łagodny. Jak odkopię się z zapasów chętnie do niego wrócę.


Odżywka w sprayu do włosów farbowanych Iceveda to mój ogromny ulubieniec. Pokonałam już trzy butle i pewnie nie raz jeszcze do niej wrócę. Bo pięknie pachnie, wygładza włosy ale jednocześnie delikatnie je unosi i nadaje im 'życia'. Polecam!

Kolejny produkt, który sprawdza się u mnie świetnie - odżywka do włosów Magiczna Moc Glinki Elseve. To lekka, mocno nawilżająca  i wygładzająca odżywka, która nie obciąża moich cienkich włosów.

Skuszona składem skusiłam się na szampon ułatwiający rozczesywanie marki własnej Drogerii Narura - Seyo. I zaliczyłam wtopę. Bo szampon powodował  u mnie swędzenie skóry głowy. Szkoda, bo ma potencjał.

Szampon wzmacniający Pharmaceris był ze mną od kilku dobrych miesięcy. Przez pierwsze tygodnie używałam go jako podstawowy kosmetyk myjący, później rzadziej. Efekty? To działa!  Sięgnęłam po niego gdy moje włosy w wyniku stresu zaczęły lecieć garściami. Przestały. A na głowie w tym momencie mam stertę babyhair. Wymaga cierpliwości (trzeba wykonywać nim masaż skóry przez 2 minuty) jednak efekty to rekompensują. Na pewno do niego wrócę.


Kremy do rąk Eveline i Lirene to takie ładnie pachnące przeciętniaki. Może w przypadku miej wymagających dłoni 'dadzą radę', dla mnie efekt pielęgnacyjny był zbyt lekki, szczególnie w okresie jesienno-zimowym.

Peeling Organic Shop to klasyka gatunku. Nie jestem ich wielką fanką jednak czasem, ze względu na niewielką cenę i przyzwoite właściwości zdzierające, się na nie skuszę. Wersja kawowa nie pachnie kawą i jest moim ulubionym wariantem zapachowym.

Mus do mycia ciała Nivea to produkt myjący do którego lubię wracać ze względu na jego puszystą, piankową formułę. Wersja granatowa pachnie klasykiem - kremem Nivea ;) Nie jest to najłagodniejszy środek myjący niemniej użycie po nim balsamu do ciała przywraca jej komfort. Niestety, tym razem, trafił mi się felerny atomizer, który nie zawsze chciał wypluć z siebie porcję produktu co, nie ukrywam, było trochę irytujące.
Share
Tweet
Pin
Share
6 komentarze

Zapraszam Was na podsumowanie moich zużyć z listopada.


Azjatycki demakijaż kuuusił mnie od dawna, gdy złapałam na promocji balsam do demakijażu Deep Clear Missha cieszyłam się mocno. Do pierwszego użycia. Nie był to kosmetyk wybitny. Dobił w końcu dna i z ulgą pozbywam się pustego opakowania. Bo za ułamek ceny można kupić o wiele skuteczniejsze kosmetyki.

Migdałowy kremowy żel do mycia twarzy Lirene był przyjemnym kosmetykiem z drogeryjnej półki. Miał gęstą, treściwą żelowo-kremową formułę, dobrze oczyszczał skórę jednak nie powodował jej przesuszenia. Skończył mi się podejrzanie szybko, jednak wina raczej leży po mojej stronie - nie lubię płynnych kosmetyków w opakowaniu typu 'tuba' bo zawsze wylewa mi się ich zbyt dużo.

Aromat normalizującego kremu do twarzy na noc z Vianka nie należał do najprzyjemniejszych a i jego intensywność nie ułatwiała z nim życia ale... to świetny krem! Pięknie nawilżał i rewelacyjnie sprawdził mi się w chwili ostatniego kryzysu mojej skóry.

Krem pod oczy Elements (ten z odpowiednikiem jadu żmii) to jeden z lepszych kremów jakie używałam. Intensywnie nawilżał, walczył z zasinieniami, nadawał skórze elastyczności. Miał jednak bardzo lekką formułę, za czym nie przepadam.


Z duetu Organic Shop bardziej do gustu przypadł mi szampon, jednak i on nie wywarł na mnie jakiegoś większego wrażenia. Ot, mył. Odżywka za to nie robiła z moimi włosami nic.

Odżywka Magiczna moc glinki Elseve jest za to jedną z moich ulubionych drogeryjnych odżywek i wróciłam do niej z przyjemnością. Nawilża, wygładza, a włosy po jej użyciu są przyjemnie miękkie i puszyste. 

Przeciwłupieżowy szampon Isana używałam profilaktycznie bo łupieżu nie mam. Jako produkt do mocniejszego mycia sprawdził się u mnie zacnie. Jest na dodatek śmiesznie tani i nie robi krzywdy mojej skórze głowy.


Mus do mycia ciała Nivea to trzeci egzemplarz jaki używałam. Lubię ich piankową  formułę i kremowe zapachy.

Krem-mus pod prysznic Tołpa zachwyci mnie swoją kompozycją zapachową i łagodnością. Z pewnością zaopatrzę się w kolejny egzemplarz, gdy trochę odkopię się z zapasów. Podobnie zresztą będzie w przypadku aromaterapeutycznej, relaksującej kąpieli borowinowej.

Olejek do ciała Kneipp był spoko jednak jak na produkt natłuszczający jego cena regularna zniechęca mnie do zakupu kolejnego opakowania. Oliwka Babydram sprawdza się u mnie równie dobrze ;)


Share
Tweet
Pin
Share
7 komentarze
Miniony miesiąc był u mnie bardzo owocny jeśli mowa o dobijaniu dna w kolejnych kosmetycznych flaszkach. Jest to trochę kosmetyków o których warto powiedzieć słów kilka, są takie, które najchętniej pominęłabym milczeniem ale... i o nich się wypowiem. Bo mogę ;)


Gdy tylko dowiedziałam się, że rodzina Sylveco powiększyła się o koleje marki wiedziałam, że prędzej czy później sięgnę po nowości. Babska prasa i jedna z edycja Joyboxa sprawiły, że było to 'prędzej' niż później i za ułamek cen regularnych nabyłam zapas ich płynu micelarnego i samotne opakowanie żelu do mycia twarzy. Kosmetyki Aloesove zdecydowanie nie zdobyły mojego serca. Bo o ile żel był poprawny, tak micel, szczególnie na tle swoich 'braci' z Vianka czy Sylveco właśnie, wypadł po prostu słabo. Oba kosmetyki doczekały się recenzji więc jeśli marudzenia Wam mało, to serdecznie Was do niej zapraszam.


Peeling głęboko oczyszczający Marion miał potencjał ale... nie do końca mi pasował. Drobinki były grube i miały moc, jednak było ich po prostu zbyt mało by mogły coś konkretnego na skórze zdziałać. Baza tego peelingu to lekki krem, który jeszcze łagodził jego działanie. Generalnie, gdyby nie zapasowy egzemplarz, zdecydowanie nie zagościł by u mnie po raz drugi.

Inaczej sprawa ma się z peelingiem enzymatycznym Organic Shop, który kosztuje grosze i robi swoją robotę. To moja druga zużyta i pewnie nie ostatnia tubka.


Do waniliowej pomadki ochronnej Nivea też wróciłam po raz kolejny. Ma bardzo przyjemny zapach i delikatnie rozjaśnia usta. Właściwości pielęgnujące określiłabym jako przeciętne, nie zmienia to jednak faktu, że sięgałam po nią z przyjemnością. 

I znowu moje powroty czyli maski do twarzy z Lirene. Algi w opakowaniu na 'raz' są bardzo komfortowe i pod względem ich używania i jeśli o efektach mowa. Po szczegóły zapraszam do recenzji. 

Zużyłam też kolejne już opakowanie czarnej glinki Fitocosmetic. Która to jest moją ulubioną glinką - jest dość delikatna jednak pięknie oczyszcza skórę, lekko ją napinając.

Płatki pod oczy Perfecta użyłam, gdy moja skóra pod oczami wołała o litość. I działanie tych dwóch, żelowych opatrunków doceniłam. Podejrzewam, że w 'normalnej' sytuacji raczej nie zrobiły by na mnie takiego wrażenia, jednak gdy z powodu przesuszenia skóry dorobiłam się dodatkowej zmarszczki pod jednym okiem (na szczęście, już jej nie ma) ich działanie okazało się być wybawieniem.


Trzecie podejście do szamponów EcLabolatorie uważam za udane (dwa pierwsze niestety nie). Ich szampon wzmacniający delikatnie lecz skutecznie oczyszczał skórę głowy. Niestety, był bardzo niewydajny więc raczej do niego nie wrócę.

Powrotu nie planuję również do odżywki Melica Organic. To jeden z tych produktów, który na początku pozostawia po sobie pozytywne wrażenie by w połowie opakowania okazało się, że zamiast nawilżenia i wygładzenia twoje włosy zaczynają przypominać (jeszcze bardziej) przesuszoną miotłę. Wymęczyłam ją. Używając zamiennie z innym, o niebo lepszym, produktem.


Miniatura (druga już) trzyminutowej odżywki Aussie zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Na tyle, że rozważę zakup pełnowymiarowego opakowania w przyszłości. Zabrakło mi w niej wygładzenia jednak nawilżenie i odżywienie włosom zafundowała zacne. Elseve niestety poległo  - działanie tej odżywki było praktycznie żadne.


Moje pierwsze podejście do żeli pod prysznic Alterry było bardzo udane. Żel może i nie grzeszy wydajnością jednak jego kremowa formuła była niesamowicie komfortowa dla skóry a przyjemny, ciepły zapach bardzo przypadł mi do gustu. Żel Organic Shop był miły przeciętniakiem, który pachniał różanymi landrynkami.


Z tego zestawienia najlepiej wypadł antyperspirant Nivea. Miał przyjemny zapach, chronił przyzwoicie, pozostawiał na skórze jedwabistą powłoczkę. Rexona za to była strasznie dusząca, pyliła i zostawiała na skórze biały osad. Dove mimo całej mojej sympatii to ich kremowych antyperspirantów też mnie nie zachwycił. Bo brudził jak choroba a i jego skuteczność, mam wrażenie, była zdecydowanie słabsza niż przy innych wariantach. Miał za to bardzo przyjemny zapach (już zaopatrzyłam się w żel pod prysznic z tej serii).


Kąpielowe umilacze z  Isany były naprawdę świetne. Podobnie zresztą jak sól do kąpieli i peeling Tołpy. Wystająca saszetka Perfecty to ich peeling do stóp, który zużyłam do całego ciała. Był 'taki se'.


Lubię markę Biolove (również pod względem zapachów) jednak ich seria malinowa nie pachnie najlepiej. Mus do ciała zużyłam jako bazę do peelingu. Był to typowo natłuszczający produkt o dobrych właściwościach pielęgnacyjnych. Oliwka Babydream to produkt, który niegdyś używałam praktycznie cały czas. Postanowiłam sobie o niej przypomnieć i... nadal bardzo ją lubię.

Totalną wtopą był za to balsam do ciała Venus Nature. Nie dość, że mazał się po skórze niesamowicie a jego wsmarowywanie było katorgą to jeszcze na dodatek wcale jakoś świetnie o moją skórę nie dbał. Miał intensywny owocowy zapach, który nie do końca mi pasował. Olejek w balsamie Nivea to lekki kosmetyk nawilżający, który szybko się wchłania i pozostawia na skórze bardzo przyjemny zapach.

Znacie któryś z pokazanych kosmetyków? :)



Share
Tweet
Pin
Share
4 komentarze
Nie jestem fanką sztandarowego tekstu, że kosmetyki do makijażu się używa a nie zużywa. Pewnie dlatego, że ich wykończanie idzie całkiem nieźle i co kilka miesięcy mogę podzielić się z wami przeglądem pustych opakowań i wspomnieć słów kilka na temat ich zawartości ;)


Matującą bazę pod podkład Lovely kupiłam na sezon letni. Jestem osobą, która makijaż na twarzy nosi średnio dwanaście godzin (albo, dla urozmaicenia, nie noszę go wcale) a upały nie sprzyjają trwałości kosmetyków na skórze. Fajna była. Miała treściwą formułę jednak nie była 'śliska' jak typowe wygładzające kosmetyki. Faktycznie matowiła skórę i przedłużała żywotność nałożonych na nią kosmetyków ale... potrafiła skórę przesuszyć więc był to dla mnie kosmetyk wyłącznie do używania na mocniej świecącą się strefę T. Dodatkowo było jej podejrzanie mało (nigdzie nie znalazłam informacji o gramaturze) i śmiem twierdzić, ze skończyła by się podejrzanie szybko. Gdybym tylko nie zapomniała jej zakręcić i nie wyschła by zapomniana w czeluściach toaletki. 

Podkład PhotoFocus Wet n Wild jako jeden z niewielu kosmetyków do makijażu doczekał się na tym blogu recenzji! (klik) Niestety wcale nie dlatego, że się u mnie sprawdził. Nie podobało mi się w nim nic poza ładnym odcieniem. Wspomnę jednak, że na chwilę obecną używam puder prasowany z tej linii i zapowiada się zacnie więc... czasem nie warto się zniechęcać ;)

Podkład Lirene Perfect Tone miał tak ciemny i pomarańczowy odcień że ani razu nie nałożyłam go na skórę solo. Towarzyszył mi w ciepłych miesiącach jako kosmetyk do ocieplania i przyciemniania świetnego kremu BB. Którego kolor niestety to w moim przypadku totalnie nieporozumienie. I tak przypał mi do gustu, że w tym momencie używam kolejny egzemplarz w bardziej twarzowym odcieniu. Solo. I bardzo go sobie chwalę. Jest lekki, wygląda bardzo naturalnie, stapia się ze skórą. Trwałość i krycie nic mi nie urywają z drugiej strony tego typu kosmetyku szukałam, więc jestem ukontentowana.

Klasyka gatunku czyli kamuflaż Catrice  (klik).  Odcień 005 wydaje mi się by ciut bardziej suchy w swojej formule od 010 jednak to nadal mój ulubiony korektor pod oczy. Jest tani, świetnie kryje a z bazą w postaci treściwszego kremu nie podkreśla załamań skóry. Chwilowo zdradziłam go z innym i... żałuję.


Ogromną sympatią darzę fixing Powder Wibo. Jest drobno zmielony, utrwala makijaż przy czym pozostawia po sobie lekko satynowe wykończenie mimo dobrych właściwości matujących. Nie odpowiada mi niestety jego odcień - jest wybitnie chłodny. I mimo, że jest to produkt transparenty i niekryjący tak mimo wszystko potrafi ochłodzić nałożony pod niego podkład.

Bambusowy puder bananowy Pierre Rene to szalenie miłe zaskoczenie. Dobrze matowi skórę, efekt jaki dawał był trochę 'płaski' jednak dodałam trochę wyżej wymienionego i całość spisała mi się tak dobrze, że pokonałam całe to wielkie opakowanie wiedząc, że mając go na twarzy mogę na niego liczyć.

Wymęczyłam też puder bananowy Ecocera. Jednak, przyznaję, sama nie wiem jakim cudem. Był wybitnie zły. Miał nieprzyjemnie 'mokrą' formułę, na skórze tworzył nieestetyczne placki, brzydko osadzał się na włoskach i beznadziejnie ścierał się w ciągu dnia tworząc plamy. Wymieszałam go z Wibo i jakoś dna w tym dziadostwie dobiłam ale... nigdy więcej.


Nie wiem dlaczego L'Oreal nie zdecydował się na wypuszczenie do sprzedaży tuszu Mega Volume miss manga w kraju naszym. Pięknym. Bo tusz ten dla moich lichych, rosnących ku dołowi rzęs był ideałem. Pięknie rozdzielał, wydłużał, lekko unosił rzęsy i był bardzo trwały. Zużyłam trzy egzemplarze kupione w sieci jednak szukam mu jakiegoś zamiennika w przypadku którego nie będę bała się o jego termin ważności. Bo te wyprodukowane były stanowczo zbyt dawno temu. 

Kredka do oczu Provoke. W odcieniu brązu. Stronię od kresek na oczach wykonanych eyelinerem bo zawsze mam wrażenie, że wyglądam na wymalowaną a nie pomalowaną. Ale roztarta brązowa kreska na górnej linii rzęs gości u mnie często. Kredka Provoke była trwała, świetnie napigmentowana i zaopatrzona w gąbeczkę, która w porównaniu do większości (które nadają się wyłącznie 'do ozdoby') faktycznie radziła sobie z rozcieraniem. Jak dla mnie jest ciut za droga (bo namiętnie używam kredek LL z Essence za mniej niż dychę) niemniej złego słowa na jej temat powiedzieć nie mogę.

Insta Dri Sally Hansen. Czyli dlaczego nadal nie zdecydowałam się na hybrydy ;) Nabłyszcza i utrwala lakier tak dobrze, że zazwyczaj zmywam go tylko dla tego, że denerwuje mnie odrost. I zastanawiam się jak kobiety mogą chodzić z takim trzytygodniowym. Mnie by coś trafiło.

Lekki smutek mnie ogranął gdy okazało się, że w Rossmanie nie ma już klasycznych (tych nie-żelowych) lakierów z Rimmela. Bo to jedne z moich ulubionych. Są dobrze napigmentowane więc często wystarczy jedna warstwa do pokrycia płytki. Tak było w przypadku tego pięknego, iskrzącego granatu. Na temat trwałości się nie wypowiem, u mnie za trwałość odpowiada produkt powyżej.


Otwieranie kilku (nastu...) flakonów na raz skończyło się kumulacją zapachowych denek. Moim letnim ulubieńcem jest lekki i soczysty (z nutką liczi) zapach Benetton Bianco. Wycofany już niestety a ja wypsikałam ostatnią w zapasie butelkę. Wymęczyłam tez zapach Chupa Chups (tak, to od lizaków ;)) kupiony ładnych kilka lat temu. Miał w sobie lekko drażniącą nutę grejpfruta i większego wrażenia na mnie nie zrobił. Yves Rocher razy trzy. Woda toaletowa o zapachu maliny była przyjemna, chociaż tak nietrwała, że traktowałam ją jako mgiełkę do ciała. Neroli to w mojej opinii najciekawszy (chociaż nie najładniejszy) zapach wśród ich oferty. Jest lekko gorzki, bardzo charakterystyczny i mocno wyróżnia się na tle innych. Moment de Bonheur (klik) jest przepiękny w swojej różanej prostocie. To niesamowicie wdzięczny, dziewczęcy zapach, którego trzecią z rzędu flaszkę wypsikałam z przyjemnością.

Jestem ciekawa czy znacie któreś z pokazanych produktów :)
Share
Tweet
Pin
Share
8 komentarze
Systematyczne blogowanie idzie mi jak po grudzie. Nie porzucam jednak nadziei, że do mojej pisaniny powrócę a póki co zapraszam Was na kolejną porcję pustych opakowań :)




Niekwestionowanym numerem jeden w tym zestawieniu jest zdecydowanie maska do włosów Fructis Oil Repair 3 Butter. Pięknie nawilżała, odżywiała, wygładzała i dociążała moje cienkie i zniszczone włosy. Była wydajna, miała piękny zapach i nie trzeba było jej trzymać na włosach zbyt długo by zobaczyć efekt. Polecam Wam ją bardzo. 

Miłym zaskoczeniem był szampon Aussie Aussome Volume. Był bardzo wydajny, pienił się jak wściekły, nie przesuszał skóry ale pięknie ją oczyszczał. Włosy po jego użyciu faktycznie nabierały objętości. Zapach jest niestety kwestią sporną bo o ile szampon pachniał ładnie tak jak dla mnie był niestety zbyt intensywny i na dłuższą metę trochę męczący.

Szampon Melica Volume nie zrobił na mnie większego wrażenia. Mył ale włosy bo jego użyciu były nieprzyjemne w dotyku. Na dodatek nie grzeszył wydajnością. Zużyć zużyłam, wrócić nie wrócę.


Balsam do ust EOS o zapachu wanilii zdobył moje serce. Odpowiadał mi w nim zapach, smak ale i bardzo przyzwoite działanie. Niestety samo opakowanie jest nie do końca dopracowane bo o ile z wykręceniem sztyftu problemu nie ma, tak wracać na miejsce już nie bardzo chce. Pewnie do pomadek tej firmy jeszcze wrócę (ale nie do jajek, nie jara mnie taka forma aplikacji) bo kusi mnie wersja miętowa.

Balsam myjący All Clean Balm Heimish przywrócił mi wiarę w tego typu preparaty po mojej wtopie z Misshą. Mini opakowanie wystarczyło na trzy podejścia i nie widzę w nim wad. Pięknie zmywał makijaż i nie podrażniał skóry czy okolic oczu. 

Z masek do twarzy wykończyłam w końcu zapas płacht Herb in Nude Missha, które nie zrobiły na mnie najlepszego wrażenia. Esencja była nieprzyjemnie lepka i obciążająca skórę więc w końcu zaczęłam ją po użyciu zmywać z twarzy. Wolę samodzielnie wykonywanie maski tonikowe. Maska Duetus była całkiem, całkiem z drugiej strony czyste glinki fundują mojej skórze podobne efekty. A pieniące się maski z AA to raczej przyjemny bajer niż coś, co wpłynie pozytywnie na stan skóry swoim działaniem.

Żel aloesowy Holika Holika niedawno wykończyłam w wymiarze pełnym ale i próbką nie pogardziłam. Świetnie sprawdzał mi się jako podkład pod olejowanie włosów. Lekki krem rokitnikowy Sylveco gości na mojej liście zakupów już od dłuższej chwili i każda kolejna próbka utwierdza mnie w przekonaniu, że nabędę pełnowymiarowe opakowanie. Za jakiś czas, póki co sięgnęłam po inny krem tego producenta :)


Piankę do mycia twarzy Holika Holika z zieloną herbatą zdążyłam już pochwalić w poście o azjatyckim oczyszczaniu. Do końca tubki zdania na jej temat nie zmieniałam. To bardzo komfortowy dla skóry, dobrze oczyszczający kosmetyk o przyjemnej formule. 

Lekki zawodem okazał się być za to tonik z marki Polny Warkocz. Uwielbiam wariant do skóry suchej jednak wariant regulujący to nie było to. Moja skóra nie przepada za hydrolatem oczarowym i ten kosmetyk utwierdził mnie w tym przekonaniu. Mimo, że początki były niezłe tak koniec końców czuję lekkie rozczarowanie. 

Woda Institut Esthederm skończyła się tak szybko, że trudno napisać mi na jej temat coś więcej. Ot, przyjemne psikadło za wygórowaną cenę.

Mieszane uczucia mam za to wobec płynu micelarnego Aloesove. Nie  jest tak skuteczny i delikatny jak chociażby płyn Sylveco czy odświeżający z Vianka, a płyn z Polnego Warkocza już w ogóle bije go na głowę. Gdy zdarzyło mi się 'potrzeć' nim okolice oczu żeby domyć tusz potrafił spowodować lekkie pieczenie skóry powiek. Mam jeszcze trzy butle tego 'cuda' i nadzieję, że się do niego przekonam jednak na obecny moment jestem na nie.


Żele pod prysznic Yves Rocher są całkiem w porządku. Pienią się jak wściekłe i zachwycają swoimi zapachami. Niestety trochę przesuszają mi skórę. Te z marki Yope są o niebo delikatniejsze, równie wydajne a ich zapachy też przypadły mi do gustu. Ten konkretny pachniał jak olejek do opalania.


Od dawna planowałam wypróbować antyperspirant w żelu Lady Speed Stick. Zakup odkładałam w czasie bo ich kremowe sztyfty to totalnie nie moja bajka. Ten jednak nie zawiódł. Trochę przesuszał mi skórę jednak zapewniał świetną ochronę nawet w największe upały. Jego zapach jak dla mnie był zbyt intensywny. Niemniej pewnie jeszcze u mnie zagości.

Pianka do higieny intymnej Ziaja zawiodła mnie trochę swoją wydajność (zazwyczaj opakowanie tego typu produktu stoi w mojej łazience przez dłuuugi miesiące, to skończyło się stosunkowo szybko) jednak jej cena nie należy do wygórowanych a sam produkt był zacny. Mył, był łagodny a sama formuła pianki kupiła mnie na dobre. Wrócę do niej z przyjemnością.

No i krem do biustu Mama's, który był ze mną nieprzyzwoicie długo. Mam problem z systematycznym stosowaniem tego typu preparatów (ale standardowe balsamy używam codziennie) więc trudno wypowiedzieć mi się o jego długofalowym działaniu. Bezpośrednio po użyciu skóra była nawilżona i lekko napięta więc swoje podstawowe działanie spełniał.


Share
Tweet
Pin
Share
11 komentarze
Mało kupuję, dużo zużywam. To zdecydowanie moja dewiza ostatnich miesięcy. Czyszczenie 'magazynów' ostatnio kończy się u mnie sporymi denkami, zapraszam Was więc na kolejny post z tej serii.


Wśród powyższej gromadki na największe uznanie zasługują zdecydowanie łagodzący olejek do demakijażu Vianek i esencja czystości absolutnej Dermika. Ta druga okazała się być świetnym kosmetykiem nawilżającym i wsparciem w codziennej pielęgnacji. Myślę nad pełnowymiarowym opakowaniem aczkolwiek zakup na pewno odciągnę w czasie. Woda z czystka Make me Bio i skoncentrowany hydrolat z kwiatu pomarańczy okazały się być poprawne acz nie zdobyły jakoś szczególnie mojego serca. Za to rewitalizujący płyn micelarny Vianek trochę rozczarował mnie brakiem skuteczności, chociaż delikatności odmówić mu nie mogę.


Krem Wonder Hwangto, błoto z morza martwego Biolove i peeling-maska enzymatyczna Perfecty gościły już na blogu i zdania na ich temat nie zmieniałam - to kosmetyki zdecydowanie warte polecania. Mydło Węgiel Mydlarni 4 Szpaki używałam i do twarzy i do ciała. Jedynym minusem były zatopione w nim diabelnie ostre drobiny - namydlanie się kostką to genialna opcja dla sadystów. Niemniej właściwości oczyszczające miało przednie i zużyłam je z przyjemnością.


Szybki przegląd maseczek. Peel-off Selfie Project (gwiazdki!) i maski AA (bąbelki!) zużyłam z przyjemnością chociaż nie uważam, że są w mojej pielęgnacji niezbędne. Podobne odczucia miałam wobec peelingu i maski oczyszczającej Lirene. Kolejna zużyta maska w płacie Missha upewniła mnie w przekonaniu, że jej nie lubię (mam jeszcze kilka w zapasie...) a maska z mocznikiem Isany (niegdyś Rival de Loop), że będę do niej wracać nie raz bo cudownie odżywia skórę.


Żel aloesowy Holika Holika używałam do nawilżania skóry głowy i włosów. Sprawdził się u mnie dobrze więc pewnie jeszcze kiedyś się na niego skuszę. Szampon przeciwłupieżowy Isany uwielbiam. Pięknie doczyszcza i pomaga utrzymać w ryzach moją problematyczną skórę głowy (choć bez problemów z łupieżem). Kolejne opakowanie poszło w ruch. Szampon Iceveda za to mnie rozczarował. Nie domywał skóry, obciążał i lekko przesuszał włosy więc mimo, że pachniał booosko nie zagości w mojej łazience ponownie.


Na szczególną uwagę zasługuje maska do włosów Organic Shop. Pięknie nawilżała włosy, lekko je dociążała przy czym nadal były miękkie, lekkie i puszyste. A na dodatek pachniała pięknie. Odżywki z Yves Rocher i Aussie określiłabym mianem przeciętniaków - nawilżały, trochę wygładzały ale nie ułatwiały rozczesywania. 


Antyperspirant Dermedic i peeling do ciała Iceveda przypadły mi do gustu bardzo, po szczegóły zapraszam do podlinkowanych recenzji. Żel pod prysznic Yves Rocher pachniał przyjemnie, pienił się jak wściekły i nie przesuszał mi nadmiernie skóry. Niestety o żelu Organic Shop powiedzieć tego nie mogę. Miał nieprzyjemny, chemiczny zapach, podrażniał mi skórę i wysuszał ją na wiór.


Produkty Nivea doczekały się już recenzji (Nivea Soft, mus i suchy olejek do ciała) nie będę więc się powtarzać a skupię się na kremach. Krem do rąk Biolove był słaby. Miał płynną formułę ale pozostawiał na skórze niezbyt przyjemny, tłusty film. Na dodatek efekt pielęgnacyjny nie zachwycał a zapach był nieprzyjemny. Krem Cafe mimi był całkiem ok. Ładnie pachniał, nawilżał i szybko się wchłaniał przez co dobrze sprawdzał się 'na co dzień'.

To by było na tyle :)
Share
Tweet
Pin
Share
12 komentarze
Older Posts

Popular Posts

  • Jak zjeść ciastko i mieć ciastko? | BIOLOVE | mus do ciała o zapachu ciasteczka
     Dziś zapraszam Was na recenzję kolejnego kosmetyku marki Biolove (Nacomi dla Kontigo). Tym razem poopowiadam o pięknie pachnącym i świetni...
  • Tretynoina bez recepty | MEDIQ SKIN PLUS | żel punktowy do cery trądzikowej
       Nie posiadam typowej skóry trądzikowej. Posiada ona jednak swoje kaprysy. I o ile nauczyłam się dobierać do swojej pielęgnacji kosmetyki...

Strony

  • Strona główna
  • KONTAKT
  • Polityka bezpieczeństwa oraz regulaminy

O MNIE

O MNIE
Ja. Beznadziejna, nieuleczalna kosmetykoholiczka. Kocham kawę, koty i święty spokój ;)

TU JESTEM

zBLOGowani.pl

ARCHIWUM

  • ▼  2019 (2)
    • ▼  stycznia (2)
      • Naturalna pielęgnacja dłoni | Kremy do rąk Be Orga...
      • Dwa naturalne szampony z drogeryjnej półki | Alter...
  • ►  2018 (62)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (5)
    • ►  października (2)
    • ►  września (4)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (4)
    • ►  czerwca (2)
    • ►  maja (6)
    • ►  kwietnia (6)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (10)
    • ►  stycznia (15)
  • ►  2017 (143)
    • ►  grudnia (8)
    • ►  listopada (9)
    • ►  października (9)
    • ►  września (10)
    • ►  sierpnia (6)
    • ►  lipca (16)
    • ►  czerwca (16)
    • ►  maja (13)
    • ►  kwietnia (13)
    • ►  marca (14)
    • ►  lutego (12)
    • ►  stycznia (17)
  • ►  2016 (112)
    • ►  grudnia (11)
    • ►  listopada (15)
    • ►  października (14)
    • ►  września (13)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (4)
    • ►  maja (5)
    • ►  kwietnia (5)
    • ►  marca (6)
    • ►  lutego (18)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (104)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (6)
    • ►  września (3)
    • ►  sierpnia (8)
    • ►  lipca (7)
    • ►  czerwca (15)
    • ►  maja (10)
    • ►  kwietnia (13)
    • ►  marca (15)
    • ►  lutego (11)
    • ►  stycznia (10)
  • ►  2014 (158)
    • ►  grudnia (12)
    • ►  listopada (16)
    • ►  października (25)
    • ►  września (29)
    • ►  sierpnia (36)
    • ►  lipca (22)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  kwietnia (5)
    • ►  marca (2)
  • ►  2013 (6)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  października (1)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  lutego (2)
  • ►  2012 (11)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  września (1)
    • ►  czerwca (5)
    • ►  maja (3)
    • ►  kwietnia (1)
  • ►  2011 (2)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2010 (1)
    • ►  grudnia (1)

Liczba wyświetleń:

Szukaj na tym blogu

Obserwatorzy

ETYKIETY

balsam brązujący (2) balsam do ciała (21) balsam do demakijażu (1) baza pod podkład (1) błyszczyk do ust (1) bronzer (5) chusteczki do demakijażu (1) cienie do powiek (8) denko (58) do brwi (1) do kąpieli (3) jestem na nie (1) joybox (12) korektor (5) kosmetyczne POWROTY (3) krem bb (2) krem do rąk (15) krem do stóp (4) krem do twarzy (30) krem pod oczy (13) krem z filtrem (3) lakier do paznokci (7) maseczka do twarzy (17) maska do włosów (9) masło do ciała (8) mleczko do ciała (3) mleczko do demakijażu (5) mydło (1) mydło do ciała (1) na końcówki (5) niedziela (8) NOWOŚCI i ZUŻYCIA (4) odżywka bez spłukiwania (8) odżywka do spłukiwania (10) olejek do ciała (9) olejek do demakijażu (7) olejek do twarzy (3) olejek do włosów (4) peeling (1) peeling do ciała (15) peeling do dłoni (1) peeling do stóp (2) peeling do twarzy (enzymatyczny) (4) peeling do twarzy (gommage) (1) peeling do twarzy (mechaniczny) (11) perfumy (5) pędzle do makijażu (3) pianka do mycia twarzy (3) pielęgnacja ciała (7) pielęgnacja twarzy (13) Pielęgnacja włosów (12) płyn do higieny intymnej (2) płyn dwufazowy (7) płyn micelarny (20) podkład (11) pomadka (4) pomadka ochronna (6) pomadka peelingująca (1) project 10 pan (2) projekt denko (12) puder do twarzy (7) rozświetlacz (5) róż (4) serum (6) serum do twarzy (4) szampon (23) tonik (14) top coat (2) tusz do rzęs (3) ULUBIONE (18) wcierka (4) zakupy (45) zbiory kosmetyczne (14) żel do mycia twarzy (21) żel pod prysznic (18)

Created with by BeautyTemplates