kosmetykoholiczka

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Moje dotychczasowe doświadczenia z naturalnymi kremami do pielęgnacji dłoni były... średnie. Chyba znalazłam już swój ideał jednak chęć wypróbowania nowości skusiła mnie do sięgnięcia po marki rodzime.


Od dawna kusiło mnie, aby wypróbować któryś z kosmetyków marki Be Organic. Raz zaliczyłam wtopę (recenzja mleczka) jednak wychodzę z założenia, że czasem warto dać firmą drugą szansę. Tak oto przy okazji promocji wpadł w moje ręce krem do rąk z korzeniem maca i masłem cupuacu Be Organic. Estetyczna tuba zawiera 50 ml produktu, cena regularna to ok. 18 zł.

Producent informuje nas, że mamy do czynienia z kremem, który szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Warstewka jaką pozostawia faktycznie nie należy do mocno wyczuwalnych za to... zapach czuć na pół metra :D Jest intensywny, drażniący i niestety, niezbyt przyjemny.

Właściwości nawilżające określiłabym mianem przeciętych. Zaznaczę jednak, że jestem posiadaczką bardzo wymagającej skóry i mało który krem trafia w moje gusta. Generalnie - nie jest źle. Ot, jeśli jego zapach by mi odpowiadał byłby dobrym  kremem ' do torebki', do stosowania w ciągu dnia. A że mi nie odpowiada to jak już dobije dna, będę się trzymać od niego z daleka ;)


Regenerujący krem do rąk Vianek kupiłam z którymś z babskich magazynów. W ilości sztuk dwóch bo dodawali do niego również mój ulubiony płyn micelarny tego producenta (recenzja). Cena regularna to około 15 zł za pojemność 75 ml. Opakowanie jak Vianka przystało jest estetyczne a zapach należy do tych słodkich, przypomina mi cukierki ;)

Krem ma dość lejącą jednak treściwą i tłustą formułę. Pozostawia na skórze mocno wyczuwalny, 'śliski film'. Trudno zaaplikować go w większej ilości bo potrafi się mazać, więc często nakładam go dwoma, niewielkimi porcjami, żeby wzmocnić jego dobre właściwości pielęgnacyjne. 

Niestety, krem zawiera w swoim składzie mocznik. Wpływa to pozytywnie na jego działanie jednak w przypadku mojej skóry, produkty z tym składnikiem zupełnie nie sprawdzają mi się w sezonie zimowym. Gdy moje dłonie są w słabszej kondycji powoduje on u mnie dodatkowe podrażnienie, często pieczenie i uczucie dyskomfortu. Zaznaczę jednak, że to kwestia indywidualna - ogrom osób ceni sobie kremy do dłoni z zawartością mocznika i nie powodują one u nich żadnych przykrych niespodzianek.

Ten egzemplarz używam do pielęgnacji skóry stóp. Poprzedni używałam częściej na dłonie, głównie nakładając go grubszą warstwą na noc. I byłam zadowolona z jego działania - bo faktycznie regenerował skórę. Tak samo jak i teraz nie mam do niego większych zastrzeżeń jeśli mowa o stopach (chociaż nie radziłabym chodzić po kafelkach bez skarpetek bo można się na nich przejechać...).


Podsumowując: oba kremy nie są dla mnie i do nich nie wrócę, jednak obiektywnie rzecz biorąc - mają szansę znaleźć swoich zwolenników.




Share
Tweet
Pin
Share
10 komentarze
Gdy większość osób twierdzi, że podstawą pielęgnacji włosów są odżywki jestem w opozycji. Problematyczna skóra głowy, która nie raz dała mi popalić, nauczyła mnie, że najważniejszy jest szampon. Dobry, łagodny ale dobrze oczyszczający kosmetyk to niezbędnik mojej łazienki. Dziś o dwóch nowościach jakie pojawiły się na rynku jednocześnie naturalnych i drogeryjnych szamponów.


Szampon z węglem Alterry jest dedykowany włosom ze skłonnością do przetłuszczania. Moje jest mi trudno przez ten pryzmat oceniać - myję je codziennie bo jestem posiadaczką włosów bardzo cienkich, które na drugi dzień są już nie do odratowania za względu na ich totalne przylizanie a nie ze względu na 'brud'.  Nie narzekam jednak jakoś szczególnie z tego powodu. Bo bardziej upierdliwe jest dla mnie ich 'stylizowanie' niż włożenie włosów pod prysznic przy okazji wieczornego mycia całego ciała.


Szampon kupicie w Rossmannie w cenie regularnej 8,99 zł za 200 ml pojemności. Opakowanie to standardowa, plastikowa butelka, spójna pod względem graficznym z innymi szamponami tej marki. Niestandardowe jest za to zabarwienie produktu bo jest on... czarny. Zaraz po wodzie a przed delikatnymi (i mniej) detergentami w składzie znajduje się gliceryna. Której i trochę się bałam i trochę byłam ciekawa.

Kosmetyk ten pieni się przyzwoicie, dobrze oczyszcza skórę, nie podrażania jej i nie powoduje swędzenia. Jest również bardzo komfortowy dla włosów - po kontakcie z pianą nie plączą się nadmiernie, nie są przesuszone, są za to sypkie i nieobciążone. Obserwuję też lekkie i mało spektakularne (ale jednak) odbicie włosów do nasady.

Zużyłam go z przyjemnością i z taką samą przyjemnością jeszcze kiedyś do niego wrócę. Względem szamponów tej firmy miałam do tej pory mieszane uczucia: wariant nadający objętości bardzo lubię jednak wersja z kofeiną była dla mnie totalną porażką. Wersja z węglem przechyliła jednak szalę ;)


Jestem fanką żeli pod prysznic Yope, więc gdy tylko zobaczyłam, że wypuszczają na rynek nowości do włosów stwierdziłam 'muszę mieć!'. Mieć musiałam dwa szampony bo... kierowałam się ich zapachem. A jakże. Moją przygodę zaczęłam od szamponu do włosów suchych i zniszczonych Orientalny ogród i... srodze się zawiodłam.

Za pojemność 300 ml w cenie regularnej przyjdzie nam zapłacić około 20 zł. W tej cenie ostajemy jednak wygodną i praktyczną butelkę z pompką. W moim egzemplarzu jednak zawodną - po naciśnięciu nie 'odskakuje' całkiem ku górze i muszą ją 'wyciągać' ręcznie, co, nie ukrywam, jest odrobinę upierdliwe.

Szczególnie, że... nie jest to produkt wydajny. Użyty w standardowej ilości absolutnie nie jest w stanie umyć mojej głowy. Mam wrażenie, że ze względu na swoją specyficzną formułę (podobną do ich mydeł czy żeli) osiada na włosach i trudno przebić się z nim do skóry głowy. Używam go więc w ilościach nieprzyzwoicie dużych.

Mimo wszystko właściwości myjące nie zachwycają. Włosy po jego użyciu są lekko obciążone, skóra głowy przy użyciu go kilka razy z rzędu wydaje się być niedostatecznie oczyszczona i woła o litość i gruntowne szorowanie.

Zapach mnie nie zawiódł. Niemniej kompozycje zapachowe produktów Yope bardzo trafiają w moje gusta i gdy większość osób na nie narzeka ja odbieram je pozytywnie. Niemniej zapach to pierwsza i ostatnia rzecz jaka w tym produkcie mi się podoba i gdy da mi się dobić w nim dna z przyjemnością o nim zapomnę.


Share
Tweet
Pin
Share
4 komentarze
To już piąte, coroczne podsumowanie mojego stanu posiadania. Tym razem post jest opublikowany z lekkim wyprzedzeniem aczkolwiek jak dla mnie dwa dni nie robią żadnej różnicy więc załóżmy, że mamy już 2019  :)

ZBIÓR 2018 (128 sztuk)
ZBIÓR 2017 (128 sztuk)
ZBIÓR 2016 (137 sztuk)
ZBIÓR 2015 (115 sztuk)

Mój zbiór kosmetyków do pielęgnacji na chwilę obecną liczy sobie.. 87 sztuk.
Są to wszystkie kosmetyki jakie posiadam: te w zapasie i kosmetyki w użyciu.

W tym roku za punkt honoru wzięłam sobie ograniczenia ilości posiadanej pielęgnacji. Bywały miesiące gorsze, gdy rzucałam się w wir kosmetycznych zakupów ale i te lepsze... Gdy zakupy udawało się ograniczać praktycznie do zera a i bez skrupułów dzieliłam się zawartością kartonów z zapasami z bliskimi. No i standardowo używałam (i zużywałam) kosmetyki samodzielnie.

Przyznam szczerze, że o ile wynik powinien być dla mnie satysfakcjonujący tak nadal uważam, że mam tego ZA DUŻO. Niegdyś 'drogeria w domu' mnie nie męczyła, na obecną chwilę dążę ku ograniczeniu zapasów do minimum i kupowania kosmetyków na bieżąco.

Mam nadzieję,  że w 2020 rok wejdę w z satysfakcjonującą ilością produktów i nie pozostaje mi nic innego niż życzyć sobie powodzenia a Was zaprosić na scroll całego tego dobra ;)



*demakijaż*

*mycie twarzy*

*toniki*

*kremy do twarzy*

*sera, kremy pod oczy, pielęgnacja ust*

*peelingi, maski*

*szampony*

*szampony*

*odżywki, maski*

*odżywki, olejki*


*żele pod prysznic*

*żele pod prysznic*

*żele pod prysznic*

*peelingi, higiena intymna*

*kremy do rąk i stóp*

*masła do ciała*

*masła, balsamy, olejki*

Share
Tweet
Pin
Share
19 komentarze
Grudzień mija szybko i niepostrzeżenie. Zapraszam Was więc na przegląd moich kosmetycznych zużyć tego miesiąca :)


Płyn micelarny Aloesove nie zaskarbił sobie mojej sympatii. Ani nie zachwycił mnie łagodnością, ani nie radzi sobie ze zmywaniem tak jak powinien. Zostało mi ostatnie opakowanie tego 'cuda' w zapasie (uf...) i z przyjemnością o nim zapomnę. 

Zielona glinka Nacomi była... średnia. O ile do samej jakości przyczepić się nie mogę tak zielona glinka jest dla mojej skóry zbyt inwazyjna i zdecydowanie w przyszłości zostanę przy czarnej lub białej (moje nowe odkrycie).

Pomadka brzozowa z betuliną Sylveco to u mnie klasyka gatunku. Uwielbiam i sięgam po nią systematycznie. Pomijając fakt, że chroni i pielęgnuje to dodatek betuliny ma fantastyczne właściwości jeśli podobnie jak ja,  borykacie się z problemem opryszczki. 

Olejek do ust Alterra okazał się być miłym powrotem po latach do takiej formy pielęgnacji ust. Nie jest to kosmetyk, który zdziała cuda niemniej jako produkt ochronny do stosowania 'w ciągu dnia' sprawdził mi się bardzo przyzwoicie.


Miodowa maska do twarzy Lirene LabTherapy robiła swoją robotę o czym pisałam Wam w jej recenzji (klik).

Esencja nawilżająca Polny warkocz to mój drugi i na pewno nie ostatni egzemplarz po jaki sięgnęłam. To tonik bazujący na wodzie różanej z dodatkiem mleczka pszczelego, który pięknie nawilża skórę.

Esencja do skóry mieszkalnej Bielenda niegdyś sprawdzała się u mnie świetnie. Kupiłam drugie opakowanie i... wtopa. Zaczęła podrażniać mi skórę. Zużyłam ją do rozrabiania glinek.


Żel do mycia twarzy Duetus to taki... średniak. Krzywdy nie robił, jednocześnie nie był zbyt komfortowy dla skóry. A mimo swojej mocy, mam wrażenie, że nie do końca oczyszczał skórę twarzy. Mam jeszcze jedną butelkę więc pewnie przerwie sobie do niego wrócę jednak gdybym jej nie miała, wątpię, że skusiłabym się na kolejne opakowanie.

Szampon z węglem Alterra był naprawdę świetny! Jednocześnie pięknie oczyszczał i był bardzo łagodny. Jak odkopię się z zapasów chętnie do niego wrócę.


Odżywka w sprayu do włosów farbowanych Iceveda to mój ogromny ulubieniec. Pokonałam już trzy butle i pewnie nie raz jeszcze do niej wrócę. Bo pięknie pachnie, wygładza włosy ale jednocześnie delikatnie je unosi i nadaje im 'życia'. Polecam!

Kolejny produkt, który sprawdza się u mnie świetnie - odżywka do włosów Magiczna Moc Glinki Elseve. To lekka, mocno nawilżająca  i wygładzająca odżywka, która nie obciąża moich cienkich włosów.

Skuszona składem skusiłam się na szampon ułatwiający rozczesywanie marki własnej Drogerii Narura - Seyo. I zaliczyłam wtopę. Bo szampon powodował  u mnie swędzenie skóry głowy. Szkoda, bo ma potencjał.

Szampon wzmacniający Pharmaceris był ze mną od kilku dobrych miesięcy. Przez pierwsze tygodnie używałam go jako podstawowy kosmetyk myjący, później rzadziej. Efekty? To działa!  Sięgnęłam po niego gdy moje włosy w wyniku stresu zaczęły lecieć garściami. Przestały. A na głowie w tym momencie mam stertę babyhair. Wymaga cierpliwości (trzeba wykonywać nim masaż skóry przez 2 minuty) jednak efekty to rekompensują. Na pewno do niego wrócę.


Kremy do rąk Eveline i Lirene to takie ładnie pachnące przeciętniaki. Może w przypadku miej wymagających dłoni 'dadzą radę', dla mnie efekt pielęgnacyjny był zbyt lekki, szczególnie w okresie jesienno-zimowym.

Peeling Organic Shop to klasyka gatunku. Nie jestem ich wielką fanką jednak czasem, ze względu na niewielką cenę i przyzwoite właściwości zdzierające, się na nie skuszę. Wersja kawowa nie pachnie kawą i jest moim ulubionym wariantem zapachowym.

Mus do mycia ciała Nivea to produkt myjący do którego lubię wracać ze względu na jego puszystą, piankową formułę. Wersja granatowa pachnie klasykiem - kremem Nivea ;) Nie jest to najłagodniejszy środek myjący niemniej użycie po nim balsamu do ciała przywraca jej komfort. Niestety, tym razem, trafił mi się felerny atomizer, który nie zawsze chciał wypluć z siebie porcję produktu co, nie ukrywam, było trochę irytujące.
Share
Tweet
Pin
Share
6 komentarze

Kosmetyki LAB THERAPY to bardziej 'luksusowa', chociaż nadal drogeryjna linia marki LIRENE. Produkty z tej serii inspirowane są profesjonalnymi zabiegami gabinetowymi a wyróżniać ma je zawartość wysokich stężeń kompleksów aktywnych.

Kupcie je między innymi w Rossmannie, w cenach regularnych wahających się między 30 a 65 zł. No ale, od czego są promocje ;)


LIRENE LAB THERAPY
Miodowa maska do masażu twarzy z kwasem cytrynowym i Linoléique Exclusive

Zdaniem producenta jest to kosmetyk, który oprócz działania pielęgnacyjnego, ma poprawić nasze samopoczucie i wpłynąć na zmysły! W skrócie: mamy tu do czynienia z maską do twarzy, która ma być jednocześnie pielęgnacją i bazą pod wykonanie masażu twarzy (na kartoniku znajduje się instrukcja co i jak).

Maska ma gęstą, treściwą i lepką formułę. W momencie aplikacji odczucia faktycznie zbliżone są do aplikowania na skórę starego, poczciwego miodu :) Pod wpływem ciepła skóry zaczyna przypominać lekki olejek, co uprzyjemnia masaż. W czasie zmywania, po kontakcie z wodą, kosmetyk zmienia się w mleczną emulsję.

Działanie pielęgnacyjne to głównie wygładzenie, zmatowienie oraz oczyszczenie skóry. Ze względu na jej właściwości najbardziej lubię stosować ją przed wykonaniem makijażu. Bo skóra chłonie pielęgnację jak gąbka, przez co kosmetyki kolorowe trzymają się na niej dłużej a masaż skóry sprawia, że jest ona promienna i wypoczęta. A i człowiekowi jakoś tak przyjemniej, gdy zafunduje sobie małe spa o poranku ;)

Opakowanie to ciężki, szklany słoiczek z charakterystyczną dla marki 'lustrzaną' zakrętką. Oba kosmetyki zapakowane są w ofoliowane, estetyczne kartoniki.


LIRENE LAB THERAPY
Serum spektakularnie odmładzające z Ultrafillerem i FastLift Complex na noc

Obietnice producenta względem tego cuda są... duże. Ma być kosmetykiem idealnym, dla skór, na których widać znak czasu (dobijam trzydziestki, mam dużą skłonność do zmarszczek). Stwierdziłam więc, że może być to kosmetyk dla mnie. Bo kto nie chciałby ująć sobie lat? ;)

Zaleceniem producenta jest stosowanie tego serum codziennie w pielęgnacji nocnej, jako kosmetyk dodatkowy - czyli pod krem. Początkowo stosowałam się do tego, niestety... moja skóra tak niesamowicie kaprysi (stres znacząco pogorszył mi jej kondycję w ostatnich miesiącach), że zdroworozsądkowo stwierdziłam, że ładowanie silikonowego serum na skórę w moim przypadku może być ryzykowne. Wychodzę z założenia, że lepiej zapobiegać niż leczyć. W tym momencie stosuję je raz w tygodniu i 2-3 razy w tygodniu na nieproblematyczną pod względem niedoskonałości skórę szyi i dekoltu.

Serum ma konsystencję lekkich, silikonowych baz pod makijaż. Funduje skórze doraźne wygładzenie w momencie aplikacji. Świetnie dogaduje się z kremami (używałam je z normalizującym Viankiem, odżywczą Bielendą z linii Spa Rituals i kremem na bazie soku z aloesu All About Aloe produkcji Marizy). Nie waży się, nie roluje, potęguje działanie kremów ale nie pozostawia uczucia 'ciężkości'.

Czas, jaki stosowałam je systematycznie  na skórze twarzy (około 2 tygodnie) w mojej opinii jest stanowczo zbyt krótki, żeby je ocenić jego działanie przez pryzmat 'działa cuda - nie działa cudów'. Niemniej regularne, chociaż rzadsze, używanie go w niższych partiach ;) pozwala mi stwierdzić, że jest to coś, co chętnie podarowałabym osobie ze skórą normalną/suchą i kilkoma (lub więcej) latami na liczniku.

Kondycja mojej skóry wydaje się być lepsza niż przed. A szyję i dekolt traktowałam w ostaniach miesiącach po macoszemu... Wydaje się być bardziej jędrna, 'zbita', przyjemnie napięta i nawilżona. Nie wiem na ile to efekt samego serum a na ile powrót do systematycznej pielęgnacji, niemniej - ja różnicę widzę.


Share
Tweet
Pin
Share
5 komentarze

Zapraszam Was na podsumowanie moich zużyć z listopada.


Azjatycki demakijaż kuuusił mnie od dawna, gdy złapałam na promocji balsam do demakijażu Deep Clear Missha cieszyłam się mocno. Do pierwszego użycia. Nie był to kosmetyk wybitny. Dobił w końcu dna i z ulgą pozbywam się pustego opakowania. Bo za ułamek ceny można kupić o wiele skuteczniejsze kosmetyki.

Migdałowy kremowy żel do mycia twarzy Lirene był przyjemnym kosmetykiem z drogeryjnej półki. Miał gęstą, treściwą żelowo-kremową formułę, dobrze oczyszczał skórę jednak nie powodował jej przesuszenia. Skończył mi się podejrzanie szybko, jednak wina raczej leży po mojej stronie - nie lubię płynnych kosmetyków w opakowaniu typu 'tuba' bo zawsze wylewa mi się ich zbyt dużo.

Aromat normalizującego kremu do twarzy na noc z Vianka nie należał do najprzyjemniejszych a i jego intensywność nie ułatwiała z nim życia ale... to świetny krem! Pięknie nawilżał i rewelacyjnie sprawdził mi się w chwili ostatniego kryzysu mojej skóry.

Krem pod oczy Elements (ten z odpowiednikiem jadu żmii) to jeden z lepszych kremów jakie używałam. Intensywnie nawilżał, walczył z zasinieniami, nadawał skórze elastyczności. Miał jednak bardzo lekką formułę, za czym nie przepadam.


Z duetu Organic Shop bardziej do gustu przypadł mi szampon, jednak i on nie wywarł na mnie jakiegoś większego wrażenia. Ot, mył. Odżywka za to nie robiła z moimi włosami nic.

Odżywka Magiczna moc glinki Elseve jest za to jedną z moich ulubionych drogeryjnych odżywek i wróciłam do niej z przyjemnością. Nawilża, wygładza, a włosy po jej użyciu są przyjemnie miękkie i puszyste. 

Przeciwłupieżowy szampon Isana używałam profilaktycznie bo łupieżu nie mam. Jako produkt do mocniejszego mycia sprawdził się u mnie zacnie. Jest na dodatek śmiesznie tani i nie robi krzywdy mojej skórze głowy.


Mus do mycia ciała Nivea to trzeci egzemplarz jaki używałam. Lubię ich piankową  formułę i kremowe zapachy.

Krem-mus pod prysznic Tołpa zachwyci mnie swoją kompozycją zapachową i łagodnością. Z pewnością zaopatrzę się w kolejny egzemplarz, gdy trochę odkopię się z zapasów. Podobnie zresztą będzie w przypadku aromaterapeutycznej, relaksującej kąpieli borowinowej.

Olejek do ciała Kneipp był spoko jednak jak na produkt natłuszczający jego cena regularna zniechęca mnie do zakupu kolejnego opakowania. Oliwka Babydram sprawdza się u mnie równie dobrze ;)


Share
Tweet
Pin
Share
7 komentarze
Dwa ostatnie miesiące roku zdecydowanie nie sprzyjają zdrowemu rozsądkowi. Począwszy od 'Black Friday' i 'Cyber Monday' na Dniu Darmowej Dostawy, przedświątecznym kuszeniu i poświątecznych wyprzedażach kończąc (te trzy ostatnie na nieszczęście jeszcze przed nami)... 

Poszalałam. I zdecydowanie część pokazanych tu rzezy mogłam sobie odpuścić. Niemniej w grudniu planuję wrócić do mojego trybu 'minimalizuję zapasy' a listopadowe szaleństwo potraktuję jako 'było minęło'  ;)


Rossmann kusi swoimi nowościami. Ich linia Isana Young została poszerzona o piankę do mycia twarzy oraz peeling. Ich ceny nie należą do wygórowanych (13 i 10 zł) a oba produkty mają wzorowe składy, inspirowane są pielęgnacją azjatycką i poszły już u mnie w 'ruch'. Peelingiem zachwycam się mocno, pianka budzi u mnie lekko mieszane uczucia, niemniej na moje ostateczne stanowisko w jej sprawie musicie jeszcze trochę poczekać :) 


Naturalna linia Bielendy Botanic Spa Rituals kusiła mnie już od dłuższej chwili. I pewnie zwlekałabym z zakupem jeszcze, gdyby nie promocja na zestawy prezentowe w Rossmannie. Cena podstawowa za serum, krem do twarzy oraz śmietankę do demakijażu wynosiła 75 zł, po rabacie 50% udało mi się je kupić za zaledwie 37,5 zł.

Z serii regenerującej w ruch poszły serum oraz krem i nie ukrywam, pierwsze wrażenia mam niezwykle pozytywne!


W tej samej cenie skusiłam się na zestaw przeciwzmarszczkowy. Zaczęłam używać śmietankę i podobnie jak w przypadku wcześniej pokazanych kosmetyków, zapowiada się zacnie!


Żele pod prysznic Yope darzę ogromną sympatią. Nowości, w postaci ich szamponów, nie mogło więc u mnie zabraknąć. Kupiłam wersje Orientalny ogród i Świeża trawa, kierując się... ich zapachami. Chwilowo poleciały do zapasów więc na ich temat się nie wypowiem.


Alterra i ich szampon z aktywnym węglem. Ma czarny kolor, jest delikatny dla skóry głowy jednak dobrze ją oczyszcza. Zapowiada się ulubieniec. Szampon ułatwiający rozczesywanie Seyo (marka własna Drogerii Natura) ma specyficzną formułę, dobry skład jednak swędzi mnie po nim skóra głowy :( A różany szampon Beaute Marrakech chwilowo wylądował w zapasach więc trudno mi powiedzieć o nim coś więcej, niż to, że kupiłam go ze względu na jego (dobry, a jakże) skład.


A na koniec kosmetyki do pielęgnacji ciała. Krem do rąk Be Organic jest nowością a rynku i drugim moim kosmetykiem z tej firmy. I podobnie jak ich mleczko do demakijażu (recenzja), niestety nie budzi niestety mojej szczególnej sympatii.

I coś, co utwierdza mnie w przekonaniu, żeby 'nigdy nie mówić nigdy'. Czyli peelingi Organic Shop (recenzja). Nadal daleka jestem od jakichś wielkich zachwytów jednak jak już zobaczyłam je stacjonarnie na półce (Biedronka, 8 zł sztuka) to złapałam jeden do koszyka. A przy okazji kolejnych zakupów drugi ;)


Share
Tweet
Pin
Share
7 komentarze
Ta recenzja miała nie powstać. Jednak 'szał' na palety Revolution pokusił mnie, żeby dodać swoje trzy grosze na temat jednej z nich. Odłożyłam już ją do 'oddania w lepsze ręce', jednak korzystając z faktu, że jeszcze w moim domu gości, postanowiłam zrobić (byle jakie) zdjęcia i podzielić się z Wami moją refleksją na jej temat.


   Za 15 sporych (1,1 grama) cieni przyjdzie nam zapłacić zaledwie ok. 20 zł w drogeriach internetowych. Cienie zapakowane są w liche i szkaradne plastikowe opakowanie, które nie przetrwa codziennego użytkowania.

   Moja paleta nosi nazwę Velvet Rose. I o ile cała kolorystyka bardzo mi 'leży', tak w moim odczuciu, 3/5 tej palety (czyli rzędy 1,2 i 5 od lewej licząc) w sumie w różem wspólnego mają niewiele. To mieszanka złota, brązu i brzoskwiń więc nazewnictwo ciut mi nie gra.


   W palecie znajdziemy cienie matowe, perłowe i jedną 'folię'. Cień tego typu to nie moja bajka jednak dałam jej szansę i spróbowałam nałożyć ją na powiekę. W sumie nie raz. I efekt zdecydowanie mnie nie usatysfakcjonował. Bo o ile cień nałożył się równomiernie tak złote drobiny osypały się niesamowicie i koniec końców zamiast błyszczącego makijażu oka, miałam twarz przyprószoną złotym badziewiem. 

   Cienie perłowe wypadają całkiem przyzwoicie. Są dość miękkie, mają przyzwoitą  pigmentację, dobrze przyklejają się do powieki, nie sypią się. Tracą na swojej intensywności w ciągu dnia i potrafią się delikatnie zrolować jednak uważam je za najmocniejsze ogniwo wykończeń tej palety.

    Maty... Znalezienie dobrego, matowego cienia to nie lada wyzwanie. W porównaniu do sporej części użytkowniczek cieni ja akurat nie szukam utramiękkich, ultranapigmentowanych matów. Bo moje makijaże są typowo 'dzienne'. Szukam za to produktów, z którymi będzie mi się dobrze 'pracować' i które nie po aplikacji, nie staną się burą plamą na oku. W tej palecie tego nie znalazłam.

    Matowe cienie są bardzo nierówne. Niektóre są zbyt suche, niektóre (jak ostatni na zdjęciu poniżej) zbyt lekko sprasowane, przez co nabierane na palec/pędzel kruszą się. Pigmentację określić mogę słowem jednym - jest słaba. Śmiem twierdzić, że te wszystkie piękne swatche w sieci to efekt aplikowania ich na mokro. Ewentualnie przy zastosowaniu jakiejś lepkiej bazy. Bo na sucho intensywności koloru nie uświadczycie. 

   Kolorystyka wydaje się być zróżnicowana jednak na oku większych różnic między odcieniami nie widać. Można wykonać przy jej użyciu makijaż jaśniejszy lub ciemniejszy, cieplejszy lub bardziej neutralny w swojej kolorystyce. Jednak nadal będzie to efekt 'burej plamy'.

   Najgorszym cieniem jest zdecydowanie czerń, która ma przyzwoitą pigmentację jednak tak niemiłosiernie się osypuje (nawet zaaplikowana palcem na wilgotny korektor), że sięgnięcie po nią gwarantuje pandę pod okiem. 


Mimo niewygórowanej ceny ja z niej zadowolona nie jestem. To taka 'zapchaj dziura' mojej toaletki, więc bez żalu się jej pozbywam.
Share
Tweet
Pin
Share
7 komentarze
'Przed chwilą' siedziałam przed komputerem i pisałam o moich ulubieńcach... maja. Post napisałam w połowie... i nigdy nie doczekał się publikacji. I tak minęły kolejne miesiące. By w październiku (no dobra, w listopadzie ;)) wrócić do Was z comiesięcznym przeglądem rzeczy fajnych. I nie tylko. Zapraszam więc na kosmetyczne podsumowanie poprzedniego miesiąca.



Zaczniemy od kosmetyku, z którym mimo chęci szczerych dogadać się nie potrafię. Dwa lata temu z powodzeniem używałam chłodząca mgiełkę tego samego producenta. Spisała mi się świetnie o czym pisałam w jej recenzji. Więc gdy zobaczyłam, że Ziaja w swojej linii GdanSkin wypuściła nawilżającą mgiełkę zapachową stwierdziłam - muszę mieć. No i mam. I w sumie to nie wiem po co...

Planowałam używać ją jako tonik. Nie nadaje się - bo nie nawilża. Planowałam używać ją jako produkt 'po makijażu', żeby pozbyć się pudrowego wykończenia. Nie nadaje się - bo pozostawia na skórze nieprzyjemną warstwę i sprawia, że makijaż wygląda gorzej niż przed jej użyciem. 

Na koniec postanowiłam, że zostanie po prostu zapachową mgiełką do ciała jednak zapach (przyjemny!) jest tak ulotny, że musiałabym jej używać co 10 minut.... W tym momencie służy mi  jako 'odświeżacz powietrza'. Stoi na biurku a ja czasem nią psiknę, żeby przenieść się zapachem nad morze. Sami rozumiecie... szału nie ma.


Ostatnio stan mojej skóry popsuł się znacznie. Wyszłam już na prostą jednak spora dawka stresu sprawiła, że mój organizm zaczął się buntować a ilość niedoskonałości jakie pojawiły się na skórze przypominała mi czasy nastoletnie. Chociaż za małolata w moim przypadku chyba nawet nie było aż tak źle. 

Szukałam kremu na noc. Czegoś co nie wyrządzi skórze dodatkowej krzywdy i jednocześnie ją nawilży. Wybór padł na markę Vianek. A konkretnie na ich krem normalizujący.  Wyboru absolutnie nie żałuję. Nie wiem czy ten konkretny kosmetyk miał pozytywny wpływ na znaczną poprawę mojej cery (po części pewnie tak) jednak był to produkt który nie zaogniał zmian, nie powodował pogorszenia jej stanu a jednocześnie koił skórę i świetnie ją nawilżał.

To kosmetyk o przyjemnej, bogatej ale nie tłustej formule. Wydaje się być delikatnie 'tępy' jednak nie tak jak lekkie kremy z Sylveco. Minusem może być jego intensywny i specyficzny ziołowy zapach. Ja jednak szybko się do niego przyzwyczaiłam i przestał mi wadzić.


Przy zapachu pozostając pora na nową linie kosmetyków Tołpa. Mam kilka produktów tej marki jednak moim niekwestionowanym numerem jeden był (i jest nadal) ich krem-mus pod prysznic. Na poranne przebudzenie, jak producent ogłasza. Nadal lekko bawią  mnie ich opisy na opakowań, pisane w duchu twórczości Coelho (wybacz Tołpo) jednak w tym przypadku wstrzelili się w dziesiątkę.

Kwestią kluczową w przypadku produktów myjących jest dla mnie to by nie przesuszały mojej i tak suchej (jak wiór) skóry. Ten tego nie robi.  Ma też przyjemną kremową formułę i jest wydajny (a ja żele zużywam w ilościach hurtowych).

Jednak coś, co kupiło mnie w tym kosmetyku to jego... zapach. Werbena, limonka, cytryna i paczula. To nie brzmi jak połączanie dla mnie, jednak mieszanka olejków eterycznych jest tak piękna, że to bajka ;) 


Kosmetyki Cosnature kusiły mnie od dawna. Jako, że 'wszystko mam' i staram się nie szaleć z zakupami to sięgnęłam po ich kosmetyk, który pielęgnację łączy z makijażem. Mianowicie po krem tonujący. Fajne to!

Krem ma stosunkowo ciemny odcień, jednak świetnie stapia się ze skórą. Delikatnie wyrównuje jej koloryt. Czasem używam go solo, w dni gdy chcę zapewnić sobie mocniejsze krycie jest dla mnie bazą dla podkładu.

Pomijając kwestię koloru jaki daje to... świetny krem pielęgnacyjny. Pięknie nawilża więc odkąd jest ze mną został moim kremem na dzień w dni kiedy wychodzę z domu. 


Rozświetlacz Sensique szybko zdobył popularność co wcale mnie nie dziwi. Bo na skórze pozostawia iście Insta-taflę a na dodatek ma bardzo twarzowy, neutralny odcień (mimo, że w opakowaniu wydaje się by podejrzanie złoty).

Ja nakładam go pędzlem typu duo fibre, dzięki czemu jest w stanie uzyskać nim przyzwoity, nieprzerysowany dzienny efekt. 

Drobny minus to jego formuła. Celowo nie 'czyściłam' opakowania do zdjęcia byście mogły zobaczyć jak niesamowicie się kruszy w czasie nabierania go na pędzel. Jednak drobne niedoskonałości w formule zdecydowanie mogę mu wybaczyć - efekt i niewygórowana cena zdecydowanie mi to rekompensują.


A co zdobyło Wasze serce w październiku?
Share
Tweet
Pin
Share
10 komentarze
Newer Posts
Older Posts

Popular Posts

  • Jak zjeść ciastko i mieć ciastko? | BIOLOVE | mus do ciała o zapachu ciasteczka
     Dziś zapraszam Was na recenzję kolejnego kosmetyku marki Biolove (Nacomi dla Kontigo). Tym razem poopowiadam o pięknie pachnącym i świetni...
  • Tretynoina bez recepty | MEDIQ SKIN PLUS | żel punktowy do cery trądzikowej
       Nie posiadam typowej skóry trądzikowej. Posiada ona jednak swoje kaprysy. I o ile nauczyłam się dobierać do swojej pielęgnacji kosmetyki...

Strony

  • Strona główna
  • KONTAKT
  • Polityka bezpieczeństwa oraz regulaminy

O MNIE

O MNIE
Ja. Beznadziejna, nieuleczalna kosmetykoholiczka. Kocham kawę, koty i święty spokój ;)

TU JESTEM

zBLOGowani.pl

ARCHIWUM

  • ▼  2019 (2)
    • ▼  stycznia (2)
      • Naturalna pielęgnacja dłoni | Kremy do rąk Be Orga...
      • Dwa naturalne szampony z drogeryjnej półki | Alter...
  • ►  2018 (62)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (5)
    • ►  października (2)
    • ►  września (4)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (4)
    • ►  czerwca (2)
    • ►  maja (6)
    • ►  kwietnia (6)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (10)
    • ►  stycznia (15)
  • ►  2017 (143)
    • ►  grudnia (8)
    • ►  listopada (9)
    • ►  października (9)
    • ►  września (10)
    • ►  sierpnia (6)
    • ►  lipca (16)
    • ►  czerwca (16)
    • ►  maja (13)
    • ►  kwietnia (13)
    • ►  marca (14)
    • ►  lutego (12)
    • ►  stycznia (17)
  • ►  2016 (112)
    • ►  grudnia (11)
    • ►  listopada (15)
    • ►  października (14)
    • ►  września (13)
    • ►  sierpnia (7)
    • ►  lipca (6)
    • ►  czerwca (4)
    • ►  maja (5)
    • ►  kwietnia (5)
    • ►  marca (6)
    • ►  lutego (18)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2015 (104)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (6)
    • ►  września (3)
    • ►  sierpnia (8)
    • ►  lipca (7)
    • ►  czerwca (15)
    • ►  maja (10)
    • ►  kwietnia (13)
    • ►  marca (15)
    • ►  lutego (11)
    • ►  stycznia (10)
  • ►  2014 (158)
    • ►  grudnia (12)
    • ►  listopada (16)
    • ►  października (25)
    • ►  września (29)
    • ►  sierpnia (36)
    • ►  lipca (22)
    • ►  czerwca (7)
    • ►  maja (4)
    • ►  kwietnia (5)
    • ►  marca (2)
  • ►  2013 (6)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  października (1)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  lutego (2)
  • ►  2012 (11)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  września (1)
    • ►  czerwca (5)
    • ►  maja (3)
    • ►  kwietnia (1)
  • ►  2011 (2)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2010 (1)
    • ►  grudnia (1)

Liczba wyświetleń:

Szukaj na tym blogu

Obserwatorzy

ETYKIETY

balsam brązujący (2) balsam do ciała (21) balsam do demakijażu (1) baza pod podkład (1) błyszczyk do ust (1) bronzer (5) chusteczki do demakijażu (1) cienie do powiek (8) denko (58) do brwi (1) do kąpieli (3) jestem na nie (1) joybox (12) korektor (5) kosmetyczne POWROTY (3) krem bb (2) krem do rąk (15) krem do stóp (4) krem do twarzy (30) krem pod oczy (13) krem z filtrem (3) lakier do paznokci (7) maseczka do twarzy (17) maska do włosów (9) masło do ciała (8) mleczko do ciała (3) mleczko do demakijażu (5) mydło (1) mydło do ciała (1) na końcówki (5) niedziela (8) NOWOŚCI i ZUŻYCIA (4) odżywka bez spłukiwania (8) odżywka do spłukiwania (10) olejek do ciała (9) olejek do demakijażu (7) olejek do twarzy (3) olejek do włosów (4) peeling (1) peeling do ciała (15) peeling do dłoni (1) peeling do stóp (2) peeling do twarzy (enzymatyczny) (4) peeling do twarzy (gommage) (1) peeling do twarzy (mechaniczny) (11) perfumy (5) pędzle do makijażu (3) pianka do mycia twarzy (3) pielęgnacja ciała (7) pielęgnacja twarzy (13) Pielęgnacja włosów (12) płyn do higieny intymnej (2) płyn dwufazowy (7) płyn micelarny (20) podkład (11) pomadka (4) pomadka ochronna (6) pomadka peelingująca (1) project 10 pan (2) projekt denko (12) puder do twarzy (7) rozświetlacz (5) róż (4) serum (6) serum do twarzy (4) szampon (23) tonik (14) top coat (2) tusz do rzęs (3) ULUBIONE (18) wcierka (4) zakupy (45) zbiory kosmetyczne (14) żel do mycia twarzy (21) żel pod prysznic (18)

Created with by BeautyTemplates