balsam do demakijażu

Azjatyckie oczyszczanie | MISSHA Deep Clear Cleansing Balm | HOLIKA HOLIKA Daily Fresh Green tea Cleansing Foam

lipca 28, 2018


Azjatycka pielęgnacja podbija rynek. A jako, że dostępność tych kosmetyków jest coraz lepsza a i ceny mniej bolą mój portfel - coraz chętniej po nią sięgam. Dziś zapraszam Was na recenzję dwóch kosmetyków oczyszczających. Oba kupiłam w drogerii Kontigo przy okazji ich świetnych promocji.


★ MISSHA Deep Clear Cleansing Balm ★

Balsam myjący. Jak niesamowicie kusiła mnie taka forma demakijażu! Emulgujący balsam, który przy kontakcie z ciepłem skóry zamienia się w płynny olejek. Czy to nie brzmi fajnie? Szczególnie dla osoby, która wcześniej z taką formą demakijażu nie miała nic wspólnego ;) Kupiłam więc, ku mej radość płacąc za niego ułamek ceny regularnej - około 30 zł zamiast 80 zł. No i mam. I nie pieję z zachwytu....


W tym balsamie podoba mi się niemal wszystko. Opakowanie (ma zabezpieczenie i szpatułkę), formuła, ledwie wyczuwalny zapach i to, że jest bardzo łagodny dla skóry i okolicy oczu. Niestety, niekoniecznie radzi sobie ze zmywaniem makijażu. I o ile stosuję go po wstępnym zmyciu płynem micelarnym jest ok tak używanie go solo kończy się pandą pod oczami i niedomytym podkładem.

Może nie było by to aż tak frustrujące, gdyby nie fakt, że jest to kosmetyk, który nakładamy na suchą skórę. Wiecie, jedno mycie (sucha twarz, masaż, emulgowanie, spłukanie wodą) kończy się wilgotną, niedomytą skórą. Żeby zrobić do niego drugie podejście trzeba ją osuszyć. A jak mam być szczera, coś mi się w środku przewraca gdy muszę (choćby ręcznikiem papierowym) wycierać twarz... brudną.

Nie wiem czy inne tego typu kosmetyki sprawdzają się lepiej. Pewnie kiedyś się przekonam bo nadal chciałabym wiedzieć czym *wszyscy* się zachwycają i sięgnę po podobny kosmetyk, może innego producenta. Niemniej, ten oto uważam za zdecydowanie niewarty swojej ceny i zużywam go bez większego przekonania po użyciu micela.



★ HOLIKA HOLIKA Daily Fresh Green tea Cleansing Foam ★

Nie muszę chyba wspominać, że azjatyckie pianki do mycia twarzy, również kusiły mnie od dłużej chwili ;) Pianka Holika Holika to moje drugie podejście do takiej formy oczyszczania po Propolis Foam Cleanser Pures Heal's, która to niekoniecznie wzbudziła we mnie zachwyt (wspominałam Wam o niej przy okazji denka w kwietniu).

Jeśli czytając ten post macie wrażenie, że cały czas marudzę to właśnie kończę. Uwielbiam to myjadło! Pianka ma konsystencję kremu do golenia - jest gęsta, kremowa, nałożona na skórę pieni się jak wściekła a pianka jaką tworzy jest gęsta i 'zbita'. Niebo a ziemia względem typowych chmurek, jakie wypluwają z siebie pianotwórcze butelki.

Pięknie doczyszcza skórę jednocześnie jest niesamowicie łagodna. Podejrzewam, że to zawartość gliceryny sprawia, że skóra po umyciu nie jest ściągnięta i wysuszona a przyjemnie miękka i wygładzona. Mycie nią twarzy jest przyjemnością. Dodatkowo jest to kosmetyk o ponadprzeciętnej wydajności i niewygórowanej cenie (na promocji około 20 zł, regularnie 35). Chętnie do niej w przyszłości wrócę i wypróbuję inne warianty tego producenta.


Jestem ciekawa Waszych wrażeń na temat azjatyckiego rytuału oczyszczania skóry :)

denko

Projekt DENKO | nadrabiam zaległości

lipca 25, 2018

Mało kupuję, dużo zużywam. To zdecydowanie moja dewiza ostatnich miesięcy. Czyszczenie 'magazynów' ostatnio kończy się u mnie sporymi denkami, zapraszam Was więc na kolejny post z tej serii.


Wśród powyższej gromadki na największe uznanie zasługują zdecydowanie łagodzący olejek do demakijażu Vianek i esencja czystości absolutnej Dermika. Ta druga okazała się być świetnym kosmetykiem nawilżającym i wsparciem w codziennej pielęgnacji. Myślę nad pełnowymiarowym opakowaniem aczkolwiek zakup na pewno odciągnę w czasie. Woda z czystka Make me Bio i skoncentrowany hydrolat z kwiatu pomarańczy okazały się być poprawne acz nie zdobyły jakoś szczególnie mojego serca. Za to rewitalizujący płyn micelarny Vianek trochę rozczarował mnie brakiem skuteczności, chociaż delikatności odmówić mu nie mogę.


Krem Wonder Hwangto, błoto z morza martwego Biolove i peeling-maska enzymatyczna Perfecty gościły już na blogu i zdania na ich temat nie zmieniałam - to kosmetyki zdecydowanie warte polecania. Mydło Węgiel Mydlarni 4 Szpaki używałam i do twarzy i do ciała. Jedynym minusem były zatopione w nim diabelnie ostre drobiny - namydlanie się kostką to genialna opcja dla sadystów. Niemniej właściwości oczyszczające miało przednie i zużyłam je z przyjemnością.


Szybki przegląd maseczek. Peel-off Selfie Project (gwiazdki!) i maski AA (bąbelki!) zużyłam z przyjemnością chociaż nie uważam, że są w mojej pielęgnacji niezbędne. Podobne odczucia miałam wobec peelingu i maski oczyszczającej Lirene. Kolejna zużyta maska w płacie Missha upewniła mnie w przekonaniu, że jej nie lubię (mam jeszcze kilka w zapasie...) a maska z mocznikiem Isany (niegdyś Rival de Loop), że będę do niej wracać nie raz bo cudownie odżywia skórę.


Żel aloesowy Holika Holika używałam do nawilżania skóry głowy i włosów. Sprawdził się u mnie dobrze więc pewnie jeszcze kiedyś się na niego skuszę. Szampon przeciwłupieżowy Isany uwielbiam. Pięknie doczyszcza i pomaga utrzymać w ryzach moją problematyczną skórę głowy (choć bez problemów z łupieżem). Kolejne opakowanie poszło w ruch. Szampon Iceveda za to mnie rozczarował. Nie domywał skóry, obciążał i lekko przesuszał włosy więc mimo, że pachniał booosko nie zagości w mojej łazience ponownie.


Na szczególną uwagę zasługuje maska do włosów Organic Shop. Pięknie nawilżała włosy, lekko je dociążała przy czym nadal były miękkie, lekkie i puszyste. A na dodatek pachniała pięknie. Odżywki z Yves Rocher i Aussie określiłabym mianem przeciętniaków - nawilżały, trochę wygładzały ale nie ułatwiały rozczesywania. 


Antyperspirant Dermedic i peeling do ciała Iceveda przypadły mi do gustu bardzo, po szczegóły zapraszam do podlinkowanych recenzji. Żel pod prysznic Yves Rocher pachniał przyjemnie, pienił się jak wściekły i nie przesuszał mi nadmiernie skóry. Niestety o żelu Organic Shop powiedzieć tego nie mogę. Miał nieprzyjemny, chemiczny zapach, podrażniał mi skórę i wysuszał ją na wiór.


Produkty Nivea doczekały się już recenzji (Nivea Soft, mus i suchy olejek do ciała) nie będę więc się powtarzać a skupię się na kremach. Krem do rąk Biolove był słaby. Miał płynną formułę ale pozostawiał na skórze niezbyt przyjemny, tłusty film. Na dodatek efekt pielęgnacyjny nie zachwycał a zapach był nieprzyjemny. Krem Cafe mimi był całkiem ok. Ładnie pachniał, nawilżał i szybko się wchłaniał przez co dobrze sprawdzał się 'na co dzień'.

To by było na tyle :)

balsam do ciała

Pielęgnacja i ochrona | NIVEA | olejek w balsamie i filtr do ciała

lipca 23, 2018



Ciepłe miesiące sprzyjają zmianom w pielęgnacji ciała. Chętnie zamieniam treściwe masła no kosmetyki o zdecydowanie lżejszych formułach. Dziś zapraszam Was na krótkie przypomnienie kosmetyków marki Nivea. Mam Wam do pokazania dwie nowości, które... w bardzo podobnej odsłonie gościły już na blogu. Jeśli jesteście ciekawi szczegółów zachęcam do zapoznania się z poniższymi recenzjami.

Nivea Olejek w balsamie Kwiat Wiśni
Nivea Sun protect&moisture SPF 30


Olejek w balsamie. Nazwa ciut myląca bo i z olejkami (pomijając skład) w sumie niewiele ma wspólnego. Mamy tu do czynienia z lekkim balsamem, który błyskawicznie wchłania się w skórę. Pozostawia on uczucie komfortu i jak na tak lekki produkt naprawdę przyzwoitą dawkę nawilżenia. Nie lepi się, przez co jest świetną, pachnącą opcją do używania po porannym prysznicu. Zapach robi wrażenie! Kwiat pomarańczy jest lekko orzeźwiający przy czym nadal przyjemnie... kwiatowy. I kobiecy. Na skórze utrzymuje się przez dłuższą chwilę i zdecydowanie uprzyjemnia życie :)


Balsam z filtrem bardzo przypomina mi pod względem formuły wcześniej używany przeze mnie egzemplarz. Jest stosunkowo lekki, nie bieli nadmiernie, nie pozostawia na skórze tłustej warstwy a także nie brudzi ubrań. Zagadką dla mnie są jego właściwości 'opalające'. Nie zawiera on w sobie substancji samoopalającej przy czym ekstrakt pro-melaniny pobudzać ma w skórze proces opalania. Czy to robi? Nie wiem. Zazwyczaj sięgam po niego w słoneczne dni gdy eksponuję skórę na słońce więc naturalnym jest to, ze złapie ona trochę 'słońca'.  Nie mogę odmówić mu również właściwości nawilżających.


balsam do ciała

Lekka klasyka w pachnącym wydaniu | NIVEA | Nivea Soft Mix me

lipca 08, 2018

Mix me

Kremy Nivea Soft dostępne są w trzech pojemnościach: 50 ml, 100 ml i 200 ml.
Producent zaleca stosować je do twarzy, dłoni oraz pielęgnacji całego ciała.
Dostępne są trzy warianty zapachowe:
♡ Nivea Soft Mix Me I am the happy exotic one
♡ Nivea Soft Mix Me I am the berry charming one
♡ Nivea Soft Mix Me I am the chilled oasis one
które można używać samodzielnie lub mieszać ze sobą :)

Mix me

Szata graficzna produktu jest bardzo przyjemna jednak samo opakowanie to taki typowy, niewyróżniający się słoiczek. W moje ręce wpadły trzy najmniejsze pojemności we wszystkich dostępnych wariantach zapachowych. I może od zapachów zacznę. Trafiając na opinię tych kremów chyba najwięcej zachwytów słyszałam na temat zielonego wariantu i... zdecydowanie je podzielam. Zapach jest piękny! Świeży ale jednocześnie lekko kremowy. Wersja różowa i żółta za to nie do końca przypadły mi do gustu. Pierwsza to taka ciut chemiczna malina, druga to mieszanka kokosa i ananasa a ja za ananasem w kosmetykach po postu nie przepadam.

Właściwości pielęgnacyjne określiłabym mianem przyzwoitych. Nivea Soft to delikatna, kremowa, stosunkowo szybko wchłaniająca się formuła pozostawiająca na skórze delikatną, ochronną warstewkę. Poziom nawilżenia dla mojej suchej (nawet bardzo) skóry przy obecnej aurze jest wystarczający. Nadmienię jednak, że stosuję je do skóry całego ciała. Na twarz nakładać ich 'nie mam odwagi' a do pielęgnacji dłoni zdecydowanie wolę kremy w tubce.

Mix me

Trochę szkoda, że marka nie idzie za trendem 'naturalnych składów'. Z drugiej strony ten produkt ma tak szeroką rzeszę odbiorców, że po części sama się nie dziwię, że nie próbują przy nim majstrować. Niemniej czekam na kolejne nowości tej firmy, przy których w komentarzach nie padnie 'beee parafina' ;) Bo sama ciśnienia na wzorowe składy nie mam, mimo, że sporo takich kosmetyków u mnie gości. Podsumowując: jest dobrze. Ostatnie opakowanie w tym momencie dobija u mnie dna i cały czas się zastanawiam czy nie sięgnąć po większą pojemność wersji zielonej.

Popular Posts