poniedziałek, 31 lipca 2017

Cukier i morze | LIRENE | MINERAL COLLECTION

Dziś o pielęgnacyjnych nowościach marki Lirene. Mowa oczywiście o ich mineralnej kolekcji iście letnich balsamów oraz mgiełki do ciała. Moje wrażenia? Pozytywne :) Szczególnie jeśli mowa o psikadle, które to zdobyło moje serce od pierwszego użycia i (niestety) dobija już dna.


Lirene Mineral Collection Dwufazowa mgiełka do ciała z koralem morskim

Balsam w sprayu. Idealna opcja dla leni i osób z ograniczoną ilością czasu. Nieufnie podchodziłam do produktu psikanego bo moje doświadczenia z tego typu atomizerami do tej pory były średnio udane. Tu są. Spray dozuje lekką mgiełkę i fakt, trzeba ją delikatnie rozprowadzić po skórze jednak psikadło robi tu większe pół roboty ;)

Mamy tu do czynienia z kosmetykiem dwufazowym, z fazą olejową. Mieszanie obu warstw nie jest problematyczne i wystarczy zaledwie lekkie wstrząśniecie by połączył się ze sobą w lekką emulsję.

Działanie? Bardzo przyzwoite. Mgiełka pozostawia na skórze lekką warstewkę, która świetnie chroni przed przesuszaniem. Dodatkowo całkiem nieźle radzi sobie z nawilżeniem skóry. Dodatkiem do całości jest niesamowicie przyjemny, lekko słodki morski zapach. Sięgam po nią z przyjemnością :)



Lirene Mineral Collection balsam do ciała odżywczy z jedwabiem morskim
Lirene Mineral Collection balsam do ciała multi regenerujący z minerałami z morza martwego 

Nie będę rozwodzić się nad nimi osobno ponieważ są do siebie bliźniaczo wręcz podobne. Oba balsamy zapakowane są w estetyczne, ciemnoniebieskie wygodne tuby. Mają przyjemne formuły - są treściwe jednak na tyle lekkie by nie zostawiać na skórze klejącej warstwy. Łatwo je rozsmarować. Łączy je również zapach. Podobny do zapachu mgiełki czy lekko słodki, morski, nienachalny i bardzo przyjemny dla mojego nosa aromat.

Właściwości pielęgnacyjne po raz kolejny nie zawodzą. Balsamy dobrze radzą sobie z moją bardzo suchą skórą. Nie są to kosmetyki stricte regenerujące czy odżywcze jednak jako codzienne, wieczorne nawilżacze zdecydowanie dają radę. Pomagają pozbyć się uczucia ściągnięcia, wygładzają skórę i zapewniają jej komfort. 


Jeśli zastanawiacie się nad zakupem zdecydowanie polecam Wam mgiełkę bo do tej sama z przyjemnością za jakiś czas do niej wrócę. Balsamy niewiele się od siebie różnią więc raczej nie ma znaczenia, po który sięgniecie jednak jeśli potrzebujecie czegoś niedrogiego, dobrze dostępnego w sam raz na lato to też niezły wybór. Lirene po raz kolejny mnie nie zawiodło :) Jestem ciekawa czy miałyście okazje używać któryś z tych produktów? :)
Czytaj dalej »

niedziela, 30 lipca 2017

Moja obecna PIELĘGNACJA WŁOSÓW | LIPIEC 2017


Po publikacji ostatniego posta na temat mojej pielęgnacji włosów nie spodziewałam się, że kolejny powstanie tak szybko. Ale znów zaszło u mnie trochę zmian więc pora na aktualizację :)

Moje włosy nie należą do najpiękniejszych. Są cienkie i dość rzadkie, trudno uzyskać na nich objętość a końce pamiętające powrót do (względnie) naturalnego odcienia wołają o litość. Na dodatek moja skóra głowy lubi sprawiać mi problemy więc no, bywa źle ;) Ostatnio jednak jest podejrzanie wręcz dobrze co jest dla mnie dawką motywacji by pokazywać Wam czym i z czym walczę.


Jedynym dobrze znanym (i szalenie przeze mnie lubianym) kosmetykiem do mycia jest hamamelisowy szampon Yves Rocher. Łączy on wszystko czego od szamponów wymagam - łagodność i skuteczność. A jako, że wyjęłam z zapasów dwie nowości i nie do końca wiedziałam czego się po nich spodziewać stwierdziłam, że pora wrócić do tego pewniaka.

Nowościami są dla mnie dwa kolejne produkty. Z którym dopiero zaczynam swoją przygodę i na temat których jest mi na chwilę obecną trudno coś więcej powiedzieć aczkolwiek nawilżający szampon Vianka wydaje mi się podejrzanie mocno puszyć włosy jednak szampon nawilżający Dove Baby ma większy potencjał i po kilku użyciach jestem na tak. Mimo, że kremowa formuła początkowo napawała mnie przerażeniem :D


Odżywka odbudowująca Yves Rocher była na moim celowniku od dawna jednak w ostatnich miesiącach (albo i latach) bazowałam na wielkich litrowych maskach Kallosa czy Stapiz rzadko wprowadzając w dziedzinie odżywiania włosów urozmaicenie. Jako, że poczułam przesyt w końcu ją kupiłam i wcale nie dziwię się, że zbiera tyle pozytywnych recenzji. Przypomina mi lubianą przeze mnie odżywkę Garnier Goodbye Damage - dobrze nawilża, wygładza i pięknie dociąża jednocześnie nie powodując przyklapu. Będzie z tego miłość.

Za to początki z duetem kosmetyków Organic Shop zdecydowanie nie należały do udanych i sporo litrów wody musiało upłynąć by moje włosy je zaakceptowały. Mam w planach odrębną recenzję jednak potrzebuję jeszcze trochę czasu by wyrobić sobie na ich temat zadanie. Wspomnę tylko, że po początkowym dramacie (bo inaczej tego nie nazwę) jesteśmy na etapie rosnącej sympatii ;)


Wzmacniająca emulsja Iceveda to moje trzecie psikadło tego producenta i niestety przypadło mi ono do gustu najmniej. Nie to, że jest jakaś wybitnie zła bo nie jest jednak wariant z maliną i jaśminem na moich włosach sprawdzał się rewelacyjnie, że ten średniak nie zachęca mnie do używania. Na dodatek nie leży mi jego zapach - słodki, ziołowy, trochę mdły i na dłużą metę męczący. Zużyć zużyję, wracać nie będę. Podobnie zresztą jak do serum z linii Olejki olejki Marion. Dla urozmaicenia ten produkt pachnie ładnie jednak z włosami robi niewiele.

Nowością jest dla mnie ochronne serum Yves Rocher, które przygarnęłam jako gratis do ostatniego zamówienia. Ma konsystencję lekkiego mleczka, nie obciąża mi włosów jednocześnie nazwa serum jest trochę myląca to to raczej kosmetyk  z gatunku odżywka bez spłukiwania. Efekt nawilżania i wygładzenia jaki funduje bardzo mi odpowiada jednak cenę regularną dobijającą 30 zł za 100 ml uważam za mocno przesadzoną. Aczkolwiek to domena tej firmy i ja akurat nie kupuję ich kosmetyków bez promocji o czym pisałam Wam w odrębnym poście.


Ha, znowu Yves Rocher. Znowu linia odbudowująca, znów nowość tym razem jednak totalne dziwadło czyli krem do włosów na noc. Bazując na opisie producenta miała to być 'odżywka' bez spłukiwania aczkolwiek u mnie nie ma w tej roli racji bytu bo włosy po jej użyciu wyglądają jak wysmarowane kremem ;) Jako produkt stosowany jako alternatywa olejowania zapowiada się całkiem przyjemnie ale potrzebuję jeszcze czasu by wydać mu ostateczny osąd.

A do olejowania używam waniliowe masło do ciała Biolove czyli mieszankę masła shea i oleju ze słodkich migdałów. Pachnie pięknie, dobrze dociąża i odżywia włosy, które po jego użyciu są wyraźniej miękkie i gładkie. Bardzo fajna rzecz o lekko 'plastelinowej' formule, która lepiej sprawdza mi się na włosach niż stosowana na całe ciało ze względu na intensywne natłuszczanie i lepką warstwę jaką po sobie pozostawia.

Znacie któryś z tych kosmetyków? Jak wasze wrażenia? :)

Czytaj dalej »

środa, 26 lipca 2017

PÓŁROCZNE DENKO PIELĘGNACYJNE | w zdjęciach i liczbach

Szalenie podoba mi się podsumowanie kosmetycznych zużyć w dłuższych okresach czasu. I o ile planuje porzucić pokazywanie Wam denek z comiesięczną częstotliwością (chociaż jeszcze nie teraz) tak nie udało mi zrealizować mojego planu dodatkowego podsumowania kwartalnego kosmetyków, które mi wyszły. No to nadrobimy półrocznie. Tak, wszystkie kosmetyki, które widzicie na poniższym zdjęciu to tegoroczne 'denko' ;) 




Ilość zużytych sztuk w ciągu miesiąca:
Duże wahania, nie ma co. Tak się właśnie dzieje, gdy otwieracie milion kosmetyków na raz. Najbiedniejszy pod względem zużyć był zdecydowanie kwiecień z ilością 5 sztuk, najobfitszy w puste butle luty gdzie zużyłam aż 21! kosmetyków. Średnio zużywam więc ciut ponad 15 sztuk kosmetyków na miesiąc. Sporo. Jak przedstawia się to w szczegółach?

PIELĘGNACJA TWARZY:


Prym wiodą produkty do demakijażu i maski do twarzy. Grupa produktów które używam i zużywam systematycznie. Niech nie zdziwi Was zerowe zużycie kosmetyków do ust - w tym okresie wywaliłam trzy sztuki bo zużyć się ich nie dało. Wyniki w normie, ilość zużytych sztuk uświadomiła mi, że zapasów mam na kolejny rok ;)

PIELĘGNACJA WŁOSÓW:


Ilość szamponów może co niektórych zdziwić ale... myję głowę codziennie. Gdybym myła ją co drugi dzień zużycie nie przedstawiało by się już aż tak imponująco ;) Zdziwiona jestem ilością kosmetyków do stylizacji bo cztery sztuki to ja kiedyś zużywałam w dwa lata. Na stare lata jednak zaprzyjaźniłam się z lakierem do włosów i jakoś tak schodzi mi butla za butlą. Reszta jak na częstotliwość mycia też wydaje mi się całkiem rozsądnym wynikiem.

PIELĘGNACJA CIAŁA:


No cóż, widać czego zużywam najwięcej. Odrobinę przeraża mnie ilość żeli ale trzy sztuki powinnam wywalić z tego zestawiania (jedno 'wyszło' jako mydło, dwa olejki zużyłam do prania gąbki) a pozostałe podzielić na pół często nie używam ich sama. Zużyłam też sporo peelingów, kremów do rąk i balsamów do ciała jednak wynika to w głównej mierze z faktu że mam bardzo suchą skórę i bez porządnego złuszczenia i nawilżenia mam ochotę wyjść z siebie i stanąć obok ;) Zużyłam również pięć antyperspirantów które nie pojawiły się w zestawieniu.



PO JAKIE FIRMY SIĘGAM?
W zestawieniu znalazły się firmy w przypadku których zużyłam przynajmniej dwa kosmetyki w tym czasie. Na zielono oznaczyłam producentów rodzimych, na różowo tych rosyjsko-estońskich i to chyba najlepiej pokazuje jakie kosmetyki gościły u mnie ostatnio najczęściej ;)




Czytaj dalej »

Lato w mieście | LIRENE DERMOPROGRAM | Hydrolipidowy ochronny krem do twarzy SPF 50 (niwelowanie skutków promieniowania IR) | Brązująca mgiełka | Jaśminowy olejek do opalania SPF30


Dziś zapraszam Was na przegląd letnich kosmetyków Lirene. W ofercie producenta znajdziemy i produkty, które zabezpieczą nas przed słońcem i te, które to słońce mogą zastąpić. Jak sprawdziły się u mnie? Ciekawych zapraszam na ciąg dalszy :)


LIRENE HYDROLIPIDOWY OCHRONNY KREM DO TWARZY SPF 50 IR (ok 20 zł 40 ml)

Nie lubię filtrów. Cenię sobie ich właściwości ochronne jednak mimo najszczerszych chęci nie jestem systematyczna w ich użytkowaniu. Walczę jednak z moją niechęcią i przynajmniej w sezonie letnim (i jesiennym gdy sięgam po kwasy) staram się je stosować w miarę uczciwie. Czyli wtedy gdy faktycznie wystawiam się na działanie słońca co robię możliwie jak najrzadziej bo szczerze go nienawidzę (czy tylko ja nie mogę doczekać się końca lata?)

Krem Lirene posiada estetyczną tubę wykonaną z miękkiego plastiku i obiecuje nam ochronę nie tylko na poziomie SPF 50 ale i zabezpieczenie skóry przed promieniowaniem IR.

Produkt posiada niesamowicie lekką konsystencję i intensywne białe zabarwienie. O dziwo, nie bieli on nadmiernie skóry i dokładany warstwa po warstwie wygląda na tyle przyzwoicie, że nie powstydziłabym się wystawić 'nagą' twarz do ludzi. A własnie jego lekkość umożliwia nam dokładanie kolejnych warstw bez efektu białej mazi na skórze - plus. Bo akurat filtry należą do tej grupy kosmetyków gdzie im więcej tym lepiej ;)

Nie będę jednak ukrywać, że w dni 'robocze' bez makijażu się u mnie nie obejdzie więc pomijając kwestie ochronne zależało mi przede wszystkim na tym, by to kremidło dogadało się z moim makijażem. I tu bywa różnie. Są dni, kiedy oglądając moją skórę wieczorem aż trudno mi uwierzyć, że miałam krem z spf na skórze. Bywały też takie gdy w po paru godzinach okazywało się że podkład zaczynał mi się nieestetycznie zbierać w okolicach brody czy skrzydełek nosa. Zauważyłam jednak pewną prawidłowość - ten krem lubi mieć 'pod sobą' czystą skórę potraktowaną tylko matującym tonikiem. Przy kombinacjach z nawilżającymi tonikami, po użyciu lekkiego serum czy kremu potrafi sprawić, że makijaż po x godzinach nie wygląda tak dobrze jak powinien. Chociaż znam zdecydowanie gorsze pod tym względem kosmetyki tego typu.

Krem ten ma jednocześnie nawilżać skórę. I to robi. O ile uczucie nawilżenia nie jest spektakularne tak przez cały dzień czuję na skórze komfort. A nie jest to dla mnie normą. Oceniam go całkiem pozytywnie i o ile przy poszukiwaniu 'idealnego filtra pod makijaż' to może nie być to tak jako produkt typowo ochronny przy mniej lub bardziej aktywnym wypoczynku śmiało mogę Wam go polecić. Szczególnie, że nie podrażnia moich okolic oczu a z tym różnie u mnie niestety bywa.



LIRENE BRĄZUJĄCA MGIEŁKA SAMOOPALAJĄCA (ok. 25 zł 195 ml)

O ile przez większość roku chodzę blada tak w sezonie zawsze coś z gatunku 'opalenizna bez słońca' zagościć u mnie musi. Tym razem konkretnie w postaci nowości czyli olejku i to dwufazowego na dodatek ;) Muszę przyznać, że bardzo lubię niesztampowe podejście marki do 'podania' kosmetyków i fakt że oprócz klasycznych balsamów sampoopalających (miałam, fajne!) zaproponowali nam również piankę (czeka w zapasach), balsam pod prysznic (świetny!) a teraz kolejną nowość.

Olejek posiada lekką formułę, obie fazy łączą się ze sobą po już po lekkim wstrząśnięciu. Aplikator dozuje produkt na skórę całkiem sensownie jednak nie obejdzie się bez wsmarowania kosmetyku dłońmi. Ważne jest to by nie nałożyć na skórę zbyt dużo i dokładnie go w nią wsmarować by nie nabawić się plam czy smug. Jeśli jednak przyłożycie się do aplikacji i wmasujecie olejek do wchłonięcia nie macie się o co martwić. Efekt jaki daje jest lekki i naturalny. Jeśli boicie się sztucznej, pomarańczowej skóry to nie ma czego. Jest ona naturalnie przybrązowiona i trudno się domyślić, że to nie zasługa słońca. Jak na samoopalacz jednak przystało pozostawia on na skórze delikatny, średnio przyjemny zapach. Nie jest on jednak zbyt intensywny i duszący.

Przyznać jednak muszę, że gdybym na chwilę obecną stała przed wyborem kolejnego kosmetyku tego typu mimo, że ten wypadł całkiem nieźle tak wróciłabym jednak chętnej do brązującego balsamu pod prysznic tego samego producenta, który z powodzeniem używałam w zeszłym roku. Bo mimo niemal identycznego efektu metoda aplikacji odpowiadała mi bardziej :)



LIRENE JAŚMINOWY OLEJEK DO OPALANIA SPF 30 (ok. 20 zł 150 ml)

Używanie filtrów do twarzy jest u mnie problematyczne tak z filtrami do ciała mam jeszcze gorzej :D W tym roku jednak jestem w tym aż podejrzanie systematyczna bo ku memu smutkowi moja skóra zaczyna się buntować. Z otchłani zapasów wyciągnęłam więc ten oto kosmetyk i szalenie jestem z tego powodu zadowolona :)

Nie jest to 'suchy' olejek jednak niewiele do takiego określenia mu brakuje. Gładko aplikuje się na skórę, pozostawia delikatną ale nie lepką czy nadmiernie tłustą powłokę, która spokojnie umożliwia ubranie się i pójście do ludzi więc jest idealną opcją dla mieszczuchów ;) Ma też przyjemny olejkowy, może i lekko jaśminowy ale zupełnie niedrażniący zapach który w najmniejszym stopniu nie gryzie się z perfumami.

Jestem posiadaczką bardzo suchej skóry i o ile oleje w ogóle u mnie nie pozostawiają po sobie uczucia nawilżenia tak często po tego typu kosmetyki sięgam właśnie latem by ochronić dodatkowo skórę przed utratą nawilżenia i ten oto kosmetyk spisał się u mnie przyzwoicie.



Zasadniczo nie mam się do czego przyczepić i każdy jeden kosmetyk oceniam w mniejszym lub większym stopniu pozytywnie. Perełką w tym zestawieniu jest zdecydowanie olejek, krem również wypadł nieźle aczkolwiek olejkową mgiełką samoopalającą zeszłorocznego balsamu pod prysznic firmie pobić się nie udało :D Używałyście któregoś z tych kosmetyków? Jak wrażenia?
Czytaj dalej »

wtorek, 25 lipca 2017

ULUBIONE #7 2017 | letni ulubieńcy :)


Dziś zapraszam Was na kolejną, siódmą już w tym roku odsłonę moich comiesięcznych faworytów. Mam Wam do pokazania garść nowości ale i kosmetyki po które sięgam od dłuższego czasu a które to za każdym razem utwierdzają mnie w przekonaniu, że 'to jest to' :)


❤ W porównaniu do sporej części osób, które zachwycają się popularnymi maskami w płacie nie należę do szczególnych ich fanek. Zdarza mi się takową na skórę nałożyć (w wersji samorobionej) ale wydawanie po kilkanaście złotych 'na raz'... musiało by to to sprzątać, prać i gotować ;) Z tego też względu nadal pozostaję wierna maskom kremowym, szczególnie gdy występują w opakowaniach pełnowymiarowych (saszetki to zło!). Maska przeciwzmarszczkowa Dr Irena Eris Clinic Way jest ze mną ponad pół roku (ważna 12 ms od otwarcia) i od ponad połowy roku ratuje mi tyłek, gdy moja twarz krzyczy 'pić!'. Nadal nie wiem czy ma ona jakikolwiek potencjał na zmarszczki, wiem jednak, że nie dość, że pięknie wygładza skórę to funduje jej potężną dawkę nawilżenia. Ma przyjemną, kremową, lekką puszystą formułę i równie dobrze sprawdza mi się nałożona obficie na kilkanaście minut jak i traktowana od czasu do czasu jako krem na noc. Świetny, niesamowicie wydajny kosmetyk wart wypróbowania.

Vianek i ich łagodzący tonik-mgiełka do twarzy. Mały zachwyt. Chociaż pierwsze aplikacje wcale mnie do niej nie zachęciły. Na hasło 'mgiełka' spodziewałabym się przyjemnej, lekkiej... mgiełki a nie morza ciężkich kropel, które wydobywają się z atomizera z różną częstotliwością. Co jest upierdliwe aczkolwiek istnieje prawdopodobieństwo, że mam felerne opakowanie. Tonik jest płynny jednak to typowy treściwszy niż woda kosmetyk. Który całkiem przyzwoicie nawilża, przywraca skórze komfort i umila życie swoim lekko konfiturowym zapachem. U mnie jednak pomijając kwestie pielęgnacyjne gości na skórze codziennie jako produkt 'po makijażu'. Świetnie znosi wrażenie nadmiernej pudrowości i matu, delikatnie ale naturalnie 'rozświetla' skórę i nie ma negatywnego wpływu na trwałość kosmetyków.



Żel do mycia twarzy i ciała Atopis NovaClear+ zdobył moją sympatię od pierwszego użycia. Jest niesamowicie łagodny (również dla okolic oczu) jednocześnie do dobrze oczyszcza skórę. Używam go do mycia twarzy i jestem z niego szalenie zadowolona. Ma śmieszną, glutkowatą konsystencję, pieni się delikatnie i łatwo zmywa ze skóry.

❤ Mój wielki powrót czyli delikatny szampon do włosów z wyciągiem z hamamelisu Yves Rocher. To mój ulubiony szampon tej firmy i jeden z lepszych w ogóle. Moja skóra głowy bardzo lubi - dobrze myje przy czym dogaduje się z moją skórą i nadaje do codziennego mycia co normą wśród szamponów niestety nie jest. Lubią go również moje włosy bo delikatnie zmiękcza wyhodowane przeze mnie suche siano ;) Ma przyjemną, gęstą, dobrze pieniącą się formułę i niemęczący ziołowy zapach. Minus? Trudno go dostać. W sklepie online jest wiecznie niedostępny :/

❤ Miłość od pierwszego użycia. O olejkowej mgiełce Lirene lada dzień pojawi się odrębny post jednak nie mogę o niej nie wspomnieć. Ma lekką, nawilżającą formułę, szalenie przyjemny zapach i wygodną metodę aplikacji. Używam jej głownie rano i jak widać - jest niemal w ciągłym użyciu (zamiennie z filtrem w słoneczne dni).


❤  Relaksująca woda toaletowa Yves Rocher nie grzeszy ani trwałością ani intensywnością zapachu - to raczej mgiełka (w świetnym flakonie) niż coś czym spsikacie się raz i będziecie tym pachnieć do wieczora ale... pachnie bosko! To subtelne połączenie nuty gorzkiego kwiatu pomarańczy i subtelnej lawendy. Całość jest nieoczywista, nienachalna ale z charakterem. Ostatnio gości na mojej skórze dzień w dzień niezależnie od pogody czy pory dnia. Zużywa się szybko jednak jak na YR przystało - jest tak tania że wcale mi nie żal :)

Perełkowa baza pod podkład Bielenda to moja nowość i mimo, że nie jest ze mną zbyt długo nie mogę o niej nie wspomnieć. Jest bardzo lekka, w swojej konsystencji przypomina raczej serum niż typową bazę pod makijaż jednak ułatwia aplikację podkładów i wzmacnia ich trwałość. No i to opakowanie *-*

❤ No i kolejny powrót tym razem puder a konkretnie Bananas Dream puder bananowy W7. Ze względu na dość ciemny kolor przeleżał u mnie całą zimą i poszedł w ruch dopiero teraz, gdy moja skóra nabrała 'koloru'. Jest świetny. Pięknie wyrównuje koloryt, nie wysusza skóry i całkiem nieźle radzi sobie z utrwaleniem makijażu (a ten noszę około 12 h). Jest tani i ogromny (był ze mną dwa sezony) i podejrzewam, że w przyszłym roku kupię kolejne opakowanie.

Znacie któryś z tych kosmetyków? :)
Czytaj dalej »

niedziela, 23 lipca 2017

projekt DENKO | zużycia lipca 2017


Dla urozmaicenia w pokazywaniu Wam kolejnych nowości pora na zużycia ;)

♥ ulubieniec
★ fajne
☆ mniej fajne


♥ Łagodzący olejek do demakijażu marki Vianek zdobył moje serce szybko i skutecznie. Był niesamowicie łagodny i świetnie radził sobie z demakijażem. Jeśli macie wrażliwą skórę, lubicie zapach różanej konfitury i nie macie obaw przed stosowaniem olejów bez emulgatora kupujcie śmiało.

♥ Kolejny ogromny ulubieniec i trzecia (szalenie wydajna) butla za mną. Oto i tonik hibiskusowy Sylveco. Używam go i jako tonik i jako produkt do włosów - pod olejowanie oraz do nawilżania skóry głowy. Uwielbiam jego żelową formułę, piękny zapach i niewygórowaną cenę za świetną jakość. Kolejny kosmetyk wart powrotu.

★ Glinka plus olej to moje ulubione połączenie maseczek-samoróbek więc gotowiec Sylveco nie mógł mi się nie sprawdzić. Łagodząca maseczka do twarzy Vianek pięknie nawilżyła, odżywiła i uspokoiła skórę pozostawiając na niej delikatną olejową powłoczkę. Raczej do niej nie wrócę (nienawidzę masek w saszetkach) jednak świetnej jakości odmówić jej nie mogę a i patrząc na krótkie terminy ważności może to i lepiej, że producent zaoferował taką a nie inną formę podania.

♥ Rokitnikowa pomadka ochronna Sylveco to mój pewniak do którego wróciłam. Jest świetna. Odżywia, natłuszcza i zmiękcza usta. Ma jedną (nie)wielką wadę - barwi moje usta na wściekle pomarańczowy odcień więc stosuję ją wyłącznie w domu.

★ A po za domem używałam brzozową pomadkę ochroną z betuliną Sylveco i o ile uważam, że pod względem efektu jest ciut słabsza niż wersja rokitnikowa tak względem większości pomadek jakie mamy na rynku i tak wybija się na prowadzenie w moim prywatnym rankingu. I jest bezbarwna :D


♥ Moje przypadkowe, spore odkrycie czyli peeling-maska Perfecta, który oczarował mnie od pierwszego użycia. Kosmetyk łączy w sobie działanie delikatnego ale skutecznego peelingu enzymatycznego i oczyszczającej maseczki glinkowej. Gdy tylko uda mi się uszczuplić zapasy powrót obowiązkowy.

Stimuserum Lirene było całkiem przyzwoitym kosmetykiem o odrobinę lepiej, żelowej formule z zawartością stabilnej formy wit. C. Systematycznie używane sprawiło, że skóra odzyskała zdrowy koloryt i wizualnie prezentowała się lepiej niż przed aczkolwiek nie jest to rzecz, która mimo całej swojej przyzwoitości zafunduje efekt 'wow'.

☆ Mniej udane ogniwo czyli krem-żel Vitamin Energy Lirene. Nie mogłam się z nim dogadać, irytowała mnie jego formuła, nie widziałam niemal żadnego działania. Zużyć zużyłam, krzywdy nie zrobił ale to zdecydowanie nie był kosmetyk dla mnie.


♥ Lakier do włosów Taft Ultimate to jeden z dwóch lakierów jakie toleruję. Jego niemal sucha formuła nie oblepia moich cienkich włosach jednocześnie produkt świetnie utrzymuje w ryzach moje baby hair sterczące na wszystkie możliwe strony.

♥  Kolejne przypadkowe odkrycie. Tym razem z Lidla. Odżywka do włosów After Sun Cien była treściwa i lekka jednocześnie, pięknie nawilżała i dociążała włosy, miała przyjemny zapach, była dość wydajna i śmiesznie tania. Żałuję, że to limitka jednak skuszę się za jakiś czas na ich odżywkę dostępną w regularnej ofercie.

☆ Kupowanie oczami czyli szampon do włosów farbowanych Nature Moments Schauma. Świetne jednak nie do końca funkcjonalne opakowanie (za duży otwór dozujący produkt) i zawartość, którą polubiły moje włosy ale skóra głowy już niekoniecznie. Nie było tragedii jednak na dłuższą metę lekko przesuszał mi skórę głowy. Zapach był przyjemny ale spodziewałam się czegoś więcej. Jak na tani szampon drogeryjny był całkiem ok jednak znam od groma lepszych kosmetyków.


Olejkowe serum do dłoni Lirene może i mnie nie zachwyciło ale okazało się być przyjemnym kremem 'do torebki'. Miało przyjemny zapach i lekką, szybko wchłaniającą się formułę. Całkiem nieźle radziło sobie z codziennym nawilżeniem od mycia do mycia jednak jeśli macie bardzo suche dłonie i szukacie kremu-petardy to zdecydowanie polecam Wam wariant regenerujący tego producenta, który jest moim niekwestionowanym ulubieńcem.

★ Kocham zapach kwiatu tiare więc nie mogłam nie polubić żelu pod prysznic Yves Rocher. Jakościowo wypada przyzwoicie - dobrze się pieni i nie przesusza dodatkowo mojej i tak suchej skóry. Był też dość wydajny, nie jest drogi (na promocjach wszelakich) i mam kolejnych dziesięć butli tych żeli w domu ;)

♥ Drobiny piachu w kremie. Peeling Dr Irena Eris Resort Spa był fantastyczny. I miał cudowny zapach powietrza po deszczu. Oszczędzałam go jak mogłam (teraz oszczędzam balsam z tej serii :D) ale wziął i się skończył.
Czytaj dalej »

sobota, 22 lipca 2017

Dzika plaża| NIVEA | protect & moisture | Balsam SPF 30 pielęgnacja i ochrona

Filtry do ciała. Grupa produktów po które do tej pory sięgałam raczej sporadycznie. Wiem, że ochrona przed słońcem jest ważna jednak jako, że należę do tej części osób, które raczej nie wystawiają się na słońce a dodatkowo w sezonie letnim żyją w mieście i wszelkie urlopy wykorzystują przed lub po fali upałów często temat odpuszczam. Fali upałów których szczerze nienawidzę. Zmiana jeśli mowa o filtrach u mnie zaszła (o czym w poście kolejnym) jednak dziś o balsamie, które wpadł w moje ręce z zaskoczenia, któremu to postanowiłam dać szansę i który mojego serca niestety nie zdobył. 


Estetyczna tuba wypluwa z siebie lekkie chociaż treściwe mleczko, które łatwo rozsmarować na skórze. Niestety, ma ono tę jedną wadę, która dyskwalifikuje go w moich oczach typowego mieszczucha - pozostawia na skórze wyczuwalną, trochę lepką warstwę. Która stwarza dyskomfort 'normalnego' codziennego stosowania człowieka pracującego i pomykającego dzień cały w odzieży. Aczkolwiek przytaknę producentowi - nie zaobserwowałam jej brudzenia. Wracając do komfortu. A raczej jego braku. Moim zdaniem to jeden z tych filtrów, które sprawdzą się przy leżeniu plackiem na plaży (dzikiej :D) czy przy bardziej aktywnym jednak nadal 'wypoczynku' gdy zależy Wam na ochronie i pielęgnacji. A nie spędzacie ośmiu godzin w biurze a filtr ma za zadanie zabezpieczyć skórę w drodze ;)

Balsam za to pozytywnie zaskoczył mnie jeśli mowa o nawilżaniu skóry. Moja jest sucha, nawet bardzo. Przełamałam nawet niechęć i zaczęłam używać balsamów (i innych) przynajmniej dwa razy dziennie bo powoli nie udaje mi się zapewnić jej chociażby podstawowej dawki nawilżenia przy wieczornym (jak niegdyś) smarowaniu i użycie tego produktu było szalenie miłe. Skóra była nawilżona przez całyborzydzień, szczególnie najbardziej suche partie jak łokcie, kolana czy łydki gdzie zazwyczaj kosmetyki, które miały chronić nie kojarzą mi się z tak dobrymi właściwościami (albo moja skóra zaczęła na nie inaczej reagować albo ostatnio trafiam na same świetne produkty :D)

Wczytanie się w etykietę niesie nam bardzo istotną informacje. Balsam ten ma nam starczyć na ok. 6 aplikacji. Szalenie mnie to cieszy - w końcu ktoś zwraca uwagę, że żeby zapewnić sobie prawidłową ochronę zgodnie z oznaczeniem na butli kosmetyku na ciało trzeba nałożyć dużo. O czym część użytkowników nie pamięta. I do czego część się nie stosuję (jak ja ;)).

Podsumowując. Nie jest to kosmetyk do użytku 'codziennego' i pewnie oddam go w lepsze ręce, które będą miały możliwość przetestowania jego właściwości w warunkach bardziej wymagających. Przy moim trybie życia pozostaję przy innym, sprawdzonym rozwiązaniu :)


Czytaj dalej »

czwartek, 20 lipca 2017

Jak malina w szampon | SCHAUMA | Nature Moments | szampon do włosów farbowanych

Moje doświadczenia z marką Schauma są złe. Ich szampony i odżywki powodowały u mnie odwieczny bunt skóry głowy i obciążanie włosów co sprawiało, że od lat trzymałam się od nich z daleka. Dopóki na sklepowej półce nie wypatrzyłam ich nowości. Szamponów 'inspirowanych' naturą, z piękną szatą graficzną, o kuszących zapachach. Stwierdziłam - zaryzykuję. I nabyłam wielką butlę za oszałamiających osiem złotych za 400 ml. Co z tego wynikło? Zapraszam na recenzję.


Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że bardzo podoba mi się szata graficzna tego szamponu. Bo właśnie dlatego znalazł się w moim posiadaniu. Butla jest estetyczna jednak mam do niej niewielkie ale - otwór dozujący jest zbyt duży przez co trudno zapanować nad wylewaną zeń ilością kosmetyku co trochę zmniejsza jego wydajność.

Do samej formuły przyczepić się nie mogę. Szampon jest przejrzysty, gęsty i pieni się jak wściekły. Przyczepię się jednak do zapachu. Spotkałam się z opiniami, że pachnie to to intensywnie malinami i trochę się zawiodłam. Intensywna malina to to niestety nie jest. Szampon ma wyraźną, nijaką 'szamponową' nutę z maliną w tle. Daje to całkiem przyjemny efekt końcowy i koniec końców pod względem zapachowym zużyłam go z przyjemnością jednak spodziewałam się po prostu czegoś więcej.

Właściwości myjące. Moje dotychczasowej doświadczenia z szamponami tej marki sprawiły, że podchodziłam do niego z dużą dozą niepewności. O dziwo, wcale nie był to produkt z gatunku trzy dni mycia i przyklap nie do pokonania ;) Myć mył. I jak na moje preferencje codziennego czyszczenia głowy był dla mnie nawet zbyt intensywny. Używałam go zamiennie z czymś delikatniejszym i w takiej konfiguracji zużyłam go do końca bez bólu. Bo stosowanie go przez kilka dni z rzędu kończyło się jednak delikatnym bo delikatnym ale jednak wyczuwalnym przesuszeniem i podrażnieniem skóry.

Niby nie jest to kosmetyk do którego chciałabym wracać. Niby. Bo nadal mam ochotę na wariant lawendowy :D I śmiem twierdzić, że prędzej czy później wpadnie w moje ręce. Ten może i mnie nie zachwycił ale z drugiej strony kosztuje tak mało i użyciu 'rotacyjnym' wypadł naprawdę przezwoicie. Szczególnie, że polubiły go moje włosy - mimo dużej skłonności do ich plątania mogłam używać go z lekką odżywką (lub nawet bez niej) a nie zdarza mi się to szczególnie często.



Czytaj dalej »

wtorek, 18 lipca 2017

YVES ROCHER | moje ZAKUPY i czar promocji... jak kupować TANIO.

Dziś o moich kolejnych zakupach w sklepie internetowym Yves Rocher. Kto śledzi moje poczynania ten wie, że co jakiś czas z mniejszą lub większą systematycznością sięgam po ich kosmetyki. Kupuję je wtedy w ilościach niemal hurtowych co jest najzwyczajniej w świecie opcją najkorzystniejszą. Dziś oprócz pokazywania 'łupów' rozpracuję z Wam na czynniki pierwsze moje zamówienie gdzie będziecie mogli zobaczyć, że mimo wywindowanych cen regularnych zakupy w Yves Rocher nie rujnują portfela ;)


Jak kupować?
1. Zapis do newslettera lub śledzenie stron internetowych (nieocenione forum wizażu! klikajcie śmiało, linkuję charytatywnie ;))) gdzie na bieżąco aktualizowane są kody dostępne na dany moment. Przy większych zakupach (i zazwyczaj najkorzystniejszych) najlepiej korzystać z promocji -100 zł przy zamówieniach od 199 zł. obejmujących 'zielone punkty' czyli kosmetyki, które nie są przeceniane w drogeriach stacjonarnych. Dodatkowo warto dobijać do zamówienia w kwocie powyżej 109 zł po rabacie by zgarnąć prezent za drugi próg (o czym za moment).
2. Śledzenie strony by wyłapać promocje i wyprzedaże.
3. Połączenie punktu pierwszego z drugim ;)

Moje zamówienie:


♡ Na zamówienie skusiłam się ze względu na wyprzedaż żelu pod prysznic z linii Plaisirs Nature o zapachu moreli i rozmarynu. Mam go obecnie w użyciu (to mój drugi żel z tej serii po tym o zapachu kwiatów tiare i ylang ylang o którym pisałam Wam w ostatnim zestawieniu kosmetyków pod prysznic). Jestem z nich bardzo zadowolona a wariant  rozmarynowy pachnie pięknie więc oprzeć się mu nie mogłam. Regularna cena pojedynczego żelu o pojemności 400 ml z tej linii to 17.90 zł. Po rabacie za kod w obecnej wyprzedaży cena za jedną sztukę wyniosła mnie... 2.7 zł. Przy zakupie sztuk pięciu 'zaoszczędziłam' bagatela... 76 zł.


♡ Na obecny moment czuję przesyt wielkimi butlami odżywek do włosów, które namiętnie używałam przez ostatnie miesiące (Kallos, Stapiz). Ciągnie mnie do standardowych pojemności, miałam już od dłuższego czasu wypróbować odżywki tej konkretnej firmy więc zaopatrzyłam się w sztuk pięć (wiecie, jestem kosmetykoholiczką, ja tak mam). Po rabatach każda kosztowała 6.87 zł. Ceny regularne to 14.90 zł. Potencjalna oszczędność na całej tej gromadce to 40.15 zł. Skusiłam się też na nowość (a jakże!) czyli odbudowujący krem do włosów na noc którego cena regularna wynosi 25.90 zł gdzie po rabatach zapłaciłam za niego 13.79 zł. Różnica? 12.11 zł. Bardzo przyzwoity szampon zwiększający objętość włosów to koszt 14.90 zł. Zapłaciłam za niego 7.94 zł co daje 6,96 zł różnicy.


♡ Balsamy co ciała. O niemal horrendalnej cenie za sztukę - 43.90 zł. Koleje produkty z wyprzedaży, przecenione do 6,7 zł po rabacie za sztukę. Trzy opakowania (wanilia, kokos, lawenda) to różnica 'zaledwie' 93,6 zł.  Kupowanie mydeł do rąk za 9.90 zł to dla mnie przegięcie jednak zapachy kusiły. 5,27 zł za sztukę wydaje mi się ceną przyzwoitszą (chociaż i tak wygórowaną ;)) więc postanowiłam się trochę rozpieścić (:D). Tutaj różnica to 9,26 zł. I moje ulubione (i pod względem jakości i pod względem koloru (odcień Magnolia jest przepiękny *-*) jednak gdybym miała zapłacić za sztukę regularne 15,9 zł zdecydowanie sięgnęłabym po inną markę. Z oba zapłaciłam 13,75 zł co dało 18,05 zł różnicy.


♡ Na koniec prezenty do zamówienia. Pojawiają się one przy przekroczeniu progów 39 i 109 zł. Dobicie do 109 zł zazwyczaj funduje też darmową wysyłkę (tj. funduje zawsze ale czasem można na nią trafić w niższej kwocie ;)). Zdecydowałam się na nowość w postaci ochronnego serum przeciw łamaniu się włosów którego cena regularna wynosi 28,9 zł oraz serum intensywnie ujędrniające za 110 zł.

Gdybym na głowę upadła i postanowiła nabyć wszystko drogą kupna po cenach regularnych (wiem, że są osoby, który to robią! O.o) zapłaciłabym za całość 395,03 zł. Czyli blisko 300 zł więcej niż wynosił przelew za zamówienie (113.99 zł).

Polityka tego sklepu wygląda w ten sposób chyba od zawsze. Oferują dość wysokie (albo i bardzo, zależy od produktu) ceny regularne by obniżać je do poziomu 'taniej niż w pierwszej lepszej drogerii' przy większych (lub mniejszych jak się uda) zakupach.

Yves Rocher posiada trzy kanały sprzedaży więc pomijając sklep internetowy którego jestem fanką można tez zakupy robić w ich sklepach stacjonarnych, również z ulotkami, które po założeniu ich karty będą lądować co miesiąc w waszych skrzynkach i kusić rabatami typu -40% lub darmowymi kosmetykami do zakupu lub za samą wizytę. Nie posiadam karty ponieważ mimo, że sklepy stacjonarne w mym mieście funkcjonują totalnie mi do nich nie po drodze a aż takim nadgorliwcem nie jestem, by pędzić po kosmetyki przez pół miasta (serio!). Kolejna opcja to zakupy 'wysyłkowe', które w moim przypadku totalnie odpadają bo nie mają opcji przedpłaty ;)

Nie bierzcie ze mnie przykładu jeśli mowa o kupowaniu 'na zapas' jeśli przepastne zbiory Wam ciążą ;) Jednak jeśli widząc ceny standardowe łapiecie się za głowę a macie ochotę przetestować kosmetyki tej firmy zakupy przez ich sklep online to idealna opcja by nie wydać milionów ;)
Czytaj dalej »

niedziela, 16 lipca 2017

Moc aloesu | EO LABOLATORIE (EcoLab) | szampon do wrażliwej skóry głowy

Dziś o moim drugim i drugim z kolei szamponie Eo Labolatorie, który nie do końca przypadł mi do gustu. Na blogu dzieliłam się już z Wami spostrzeżeniami na temat ich szamponu zrównoważonego. Który to okazał się być niedopasowany do moich potrzeb. Wariant o którym opowiem dzisiaj w teorii powinien być strzałem w dziesiątkę a okazał się być dość słabym zawodnikiem.


Szata graficzna nie rani oczu. Butla ma wygodne otwarcie na klik, przez co dozuje odpowiednią ilość kosmetyku. Szampony tej marki kosztują w okolicach 15 zł za 280 ml co jest ceną przyzwoitą patrząc na ich równie przyzwoite składy. Ten wariant opiera się na aloesie, który to znajdziemy już na trzecim miejscu inci.

Konsystencja jest bardzo przyjemna. Żelowa, gęsta, treściwa. Szampon dobrze się pieni ale dopiero w momencie, gdy użyjemy go w większej niż w przypadku innych tego typu produktów potrafię nim dobrze oczyścić głowę co ma wpływ na jego średnią wydajność. Jest jednak niesamowicie komfortowy dla skóry co jest dla mnie ważne. Nie powoduje przesuszenia, ba, w przypadku takowego świetnie normalizuje i eliminuje wszelkie niespodzianki.

Niestety, ma też jeden ogromny minus, który 'wyszedł w praniu' przy dłuższym stosowaniu. A przyćmiewa on wszelkie plusy. Jak to cholerstwo okrutnie plącze i wysusza włosy! Moje mają tendencję do takich zachowań jednak już dawano nie trafiłam na kosmetyk, który po umyciu funduje mi konkretną szopę i kołtuny. Konkretne kołtuny, które łaskawie dają się rozczesać po użyciu dwóch odżywek i serum na końce. Porażka.

Nie wyratuje go w moich oczach ani skład, ani formuła, a tym bardziej przyjemny aloesowy aromat. I sympatia jaką darzy go moja skóra głowy ;) Kolejny szampon tej marki który się u mnie nie sprawdził nie naprawa mnie optymizmem wobec trzeciej butli zachomikowanej w ferworze zakupów i póki co nie chcę się przekonywać, czy będzie to kolejna porażka ;)


Czytaj dalej »

piątek, 14 lipca 2017

Geniusz za dwie dychy | DAX COSMETICS | PERFECTA | Stop naczynkom + kojenie | glinkowy enzymatyczny PEELING + MASKA

Często spontaniczne i nie do końca przemyślane zakupy okazują się być decyzjami dobrymi i pomagającymi odkryć prawdziwe kosmetyczne perełki. Dziś o jednym z moich łupów z Rossmannowego 2+2. Łupu poczynionego (przyznaję się bez bicia) bez większego zastanowienia bo zasadniczo wcale nie planowałam wrzucać do koszyka tej konkretnej nowości marki Perfecta. I wiele bym straciła! I wcale nie przypadkiem pokazywałam go w ulubieńcach czerwca


Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ten oto produkt inspirowany jest bardzo podobnym kosmetykiem marki Ava (chociaż pewnie i czymś innym). Który czasu swego zbierał ogrom pozytywnych recenzji. O swoim egzemplarzu (w starej szacie graficznej) pisałam Wam w tym miejscu. Zachwytu nie było ale mimo wszystko dosyć ciepło go wspominam.

Perfecta to kosmetyk w szkaradnym chociaż porządnym szklanym słoiczku. Opcja może i mniej higieniczna niż tuba z drugiej strony obecnie panuje jakiś trend na pakowanie wszystkiego co popadnie do słoja. Co i tak jest dla mnie lepszym rozwiązaniem niż saszetki, których szczerze nie cierpię. A które to co jakiś czas kupuję. Babska logika. 


Maska posiada lekką, szaroburą kremowo-glinkową formułę i ma lekki, neutralny zapach. Zdaniem producenta słoik wystarczyć na nam na dziesięć aplikacji. I mniej więcej na tyle mi wystarczyła nakładana obficie na zwilżoną skórę.

Działanie? To połączenie delikatnego ale skutecznego peelingu enzymatycznego który pięknie wyrównywał fakturę skóry oraz oczyszczającej maski, która odświeżała przy jednoczesnym działaniu kojącym i łagodzącym.

Mam delikatne zastrzeżenia co do zmywania jej ze skóry - mimo, że praktycznie nie zastygała, musiałam wspomagać się wacikiem. Jednak taka wada to nie wada przy pozostałych niesamowicie pozytywnych aspektach tego produkt. Będzie powrót. Zdecydowanie!





Czytaj dalej »

niedziela, 9 lipca 2017

Puszysta, pachnąca pianka | PRZEGLĄD ŻELI POD PRYSZNIC #4 | Orginal Source | Nivea | Iceveda | Yves Rocher


Dziś zapraszam Was na kolejne zestawienie kosmetyków do mycia ciała. Produktów pierwszej potrzeby, których na rynku od groma i jeszcze trochę. Czy na któryś z powyższych warto zwrócić uwagę?

Przegląd żeli pod prysznic #3
Przegląd żeli pod prysznic #2
Przegląd żeli pod prysznic #1


LE ORGINAL SOURCE ŻEL POD PRYSZNIC WILD CHERRY & NETTLE [około 7 zł 250 ml]
To mój drugi egzemplarz (bodajże) zeszłorocznej edycji limitowanej tego producenta. Mamy tu i piękne opakowanie i szalenie 'inny' odcień kosmetyku bo ten jest wściekle fioletowy. Zapach? Wiśniowa Cola delikatnie podbita nutą pokrzywy. Brzmi źle ale wierzcie (lub nie) pachnie świetnie. Jakościowo żele tej firmy są całkiem przyzwoite bo nie przesuszają dodatkowo mojej i tak suchej skóry. Konsystencja należy to tych rzadszych niż gęstszych dodatkowo parę lat temu producent (ze względu na ochronę środowiska ponoć) zrezygnował z membran, które zapobiegały wyciekaniu nadmiaru kosmetyku z opakowania co odrobinę mnie irytuje. Gdyby był dostępny nadal pewnie sięgnęłabym jeszcze po niego ale nie ma tego złego...będę polować na kolejne limitki (jak na tegoroczną o zapachu bambusa i zielonego banana, który to gościł w poprzednim tego typu poście :)).


LE NIVEA MUS DO MYCIA CIAŁA RABARBAR&MALINA [ około 12 zł za 200 ml]
Jakie to fajne! Lata już nie używałam pianek do mycia ciała (kiedyś było ich kilka na rynku, potem temat przycichł) i powrót okazał się być niesamowicie przyjemny. Mus Nivea okazał się być bardzo przyzwoitym zawodnikiem. Wypluwa z siebie morze lekkiej pianki, która mimo swojej delikatności (mówię tu o formule) dobrze myje ciało. Nie jest to jednak najłagodniejszy kosmetyk myjący z jakim miałam do czynienia z drugiej strony nie jest też nazbyt agresywny. Ot, przeciętniak. Zapach to w głównej mierze krem Nivea podbity aromatami rabarbaru i maliny jednak jeśli liczycie na eksplozję owoców możecie się rozczarować. Mi jednak podoba się bardzo. Bałam się braku wydajności ale tragedii nie ma. Mam chęć na drugi limitowany wariant (cytryna&moringa) i pianki Dove :D


ICEVEDA ORZEŹWIAJĄCY ŻEL POD PRYSZNIC CEDR I SANDAŁ (:D) [około 13 zł 280 ml]
To moje drugie podejście do żelu z tej firmy. Tym razem na szczęście udane. Produkt ten posiada lekką, żelową konsystencję i pieni się symbolicznie. Jednak w czasie mycia pozostawia bardzo przyjemne uczucie wygładzenia (nie posiada drobinek) oraz komfortu na skórze ponieważ należy do grupy tych niesamowicie łagodnych środków myjących. Zdziwił mnie odrobinę jego zapach ponieważ ten konkretny duet zapachowy znam z ich peelingu i o ile peeling pachniał świetnie (wybitnie męsko) tak żel też pachnie świetnie ale wybitnie męski, trochę drzewny aromat podbity jest lekko kwaśną, cytrynową nutą. Kompozycja jest wyczuwalna ale nie męcząca. Myślę, że skuszę się na kolejne myjadło tego producenta a i do tego w dalszej przyszłości chętnie wrócę.
Iceveda cedr&sandał peeling wygładzający (recenzja)
Iceveda róża&lotos żel pod prysznic (recenzja)


YVES ROCHER PLAISIRS NATURE ŻEL POD PRYSZNIC TIARE&YLANG-YLANG [około 17 zł za 400 ml]
Nadal nie ogarniam jakim cudem przegapiłam informację o wycofywaniu mojego ukochanego żelu pod prysznic o zapachu kwiatu tiare z linii Jardin du Monde tego samego producenta. Fakt wycofywania go już w ogóle pominę milczeniem. Na otarcie łez tiare w towarzystwie ylang-ylang pojawiło się z nieznanej mi do tej pory serii produktów myjących więc nabyłam czym prędzej. I mam I mam też odrobinę mieszane uczucia. O ile zapach poprzednika był barrrdzo intensywny i otulający tak ten egzemplarz nadal pachnie pięknie jednak ciut inaczej i nie posiada już tej samej siły rażenia którą to żel JdM zdobył moje serce na amen. Jakościowo jednak wypadł zdecydowanie lepiej. Te maleństwa z JdM kiedyś nie robiły mi krzywdy jednak po kilku(nastu?) zużytych butlach zauważyłam, że z każdą kolejną coraz mniej lubią się z moją skórą.  Ten produkt jest dla mniej zupełnie neutralny. Ma przyjemną, treściwą żelową formułę, pieni się przyzwoicie i kosztuje tak niewiele (ostatnio upolowałam je za niespełna 4 zł za sztukę) że zasiliłam moje zapasy o kolejne butle.

Znacie któryś z tych kosmetyków? :)



Czytaj dalej »

czwartek, 6 lipca 2017

PIELĘGNACJA CIAŁA #3 LIPIEC 2017


Zaledwie dwa miesiące temu pokazywałam Wam aktualizację stosowanych przeze mnie kosmetyków do szeroko pojętej pielęgnacji ciała by stwierdzić, że pora na kolejną. Produkty do ciała to zdecydowanie ta grupa kosmetyków gdzie występują u mnie najczęstsze zmiany.  Jeśli jesteście ciekawi co na chwilę obecną u mnie gości zapraszam na dalszą część.
PIELĘGNACJA CIAŁA #2 MAJ 2017
PIELĘGNACJA CIAŁA #1 MARZEC 2017


Mycie. Proza, mocno pachnąca proza życia ;) Na chwilę obecną używam pięć żeli pod prysznic i zaobserwowałam, że w ostatnich miesiącach to u mnie standard. Cóż, lubię mieć wybór. Produktem, który gościł już na blogu był przyjemnie kremowy żel Dove o aromacie mleczka kokosowego i jaśminu. Po raz kolejny sięgnęłam też po żel Orginal Source o zapachu wiśni i pokrzywy. I żal mi, że to tylko limitka bo pachnie niesamowicie przyjemnie. Podobnie jak żel Iceveda, którego zapach znany był mi już z ich peelingu. Nie spodziewałam się zachwytu (bo wariant z różą mi podpadł) jednak ten jest naprawdę przyzwoity i lubię go używać gdy chcę się odświeżyć w ciągu dnia. Mus Nivea zachwyca mnie swoją puszystą formułą i równie przyjemnym jak konsystencja zapachem. Na koniec żel Yves Rocher, który miał być zastępcą mojego ukochanego myjadła z tej samej firmy ale z linii Jardins du Monde. Zapach (kocham tiare!) jest bliźniaczo podobny jednak to już nie to samo... Aczkolwiek żel sam w sobie mnie nie zawiódł i kupiłam kolejny. A raczej kolejnych siedem (czy to się leczy?).
Przegląd żeli pod prysznic #3
Iceveda cedr&&sandał wygładzający peeling do ciała (recenzja)
Icevada róża&lotos złuszczający żel pod prysznic (recenzja)


Artykuły higieniczne. Emulsja Intimea jest podejrzanie dobra jak na swoją ultra niską cenę. Myć myje, nie podrażnia. Arsenał antyperspirantów. Old Spice to mój wielki powrót. Niby dla mężczyzn ale jak dla mnie seria ze zwierzakami wszelakimi na opakowaniach pachnie 'babsko' :P To najskuteczniejszy deo jaki kupić można w drogerii, na dodatek jest tani, wydajny i nie brudzi ubrań. Ideał na upały! Niestety podrażnia mi skórę (ale tak do przeżycia). Za to deo Dove dla skóry jest niesamowicie komfortowy. Chroni przyzwoicie, mimo kremowej formuły nie pozostawia po sobie 'skorupy' na skórze i no całkiem nieźle pachnie (chociaż chyba jednak wolę wariant Orginal). To mój czwarty (?) ich sztyft używany z rzędu co chyba najlepiej świadczy o mojej sympatii. I kupiony od niechcenia antyperspirant do stóp Bielenda. Niby nie mam problemów z potliwością stóp ale w te upały (znaczy nie te, ostatnio gdzieś poszły na szczęście) w zakrytych butach po całym dniu zdarzało mi się czuć niekomfortowo. Z Bielendą już tego dyskomfortu nie mam.


Kosmetyk który drażni czyli kolejny już u mnie produkt Organic Shop. Nie ogarniam ich fenomenu, nie lubię tej gęstej ciągnącej mazi i wykończenie trzeciego już opakowania na pewno zakończy moją przygodę z tego typu produktami tej firmy. Dwa kosmetyki do opalania (się) czyli mgiełka i krem Lirene. Oraz kosmetyk by się nie opalać - mgiełka Lirene SPF30. I drugi. Balsam SPF30 Nivea. I coś na fajne ciało - kolejny produkt Lirene a konkretnie antycellulitowa mezoterapia, po którą nie chce mi się sięgać bo jestem leniem :(
Organic Shop Peelingi cukrowe (recenzja)


Nie będę otwierać miliona balsamów na raz. Tak mówię za każdym razem i nigdy nie potrafię trzymać się mojego postanowienia. Szczególnie, że tyyyle fajnych produktów wpada w moje ręce. Ostatnio - trio marki Lirene. Mamy tu i olejkową mgiełkę i klasyczne balsamy - regenerujący i odżywczy o lekkiej formule. Wpadły w moje ręce niedawno więc na obecny moment mogę tylko wspomnieć, że zapowiadają się ciekawie i ze względu na działanie ale i na konsystencje oraz przyzwoite właściwości pielęgnacyjne. W turkusie pozostając -  pachnący deszczem balsam Fiji Resort Spa Dr Ireny Eris, który pewnie będę oszczędzać bo jest boooski i mi go szkoda :D Posiadam również dwa średnie pod względem nawilżenia ale pięknie pachnące produkty Johnson's Baby Bedtime: oliwkę i lotion do ciała.  I kolejny kosmetyk 'dla dzieci' balsam Dove Baby, który okazał się być mocnym ogniwem mojej pielęgnacji ze względu na intensywne nawilżanie skóry.
Dr Irena Eris Resort Spa Fiji peeling & balsam do ciała (pierwsze wrażenie)



Znowu monotematyczność. Nic jednak nie poradzę, że krem do stóp 30% Urea i krem do rąk Intensywna Regeneracja Lirene to moje ulubione kosmetyki z tej grupy produktów i często do nich wracam. Nowością jest dla mnie odżywczy krem do rąk Vianek. Kocham zapach tej serii a i samo działanie po pierwszych użyciach wydaje mi się być całkiem niezłe. Zobaczę co z tego wyniknie i nie omieszkam się moimi wrażeniami podzielić :)
Lirene krem do rąk Intensywna Regeneralcja (recenzja z 2014;)) 
Lirene krem do stóp 30% Urea (recenzja z 2014 ;))
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia