wtorek, 30 maja 2017

ULUBIONE #5 2017

 Maj zdecydowanie obfitował u mnie w świetne kosmetyki. I wybór tych najlepszych z najlepszych okazał się być dla mnie sporym problemem. Jednak postanowiłam Wam pokazać trzy rzeczy z pielęgnacji, które bezsprzecznie (z różnych względów) zasługują na uwagę.  Oraz piątkę wspaniałych z kolorówki (i nie tylko ;)).



Oleożel Clinic Way Dr Ireny Eris jest ze mną już od dłuższego czasu. Jest to kosmetyk o przyjemnej i 'innej' formule. Z gęstego żelu pod wpływem ciepła skóry zmienia się w lekki emulgujący olejek. Mimo swojej delikatności świetnie oczyszcza. I zastąpił mi stosowane rano płyny micelarne, po które to sięgałam bo moja skóra na wszystkie myjadła reagowała źle. Szalenie go lubię, używam go z ogromną przyjemnością i śmiało mogę Wam go polecić.

→ Na masło do ciała Farmona Herbal Care napaliłam się, gdy tylko zobaczyłam, że coś takiego pojawiło się w ofercie producenta. Po części dlatego, że pokusiły mnie składy i warianty zapachowe (lawenda, dzika róża, buriti) bo części, bo miałam jakiś czas temu ich krem różany z tej właśnie serii i był świetny. Kupiłam. I jestem ukontentowana. Mało ma gęstą, zbitą jednak na tyle lekką formułę by gładko sunąć po skórze. Pozostawiając na niej delikatną choć nie lepką kołderkę i dużą dawkę nawilżenia i odżywienia. Początkowo delikatnie rozczarował mnie zapach. Nie jest zły, ba, jest świetny - dla mnie to zapach kremu Nivea i kamfory z delikatną nutką lawendy w tle. Aczkolwiek spodziewałam się czystej i intensywnej lawendy ;)

→ Od żelu do mycia ciała Johnson's Bedtime rozpoczął się mój wielki powrót do tej linii. Bo mam już chyba wszystkie dostępne kosmetyki o tej nucie zapachowej z parafinową oliwką włącznie. Przepadłam. Ten zapach jest tak niesamowicie przyjemny, ciepły i otulający że głowa mała. Sam żel jako myjadło też sprawuje mi się świetnie - przed detergentem ma w składzie glicerynę przez co okazał się być przyjemnie łagodny dla mojej przesuszającej się skóry.


→ Odkąd w moje ręce wpadł puder brązujący Provoke o fakturze czekoladki używam go dzień w dzień. Nie dość, że ma piękny ciepły odcień, który idealnie imituje muśnięcia słońca to na dodatek ma tak przyjemne, lekko satynowe wykończenie, że zupełnie odstawiłam rozświetlacz. To zdecydowany numer jeden wśród moich kosmetyków kolorowych do makijażu twarzy.

Krem BB Orange Skin 79 początkowo rozczarował mnie (bardzo!) swoim ciemnym kolorem. Jednak gdy zaprzyjaźniłam się z samoopalaczem okazał się być strzałem w dziesiątkę. Ma piękne, lekko mokre wykończenie jednak nie wzmaga przetłuszczania skóry (po przypudrowaniu). Dobrze wyrównuje koloryt skóry, nadaje jej blasku i sprawia, że wygląda zdrowo.

→ Gdy po zakupie tuszu Bourjois Volume 1 Seconde zobaczyłam jego szczoteczkę pomyślałam 'nic z tego nie będzie'. Jest wielka, kłująca, posiada też jakieś dziwne wypustki. Pierwsze malowanie - dramat. Kolejne tak samo. Aż odkryłam że w przypadku tego tuszu i moich rzęs typowa aplikacja ruchem zygzakowatym to totalnie nie to. Wystarczy że przejadę szczoteczką od nasady po końce w linii prostej i jest... wow. Firanki a nie rzęsy. Z dużą objętością, długie i czarne jak smoła. Bardzo przypomina mi wycofany (i chyba mój ulubiony do tej pory) tusz Rimmela Sexy Curves.

→ Serum do rzęs Eveline kupiłam dopiero niedawno mimo, że fala zachwytów na jego temat pojawiła się dawno temu. O ile z powyższym tuszem za wiele roboty nie ma tak w przypadku tych dających marny efekt na moich rzęsach robi swoją robotę. Nie dość, że intensyfikuje efekt na rzęsach to jeszcze wzmacnia trwałość kosmetyków. Zauważyłam też że ułatwia... demakijaż i tusze nań użyte schodzą z rzęs szybciej. Szalenie je polubiłam i nie dziwię się, że spotyka się z aż taką sympatią użytkowników.

→ Wybaczcie mi proszę pokazywanie takiego zapachowego starocia jakim jest woda perfumowana Ming Shu Fleur de l'Aube Yves Rocher. Ale to mój zdecydowany faworyt maja. Kupiłam za niewielkie pieniądze używkę jakiś czas temu (zapach jest wycofany) mimo, że nuty morskie to totalnie nie mój klimat. Acz byłam ciekawa jak YR połączyło z nutą morską... pieprz. Pierwsze wrażenia miałam mocno nijakie. I zapach swoje u mnie odstał. Aż do kolejnej szansy. I tu przyszedł zachwyt. Ta kompozycja jest niesamowita. Niby prosta i 'morska' jednak słodycz kwiatów i pieprz robią swoją robotę nadając jej wyjątkowy charakter. Bardzo lubię zapachy tej firmy i co raz odkrywam w ich ofercie coś dla siebie. Niestety, tego że wycofują tak udane kompozycje nie mogę przeboleć.

Znacie któregoś z moich ulubieńców?

Czytaj dalej »

niedziela, 28 maja 2017

Moja obecna PIELĘGNACJA TWARZY | peelingi, maski, pielęgnacja ust | MAJ 2017

   Zapraszam Was na ostatnią już część mojej obecnej pielęgnacji twarzy. Dziś o kosmetykach po które sięgam od czasu do czasu - mianowicie o peelingach i maskach. Oraz o mojej pielęgnacji ust.



W szczegółach:


➤ PEELINGI

   Jak na człowieka z problemem suchych skórek przystało - mam tego cały arsenał. Po raz drugi zagościła u mnie nawilżająca mikrodermabrazja Mincer Pharma. Peeling o ultra małych drobinkach i ogromnej skuteczności. Używam ją z powodzeniem od dłuższego już czasu i na obecną chwilę uważam, że to najlepszy peeling mechaniczny jaki miałam.

   Nie zabrało również peelingów Dr. Konopka's. Wariant wybielający jest dziwadłem jeśli mowa o jego aplikacji. Bo nie posiada drobinek ale należy wykonywać nim 2-3 minutowy masaż. Pięknie oczyszcza i wygładza skórę jednak jeśli macie na skórze ranki radzę uważać - potrafi zapiec.

   Rozczarował mnie odrobinę peeling gommage. Bo zamiast produktu bez drobinek otrzymałam delikatny peeling mechaniczny... Nie jest zły! Aczkolwiek nazwa zdecydowanie okazała się być myląca.

nawilżająca mikrodermabrazja Mincer Pharma (recenzja)
peeling rozgrzewający Dr.Konopka's (recenzja)



➤ MASKI

   Sporadycznie sięgam po maski w saszetkach bo szczerze nie cierpię takiej formy pakowań. I pewnie gdyby maska węglowa AA Beauty Bar była by dostępna w pełnowymiarowym opakowaniu nie szukałam czegoś innego opartego na tym składniku ale... nie jest. Więc sięgnęłam po maskę detoksykującą Black Rose Evree. Ma piękny zapach, przyzwoite działanie oczyszczające i całkiem nieźle zmywa się ją z twarzy. Jeszcze się nią nie zachwycam (chociaż, kto wie) ale oceniam ją pozytywnie.

   Podobnie jak dermomaskę przeciwzmarszczkową Clinic Way Dr Irena Eris. Ma świetną lekką, puszystą formułę przy czym świetnie nawilża skórę. Lubię używać jej jako 'kropkę nad i' po peelingu i masce oczyszczającej. Czasem ją zmywam, czasem (gdy moja skóra jest w gorszej formie) stosuję ją zamiast kremu na noc.

    No i maska bankietowa Nocne Życie Dermika. U mnie nie na bankiety i nie na noc ;) A raczej jako świetny produkt pod makijaż gdy wychodzę z domu na dłuuugie godziny a na skórę nakładam przesuszający podkład. Zdecydowanie robi swoją robotę - nie dość, że nałożone nań kosmetyki kolorowe wyglądają zdecydowanie lepiej to jeszcze wydłuża ich trwałość. Maskę tę nakładamy na krem pielęgnacyjny.

dermomaska Clinic Way Dr Irena Eris (pierwsze wrażenie)
o trzech dobrych maskach produkcji rodzimej (Mincer, Ava, Bandi)


➤ POMADKI OCHRONNE

   Nic na to nie poradzę... uważam, że klasyczne pomadki Sylveco są super :D

➤ PEELING DO UST

    A równie super (chociaż zdecydowanie nie tak naturalnie) wypada lip scrub Bell.




Czytaj dalej »

sobota, 27 maja 2017

Moja obecna PIELĘGNACJA TWARZY | wersja wieczorna| MAJ 2017

   Po dawce minimalizmu i prostoty w mojej pielęgnacji porannej pora na bardziej rozbudowaną pod względem ilości pielęgnację wieczorną. Pomijając fakt, że moja skóra lubi kosmetyczny dobrobyt lubię go i ja. Umilam nim sobie wieczory i nawet padając na pysk solidnej dawki kosmetyków nie odpuszczam. Dla własnej przyjemności i z pożytkiem dla mojej skóry.


   Zaznaczam jednak, że nie stosuję wszystkiego na raz. Mój pielęgnacyjny standard opiera się obecnie na:

  • demakijażu
  • myciu twarzy
  • użyciu toniku
  • serum
  • kremie pod oczy
  • kremie do twarzy

a używane kosmetyki stosuję rotacyjnie. Od czasu do czasu moją pielęgnację wzbogacam peelingami oraz maskami (o tym w ostatnim poście z tej serii). Serum też traktuję jako element dodatkowy i rodzaj kuracji a nie standard. Piszę to tak gwoli wyjaśnienia bo często gdy publikuję ilości używanych przeze mnie jednocześnie produktów pojawia się zdziwienie (?) nad ich mnogością. Szczególnie, że z 'bazą' w postaci kremów raczej nie szaleję ;) Zaczynamy:


➤ DEMAKIJAŻ

   Wiem, wiem, dużo. Jednak o ile zdaję sobie sprawę, że demakijaż to podstawa tak z chęcią do jego wykonywania jest u mnie różnie. Więc umilam sobie te chwilę różnymi produktami. Na obecny moment albo sięgam po odżywcze mleczko Vianekłagodzący olejek Vianek, które stosuję ze szmatką z mikrofibry abo duet dwufazowego płynu micelarnego z olejkiem Lirene i chusteczek do demakijażu Cien. Wszytskie te produkty spełniają moje wymagania - są delikatne i skuteczne. Zastrzegam jednak że nie używam kosmetyków wodoodpornych [Vianek około 20 zł za 200 ml, Lirene około 20 zł za 400 ml, Cien około 3 zł za 25 sztuk]

micelarny olejek do demakijażu Vichy (recenzja)
aloesowe chusteczki do demakijażu Alterra (recenzja)
mleczko i płyn micelarny Tołpa Green (recenzja)


➤ MYCIE TWARZY

   Mimo, że z powodzeniem używam przyjemny żel energetyzujący Lirene tak okropnie kusił mnie kremowy żel do mycia twarzy Cleanology Dr Irena Eris, że nie mogłam się oprzeć pokusie jego wypróbowania. I z obu jestem szalenie zadowolona. Nie ściągają i nie przesuszają mi skóry mimo jej gruntownego oczyszczania. [Lirene około 20 zł za 250 ml, Dr Irena Eris około 50 zł za 250 ml]

 żel energetyzujący Lirene C+D (recenzja)
delikatny żel do mycia twarzy Green Pharmacy (recenzja)


➤ TONIK

   Po raz kolejny sięgnęłam po hibiskusowy tonik Sylveco. Lubię w nim absolutnie wszystko. Formułę, zapach, właściwości nawilżające i kojące. To moja trzecia buteleczka i o ile po jej zużyciu pewnie zrobię sobie od niej przerwę (mam w zapasie m.in. łagodzący tonik Vianka) tak zdecydowanie jeszcze kiedyś u mnie zagości [około 20 zł za 200 ml]

tonik hibiskusowy Sylveco (recenzja)
tonik uzupełniający demakijaż Yves Rocher (recenzja)


➤ SERUM

   Gęsty żel ze stabilną formą witaminy C - oto StimuSerum Lirene. Po dwóch miesiącach razem muszę przyznać, że jest to rzecz zdecydowanie warta uwagi. Jednak jeśli odrzucacie go ze względu na zawartość alkoholu to zaznaczę, że w moim przypadku nie robi on najmniejszej krzywdy. A moja skóra po takiej kuracji jest w naprawdę świetnej formie [około 30 zł za 30 ml]

⟶ StimuSerum Lirene (recenzja)
przeciwstarzeniowe serum Mince Pharma VitaCinfusion (recenzja)
aktywne serum rozjaśniające Bielenda (recenzja)


➤ KREM POD OCZY

   Niedawno pokusiłam się o otworzenie kremu pod oczy Elixir 7.9 Yves Rocher. Miał zostać lekkim żelem do stosowania na dzień jednak na dobre rozgościł się w pielęgnacji wieczornej. Jest bardzo gęsty i treściwy, po nałożeniu na skórę najpierw lekko się lepi, później pozostawia wyczuwalną warstewkę, która za grosz nie chce współpracować z moim makijażem. Jednak właściwości pielęgnujących odmówić mu nie mogę a masaż roll-onem jest dużą dawką ukojenia dla zmęczonych od komputera oczu [około 70 zł za 15 ml]

krem pod oczy Anti Age Global Yves Rocher (recenzja)
odżywczy krem pod oczy Vianek (recenzja)


➤ KREM DO TWARZY

   To najmniej satysfakcjonująca mnie część mojej obecnej pielęgnacji. Nie to że krem-żel Vitamin Energy Lirene jest wybitnie zły, no bo nie jest. To chyba kwestia moich osobistych preferencji i zamiłowania do gęstych i treściwych kremów ;) Może niebawem zmienię go na coś innego albo chociaż włączę do rutyny coś konkretniejszego. Z drugiej strony jestem ciekawa czy w ciepłe miesiące nie przekona mnie on do siebie bardziej :)

⟶ krem- żel Vitamin Energy Lirene (recenzja)
krem-mus Bio Nawilżenie Lirene (recenzja)


A jak wygląda Wasza wieczorna pielęgnacja? :)
Czytaj dalej »

piątek, 26 maja 2017

Moja obecna PIELĘGNACJA TWARZY | wersja poranna | MAJ 2017

   Moja skóra. W teorii nie powinnam szczególnie na nią narzekać jednak zawsze znajdę do niej jakiś ale. Z biegiem lat moja twarz coraz bardziej odbiega od typowej skóry mieszanej i większym dla mnie problemem jest ogarnięcie jej odwadniania, łuszczenia i nadwrażliwości jednak (odpukać!) idzie mi ostatnio całkiem nieźle. Moja skóra ma jednocześnie tendencje do zanieczyszczania (sama z siebie) więc priorytetem jest dla mnie jej skuteczne acz łagodne mycie.


    O ile pielęgnację wieczorną stale sobie urozmaicam tak w przypadku porannej lubię prostotę i niemal dzień w dzień sięgam po te same kosmetyki. Zazwyczaj nie mam czasu (a przede wszystkim chęci) na eksperymenty.


➤ OCZYSZCZANIE

   O innych używanych przeze mnie żelach wspomnę Wam przy okazji postu z pielęgnacją wieczorną. Bo mam ich obecnie w użyciu aż trzy. A jeden jest lepszy od drugiego. Jednak do porannego oczyszczania ulubiłam sobie oleożel marki Clinicway Dr Ireny Eris. Przez chwilę stał u mnie niemal zapomniany bo.... szkoda było mi go używać do demakijażu (tak, ja tak mam) jednak pomiając kwestię demakijażu jest to też produkt do łagodnego mycia więc idealnie wpisuje się w moje osobiste preferencje. Ma gęstą, żelową formułę, która to po kontakcie z ciepłem skóry zamienia się w przyjemnie płynny olejek, który w momencie zmywania emulguje. Dzieliłam się już na blogu moimi pierwszymi wrażeniami na jego temat [około 50 zł za 200 ml]

➙ Oleożel Clinic Way Dr Irena Eris (pierwsze wrażenie)


➤ TONIZOWANIE

   Po umyciu skóry nie obejdzie się u mnie bez toniku. W pielęgnacji wieczornej z powodzeniem sięgam po przyjemnie treściwy tonik marki Sylveco jednak rano wolę klasyczne, płynne produkty. Po udanej przygodzie z tonikiem Natura Estonic Bio sięgnęłam po wariant nawilżający i jest tak samo świetny. Delikatnie nawilża, przyjemnie odświeża i ma niesamowicie przyjemny zapach [około 8 zł za 200 ml]

➙ Tonik odmładzający Natura Estonica Bio (recenzja)


➤ PIELĘGNACJA TWARZY

   Ledwie dobiłam dna w świetnie sprawdzającym mi się musie marki Lirene bez wahania sięgnęłam po czekającą na mnie nowość w postaci matująco-wygładzającego serum VitaCeric Dr Irena Eris. To niesamowicie przyjemny, lekki produkt pozostawiający po sobie delikatną mgiełkę na skórze. W najmniejszy stopniu nie obciąża skóry i będzie świetną bazą pod makijaż dla bardzo tłustych skór. Ja planuję używać je głównie pod filtr przeciwsłoneczny w celu zwiększenia właściwości nawilżających i matujących wcześniej wymienionego [około 100 zł za 30 ml]

➙ Nawilżająco-matujący krem-mus Lirene (recenzja)


➤ PIELĘGNACJA OKOLICY OCZU

   Pod oczy po średnio udanej przygodzie z Viankiem sięgnęłam po inny przyzwoity pod względem składu krem mianowicie regenerujący krem pod oczy Dr. Konopka's. Ten też działaniem mnie nie zachwycił. Jest przeciętny aż do bólu - zaledwie lekko nawilża moją skórę, która (niestety) nie jest w najlepszej formie. Niby jest dość treściwy jednak szybko się wchłania i jak planowałam wymienić go na okres wiosenno-letni na coś lżejszego, tak na chwilę obecną przy nim pozostaję bo dobrze dogaduje się z makijażem [około 15 zł za 20 ml]

Odżywczy krem pod czy Vianek (recenzja)


➤ OCHRONA PRZECIWSŁONECZNA

   Nie jestem systematyczna jeśli o filtrach mowa. Wiem, że trzeba. Wiem, że powinnam. Dlatego przynajmniej latem staram się o nich nie zapominać. Tym razem zagościł u mnie hydrolipidowy krem ochronny SPF 50 Lirene.  [około 20 zł za 30 ml]

Krem ochronny dla dzieci Pharmaceris SPF 50+ (recenzja)
Matujący krem do twarzy Ziaja SPF 50 + (recenzja)

 
A jakie produkty Wy na chwilę obecną stosujecie rano? :)

Czytaj dalej »

czwartek, 25 maja 2017

projekt DENKO | zużycia MAJA 2017

Po nędznym kwietniu zapraszam Was na obfite zużycia maja :)



⇩⇩⇩ PIELĘGNACJA TWARZY ⇩⇩⇩

➥ WZMACNIAJĄCY PŁYN MICELARNY VIANEK
Bardzo łagodny jednocześnie skuteczny. Niestety miał okropny zapach więc powrotu nie planuję. Równie dobrze sprawdzał się u mnie micel odżywczy z tej samej firmy czy płyn Sylveco a te pachną zdecydowanie atrakcyjniej.

➥ ENZYMATYCZNY ŻEL DO MYCIA TWARZY VIANEK
Pomijając zapach podpadł mi też działaniem. Nie był najłagodniejszy jednocześnie na dłuższą metę pozostawiał wrażenie nie do końca domytej skóry. Wtopa.

➥ MATUJĄCY TONIK TOŁPA SMART FACE
Gdyby nie podrażnienie jakie mi fundował (ale do przeżycia bo jednak wymęczyłam całą butlę) byłby kosmetykiem zdecydowanie wartym polecenia. Systematycznie stosowany trzymał moją skórę w ryzach dokładnie ją oczyszczając i powodując poprawę bardziej problematycznych i skłonnych do zapychania obszarów. Nie wrócę jednak do niego.

➥ KREM-MUS MATUJĄCY LIRENE BIO NAWILŻENIE
Bardzo niepozorny jednak zużyłam go z przyjemnością. Miał cudowną, puszystą formułę. Szybko się wchłaniał i świetnie współpracował z podkładami czy kremami BB. Na dodatek faktycznie skóra w ciągu dnia błyszczała się mniej. Rzecz warta uwagi.

➥ MASKA DZIEGCIOWA BANIA AGAFII
Moja oczyszczająca maska numer jeden. Nie zliczę zużytych opakowań i pewnie szybko sięgnę po kolejne opakowanie.

➥ PEELING GOMMAGE ZIAJA SOPOT SPA
Niedoceniany jest to kosmetyk, a szkoda. Od czasu do czasu do niego wracam bo nie dość, że ma świetną formułę, jest bardzo tani to jeszcze robi swoją robotę. Działanie nie jest spektakularne jednak będzie wystarczające dla mniej wymagającej skóry a w przypadku (mojego) silnego łuszczenia jest dobrym wsparciem między konkretniejszym złuszczaniem.



⇩⇩⇩ PIELĘGNACJA WŁOSÓW ⇩⇩⇩

➥ SZAMPON BABYDREAM
Klasyka. I mój wielki (udany!) powrót po latach. Pięknie oczyszcza, dogaduje się z moją skórą głowy, ma przyjemny zapach i konsystencję jednocześnie bez większego problemu rozczesuję po nim włosy. Będę do niego wracać (jak wyjdę z zapasów)

➥ SZAMPON ROKITNIKOWY WHITE AGAFIA
Pięknie odbijał włosy od nasady jednak usztywniał je na długości czego szczerze nienawidzę. Pewnie do niego wrócę gdy pozbędę się moich przesuszonych końcówek.

➥ NORMALIZUJACY TONIK-WCIERKA VIANEK
Totalny ulubieniec. Włosy rosną mi po niej jak głupie. Będzie kolejna butla ale po zużyciu dwóch zarządzam przerwę.


⇩⇩⇩ MYCIE i nie tylko ⇩⇩⇩

➥ OLEJEK MYJĄCY WELLNES&BEAUTY
Ulubieniec o prania gąbki. Ma zdecydowanie przyjemniejszy zapach i formułę niż popularna Isana.

➥ PEELING DO CIAŁA OGRANIC SHOP
Nie ogarniam fenomenu tych peelingów. Irytuje mnie ich lepka, klejąca baza i średnio udane zapachy. Aczkolwiek swoją robotę robią.

➥ ANTYPERSPIRANT FA SPRAY
Takie tam psikadło. W ekstremalnych sytuacjach nie da sobie rady ale na leniwe dni jest w sam raz. Ładnie pachnie i nie zawiera soli aluminium.

➥ ANTYPERSPIRANT DOVE SZTYFT
To kolejne opakowanie wariantu Orginal, które zużyłam. Przyzwoicie chroni, ma ładny zapach i (o dziwo!) pielęgnuje skórę pach. Na pewno do niego wrócę ale obecnie skusiłam się na inny zapach.


⇩⇩⇩ PIELĘGNACJA CIAŁA ⇩⇩⇩

➥ LIRENE KREM DO STÓP 30% UREA
Najlepszy krem do stóp, który systematycznie używany rozprawia się ze zgrubieniami lepiej niż skarpetki złuszczające.

➥ KREM DO RĄK BARWA
Przyzwoity krem 'do torebki'. Szybko się wchłania, nieźle nawilża, ma przyjemny zapach.

➥ KREM DO RĄK DR.KONOPKA'S
Pachniał niesamowicie, działał przyzwoicie chociaż zabrakło mi efektu 'wow;. Opakowanie jednak było koszmarnie niefunkcjonalne (ta mikra zakrętka...) więc jako krem torebkowy się nie sprawdzał a w domu wolę treściwsze i bardziej odżywcze kremy.

➥ EMULSJA DO CIAŁA NEUTROGENA
Przeciętniak. Niby dobrze nawilżała, niby miała przyjemny zapach i wygodne opakowanie ale.... czegoś zabrakło. Zużyć zużyłam, powrotu nie planuję.

➥ MLECZKO DO CIAŁA YVES ROCHER
Miało lekko piankową formułę i jak na tak lekki produkt przyzwoite właściwości pielęgnujące. Niestety, zostało wycofane.

➥ ANTYCELLULITOWE ZŁUSZCZAJĄCE SERUM DO CIAŁA LIRENE
Szybko, skutecznie i bezboleśnie poradziło sobie z moją skórą ud, gdzie to ostatnimi czasy miałam problem z szorstkością i fakturą papieru ściernego. Cellulit? Jak był tak jest ;)

Czytaj dalej »

środa, 24 maja 2017

(ogromne) NOWOŚCI | MAJ 2017

Popłynęłam. Tym wstępem zakończę moje marudzenie na temat ilość kosmetyków, jakie w tym miesiącu wpadły w moje ręce ;)

P.S. Z nowościami i denkami wracam na stare śmieci. Ze względów różnych :)


 ★★★ DEMAKIJAŻ, OCZYSZCZANIE TWARZY ★★★

➥ W Lidlu pojawiła się nowa, letnia edycja limitowana marki Cien. Patrząc na (bardzo ciekawą!) ofertę zdecydowałam się na zakup chusteczek do demakijażu w wersji o zapachu grejpfruta. Po pierwsze dlatego, że tej formy demakijażu (niegdyś ulubionej do zmywania podkładów) nie stosowałam od dawien dawna po drugie - bo szykował mi się wyjazd. Przetestowałam je przezornie w domu i przepadłam. Pachną pięknie, są bardzo mokre i skutecznie zmywają makijaż bez podrażnień. Przy okazji kolejnej wizyty kupiłam również drugi dostępny w ofercie producenta wariant.

➥ Rossmann wyprzedawał emulsję do mycia twarzy Alterra za oszałamiające pięć złotych. Używałam jej kiedyś, z tego co kojarzę zachwycona nie byłam ale za tę cenę chętnie dam jej drugą szansę a jeśli się nie sprawdzi zużyję ją w jakiś alternatywny sposób. Capnęłam dwie. Ot, do pary.

➥ Seria różana Bielendy interesuje mnie już od jakiegoś czasu. A  jako, że dałam sobie bana na kremy, sera i olejki (teraz daję sobie bana na wszystkie produkty myjące tak drogą swoją) to skusiłam się na olejek do demakijażu. Na parafinie, a jakże. Jednak w przypadku produktów, które mają z moją skórą krótki kontakt nie wadzi mi to w żaden sposób.

➥ Skusiłam się również na dwa kosmetyki z różanej linii Magic Rose Evree. Stosowałam niegdyś ich olejek i szalenie miło go wspominam - nie dość, że pięknie pachniał to i świetnie dział na moją skórę. Nadal mam go w pamięci i myślę, że jeszcze do niego wrócę jednak póki co sięgnęłam po olejek do demakijażu oraz żel myjący.



★★★TONIK, ESENCJA, PEELINGI★★★

➥ Pozostając w temacie marki Evree nie mogę nie wspomnieć, że gdy tylko pojawiły się zapowiedzi linii Pure Neroli, wiedziałam, że tonik z tej serii wpadnie w moje ręce. Pokusiłam się też na peeling głęboko oczyszczający. Oba produkty niestety poczekają trochę na swoją premierę ale kupiłabym je prędzej czy później (no, może tylko tonik) jednak promocja Rossmanna 2+2 przekonała mnie do gromadzenia kolejnych zapasów.

➥ Muszę przyznać, że ominął mnie szał na słoiczkowe maski glinkowe L'Oreala, jednak gdy tylko zobaczyłam w sieci zdjęcia masek i peelingów Perfecty jako pierwsze wylądowały na mojej liście do kupienia przy okazji promocji. Kupiłam. Zdecydowałam się na peeling-maskę enzymatyczną z nadzieją, że będzie równie skuteczna ale przyjemniejsza w użytkowaniu niż podobny produkt Avy oraz peeling olejkowy bo kocham uczucie grzania na skórze.

➥ Perfecta wypuściła również na rynkę linię Hydro Magnetic a w niej nawilżającą esencję. Wzięłam, chociaż nadal w zapasach czeka podobny produkt Bielendy. Aczkolwiek jakoś mocno nad tym nie ubolewam - obietnice producenta są duże i chętnie (za jakiś czas) zweryfikuję jak mają się do mojej skóry

➥ Na koniec zapomniany maluch do demakijażu czyli Clarena EGF Peptide Gel. Marka Clarena zaczęła mnie ostatnio dość mocno interesować, maje przygody z ich kosmetykami tj. z krem do stóp i perłami pod oczy były naprawdę udane więc gdy dojrzałam tę miniaturę w jakiejś babskiej prasie czym prędzej nabyłam drogą kupna. Na celowniku mam jeden z ich toników i sama za siebie trzymam kciuki bym kupiła go jak najpóźniej... Bo kupić to kupię go z pewnością ;)



★★★PIELĘGNACJA WŁOSÓW★★★

➥ Człowiekiem jestem zakochanym w linii Bedtime Johnson's Baby. W zapachu jej w szczególności. Skusiłam się więc na szampon a jako gratis od przesympatycznej sprzedwczyni w R. otrzymałam kolorowankę :D

➥ Mój olejek do włosów L'Oreal powoli dobija dna. Dobija dna od bardzo długiego czasu i mam wrażenie, że zamiast go ubywać zaczyna się namnażać ale stwierdziłam, że pora poszukać mu jakiegoś zastępstwa (to jedyny potrzebny mi produkt w tym miesiącu, nie pytajcie...). Wybór padł na orientalne olejki Marion. Sięgnęłam po wersję nawilżającą, z różą, wychodząc z założenia, że pewnie najbardziej będzie odpowiadać mi pod względem zapachu. Pachnie pięknie, nie obciąża włosów i w ogóle zapowiada się super ale póki co wracam do L'Oreala. Musi się kiedyś skończyć...

➥ Kolejny produkt Cien. Tym razem odżywka do włosów. Jako, że głowę myję codziennie lubuję się w dużych pojemnościach odżywek wszelakich jednak poczułam chwilowe znudzenie moją ulubioną emulsją zakwaszającą Stapiz i postanowiłam sięgnąć po coś nowego. A że, opakowania tej serii kuszą znów padło na produkt z Lidla.


★★★MYCIE, HIGIENA★★★

➥ Lidl i Cien. Kogoś to dziwi? :D Nie mam zielonego pojęcia po co mi dezodorant ale kupiłam. Bo pachnie arbuzem ;))

➥ Z pełną premedytacją sięgnęłam za to po antyperspirant w sztyfcie Dove, tym razem o nucie zapachowej powder soft. Uwielbiam sztyfty tej firmy bo nie dość, że robią swoją robotę czyli chronią przed poceniem to na dodatek mają tak przyjemną, delikatną, kremową i wręcz nawilżającą formułę że na chwilę obecną nie zamierzam zmieniać ich na nic innego.

Żele pod prysznic Orginal Source bardzo lubię. Może nie należą do najdelikatniejszych jednak nie robią mi krzywdy. Na dodatek mają świetne zapachy - wariant z maliną i wanilią gościł u mnie już nie raz a i limitowana pokrzywa z wiśnią (dla mojego nosa to zapach Cherry Coke) przypadła mi do gustu na tyle, że zapasowe opakowanie czeka u mnie na swoją premierę. Jakiś czas temu pojawiły się zapowiedzi wariantu zielony banan&bambus i wiedziałam, że go kupię. I kupiłam. Poszedł już w ruch i sięgam niemal niemal codziennie rano bo ten zapach potrafi pobudzić do życia.

➥ Kolejny żel to mleko i miód Biolove. Zdecydowanie poczeka na chłodniejsze dni.



★★★PIELĘGNACJA CIAŁA★★★

➥ O świetnym duecie Dr Irene Eris Spa Reort Fiji pisałam Wam już przy okazji mojego pierwszego wrażenia. Oba te produkty łączą przyjemne formuły, niesamowity zapach i dobre właściwości pielęgnujące. Używam je z (ogromną!) przyjemnością.

➥ W moje ręce wpadł również olejek w balsamie Nivea. O zapachu kwiatu wiśni. Lada dzień podzielę się z Wami moimi pierwszymi odczuciami ale wspomnę już teraz że to chyba pierwszy balsam, który jestem w stanie używać rano po prysznicu. Czego szczerze nienawidzę ;) i absolutnie zawsze pod wszelkie nawilżacze sięgam po wieczornej kąpieli.

➥ I znów Biolove. Tym razem masło do ciała. Czaiłam się na nie od dłuższego czasu ale zdrowy rozsądek krzyczał 'nie' bo z oferty Kontigo interesowały mnie tylko dwa produkty więc dopłacanie za dostawę było by po prostu głupie. Ale nie dość, że trafiłam na dostawę bez kosztów, promocję i jeszcze dodatkowy rabat więc koniec końców w cenie masła mam też żel ;) Jestem z tego smarowidła zadowolona bardzo ale kupiłam je z myślą o dłoniach i stopach a nie do smarowania ciała bo (słusznie) założyłam, że będzie to produkt bogaty, tłusty i lepki.


W tym miesiącu nie kupiłam nic z kolorówki. Po kwietniowej promocji w R. mam przesyt ;)

Jestem ciekawa czy znacie któryś z powyższych kosmetyków. Jak się sprawdził(y) ?
Czytaj dalej »

sobota, 20 maja 2017

Owoce i witaminy :D| LIRENE | C+Dpro Vitamin Energy | żel myjąco-energetyzujący, skoncentowane StimuSerum, nawilżający krem-żel

Dziś o trio kosmetyków marki Lirene. Trio wobec którego trudno nie mieć sporych oczekiwań patrząc na bardzo zachęcające obietnice producenta. Jak wypadło? Całkiem nieźle ale nie obędzie się bez delikatnych zastrzeżeń.



Skóra potrzebuje stymulacji – wsparcia energetycznego i dlatego Ekspertki Laboratorium Naukowego Lirene stworzyły innowacyjne rozwiązanie – kosmetyki C+Dpro Vitamin Energy, zawierające unikalny potrójny kompleks witaminowy:
• Wit. Duo C – hybrydowe połączenie dwóch form witaminy C
1. Aktywna forma lipofilowa, zapewniająca doskonałe wchłanianie. Działa odmładzająco, rozświetla cerę i chroni DNA komórek skóry, niwelując negatywne skutki promieniowania UV.
2. Stabilna witamina C zamknięta w liposomach. Dociera do głębokich warstw skóry, stymulując syntezę kolagenu.
• Wit D pro – stymuluje syntezę receptora witaminy D, likwiduje skutki jej niedoboru w skórze, wzmacnia barierę naskórkową i utrzymuje odpowiedni stopień nawilżenia.
• Witamina E – znana i ceniona „witamina młodości”. Skutecznie walczy z oznakami starzenia oraz działa stabilizująco na witaminę C /klik/


LIRENE C+D PRO VITAMIN ENERGY ŻEL MYJĄCO-ENERGETYZUJĄCY (15,5 zł)

Dorabianie ideologii do kosmetyków myjących niby jest śmieszne, z drugiej strony w moim przypadku łagodne i skuteczne mycie jest kluczem do udanej pielęgnacji. Ten żel mnie nie zawiódł. 

Posiada on szalenie przyjemną, bardzo gęstą i treściwą żelową formułę, która po kontakcie w wodą zapewnia całe morze piany. W teorii wolę te mniej (lub wcale) pieniące się kosmetyki jednak jestem w stanie zrobić wyjątek dla kosmetyków o pianie gęstej i zbitej jednocześnie łatwej do zmycia ze skóry. I tu tak właśnie jest. 

Właściwości oczyszczające są na wysokim poziomie. Połączone są jednak z dużą łagodnością. Czego się nie spodziewałam. Bałam się o ściągniecie czy przesuszenie jednak nic takiego nie wystąpiło. Ba, żel ten nawet nie podrażnia mi oczu co jest moją sporą bolączką.

Opakowanie jest estetyczne, funkcjonalne a zapach... bomba. Jest intensywny, słodki, kojarzy się ze świeżo wyciśniętym sokiem bez męczącej mnie typowo kosmetycznej nuty.

♡♡♡♡♡♡

LIRENE C+D PRO VITAMIN ENERGY SKONCENTROWANE STIMUSERUM (27 zł)

To chyba najciekawszy produkt w pokazanych tutaj. Posiada przyjemną, ciężką (szklaną!) flaszkę z wygodną pompką. Ze względu na intensywny kolor i małe kapsułki w środku (jak w przypadku wszystkich produktów) pomijając wariant pielęgnacyjny... po prostu cieszy oko. Konsystencja jednak nie do końca zachwyca. Serum jest teoretycznie lekkie i żelowe w praktyce lepi się. Jeżeli używacie tego typu kosmetyki solo raczej nie będziecie zachwycone jednak jeśli nałożycie po nim (nawet klejący ;)) krem lepkość mija już w chwili aplikacji. 

Skład. Ogrom ekstraktów plus stabilna postać witaminy C. Tutaj się przyczepię - informacji o stężeniu brak. Serum bazuje też na alkoholu przez co początkowo podchodziłam do niego ze sporą dozą nieufności. O dziwo, niesłusznie. Bo jak zazwyczaj alkohol w kosmetykach sieje u mnie spustoszenie (przesuszenie, podrażnienia, powstawanie niedoskonałości) tak tu nic niedobrego się nie wydarzyło.

Właściwości. Po 1,5 miesiąca codziennego stosowania na skórę twarzy nie mogę powiedzieć o tym kosmetyku złego słowa. Skóra jest gładka, napięta i promienna. A serum wzmacnia właściwości nawilżające kosmetyków nałożonych na nie. Nie zaobserwowałam jednak znaczącej poprawy kolorytu na co nieśmiało liczyłam :( 

♡♡♡♡♡♡

LIRENE C+D PRO VITAMIN ENERGY NAWILŻAJĄCY KREM-ŻEL (24,5 zł)

Ha, pora na produkt na który liczyłam najbardziej a okazał się być najsłabszym z całej trójki. Dlaczego na niego liczyłam? Bo mam dobre doświadczenia z kremami tej marki. A tutaj coś nie zagrało.

Krem ten zalecany jest do stosowania rano i wieczorem. W pielęgnacji porannej zupełnie się u mnie nie sprawdził - niby żelowa konsystencja powinna dać radę na mojej (niby) mieszanej skórze jednak no, nie dała. Właściwości nawilżające okazały się być niewystarczające, żel się klei więc aplikacja podkładu do najprzyjemniejszych nie należy a i skóra w ciągu dnia zaczyna się błyszczeć podejrzanie szybko. Po paru próbach wróciłam do kremu-musu z linii Bio Nawilżenie, który sprawdza się u mnie świetnie a to oto cudo zostawiłam sobie do użytku wieczornego.

W połączeniu z serum daje radę. Lepkość serum i kremu sprawia, że jedna warstwa przytula się ;) do drugiej i szybko nieprzyjemne wrażenie klejenia się znika. Czy ten krem zyskuje na właściwościach pielęgnacyjnych? No... tak niekoniecznie. I mam wrażenie, że całą robotę w tym duecie odwala StimuSerum. 

Trudno mi tu szukać jakichś szczególnych pozytywów - fakt, krem nie przesusza (bo i takie historie się zdarzają) i nie podrażnia skóry (chociaż mam nieodparte wrażenie, że skóra okolic skrzydełek nosa jakoś tak niekoniecznie reaguje na niego z entuzjazmem). Z drugiej strony nie robi też większej krzywdy - nie zaobserwowałam pogorszenia stanu skóry. Mimo wszystko jakoś nie pałam do niego większą miłością i istnieje spore prawdopodobieństwo, że zużyję go do stóp albo oddam w lepsze ręce - a nuż tylko ja tak wybrzydzam ;)


Jestem ciekawa Waszych doświadczeń z tą serią :)
Czytaj dalej »

poniedziałek, 15 maja 2017

Jak świeże powietrze po deszczu. Na Fiji. | DR IRENA ERIS | SPA RESORT FIJI | odżywczy balsam nektar | wygładzający peeling do ciała

Dziś zapraszam Was na pierwsze wrażenie dotyczące najnowszej linii kosmetyków Dr Ireny Eris. Mowa tutaj o serii SPA RESORT, która swoim zapachem przenieść ma nas na wyspy Fiji :)


Zacznijmy od spójnego dla obu produktów zapachu. Niesamowicie wdzięcznego zapachu. Bo wyobraźcie sobie delikatną słodycz czystego, świeżego powietrza po deszczu który to jest wytchnieniem po upalnym dniu. Który przynosi ukojenie nie tylko rozpalonej skórze ale i zmysłom. Bo tak właśnie pachnie ten duet. Zapach jest niesamowity. I ja, osoba, która za wszelkimi świeżymi aromatami nie przepada... przepadłam. Po pierwszym włożeniu nosa w opakowanie :)

A opakowania to (jak zawsze) klasa sama w sobie. Oba produkty łączą lustrzane zakrętki i spójna, żywa i iście tropikalna szata graficzna. Każdy z kosmetyków zapakowany jest w kartonik utrzymany w stylistyce docelowych opakowań.

♡♡♡♡♡♡



DR IRENA ERIS SPA RESORT FIJI ODŻYWCZY BALSAM NEKTAR

Jakże przyjemną ma ten produkt konsystencję! Pudło napakowane po brzegi jest treściwym jednak jednocześnie lekkim i niezwykle delikatnym, niemal puszystym kremem. Aplikacja to sama przyjemność. Gładko sunie po skórze, pozostawia po sobie delikatną, ledwie wyczuwalną powłoczkę gdzie przy całej jedwabistości czuć, że wysoko w składzie znajdziemy masło shea.

Właściwości pielęgnacyjne zapowiadają się co najmniej dobrze. Jestem posiadaczką bardzo suchej skóry (ostatnio w całkiem przyzwoitej formie) i ten balsam zafundował mi konkretną dawkę nawilżenia i wygładzenia. No i ten zapach...

Opakowanie zawiera 200 ml produktu i mam nieodparte wrażenie, że pozytywnie zaskoczy mnie swoją wydajnością. Wystarczy odrobina by pokryć powierzchnię całego ciała. A każdy kto ślezi moje poczynania wie, że wszelkiej maści nawilżacze schodzą u mnie jak woda ;)


♡♡♡♡♡♡


DR IRENA ERIS SPA RESORT FIJI WYGŁADZAJĄCY PEELING DO CIAŁA

Szybkie spojrzenie na skład nie nastawiło mnie pozytywnie - parafina. O ile właściwości i cała dorabiana do niej ideologia jest mi zupełnie obojętna tak standardowy lepki film na skórze jaki pozostawia jest dla mnie nie do przejścia. I tu kolejna miła niespodzianka. Bazą dla peelingu jest krem. Treściwy, dobrze rozprowadzający się na wilgotnej skórze, nadający poślizg drobinkom ścierającym.

Drobinki mimo, że wyglądają niepozornie dobrze złuszczają naskórek a jako, że nie rozpuszczają się można zafundować sobie dłuższy masaż. Jest ich sporo, są grube, przyjemnie ostre jednak nie podrażniają skóry. Mimo, że przypominają mi trochę drobiny piasku.

No i rzecz najważniejsza. Po zmyciu produktu brak uczucia oblepienia. Skóra może i nie jest jakoś szczególnie nawilżona jednak nie jest też przesuszona czy ściągnięta. U mnie jednak bez balsamu się nie obejdzie.


Potężna dawka aromaterapii, łagodność, dobre działanie pielęgnacyjne i cieszące oko opakowania... czego chcieć więcej? Jeśli macie ochotę się rozpieścić lub... szukacie wspaniałego prezentu dla ukochanej kobiety (dzień matki już 26!) powyższe produkty kupicie w perfumeriach Douglas :)



Informacje od producenta plus składy:

 balsam

peeling

Muszelki i piasek prosto z Bałtyku :D
Czytaj dalej »

niedziela, 14 maja 2017

Dobrze wygląda, źle pachnie | VIANEK | Wzmacniający płyn micelarny-tonik 2w1 | Enzymatyczny żel myjący do twarzy

Moja przygoda z fioletową linią Vianka zaczęła się od ich kojącego balsamu do ciała. Nie wypadła ona źle więc gdy tylko pojawiły się nowości z tej serii czym prędzej zaopatrzyłam się w dwa kosmetyki do twarzy - płyn micelarny oraz żel myjący. Co z tego wyszło? Mam skrajne odczucia ;)


Z teorii: uwielbiam szatę graficzną Viankowych kosmetyków więc i tym razem nie jestem zawiedziona. Opakowania są funkcjonalne a produkty jak swoje przyzwoite składy nie odstraszającą ceną dobijając do 20 zł za sztukę (żel 150ml, micel 200ml).

Najgorszą rzeczą w obu tych kosmetykach do której przyczepię się już na samym początku jest ich paskudny, bardzo intensywny i drażniący zapach. O ile w przypadku wymienianego wcześniej balsamu był on irytujący tylko w momencie aplikacji (na skórze zmieniał się w całkiem przyzwoitą dla mojego nosa mieszankę) tak zarówno żel jak i tonik pachną po prostu źle i zapach zabiera mi całą przyjemność z ich używania. Jest to czynnik, który sprawia, że choćby nie wiem co producent z tej serii jeszcze na rynek nie wypuścił - to moja ostatnia z nią przygoda.


♡♡♡♡♡♡

VIANEK WZMACNIAJACY PŁYN MICELARNY TONIK 2w1

Gdybym miała go opisać w jednym zdaniu powiedziałabym, że to brat bliźniak wariantu odżywczego. Lubię w nim wszystko (pomijając zapach). Ma przyjemną konsystencję, niby woda ale odrobinę bardziej treściwa co minimalizuje na skórze nieprzyjemne uczucie pocierania płatkiem kosmetycznym. Jest niesamowicie delikatny. Nie uczula, nie podrażnia, nie robi krzywdy moim wrażliwym oczom jednocześnie pozostawia po sobie subtelne uczucie ukojenia i łagodzi ewentualne dziwne twory na skórze.

Szybko i skutecznie radzi sobie z demakijażem - aczkolwiek nie stosuję kosmetyków wodoodpornych więc nie wiem, czy w ich przypadku sprawdził by się tak samo dobrze. Zasadniczo nie mam zastrzeżeń i po raz kolejny naturalny micel z rodziny Sylveco zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie.


♡♡♡♡♡♡

VIANEK ENZYMATYCZNY ŻEL MYJĄCY DO TWARZY

Miał być zachwyt (bo enzymatyczny!) ale nic z tego nie wyszło. Aczkolwiek nie wypadł aż tak źle jak żel tymiankowy Sylveco co odrobinę ratuje go w moich oczach. Ale do rzeczy. Myjadło to posiada lekką, wodnistą, ciut tępą konsystencję. Nałożony na wilgotną skórę pieni się tylko co i nic (dla mnie na plus) dość gładko po niej sunąc. Nie należy jednak do najdelikatniejszych kosmetyków myjących z jakimi miałam do czynienia, ba, ultra tani żel Green Pharmacy bije go na głowę. Vianek delikatnie ściąga mi skórę. I po paru dniach używania dwa razy dziennie wyraźnie mi ją przesuszył. Używany raz dziennie jest w miarę ok.

Wygładzenie. Obiektywnie rzecz biorąc wiem, że produkt, który ma tak krótki kontakt ze skórą cudów nie zdziała. I nie zdziałał. Ale faktycznie po umyciu skóra wydaje się być gładka. Z tym, że mam nieodparte wrażenie, że to raczej kwestia ściągnięcia i wynikającego z niej napięcia niż działanie bromelainy.  Zawartość tejże (albo innego składnika tegoż żelu) powoduje u mnie za to silne podrażnienie oczu jeśli chociaż odrobina piany się do nich dostanie. Tak, producent zawarł informację na etykiecie, że należy omijać je z daleka jednak mimo chęci moich szczerych - nie zawsze mi to wychodzi.

Na koniec rzecz najlepsza. Tzn. najdziwniejsza. Bo o ile żel generalnie rzecz biorąc jest dla mnie zbyt agresywny tak.... mam wrażenie, że nie domywa mi on skóry. I wcale nie mam na myśli braku uczucia trzeszczenia, którym gardzę. Myślę tu o delikatnym zanieczyszczeniu się mojej skóry w strategicznych miejscach, które reagują gdy do mycia nie przykładam wystarczającej staranności. Jednak tak gwoli ścisłości - używałam kosmetyki od niego o niebo łagodniejsze (również emulsje), które nie pozostawiały po sobie (mimo totalnej delikatności) takich odczuć.

Takie tam, obietnice:



Jestem ciekawa czy miałyście okazje ich używać i... jak Wasze wrażenia?

Czytaj dalej »

czwartek, 4 maja 2017

Mieszane uczucia | WHITE AGAFIA | szampon rokitnikowy 'objętość i puszystość'

Dziś o szamponie, który budzi we mnie skrajne odczucia. Teoretycznie mocno mnie wkurza a w praktyce... nie wiem czy nie sięgnę po kolejną butlę bo mimo wszystko efekt jaki daje jest dla mnie co najmniej satysfakcjonujący. Ot, dziwało ;)


Szampon z Białej Agafii jak na produkt rosyjski przystało kupić możemy za przyzwoite pieniądze - ok. 12 zł za butlę 280 ml. Butlę całkiem przyjemną wizualnie, w wygodnym korkiem 'na klik' co ułatwia aplikację kosmetyku. Dostępność raczej online ale podejrzewam, że i stacjonarnie jest on do zdobycia.

W kwestii teoretycznej. Szampon posiada przyjemną, przejrzystą, gęstą (ale nie za bardzo) formułę. Dobrze się pieni, dobrze wypłukuje z włosów. Ma też niesamowicie przyjemny zapach, który przypomina mi zapach pomarańczowych cukierków tic-tak.

Właściwości myjące nie zawodzą. Dobrze oczyszcza skórę głowy i włosy ale... biorąc pod uwagę fakt, że myję włosy codziennie jest jednak ciut zbyt mocny i wolę używać go zamiennie z innym produktem myjącym.

Obietnica producenta dotycząca objętości i puszystości skłoniła mnie do jego zakupu (jak i pozytywne opinie na jego temat na jakie przypadkiem natrafiłam). Nie zawiodłam się. Moje włosy należą to tych smętnie przytulonych do skóry głowy jednak po użyciu tego oto szamponu faktycznie są puszyste i odbite od nasady. Przez cały dzień. Co barrrdzo mnie cieszy.

Dlaczego więc nie do końca jestem z niego zadowolona? Uwielbiam szampony sprawiające, że moje włosy są miękkie. Ten delikatnie włosy usztywnia. I o ile ten efekt daje obiecaną objętość przy skórze głowy tak moje przesuszające się na długości włosy (szczególnie końce) w dotyku po jego użyciu nie należą do najprzyjemniejszych. Ok, tragedii nie ma, zdecydowanie trafiałam na gorsze produkty ale to nie do końca to.

No i tak. Sama nie wiem. Używać używam, efekt wizualny mi się podoba ale jak przychodzi mi zmacać końce po jego zastosowaniu mam wewnętrzny ból. Jednak mimo wszystko podejrzewam, że gdy będę robić zakupy w sklepie typu 'z rosyjskimi/estońskimi' kosmetykami (muszę uzupełnić zapasy sprayów z Icevedy) i ten szampon wpadnie w moje ręce ;)


Czytaj dalej »

środa, 3 maja 2017

Wszystko fajnie tylko gdzie to 'BIO'? | LIRENE | BIO-NAWILŻENIE 24H | Nawilżająco-matujący krem-mus | Ultra nawilżający krem z luteiną i witaminą E

Już jakiś czas temu wpadły w moje ręce dwa kremy marki Lirene w linii BIO nawilżenie. Jako, że dzieckiem jestem dobrym a i skóry typowo suchej nie mam ten wariant dałam do wypróbowania mojej mamie (a o tym, że blogerki z niej nie będzie pisałam Wam przy okazji recenzji kremu Komórkowa Regeneracja 50+). Dla siebie zaś zostawiłam wersję dla skóry mieszanej i tłustej. Z nadzieją, że okaże się być dobrym, lekkim kremem na dzień.  Co z tego wynikło? 


Za oba kremy w popularnych drogeryjnych sieciówkach przychodzi nam zapłacić w granicach 12-22 zł. Posiadają standardową pojemność 50 ml. Zapakowane są klasyczne plastikowe słoiczki z moimi ulubionymi lustrzanymi zakrętkami. Kartoniki są ofoliowane.


LIRENE NAWILŻAJĄCO-MATUJĄCY KREM-MUS Z WITAMINĄ E

Krem jak krem chciało by się rzec. Chociaż nie do końca. Szalenie polubiłam jego puchatą (no, puszystą) formułę. Jest niesamowicie przyjemny bo mimo swojej lekkości jest jednocześnie przyjemnie treściwy. Jednak szybko się wchłania nie pozostawiając wyczuwalnej warstwy a jedynie delikatne, wręcz pudrowe wykończenie. Przez co zgodnie z moim założeniem okazał się być świetnym produktem do porannej pielęgnacji.

Matowienie. Minęły czasy gdy moja skóra świeciła się jak wściekła. I jestem z tego powodu niezmiernie szczęśliwa. Aczkolwiek nadal (mimo ogromnej skłonności do odwadniania się mojej strefy T) trudno nazwać mi moja skórę normalną a i błyszczeć jej się w połowie dnia zdarza. Ten krem nie daje typowo matowego efektu po nałożeniu jednak faktycznie utrzymuje moją skórę w ryzach przez cały dzień. O ile nie jest to dzień, który trwa od 8 do 22 gdzie wieczorem zmuszona jestem jeszcze pokazywać się ludziom bo wtedy mój makijaż potrzebuje wsparcia (ostatnio namiętnie stosuję rozświetlającą bazę Lirene oraz maskę bankietową Dermiki w tejże roli i oba kosmetyki sprawdzają mi się świetnie).

Nawilżenie. Bio. Jeśli mowa o mojej skórze przy stosowaniu go na dzień (albo na noc ze Stimuserum tego samego producenta) jest dobrze. Znam mocniej nawilżające kosmetyki z drugiej strony patrząc na fakt, że mamy to do czynienia i z produktem matującym i z kosmetykiem, który jest dedykowany skórze tłustej nie jest źle. Ale nadal nie wiem o co chodzi z tym BIO (:D).

To naprawdę dobre rozwiązanie na co dzień. Niedrogie, o przyjemnej formule, które nie podrażnia ani nie powoduje pogorszenia stanu skóry. Nie przypadkiem zresztą znalazł się w mojej pielęgnacyjnej piątce miesiąca.  Na plus wydajność (w dwa miesiące używania raz dziennie zużyłam 2/3 słoiczka), na lekki minus zapach - jeśli lubicie świeże, niemal morskie nuty będziecie zadowolone. Ja za takimi nie przepadam.

***

LIRENE ULTRA NAWILŻAJĄCY KREM Z LUTEINĄ I WITAMINĄ E

Używany przez posiadaczkę 'ultra' suchej skóry. Nie podołał. Skóra mojej mamy potrzebuje ogromnych dawek nawilżenia (odżywienia, natłuszczenia też) i niestety ten krem na tle chociażby używanych przez nią ostatnio produktów z Yves Rocher i Tołpy (czy wcześniej wariantu 50+ tego producenta właśnie) wypadł niestety bardzo przeciętnie. Ot, trochę nawilżał ale nawilżenie zdecydowanie nie było wystarczające. Był lekki, miał bardzo przyjemną formułę, nie rolował się na skórze i szybko się wchłaniał. Wydaje mi się, że sprawdzi się raczej w przypadku skór normalnych (lub mieszanych używany na noc) niż w przypadku typowo suchych, a w szczególności dojrzałych cer. Mimo, że zalecany jest do skóry w każdym wieku.



Używałyście któregoś z tych kremów? Jakie macie odczucia?
Czytaj dalej »

wtorek, 2 maja 2017

PIELĘGNACJA CIAŁA #2 MAJ 2017

 Kosmetyki do ciała to zdecydowanie ta grupa produktów, wśród których  występuje u mnie największa rotacja. Bo zużywają się szybko i bezboleśnie ;) Pora więc na aktualizację.


Na przedzie mój mały-wielki powrót czyli żel do mycia ciała na dobranoc Johnson's bedtime. Przypomniałam sobie (przy okazji promocji w Rossmannie na kosmetyki dziecięce) dlaczego tak chętnie kiedyś po niego sięgałam - bo pachnie bosko! Na dodatek jest łaskawy dla mojej skóry (ma glicerynę przed detergentem) więc sięgam po niego z przyjemnością. Skusiłam się (w końcu!) na żel Nivea o zapachu... kremu Nivea. Żałuję, że tak późno :P Pachnie świetnie, krzywdy nie robi i uprzyjemnia mi każdą kąpiel. Żel BeBeauty o zapachu aloesu i limonki to w teorii nie kosmetyk dla mnie. Bo zazwyczaj tanie myjadła czynią mi spustoszenie na skórze dodatkowo nie lubię cytrusowych zapachów. Ale kupiłam. I nie żałuję. To już mój drugi żel z tej serii i sprawdza się o niebo lepiej niż Isana czy Balea - bo nie wysusza mi i tak bardzo suchej skóry. A zapach? Bomba. Nie wiem jak pachnie aloes (tzn. wiem, nijak) jednak ten nijaki zapach połączony z aromatem skórki z limonki dla mojego nosa jest bardzo przyjemny i sięgam po niego często. Nie obędzie się też bez żelu Dove. Tym razem wariant niby kokosowo-jaśminowy który pachnie ani kokosem ani jaśminem ale jest całkiem przyzwoity ;)

Do higieny intymnej stosuję emlusję Intimea. Rzecz tania, dobrze dostępna (Biedronka) o średnim składzie ale dla mojej skóry wystarczająca. Nie podrażnia ani nie uczula dodatkowo ma przyjemną konsystencję.

Zapomniałam o antyperspirantach. A jakże. Jednak niewiele się u mnie zmieniło i nadal chronią mnie sztyft Dove (tym razem wersja Orginal) oraz spray Fa.


Ha, wiosna ;)) Z podkulonym ogonem postanowiłam wrócić do szczotkowania skóry na sucho w czym niestety jestem totalnie niesystematyczna. Męczę również klejący się peeling Organic Shop o wątpliwym pomarańczowym aromacie. I zastanawiam się czy to ze mną jest coś nie tak czy te produkty po prostu pachną... źle? Wcześniej używałam wersji 'belgijska czekolada' i jeśli czekolada miałaby taki paskudny smak jak on miał zapach byłabym zdecydowanie szczuplejsza....

Jako, że opalać się nienawidzę a w sezonie włącza mi się chęć opalenia skóry postanowiłam wypróbować mgiełkę brązującą Lirene. Nasz pierwszy raz uważam za udany - zero smug, łatwa aplikacja, paskudny smrodek samoopalacza nie był nazbyt intensywny ale... przypomniałam sobie że mam też otwarty krem samoopalający Lirene. Nie ma oznaczenia PAO więc mam nadzieję, że nic mu się od zeszłej jesieni (chyba) nie stało i wracam chwilowo do niego. No dobra, będę je używać na zmianę, ta mgiełka ciekawi mnie bardziej :P

I 'walka z cellulitem'. Po serum o działaniu złuszczającym Lirene (z 5% zawartością kwasu migdałowego, zaraz po wodzie w składzie) sięgnęłam bo faktura mojej skóry na udach była.... dziwna. Szorstka niczym tarka (albo papier ścierny) i typowe nawilżacze nic z tym nie robiły. Jak poużywałam to to 2-3 tygodnie skórę mam jak nową. Gładką, lekko napiętą ale... z recenzją wstrzymam się do wykończenia tuby (a nuż cellulit mi zniknie :P).


Nawilżanie. Koniecznie muszę ten dobrobyt trochę zminimalizować (:D) ale póki co... Masło do ciała Farmona zachwyciło mnie od pierwszej aplikacji. Jest treściwe, gęste, zbite i niezwykle satynowe. Nie pachnie niestety lawendą. Dla mnie to aromat kremu Nivea z nutką kamfory i tłem w postaci aromatu olejku lawendowego. Nie narzekam - pachnie świetnie ale spodziewałam się takiej lawendy-lawendy i jestem trochę rozczarowana. Mleczko Yves Rocher polubiłam za zapach, przyjemną puszystą konsystencję i dobre (chociaż nie wybitne) właściwości nawilżające. W opanowaniu zastępczym mam też z trudem wydobytą resztkę emulsji Neutrogena ale to rzecz, która skończy się lada moment więc darowałam sobie ustawianie do zdjęcia kolejnej butli ;)

Produkty dla dzieci, których raczej nie nakładałabym na dziecięcą skórę ale wiecie, kto starej babie zabroni :P   Dove Baby pokusił mnie wazeliną w składzie (ta działa na moją skórę super, szczególnie gdy ta przechodzi kolejny kryzys) i zapowiada się całkiem fajnie. Podobnie jak lotion Johnson's Baby, który mimo, że cudów nie zdziała to jest leciutki i ma cudny zapach.


Stopy i dłonie. Cały arsenał jak zawsze. Mój numer jeden - krem do stóp 30% urea Lirene (i kolejny nieśmiało za niego wystający). Cudownie nawilża, odżywia i zmiękcza skórę. Obok żel Eveline, taki z gatunku 'dla zmęczonych stóp'.

Krem do rąk Dr.Konopka's  leży i czeka na zużycie. Dobijam już dna i będę tęsknić za jego zapachem (idealny!) jednak właściwości pielęgnacyjne nic mi nie urwały. Olejkowe serum do rąk Lirene już za chwilę już za moment 'awansuje'na mój krem do torebki (lada dzień wykończę ten z Barwy o którym zapomniałam przy robieniu zdjęć). A krem-maska Bielendy (z 10% masłem shea) miała mnie zachwycić i zachwyciła mnie tak, że kupiłam już coś innego :P Ale dzielny jestem człowiek - zużyję. Bo o ile od zachwytów jestem daleka tak trudno odmówić mu całkiem przyzwoitego działania.


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia