środa, 22 marca 2017

Lepiej mniej niż więcej | VIANEK | odżywczy olejek do włosów

Mam nieodparte wrażenie, że olejowanie włosów straciło trochę na swojej popularności. Po wielkim boomie na tę metodę zrobiło się o niej cicho. Może nie zupełnie, jednak zdecydowanie mniej postów o tej tematyce (oraz produktów do olejowania) przewija się na blogach które czytam.

Ja jednak jestem jej od bardzo długiego czasu wierna. Może i trochę ją zmodyfikowałam pod swój styl życia -  nie nakładam olei na milion godzin tylko średnio na trzydzieści minut przed myciem, jednak dzięki temu mogę być (i jestem) w swoich poczynaniach bardziej systematyczna. Oleje goszczą na moich włosach przynajmniej raz w tygodniu ale zdarza mi się używać je co drugi dzień. I dzięki tej metodzie udaje mi się utrzymać moje suche końce we względnie przyzwoitej formie.

Dziś o olejku z mojej ulubionej (pod względem zapachu) odżywczej serii Vianka, który jakiś czas temu pojawił się w pudełku Joybox


Zaczniemy od opakowania. Które standardowo będę chwalić za szatę graficzną. Pochwalę je również za wygodna, bezawaryjną pompkę, która wydobyła produkt do cna. Olejek ten kosztuje w okolicach 15-20 zł za 200 ml i tu pojawia się pierwszy zgrzyt. Bo nie wiem jak długie trzeba mieć włosy, żeby zużyć tak ogromną pojemność w przepisowe 3 miesiące od otwarcia. Mi się to nie udało mimo naprawdę systematycznego stosowania. I wydaje mi się, że pojemność o połowę mniejsza była by wystarczająca dla większości użytkowniczek.

sobota, 18 marca 2017

Zjadłabym pączka (z różą) | ICEVEDA | złuszczający żel pod prysznic róża & lotos

Moja przygoda z marką Iceveda trwa. Parę kupionych od niechcenia kosmetyków zdobyło moje serce szybko i skutecznie (peeling cedr&sandał, spray róża& lotos, szampon jałowiec&olej arganowy) jednak trafiałam też na coś, co nie do końca przypadło mi do gustu - oto i on, złuszczający żel pod prysznic.


Produkt ten kosztuje w granicach 10-14 zł za pojemność 280 ml. Kupicie go wszędzie tam, gdzie kosmetyki rosyjskie/estońskie. Posiada szalenie ładne i teoretycznie wygodne opakowanie z pompką. Nie wiem jednak czy to kwestia wadliwego egzemplarza czy pompka najzwyczajniej w świecie nie ogarnia pływających w żelu farfocli ale jest mocno awaryjna i dozuje minimalne ilości produktu co przy każdym myciu doprowadza mnie do szewskiej pasji.

Konsystencję żelu najłatwiej określić mi wyrażeniem 'w sam raz'. Nie jest ani zbyt gęsty ani na tyle rzadki by przelewać się przez palce. Ma kolor niczym różana konfitura z zatopionymi subtelnymi drobinkami, których jest sporo aczkolwiek ze względu na ich bardzo delikatne działanie są raczej ozdobą niż pełnić by miały funkcję peelingu.

Rzeczą, którą mi się w nim nie podoba jest jego marna wydajność. Żel pieni się tyle co i nic. Po nałożeniu go na skórę robi się delikatnie tępy i żeby go rozprowadzić i się umyć muszę go użyć więcej niż standardowych myjadeł. I tu pojawia się aspekt badziewnej pompki...

Żel jest dość neutralny dla skóry. Nie przesusza jednak mimo wszystko znam delikatniejsze kosmetyki myjące. Z drugie strony jest ich na tyle nie wiele a moja skóra jest sucha sama z siebie (i to bardzo) że chyba nie powinnam się czepiać.

Na koniec zapach. Który jest piękny. I który na pewno przypadnie do gustu fankom lekko babcinego zapachu róży. I jak osoby, która za takimi aromatami nie przepadają powinny się od niego z daleka tak osoby, które lubią (jak ja) różane nuty w kosmetykach z pewnością będą ukontentowane.



czwartek, 16 marca 2017

Pokaż kotku co masz w środku | DR IRENA ERIS | Holistic Club

Czy tylko ja wyrzucam opakowania kosmetyków bez większej refleksji (gdy tylko odstoją swoje w kartonie bo 'muszę zrobić zdjęcia!" - ot, blogerka ;))? Czasami nie warto. Bo może się w nich ukrywać przepustka do czegoś interesującego! I tak jest w przypadku kosmetyków Dr Irena Eris i ich Holistic Club.


***


Program Holistic Club jest odsłoną systemu lojalnościowego dla klientów danej marki. Daje on możliwość zdobywania punktów, które po procesie rejestracji należy wprowadzić do systemu. Punkty (a raczej kupony z nadrukowanymi kodami) kryją się na niewielkich kartonikach, które znajdziecie w kartonowych opakowaniach kosmetyków. Wprowadzenie kodu zajmuje równe dziesięć sekund więc nie wymaga od nas dużego zaangażowania.
Punkty można zdobyć również korzystając z usług Hoteli Spa oraz Instytutów Kosmetycznych.


A po co to wszystko? Po prezenty rzecz jasna :) Działania premiowe Holistic Club są proste i przejrzyste - za uzbieraną pulę punktów możecie wybrać sobie nagrodę z określonej grupy produktów. Oprócz kosmetyków Dr Irena Eris możecie skorzystać z m.in. bonów rabatowych w Hotelach SPA czy kuponów do Kosmetycznych Instytutów Dr Irena Eris. A co najważniejsze - upominek możesz przekazać bliskiej osobie :) 


Moja przygoda z Holistic Club dopiero się zaczyna.... bo jak zawsze jestem ostatnia w wyszukiwaniu interesujących opcji :D Jestem ciekawa czy Wy skorzystałyście już z Holistic Club?



poniedziałek, 13 marca 2017

Pączki róż | YVES ROCHER | Moment de Bonheur EDP

Kto chociaż raz porwał się do opisywania perfum wie, jak żmudne to zadanie. Niby nuty zapachowe tak pięknie układają się w głowie a przeniesienie tego na papier (no, niekoniecznie) urasta do rangi zadania nie do wykonania. Dziś o jednym z moich ulubionych zapachów. Z którym to moja przygoda rozpoczęła się czystym przypadkiem. Jednak ta chwila szczęścia została ze mną na dłużej i trwa po dziś dzień.


Ten zapach jest tak bardzo nie mój. Lubuję się w intensywnych, ciężkich aromatach i naprawdę trudno jest mi wśród zapachów na co dzień znaleźć coś, co będzie leżało mi w stu procentach. Lekkie zapachy mnie męczą. O ile toleruję je na innych tak na mnie są zupełnie bezpłciowe (w najlepszym przypadku) lub drażniące (w przypadku gorszym). Mam jednak ogromną słabość do zapachu róży.

Moja znajomość z Moment de Bonheur zaczęła się od przypadkowych testów. Gdzie stwierdziłam, że ten zapach jest ładny i ma w sobie to coś jednak z pewnością nie dla to zapach dla mnie. Jednak postanowiłam podarować je w prezencie. A jako, że poleciały w ręce osoby mi bliskiej dnia pewnego (mroźnego) gdy w biegu zapomniałam użyć swoich perfum postanowiłam sobie tenże zapach pożyczyć i... przepadłam.

Woda perfumowana Yves Rocher wybija na pierwsze tło zapach róży. I to nie byle jaki bo kojarzący mi się z młodymi pączkami, które w swoim rozkwicie wydają z siebie najpiękniejszy różany aromat jak tylko to możliwe. Tłem dla nich są nuty zielone oddające łodygi, liście i zapach rosy. Całość jest niezwykle radosna i świeża w dobrym tego słowa znaczeniu.

Jaka więc była moja niespodzianka, gdy okazało się, że ten typowo wiosenny zapach właśnie zimą współgra ze skórą najpiękniej. Nie wiem czy to kwestia tęsknoty za lepszą pogodą czy składników zapachowych w tymże (ładnym!) flakonie zamkniętych jednak im chłodniej tym zapach wydaje się być bardziej intensywny i jeszcze piękniejszy.

Trwałość określiłabym jako standardową (na mojej skórze mało co chce się trzymać), zapach jest wyczuwalny jednak nie atakuje otoczenia. Mam wrażenie, że w ciepłe dni leży bliżej skóry by przy temperaturach ujemnych wybijać ponad i mieć lepszą projekcję.

Cena regularna to 140 zł za pojemność 30 ml i 185 zł za 50 ml. Jednak kto z Was miał do czynienia z zakupami Yves Rocher pewnie wie, że kupowanie ich w cenach regularnych jest zbrodnią na portfelu. Sama niedawno kupując kolejny flakon zapłaciłam 50 zł za dwa ich zapachy. Da się. I z takowych ofert warto skorzystać :)

niedziela, 12 marca 2017

Szampon idealny | ICEVEDA | zwiększający gęstość włosów ziołowy szampon jałowiec grenlandzki & olej arganowy

W teorii szampon, to produkt do którego nie powinno przykładać się większej wagi. A raczej powinno przykładać się mniejszą niż do odżywek czy masek. U mnie jednak jest na odwrót. Jestem posiadaczką dość problematycznej skóry głowy (skłonnej do wysuszania i dziwnych zmian wszelkiej maści) i bardzo cienkich włosów. Na dodatek myję głowę codziennie więc nie dość, że zależy mi na produktach dobrze oczyszczających tak muszą być one jednocześnie łagodne.

Mam kilku swoich faworytów w tej dziedzinie. Bo o ile w teorii nie wymagam cudów tak na prawdę trudno jest znaleźć mi kosmetyk który spełni moje wymagania. Ostatnio do grona ulubieńców dołączył kolejny świetny szampon (o którym wspominałam Wam przy okazji ulubieńców lutego) i dziś na jego temat słów kilka  :)


Produkt ten zapakowany jest w estetyczną, plastikową butlę w wygodnym zamknięciem na klik.
Posiada 280 ml pojemności, kosztuje w granicach 10-14 zł a kupicie go w sklepach z ofertą kosmetyków rosyjskich/estońskich.


Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy gdy zaczęłam go używać jest jego konsystencja. Pomijając niezbyt przyjemny bury odcień ten szampon jest najzwyczajniej w świecie bardzo rzadki. O ile okazało się, że mimo płynnej konsystencji nie przelewa się przez palce i spokojnie mogę go na dłoni dotransportować na skórę głowy tak bałam się o jego wydajność. Niesłusznie.

Szampon ten dobrze się pieni. Może i piana nie jest tak gęsta i treściwa jak w przypadku szamponów drogeryjnych tak jest zupełnie wystarczająca by zafundować mi komfort używania. Mimo lekkiej formuły nie muszę aplikować go w ilości większej niż zazwyczaj więc obawy o wydajność były niepotrzebne.

Produkt ten bardzo dobrze radzi sobie z oczyszczaniem. I włosów i skóry głowy. Także po użyciu oleju. Jednocześnie mimo dobrych właściwości myjących nie przesusza ani skóry, ani włosów na długości. Jeśli mowa o włosach - po umyciu są niesamowicie miękkie i lekko odbite u nasady. Uwielbiam, gdy szampony dają taki efekt bo moje końce pamiętają rozjaśnianie i same z siebie są niczym siano.

Kosmetyk na piątkę. Z plusem. Sądzę, że wrócę do niego nie raz jednak idąc za ciosem pokusiłam się na dwie kolejne wersje (trzecią miałam już w swoich zapasach) by zobaczyć czy okażą się równie dobre. Jednej rzeczy, której w tym szamponie mi zabrakło jest... zapach. Iceveda tworzy niesamowicie przyjemne dla mojego nosa kompozycje zapachowe a ten produkt pachnie... nijak. Aczkolwiek nie traktuję tego jako wadę. Polecam serdecznie posiadaczom wrażliwej skóry głowy i osobom, które szukają delikatnego acz skutecznego szamponu do codziennego użytku :)



sobota, 11 marca 2017

Lawenda & cedr | DR. KONOPKA'S | ochronny krem do rąk

Krem do rąk to mój niezbędnik. Jako posiadaczka bardzo suchej skóry bez tego produktu nie wyobrażam sobie życia. Dziś o podejściu do bardziej naturalnej pielęgnacji, która mimo mych szczerych chęci wcale nie przyniosła satysfakcjonujących skutków.


Kosmetyki marki Dr. Konopka's dorwiecie we wszelkich drogeriach posiadających w swojej ofercie naturalne (lub mniej) kosmetyki produkcji rosyjskiej/estońskiej. Za niezbyt wygórowaną cenę oscylującą w granicach 10-13 zł za tubę o pojemności 75 ml.


I od tej tuby zaczniemy. O ile pod względem wizualnym do opakowania przyczepić się nie mogę tak jego walory praktyczne są nikłe.  Jak w przypadku peelingów i maseczek do twarzy (recenzja) przy sporadycznym stosowaniu nie było to zbyt męczące tak w przypadku kosmetyku po który sięgam co chwilę odkręcanie tej mikrej nakrętki i pilnowanie by nie zgubić jej w czeluściach mieszkania jest upierdliwe. Bardzo. Nie mówiąc tu  użytkowanie tak zapakowanego produkt 'w drodze'. Absolutnie się nie da.


Krem posiada bardzo przyjemną formułę. Jest lekki chociaż treściwy. Szybko się wchłania jednak pozostawia na skórze bardzo delikatną, ochronną warstewkę. Ale... po kremie ochronnym spodziewałam się jednak czegoś zdecydowanie konkretniejszego. Szczególnie, że właściwości pielęgnacyjne też mnie nie zachwyciły.

Moja dłonie należą do problematycznych. Gdy tylko na chwilę odpuszczę ich pielęgnację (czyli mycie bardzo łagodnym mydłem i smarowanie kremem niemal co godzinę) zaczyna się na nich dziać  mały armagedon. Skóra błyskawicznie zaczyna się przesuszać i łuszczyć. Na szczęście nie pęka (co było dla mnie ogromnym problemem w przeszłości). Z tego też względu od kremów wymagam niemal cudów. I cudów nie ma. O ile to smarowidło można wpisać w grupę 'krem do torebki' z uwagi na jego szybkie wchłanianie, lekkie nawilżenie i brak nieprzyjemnej warstwy tak jego opakowanie sprawia, że mija się to z jakimkolwiek sensem. Używać go używam. Na noc. Grubą warstwą. Jednak nawet nałożony w ilości spore nie robi nic ponad dziesiątki przeciętnych kremów jakie przewinęły mi się przez ręce (dosłownie;)) w ostatnich latach.

Rzeczą o której nie mogę nie wspomnieć jest jego zapach. O mój borze, jak to pachnie! Wyobrażacie sobie jak piękne musi być połączenie aromatycznej lawendy i cierpkiej cytryny z typową dla cedru drzewną nutą? Jeśli nie to żałujcie, że nie możecie go powąchać. Petarda ;) Z tego też względu mimo, że opakowanie i działanie zawodzą mimo wszystko sięgam po niego z ogromną przyjemnością.

Czy jest to produkt wybitnie zły? Nie. Podejrzewam, że posiadaczki mniej wymagającej skóry mogą być z niego zadowolone. Ja sama do niego nie wrócę ale...w przyszłości chętnie wypróbuję wariant regenerujący. Bo a nuż okaże się być bardziej dopasowany do mich potrzeb.


środa, 8 marca 2017

Zimo precz | PHARMACERIS N | krem z witaminą K 1%

Przy okazji postu z ulubieńcami lutego wspominałam Wam o bardzo przyjemnym kremie marki Pharmaceris, z ich linii dedykowanej skórze naczyniowej. Dobił on już dna a po wspólnie spędzonych trzech zimowych miesiącach (zimo, odejdź :<) zdążyłam już sobie wyrobić na jego temat zdanie. Pora na recenzję :)


Krem zapakowany jest w wygodne opakowanie z higieniczną pompką typu airless. Zawiera zaledwie 30 ml produktu, kosztuje w okolicach 40 zł. Jak inne produkty tej marki kupicie go w aptekach.


Nie posiadam typowej skóry naczyniowej. Jednak zalecenia do stosowania tego kremu są spójne z moją skórą - proces przyspieszenia regeneracji (która wręcz się łuszczy w wyniku nadmiernego odwadniania) oraz łagodzenie nadreaktywności sprawiły, że z jego używanie czekałam właśnie za sezon grzewczy. Który jest totalnym złem.

Krem posiada bardzo przyjemną, lekką formułę. Nawet ja, totalna antyfanka lekkich kremów dogadałam się z nim bez większego problemu. Bo niby szybko się wchłaniał i nie pozostawiał wyczuwalnej warstwy jednak świetnie chronił skórę przed czynnikami atmosferycznymi zapewniając jej długotrwałe uczucie komfortu, nawilżenia i ukojenia. O które u mnie trudno.

Stosowałam go głównie na dzień  ze względu na szybkie wchłanianie się i świetną współpracę z makijażem, jednak zdarzało mi się po niego sięgać również wieczorem, szczególnie w czasie mojej kuracji olejowym serum z wit. C bo mimo, że był kolejną warstwą nie obciążał mi skóry.

Mam nieodparte wrażenie, że w komentarz podniesie się larum na temat jego składu. Tak, zawiera on parafinę. Moja skóra na kremy z parafiną generalnie reaguje paskudnie i od dłuższego czasu omijałam ten składnik w kremach właśnie więc i do tego podeszłam nie do końca ufnie. Niesłusznie. Nie zrobił mi on najmniejszej krzywdy - nie pojawił się wysyp, nie zapchały mi się pory. A za drastyczne pogorszenie stanu mojej skóry zimą odpowiadał niepozorny krem (bez parafiny) marki Biolaven. Więc no, natura czasem wychodzi bokiem ;)

Pomijając typowe walory pielęgnacyjne, przyjemną konsystencję i neutralny zapach, które mocno u mnie punktowały warto zwrócić też uwagę na wydajność tego produktu. Mimo, że pojemność jest niewielka tak ten krem używany przynajmniej raz dziennie był ze mną dobre trzy miesiące. Jest to podejrzanie dobrym wynikiem, bo kremu idą u mnie jak woda i zakładałam że taki maluch skończy się błyskawicznie.

Polecam. Szczególnie jeśli borykacie się z nadwrażliwością, odwanianiem czy łuszczeniem. Niestety nie jestem w stanie stwierdzić jak ten produkt sprawdzi się w przypadku skóry stricte naczyniowej bo takowej nie posiadam.



poniedziałek, 6 marca 2017

Miłe zaskoczenie | AA | hydro algi różowe | żel nawilżający do mycia twarzy

Dziś o kosmetyku, wobec którego nie pokładałam zbyt dużych nadziei. Gdy linia algowa AA pojawiła się na rynku dość mocno mnie zainteresowała, jednak produkty z którymi miałam do czynienia do tej pory nie zachwyciły. Krem z linii niebieskiej był przeciętny aż do bólu, jeden z toników podrażniał mnie tak, że po jednym użyciu poleciał w inne ręce, drugi za to wymęczyłam jednak zdecydowanie nie należał do grona moich faworytów. Ale jestem dzieckiem promocji. Więc i żel do mycia twarzy nabyłam (za oszałamiające 4,5 zł) oraz postanowiłam dać mu szansę. Co z tego wynikło?


Cena regularna oscyluje w granicach 10-15 zł.Opakowanie to klasyczna, estetyczna tuba, która zawiera w sobie 150 ml żelu. Jednak nie do końca jestem z niej zadowolona. Nie wiem czy to ja nie umiem w tuby czy otwór dozujący produkt jest zbyt szeroki jednak wiecznie wylewało mi się go zbyt dużo i podejrzewam, że 1/3 kosmetyku najnormalniej w świecie mi się zmarnowała. A marnotrawstwa nie lubię.

Żel miał bardzo przyjemną treściwą konsystencję. Może nie był szczególnie gęsty jednak też nie przelewał się przez palce. Ma delikatny różowy, perłowy odcień i przyjemny, niepodobny do niczego zapach. Na skórze się pieni, jednak piana nie jest nachalna i łatwo się zmywa. Na dodatek jest przyjemnie kremowa więc sam proces mycia twarzy jest najzwyczajniej w świecie przyjemny.

Właściwości oczyszczające należą do przeciętnych. Raczej nie porywałabym się do zmywania nim makijażu (ale ja generalnie tego nie robię) jednak do codziennego, wieczornego mycia skóry był zupełnie wystarczający. Pomagał pozbyć się resztek produktów do demakijażu pozostawiając po sobie uczucie czystej, odświeżonej i gładkiej skóry.

Jak na żel nawilżający przystało... nie nawilżał ;) Z drugiej strony w takie nazewnictwo traktuję z przymrużeniem oka. Kilka pierwszych użyć spowodowało u mnie delikatne uczucie ściągnięcia, jednak z każdym kolejnym dniem było tylko lepiej. Minęło ściągnięcie, nie pojawiło się przesuszenie. Jednocześnie żel był na tyle łagodny że nie podrażniał mi skóry.

Mimo, że spodziewałam się katastrofy, udało mi się za parę złotych kupić naprawdę przyzwoity produkt do mycia skóry. Ok. Szału nie ma, do grona ulubieńców też wrzucać go nie zamierzam jednak w najmniejszym stopniu nie czuję rozczarowania i kolejna tuba (tym razem w wersji z algą błękitną) w moich zapasach  pójdzie w ruch bez obaw, że będzie to to mała tragedia. Nie jest złe.



sobota, 4 marca 2017

PIELĘGNACJA CIAŁA #1 MARZEC 2017

Dziś o mojej obecnej pielęgnacji (i myciu ;)) skóry ciała. Moja skóra jest diabelnie sucha, szczególnie na dłoniach więc priorytetem jest dla mnie jej nawilżanie. Jeśli jesteście ciekawi co mnie zachwyciło (i nie) zapraszam :)


MYCIE CIAŁA:
Na chwilę obecną w mojej łazience goszczą trzy żele pod prysznic. Dove caring protection ma konsystencję balsamu do ciała, przepięknie pachnie i nie podrażnia ani nie wysusza mojej skóry. Jednak wydajnością nie grzeszy. Palmolive So Tempting rozkochał mnie w sobie upojnym zapachem maku jednak jakościowo jest dla mnie ciut zbyt agresywny a dodatkowo nie ma tak przyjemnej formuły jak ich żele z linii gourmet.  Złuszczający żel Iceveda ma boski zapach róży jednak zawarte w nim drobinki to raczej wizualny dodatek niż peeling. Wydaje się być zupełnie neutralny dla skóry.

Peeling to kolejne pudło Organic Shop. Wiem, że te peelingi cieszą się sympatią ja jednak zupełnie nie mogę się do nich przekonać. Są gęste, klejące, takie nieprzyjemnie lepkie. To zupełnie nie moja bajka i pewnie w przyszłości do nich nie wrócę.


HIGIENA:
Żel do higieny intymnej Venus ma przyjemny skład i jest ultrawydajny jednak jest tak łagodny jakbym się spodziewałam. Antyperspirant Dove Silk Dry kupiłam po moim zachwycie wersją Orginal i jak tą drugą zachwycona byłam tak ten chroni o wiele słabiej. Antyperspirant Fa dostałam w spadku bo sama bym go pewnie nie kupiła (ta marka zawiodła mnie milion razy) jednak okazał się być na prawdę dobrym kosmetykiem. Chroni, nie zostawia plam i pięknie pachnie.


PIELĘGNACJA CIAŁA:
Emulsja do ciała Neutrogena miała być petardą a jest strasznie przeciętna. Niby ładnie pachnie, niby trochę nawilża ale nie tego spodziewałam się po niemal kultowym kosmetyku. Powrotu zdecydowanie nie będzie. Wróciłabym chętnie do mleczka do ciała z migdałem Yves Rocher ale je wycofali. Balsam pod prysznic Lirene to u mnie nowość i mimo, że nie jestem do końca przekonana o takich smarowideł tak częsty brak czasu zmotywował mnie do jego otworzenia.


PIELĘGNACJA STÓP I DŁONI:
Peeling Ziaja został tu umieszczony nieprzypadkowo. Bo właśnie do stóp i dłoni go używam. Parafinowa warstwa jaką pozostawia na skórze jest wręcz zabójcza i nie potrafię znaleźć mu innego zastosowania.

Krem do stóp Lirene 30% jest najlepszym kremem do stóp na świecie i jeśli jeszcze go nie znacie to spróbujcie koniecznie.

Jeśli mowa o kremach do rąk mam ich trzy. Ochronny Dr.Konopka's oczarował mnie swoim zapachem jednak podobnie jak krem odżywczy z Barwy i olejkowe serum Lirene pod względem działania tyłka mi nie urywa i będę musiała poszukać czegoś ciekawsze w tejże kategorii.


Jestem ciekawa jaki jest Wasz ulubiony krem do rąk? :)

piątek, 3 marca 2017

PIELĘGNACJA WŁOSÓW #1 MARZEC 2017

Moje włosy to jedna wielka kupka nieszczęścia ;) Są cienkie i mocno zniszczone na końcach jednocześnie podatne na obciążanie. A moja skóra głowy (jak każdy inny kawałek mojej skóry) często szaleje.
Czego używam? Zapraszam na dalszą część :)


SKÓRA GŁOWY:
Kończę już świetny produkt Vianka czyli ich tonik-wcierkę. Włosy rosną mi po niej jak głupie i po krótkiej przerwie nie mieszkam kontynuować kuracji bo leci do mnie kolejna jej butla. Petarda *-*

SZAMPONY:
Głowę myję codziennie więc priorytetem dla mnie żeby szampony po jakie sięgam były łagodne, jednocześnie ze względu na moją skórę głowy zależy mi na jej dokładnym oczyszczeniu. Na chwilę obecną stosuję dwa szampony, które mają nadawać włosom objętości. W szamponie Iceveda zakochałam się od pierwszego użycia bo łączy w sobie wszystkie szukane przeze mnie cechy w tego typu produktach. Szampon White Agafia z rokitnikiem niestety trochę mnie drażni. Nie leży mi jego konsystencja, irytuje mnie uczucie sztywności włosów po umyciu - wiem, ze zapewnia to delikatny efekt ich odbicia od skóry głowy ale to jednak nie moja bajka. Chociaż  każdym użyciem patrzę na niego coraz łaskawszym okiem ;)


ODŻYWKA:
Przy okazji świetnej wyprzedaży w drogerii internetowej przygarnęłam wielką butlę odżywki Matrix Total Results Hight Amplify i... pluję sobie w brodę bo w jej cenie miałabym dwa słoje sprawdzonego Kallosa (a to i tak ułamek ceny regularnej...). Mam nieodparte wrażenie, że ta odżywka nie robi z moimi włosami absolutnie nic. Połowę wydałam, połowę męczę i nie mogę się doczekać jej końca.

MASKA:
Drożdżowa z Bani Agafii o której mogę powiedzieć tyle co o powyższej odżywce - porażka.

DO WŁOSÓW BLOND:
Szampon rewitalizujący Mila wcale nie służy mi do mycia włosów. Mieszam go za to pół na pół z pierwszą lepszą odżywką i nakładam na rozjaśnione końce na 10 minut w częstotliwości różnej. Zależnej od tego, jak szybko wychodzą na wierzch żółte tony. Serdecznie Wam o polecam bo w porównani do Joanny (także profesjonalnej) czy Delii ma w sobie ogrom pigmentu i efekt jest bardziej widoczny i trwały.


ODŻYWKI BEZ SPŁUKIWANIA:
Ku mej sporej radości spray Dr.Sante, który zupełnie nie przypadł mi go gustu dobija już dna. Z tego też względu pokusiłam się o otworzenie mgiełki do włosów farbowanych Iceveda. I przepadłam. O ile wersja nawilżająca została moim ulubieńcem ze względu na naprawdę dobre działanie tak w przypadku tego wariantu efekt jest jeszcze lepszy. No i ten zapach. Mieszanka maliny i jaśminu robi wrażenie.

NA KOŃCÓWKI:
Olejek z Elseve jest ze mną bardzo długo i zmęczyć go nie mogę. Nie jest jakiś wybitnie zły ale mojego serca nie zdobył. Niedawno w moje ręce wpadło za to serum wzmacniające Yves Rocher i o ile początkowo planowałam używać je po prostu zamiennie tak na chwilę obecną na dłoni je ze sobą mieszam i takie połączenie sprawdza mi się świetnie.


OLEJOWANIE:
Mój najnowszy dobytek czyli olejek relaksujący Bani Agafii zachwycił mnie i zapachem i działaniem. Aczkolwiek lojalnie uprzedzę, że to dopiero początki i mocno pierwsze wrażenie. Odżywczy olejek do włosów Vianka jest ze mną chwilę dłuższą i chyba skończy jako produkt do kąpieli/ciała bo nie widzę po nim większych efektów.

STYLIZACJA:
Puder Taft jako produkt na objętość sprawdzał się u mnie wyłącznie przy krótkich włosach. Jednak gdy odrosły też znalazłam dla niego zastosowanie - używam go z celu ujarzmienia wszędobylskich baby hair gdy marzy mi się ulizana fryzura. Lakier Taft Fullness niestety na mnie wrażenia nie zrobił bo jak na moje preferencje jest zbyt mokry i widoczny na włosach.

czwartek, 2 marca 2017

PIELĘGNACJA TWARZY #1 marzec 2017

Nie pamiętam kiedy ostatnio na blogu pojawiły się posty dotyczący mojej pielęgnacji. Wraz z nadejściem marca postanowiłam to nadrobić. Dziś o mojej ulubionej kategorii czyli pielęgnacji skóry twarzy. Na punkcie której mam konkretnego hopla.  W główniej mierze dlatego, że moja skóra jest diabelnie problematyczna. Niestety.

Niegdyś opisywałam moją skórę jako mieszaną, normalną w kierunku tłustej (szczególnie w strefie T), okresowo problematyczną. Na chwilę obecną nastąpił u mnie obrót o 180 stopni i zamiast walczyć z przetłuszczaniem męczę się z odwadnianiem i łuszczeniem. Problemy są na tyle intensywne, że konsultowałam sprawę z lekarzami. Raz zostało rzucona został mi diagnoza 'egzema', 'atopia', drugi 'skóra sucha' i... tyle się dowiedziałam. Żadnych konkretów,  żadnych szczegółów. I moja odwieczna niechęć do dermatologów pogłębiła się jeszcze bardziej. 

Moja skóra nie nigdy nie była skórą trądzikową aczkolwiek nadal borykam się z pojedynczymi niedoskonałościami (głównie przez stres, gdy porzucam rozsądne odżywianie lub nie przykładam dostatecznej uwagi do demakijażu) oraz toczę boję z moją ultrasuchą skórą pod oczami i pierwszymi (ok, kolejnymi) zmarszczkami. A także nadwrażliwością. Tyle słowem wstępu.


W całości (nie, nie stosuję wszystkiego na raz):

I w szczegółach:


DEMAKIJAŻ:
Jeśli mowa o codziennym oczyszczaniu twarzy coraz rzadziej sięgam po płyny micelarne, które niegdyś były moim numerem jeden w tej dziedzinie. Po części dlatego, że jestem leniwa i nie chce babrać mi się płatkami kosmetycznymi, po części nawet najbardziej miękkie waciki potrafią sprawić, że skóra po kilku przetarciach mnie szczypie. Z tego też względu jest ze mną nadal płyn micelarny Garnier, który jest mimo wszystko całkiem przyjemnym produtem. Jednak częściej sięgam po oleożel Clinic Way Dr Ireny Eris oraz pokusiłam się o otworzenie odżywczego mleczka do demakijażu Vianka, które niestety zrobiło na mnie mocno średnie wrażenie. Mimo całej mojej sympatii do mleczek (nakładam je dłońmi, spłukuję wodą).


OCZYSZCZANIE:
Kilkanaście tygodni temu postanowiłam myć skórę wody tylko raz dziennie i był to pomysł świetny. Obecnie do wieczornego oczyszczania używam nawilżający żel do mycia twarzy AA, w przypadku którego nie liczyłam na zbyt wiele (bo inne produkty z algowej linii tego producenta raczej mnie rozczarowały niż zachwyciły) jednak okazał się być produktem nad wyraz dobrym. Rano ograniczam się do przetarcia skóry naturalnym płynem micelarnym Sylveco.


TONIZOWANIE:
Kocham toniki. I nie wyobrażam sobie, by mogło ich w mojej pielęgnacji zabraknąć. Jako, że ze względu na nadwrażliwość tej jesieni/zimy odpuściłam sobie konkretne kwasy postanowiłam obecnie podziałać na skórę czymś delikatnym acz z tychże zawartością. Wybór padł na matujący tonik Tołpa Smart z kwasem salicylowym na końcu składu. Na cuda nie liczę jednak moja skóra skłonna do zanieczyszczania potrzebuje w tym zakresie nawet delikatnego kopa. Tonik nawilżający Natura Estonica Bio otworzył mi się przypadkiem więc skoro i tak leci mu termin ważności postanowiłam się wziąć za jego używanie a tonik hibiskusowy Sylveco uwielbiam więc kolejna butla poszła w ruch.

Jeśli chodzi o użytkowanie toników - rano zazwyczaj przy pomocy dłoni nakładam na przetartą micelem skórę parę kropel toniku Sylveco, wieczorem po umyciu przecieram twarz Tołpą przy pomocy wacika a później wklepuję Sylveco lub Naturę Estonicę. Nawet kilka razy by zapewnić skórze optymalny (no, satysfakcjonujący mnie) poziom nawilżenia.


NAWILŻANIE:
Tutaj nastąpiły u mnie spore zmiany. Po wykończeniu mojego zimowego kremu na dzień postanowiłam sięgnąć po coś co zaciekawiło mnie swoją konsystencją czyli krem-mus nawilżająco-matujący Lirene. Nie trafiłam jeszcze na wtopę jeśli mowa o kremach do twarzy tej firmy a i ten zapowiada się co najmniej ciekawie. Mimo swojej piankowej formuły jest przyjemnie treściwy i nawilżający. Jednak na noc potrzebuję kosmetyków zdecydowanie mocniejszego kalibru i tu nastąpił powrót do  Tołpa Futuris 30+ kremu przeciw pierwszym zmarszczkom. Podobnie jak w przypadku Lirene - Tołpa w dziedzinie kremów do twarzy mnie nie zawodzi. Ten oto miałam już jakiś czas temu i uważam, że to przyjemny, bogaty (ale nie tłusty!) krem idealny do odwodnionej skóry.

Jeśli mowa o okolicy oczu pokusiłam się otworzenie regenerującego kremu pod oczy Dr.Konopka's. To nasze pierwsze dni razem (:D) więc póki co w swoich osądach będę oszczędna ale po zbyt lekkim kremie Vianka jaki używałam wcześniej ten zachwycił mnie swoją konkretną, treściwą formułą. Na tyle treściwą, że pewnie wraz z nadejściem wiosny otworzę kolejny leżejszy krem do używania na dzień.


PIELĘGNACJA UST:
Peeling Bell okazał się być dla mnie strzałem w dziesiątkę, podobnie jak rokitnikowa pomadka Sylveco. Niestety i Alterra i Green Pharmacy mnie nie zachwyciły i podejrzewam, że prędzej czy później wylądują w koszu bo zdecydowanie nie dogadują się z moimi ustami.


PEELINGI:
Mój absolutny niezbędnik. Sięgam po nie przynajmniej dwa razy w tygodniu bo inaczej moja skóra wygląda jak idź i nie wracaj. Po dłuższej przerwie wróciłam do jednego z niewielu produktów marki Ziaja do których warto wracać czyli ich peelingu gommage. Jednocześnie kończę oczyszczający peeling z marki Dr.Konopka's, który uwielbiam za jego skuteczność oraz delikatność i jednocześnie testuję nowość - peeling wybielający tej samej marki, który zdobył moje serce od pierwszego użycia.


MASECZKI:
Najlepsza, sprawdzona maska dziegciowa Bani Agafii jest moim wybawieniem gdy pojawiają się u mnie problemy ze skórą. Na całą twarz stosuję ją obecnie sporadycznie jednak punktowo zawsze gdy coś niedobrego zaczyna się dziać z moja skórą. Maska chłodząca Dr'Konopka's to coś pomiędzy produktem matującym i oczyszczającym a nawilżającym. Jest świetna. I maska przeciwzmarszczkowa Clinic Way Dr Irena Eris, którą nakładam na skórę zamiast kremu na noc co kilka dni najpierw aplikując ja obficie po peelingu na 15 minut fundując sobie uczucie sporego nawilżenia.

Jestem ciekawa jak wygląda Wasza (nie)codzienna rutyna? 

środa, 1 marca 2017

NOWOŚCI I ZUŻYCIA #2 2017

Na minimalizuje.blogspot.com czeka na Was podsumowanie moich kosmetycznych poczynań z lutego :)