poniedziałek, 27 lutego 2017

ULUBIONE #2 2017

Zapraszam Was na podsumowanie najlepszych kosmetyków lutego (i nie tylko ;)).


Moja przygoda z firmą Iceveda rozpoczęła się niedawno jednak gdy trzeci produkt (z trzech, które do tej pory używałam) ląduje w ulubieńcach wiedzcie, że coś się dzieje. Szampon z jałowcem i olejem arganowym idealnie wpisuje się w moje potrzeby i wymagania wobec tego typu kosmetyków - jest łagodny ale jednocześnie dobrze oczyszcza. Na tyle dobrze, że w lutym przygarnęłam kolejne dwa warianty. Niebawem pojawi się jego recenzja.

Wobec firmy Yves Rocher miewam mieszane uczucia. Mają jednak trochę perełek i do nich zdecydowanie należy mleczko do ciała z migdałem. Niestety, jak zauważyłam, producent zdążył je wycofać a ja nie poczyniłam zapasów :(  Produkt ten jest lekki lecz treściwy. Wchłania się dosyć szybko pozostawiając na skórze delikatną kołderkę. Ma niesamowicie przyjemny, słodki zapach. I dobrze właściwości nawilżające. Chętnie bym do niego wróciła (bo i ta butla to mój powrót - używałam je już wcześniej) jednak producent zrobił mnie w balona.

Naturalne płyny micelarne nadal rządzą w mojej porannej pielęgnacji a ja dałam szansę kolejnemu z rodziny Sylveco. Jest skuteczny, łagodny, ma przyjemny zapach i lekką acz treściwszą niż woda formułę.

Kolejny produkt Dr.Konopka's. I kolejny ich peeling, tym razem wybielający.  Dziwny to kosmetyk , bo mimo totalnego braku drobinek producent zaleca wykonać nim 2-3 minutowy masaż i go zmyć. Ale działa, a to najważniejsze. Delikatnie rozjaśnia skórę i radzi sobie z suchymi skórkami. Dodam tylko, że w przypadku otwartych zmian na skórze potrafi zapiec więc raczej nie polecę go skórom trądzikowym.

Towarzysz moich zimowych poranków - krem Pharmaceris N z 1% wit.K. Szybko się wchłaniał, chronił skórę przed warunkami atmosferycznymi (no dobra, przy -10 sięgałam po coś treściwszego ale zima w tym roku raczej nas rozpieszczała), świetnie dogadywał się z moim makijażem i był bardzo łagodny. Plus za wygodne i higieniczne opakowanie. Więcej na jego temat wspomnę przy okazji recenzji.



Baza rozświetlająca Lirene Be Glam miała swoją premierę na blogu przy okazji podsumowania kosmetyków kolorowych tej marki. Wspominałam Wam wtedy, że mimo, iż mamy do czynienia z bazą rozświetlającą jest to też produkt o właściwościach matujących. Na dodatek faktycznie wydłuża żywotność makijażu na skórze co w lutym okazało się być u mnie priorytetem. Bo dni miałam podejrzanie długie a i podkład, który używam trwałością nie grzeszy.

O matowych pomadkach Provoke pisałam Wam już przy okazji pierwszego wrażenia. Jako, że to jedyne kolorowe produkty do ust jakie posiadam (taka ze mnie kosmetykoholiczka :D) gdy już miałam ochotę na kolor sięgałam właśnie po nie. A raczej po jeden konkretny odcień czyli #701. To piękny, ciepły, biszkoptowy nudziak, który sprawdza się w niemal każdym makijażu. Jest nienachalny jednak widoczny. Uwielbiam formułę tych pomadek (niczym mus), matowe wykończenie, brak wysuszania i przyzwoitą trwałość.

Szary, błyszczący cień do powiek. Wet n Wild w odcieni Unchained. Kupując go byłam niemal pewna, że będzie leżał i się kurzył bo tego typu odcienie wyglądają na moich oczach wybitnie źle. Jednak stwierdziłam, że ma w sobie 'to coś' i chętnie dam mu szansę. I szalenie się z nim polubiłam! Ok, nadal nie mogę sobie pozwolić by wysmarować nim całe oczy bo wyglądam jak topielec ale odrobina nałożona na środek powieki przy stonowanym, matowym makijażu oka robi robotę. Cień jest średnio napigmentowany, lekko zbity jednak dobrze się nim 'pracuje'. Drobinki się nie osypują i są bardzo subtelne. A na dodatek cień przy okazji wielu promocji można dobrać za piątkę.

piątek, 24 lutego 2017

Tanie i (w miarę) dobre | FUSS WOHL | Krem do stóp z łoju jelenia

   Jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Teoretycznie. Teoretycznie też rynek kosmetyczny stawia nas w sytuacji, gdy do każdego kawałka naszego ciała mamy odrębny kosmetyk. Balsam do ciała, krem do rąk, krem do stóp... O ile w przypadku mniej wymagającej skóry nie widzę sensu się rozdrabniać w kolejne produkty tak te wymagające potrafią budować na toaletkach cały arsenał kosmetyków. Dziś o kremie do stóp. Dobrym, chociaż nie wybitnym. Jednak jednocześnie o produkcie do którego wracam co jakiś czas od kliku ładnych lat bo 'ma w sobie to coś'. Groźnie brzmiący łój z jelenia ;)


   Krem zapakowany jest w standardową tubę o pojemności 75 ml. Kosztuje 6 zł w cenie regularnej jednak spokojnie można go dorwać za mniej niż piątkę w promocji, a tych w Rossmannie, jak wiadomo, od groma.

   Konsystencja tego produktu jest bardzo przyjemna. Jest treściwy, jednak niezbyt ciężki. Dobrze się wchłania pozostawiając na stopach delikatną, niemal pudrową warstewkę. Gdy kupiłam go po raz pierwszy (z 5 lat temu :P) nie do końca wiedziałam czego się spodziewać pod względem zapachu. A ten jest specyficzny. Kojarzy mi się z produktami leczniczymi - niby nie należy do najpiękniejszych z drugiej strony zakładałam, że będzie zdecydowanie gorszy. 

   Właściwości pielęgnacyjne są dobre. W miarę. Krem odczuwalnie nawilża skórę, zmiękcza ją i wygładza. Daleko mu jednak do spektakularności i jeśli macie stopy w na prawdę słabej formie raczej nie będzie to lekarstwo na wszelkie zło (tutaj polecić Wam mogę krem Lirene 30% urea). Jednak w porównaniu do chociażby kremów do rąk czy balsamów (i sterty innych kremów do stóp) efekty pielęgnacyjne są wyraźnie lepiej odczuwalne na mojej suchej skórze z tendencją do zgrubień. 

   Ten krem to świetna codzienna opcja dla skóry która wymaga nawilżenia. Jest tani, wydajny, ogólnodostępny. I działa. I mimo, że nie poradzi sobie ze zgrubieniami tak skutecznie (systematycznie stosowany) im zapobiega. To dobry produkt dla podtrzymania działania skarpetek złuszczających jednak nie na tyle dobry by je zastąpić. Ja śmiało mogę Wam go polecić i sama chętnie do niego w przyszłości wrócę. 



niedziela, 19 lutego 2017

Ładny zapach to nie wszystko | DR. SANTE Macadamia HAIR | Ochrona i odbudowa | Spray do włosów

   Mam słabość do produktów Elfa Pharm. Jak każdej firmie zdarzają im się produkty słabsze, jednak sporo ich kosmetyków przypadło mi do gustu. Z tego też względu gdy tylko wypatrzyłam markę Dr. Sante wiedziałam, że prędzej czy później któryś z ich produktów trafi w moje ręce. A jako, że czekać nie lubię kupiłam ich spray niemal bezzwłocznie.


Przy okazji wpisu na temat nawilżającego sprayu marki Iceveda wspominałam Wam o stanie moich włosów oraz moich preferencjach dotyczących kosmetyków tego typu. Oba te produkty używałam równolegle. No nie do końca, odkąd zaczęłam stosować Icevede spray z dzisiejszej recenzji rzuciłam w kąt i sięgam po niego sporadycznie. Jak się domyślacie, zdecydowanie wolę estońskie psikadło niż to cudo.

Kosmetyk o którym dziś mowa kosztuje w okolicach 10 zł za 150 ml. Posiada przyjemne dla oczu opakowanie i niesamowicie przyjazny atomizer. Nie dość, że jest mega wygodny w stosowaniu to na dodatek dozuje idealną, obfitą mgiełkę. Jeśli drażni Was stosowanie kilkunastu psiknięć w przypadku tego typu kosmetyków to się nie zawiedziecie. Butla przypadła mi do gustu na tyle, że zostanie ze mną na dłużej.

Jeśli mowa o formule tej mgiełki daleka jestem od zachwytu. Niby mamy do czynienia ze stosunkowo lekkim produktem tak mam wrażenie, że mimo wszystko ten płyn jest jakiś taki zbyt konkretny i lepki. Po spsikaniu nim mokrych włosów pozostawia delikatne bo delikatne ale wyczuwalne uczucie oblepienia. Nie przekłada się to na obciążanie włosów czy ich przetłuszczanie (chociaż jeśli mowa o moich suchych końcach to raczej awykonalne) jednak mi osobiście przeszkadza.

Działanie też mnie nie zachwyca. Po jego zastosowaniu włosy nie są bardziej miękkie. Ba, są nieprzyjemnie usztywnione. Wydają się być takie szorstkie, plastyczne, trochę jak po użyciu produktu teksturyzującego. Za którymi nie przepadam. Nie zaobserwowałam też właściwości ochronnych czy nawilżających. Tak zasadniczo to nie zauważyłam żadnego działania pielęgnacyjnego. Na dodatek ubywa to to z butli w tempie podejrzanie szybkim.

No nie wiem. Tzn. wiem. Szału nie ma. Odrobinę w moich oczach ratuje go piękny, słodki, intensywny zapach i butla ale wnętrze... nie zachwyca. Niby krzywdy nie robi, niby nawet od czasu do czasu po niego sięgam (początkowo używałam go codziennie) jednak jak się skończy nie będę płakać. A raczej odetchnę z ulgą i z przyjemnością o nim zapomnę ;)



czwartek, 16 lutego 2017

Naucz się czytać | GLISS KUR | Liquid Silk | maseczka intensywny połysk

Gdybym musiała (albo za karę albo na chwilę ;)) wrócić do szamponów typowo drogeryjnych zdecydowanie sięgnęłabym po markę Gliss Kur. Jakiś czas temu nota bene kupiłam sztuk kilka i mimo, że koniec końców nie zostawiłam ich sobie, tak zdarzało mi się ich użyć i uważam je za całkiem przyzwoite. Jednak typowa pielęgnacja typu odżywki czy maski z tej firmy nie przekonują mnie do siebie zupełnie.
I gdyby nie super-hiper-ekstra promocja w Biedronce gdzie nabyłam to to za 4 zł pewnie nadal trzymałabym się od nich z daleka.


Cena regularna oscyluje w granicach 15 zł za 200 ml. Opakowanie może i zachwycające nie jest jednak wizualnie jest spójne z pozostałymi produktami z linii Liquid Silk. Wszystkie te produkty (używałam je lata temu) mają też identyczny, intensywny perfumowany zapach. Mi dość mocno kojarzący się wodą perfumowaną Evidence z Yves Rocher aczkolwiek to wrażenie czysto subiektywne.


Konsystencja tej maski jest niesamowicie przyjemna. Nie jest szczególnie gęsta (ale nie jest też zbyt rzadka) jednak jest treściwa i przyjemnie jedwabista. Dobrze aplikuje się ją na włosy i dobrze się włosów trzyma. Łatwo też ją spłukać i nie zajmuje to zbyt wiele czasu.

Czytacie etykiety kosmetyków? Ja nie bardzo. Przywykłam do czczych obietnic producentów, które nie mają pokrycia w stanie rzeczywistym i najczęściej o takowych dowiaduję się pisząc post. Żeby się do nich odnieść :P Po części jest to dobre bo raczej nie sugeruję się tym co jest na etykiecie i nie funduję sobie efektu placebo. Przed zakupem kosmetyków wystarczy mi do szczęście pobieżne rzucenie okiem na skład. Jednak po raz kolejny złapałam się na tym, że ominęłam jakże ważny element producenckiej paplaniny - sposób użycia :D

Pierwsze wrażenie? Jak na maskę przystało nałożyłam to to na włosy na dobrych 15 minut w czasie wieczornej kąpieli. Zmyłam. I wstałam rano z tak obrzydliwie obciążonymi włosami, że zastanawiałam się czy zdążę je umyć między jednym a drugim łykiem kawy. Nie zdążyłam. Sięgnęłam po sprawdzone rozwiązanie - puder i lakier Taft, tworząc na głowie dziwny twór, który dawał efekt przestylizowanych włosów. Lepsze to niż trzy smętne kłaki na krzyż. I tu coś mnie tknęło i po powrocie postanowiłam się zapoznać z etykietą. Bingo. Producent zaleca nakładać na włosy na jedną minutę.

Wierzcie mi lub nie, różnica jest kolosalna. Maska nałożona na moment działa u mnie świetnie. Wyraźnie wygładza, nawilża i odżywia włosy. Po jej użyciu rozczesują się jak marzenie. I cały bity dzień pięknie pachną. Stosuję ją średnio dwa razy w tygodniu (stosowana częściej jednak potrafi delikatnie obciążyć) i w najmniejszym stopniu na nią nie narzekam. Ba, nawet trochę mi szkoda, że już się kończy. Jednak o ile nie będę na nią polować w cenie regularnej tak jak wpadnie mi w oczy w równie okazyjnej cenie sięgnę po nią bez większego wahania. Ot, a to niespodzianka ;)



poniedziałek, 13 lutego 2017

Nieporozumienie | BANIA AGAFII | Drożdżowa maska do włosów na pobudzenie wzrostu

Dziś o produkcie, który atakował mnie zewsząd od dłuższego czasu. Który, urósł do rangi hitu blogosfery. A którego fenomenu absolutnie zrozumieć nie potrafię...


Zaczniemy od teorii. Tani to produkt jak barszcz. Bez większych problemów można go dorwać ze mniej niż 10 zł w sklepach z produktami rosyjskimi. Pudło mieści w sobie 300 ml kosmetyku. Pudło. No właśnie. Czepianie się zacznę już tutaj. Maska ta ma ultra lekką, lejącą się formułę. Nie rozumiem o czym więc myślał producent pakując ją do słoja. Dla mnie jedyną słuszną formą opakowania była by tuba z pompką. Albo bez pompki od biedy.  Ale tuba. Z otwarciem 'od góry' żeby nie wylewał się z niej produkt. Bo taplanie się paluchami w płynnej masce irytuje mnie strasznie.

Drugą kwestią jest zapach. Ok, sugerowałam się opiniami, że owe cudo pachnie ciasteczkami. Nie pachnie. Dla mnie to coś pomiędzy ulepkowatym ciastem typu biszkopt plus wstrętny zapach masła shea. Trzymanie tego produktów na włosach jest dla mnie katorgą. Bo o ile wszelkie drażniące mnie nuty zapachowe potrafię ignorować tak tutaj zapach jest tak intensywny i przytłaczający, że się nie da.


Jako, że mamy tu do czynienia z kosmetykiem, który działać ma pobudzająco jeśli mowa o wzroście włosa oczywistą oczywistością jest dla mnie aplikowanie go na skórę głowy. Robiłam do tego podejść kilka i za każdym razem po umyciu włosów miałam wrażenie nadbudowania skóry. I nie była to kwestia jej niedokładnego umycia bo produkt spłukiwałam do czysta myjąc głowę szamponem. Ot, kolejnego dnia po przejechaniu po skórze palcami miałam wrażenie 'że coś tam się dzieje'. A jako, że skórę głowy mam kapryśną nie za bardzo widzi mi się fundować jej takie atrakcje. Aczkolwiek, jako produkt używany sporadycznie w celu nawilżenia przy wysuszających szamponach dawał radę. Z drugiej strony akurat tutaj dało by radę cokolwiek...

Jeśli mowa o jej działaniu na moje włosy jest gorzej niż źle. Pomijając fakt, że nakładanie tak rzadkiego produktu nie należy do najprzyjemniejszych tak efekt pielęgnacyjny był niestety żaden. Nie oczekiwałam cudów ale większość odżywek, nawet tych najtańszych, daje jednak u mnie efekt delikatnego nawilżenia czy wygładzenia. Po użyciu tej nie dość, że rozczesanie włosów było karkołomne to jeszcze efekt finalny (po wyschnięciu) był opłakany - moje siano było jeszcze większym sianem, włosy były sztywne i spuszone na tyle, że trudno było mi je ogarnąć przy pomocy pozostałych produktów do pielęgnacji jakie stosuję. A jakie przy stosowaniu innych odżywek sprawdzają mi się naprawdę dobrze.

Pewnie zużyłabym ją do golenia nóg (:P) jednak jej formuła skutecznie mnie do tego zniechęca. Koniec końców używam ją obficie do emulgowania oleju przy olejowaniu. Na siłę. Bo moje szampony i bez tego cuda z domyciem włosów sobie radzą. Nigdy więcej...


niedziela, 12 lutego 2017

A niby kawę lubię... | ALTERRA | biotyna i kofeina | szampon do włosów osłabionych i przerzedzających się

Do produktów do włosów z Alterry zraziłam się dawno temu. Pokuszona świetnymi opiniami w sieci skusiłam się na ich maskę z granatem i zapałałam do niej tak szczerą nienawiścią (podobnie zresztą jak do równie polecanej odżywki Ultra Doux z karite), że nie planowałam do tej marki, w aspekcie produktów do włosów, wracać. Aż dnia pewnego Rossmann zaproponował promocję dwa w cenie jednego i stwierdziłam, że w sumie to raz kozie śmierć.  

Weszłam w posiadanie dwóch szamponów. Pierwszy, z migdałem i papają, szybko został moim ulubieńcem. Nie doczekał się odrębnej recenzji jednak nic straconego - na pewno będę chciała do niego w przyszłości wrócić więc dam Wam znać co i jak przy okazji. Wersja kofeinowa niestety mnie nie zachwyciła i jako, że powrotu nie planuję, czas najwyższy na parę słów na jej temat.


Nie mogę przyczepić się do opakowania. Jest estetyczne, plastik jest dosyć solidny jednak nie na tyle, by sprawiał problemy z wydobyciem produktu. Zakrętka też otwiera się bez większego problemu, a otwór dozujący produkt ma wielkość w sam raz. Szampony Alterry posiadają jednak zaledwie 200 ml pojemności (dla osoby, która myje głowę codziennie to mało) kosztując w cenie regularnej 10 zł.

Konsystencja też jest całkiem, całkiem. Szampon nie jest ani za rzadki, ani zbyt gęsty. Jednak tu pojawia się pierwszy zgrzyt. Bo formuła tego szamponu zupełnie nie dogaduje się z moimi włosami. W teorii ten produkt jest dosyć lekki, śliski i lekko się pieni jednak gdy zabieram się za mycie mam wrażenie, że piana zostaje wyłącznie na włosach. Może zabrzmi to dziwnie, jednak dotarcie tym produktem do skóry głowy wymaga zachodu i jest niesamowicie upierdliwe. Za każdym jednym razem gdy po niego sięgam mam wrażenie, że po kontakcie z włosami robi się tępy i odmawia dalszej współpracy jeśli mowa o dalszym go rozprowadzania. Próbowałam w kubku rozrzedzać go wodą - nic. Koniec końców używam go przynajmniej dwa razy tyle ile używam standardowo produktu myjącego manewrując między włosami i wkurzając się na jego formułę przy każdorazowym użyciu.

Jeśli mowa o właściwościach myjących nie jest źle. Ba, jest nawet zbyt dobrze jak na moje potrzeby. Lubuję się w łagodnych, delikatnych szamponach i tutaj Alterra niestety się nie popisała. Ok, nie jest to szampon kalibru pigwy z Eo Labolatorie jednak nie wpisuje się on w moje osobiste preferencje. Bo o ile dla włosów jest całkiem łaskawy tak skóra głowy po paru użyciach zaczyna mi się jednak przesuszać.

Nie odniosę się do 'cudownych' właściwości pielęgnujących obiecanych przez producenta. Zbyt wiele dzieje się ostatnio na mojej skórze głowy by jakikolwiek efekt miał mi zapewnić szampon, który ma kontakt ze skórą minutę. Aczkolwiek oprócz delikatnej suchości (i to tylko w przypadku skóry głowy) nic więcej niefajnego w tym aspekcie nie zaobserwowałam. Włosy po umyciu są czyste (radzi sobie z olejami), świeże, pachnące (guaraną jak podejrzewam), lekko odbite od nasady (z naciskiem na słowo lekko). Na dodatek nie mam większych problemów z ich rozczesaniem.

Przyznam szczerze, że jestem trochę zawiedziona. Komfortem użytkowania, bardzo słabą wydajnością. I jego dość silnym działaniem myjącym. Na tle swojego poprzednika wypada po prostu blado i w najmniejszym stopniu nie zachęca mnie do powrotu.



sobota, 11 lutego 2017

Rosną w siłę | VIANEK | Normalizujący tonik-wcierka do skóry głowy

Joybox często czyta mi w myślach. Tak było, gdy w jednym z ich pudełek pojawiły się dwa produkty marki Vianek. Pierwszym z nich był olejek do włosów z serii odżywczej (którą kocham ze względu na zapach), drugim tytułowy tonik-wcierka. Na który miałam chęć już od jakiegoś czasu. Mam. Używam. A raczej niemal go kończę. I mam na jego temat bardzo pozytywne zdanie.


Zacznę od opakowania. Za opakowaniami Vianka (kto śledzi bloga ten wie) przepadam. Uwielbiam ich szatę graficzną i za każdym razem ją chwalę. Tonik-wcierka zapakowany jest w pękatą butlę z atomizerem, mieści w sobie 150 ml produktu i kosztuje w okolicach 18 zł.

Wspomnę jednak, że mimo początkowej sympatii do wygodnego sprayu szybko przelałam zawartość do innej butelki. Z bardzo prozaicznej przyczyny. Mgiełka Vianka to faktycznie mgiełka, niezwykle lekka, lecąca wszędzie tylko... nie na skórę głowy. Tego typu atomizer świetnie nadał by się do toniku do twarzy czy odżywki do włosów jednak mnie, patrząc na zastosowanie tego kosmetyku, niestety zawiódł.


Płyn posiada niezwykle okropną dla oczu burą barwę przypominającą brudną wodę. I wcale nie dziwię się producentowi, że ukrył go w nieprzeźroczystym opakowaniu. Ale wiecie, to tylko szczegół ;) Podobnie jak jego zapach. Jak coś ma działać może i dla mnie śmierdzieć zielskiem o ile zapach będzie ulotny i tak też jest w tym przypadku.

piątek, 10 lutego 2017

Bez! | NATURA ESTONICA BIO | ginsing&acai | tonik odmładzający

Dziś zapraszam Was na recenzję taniego , przyzwoitego toniku produkcji zagranicznej:)


Z kwestii teoretycznych. Tonik należy do grupy najtańszych z możliwych - w sklepach internetowych dorwiecie go bez większego problemu w okolicach 6-8 zł za 200 ml. Taniej to już się chyba nie da :D Producent zaoferował nam trzy warianty: odmładzający (o którym dziś), matujący i nawilżający (o których za jakiś czas bo oba mam w zapasie). Skład wygląda całkiem sympatycznie: jest i gliceryna i pantenol a potem sterta ekstraktów plus proteiny ryżu i kwas hialuronowy. Butla wizualnie jest całkiem ok, dla mnie na jak zawsze plusem jest otwarcie na klik.

Tonik posiada standardową formułę dla tego typu kosmetyków. Ot, woda. Kolorowa. Różowa akurat. O niesamowicie przyjemnym aromacie. Mój nos wyczuwa w nim dużo bzu i inny kwieć. Zasadniczo, zapach jest przyjemny, dość intensywny ale nie drażniący.

Dedykowany jest on skórze suchej, wrażliwej i dojrzałej. Moja jeszcze do dojrzałych nie należy, problem suchości pojawił mi się niedawno ale a z nadwrażliwością walczę już od jakiegoś czasu. Obietnice producenta to głównie odświeżenie, łagodzenie, poprawa kolorytu i zmiękczanie skóry. No i z szanownym producentem dyskutować za bardzo nie będę. Tonik sprawdził się u mnie całkiem przyzwoicie.

Jeśli mowa o właściwościach łagodzących - o ile moja skóra jest we względnie fajnej formie świetnie z nią współpracuje. W momencie gdy pojawia się silna nadwrażliwość nadal jest dla mojej skóry neutralny jednak daleko mu do właściwości kojących. Z jeden strony niby powinien z drugiej... moja twarz naprawdę potrafi kaprysić i  jakoś nie mam sumienia go z tego powodu krytykować. Jeśli mowa o właściwościach tonizujących, odświeżających, nawilżających przyczepić się do niego nie mogę, bo naprawdę robi swoją robotę. Nie oceniam właściwości odmładzających i poprawy kolorytu. To tylko tonik. Nie wymagam cudów. Których nie jestem w stanie w żaden sposób zweryfikować.

Dziwną sprawą jest dla mnie to, że niekiedy (sporadycznie) w czasie aplikacji powodował u mnie bardzo (bardzo, bardzo) delikatne uczcie mrowienia. Ani to to nie podrażniało, ani nie sprawiało dyskomfortu, nie powodowało zaczerwienienia skóry czy innych niespodzianek. Mam wrażenie, że odpowiada za to któryś w ekstraktów w nim zawartych bo przy kilku pierwszych aplikacjach coś poczułam, później dopiero gdy robiłam sobie od niego kilkudniowe przerwy. Sprawa dziwna. Ale dla mnie do zaakceptowania bo trwało to to parę sekund i koniec końców krzywdy nie robiło.

Podsumowując to całkiem udany produkt. Może i nie wybitny, może i nie do kupienia na już ale w przypadku kryzysu finansowego będę go mieć na względzie ;)



czwartek, 9 lutego 2017

ULUBIONE #1 2017

Noworoczne postanowienia to temat trudny. Bo komu udaje się je realizować? :D Nie omieszkałam jednak chłodnym okiem spojrzeć na całkiem przyjemny aspekt mojego życia czyli... blogowanie. Realizowanie moich założeń idzie mi podejrzanie łatwo... posty pojawiają się systematycznie, odświeżyłam wygląd bloga (nie obyło się bez wielkiej wtopy ale na szczęście udało mi się ogarnąć temat gdy już załamałam ręce), powstało MINIMALIZUJE (powstanie było proste, realizacja niestety boooli :<) ale nie udało mi się do tej pory spłodzić posta na temat ulubieńców. Bo z takimi chciałabym przychodzić do Was co miesiąc. A więc z lekkim opóźnieniem... ale jest. Zapraszam na podsumowanie fajnych rzeczy ze stycznia :)


Na początek szalenie udany duet Dr.Konopka's. W recenzji opisałam je szczegółowo jednak nie mogłam oprzeć się pokazaniu tych produktów raz jeszcze. Bo zdecydowanie należą do produktów wartych uwagi. Oba nawilżą do gatunku kosmetyków bardzo delikatnych (w sam raz dla mojej kapryśnej skóry) jednocześnie robią swoją robotę szybko i skutecznie. Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem, że za złotych kilkanaście można kupić wegańskie kosmetyki o przyjaznych składach. Wspomnieć muszę, że na chwilę obecną w ruch poszedł kolejny peeling tej firmy i... jak tak dalej pójdzie pojawi się w kolejnych ulubieńcach. Jest moc.

Jeśli mowa o produktach do włosów tutaj też nie zabrakło hitów. Do największych zdecydowanie należy wcierka z Vianka, która jeszcze nie doczekała się recenzji ale nadrobię to na dniach. Odkąd zaczęłam ją stosować moje włosy rosną jak na drożdżach! Co niezmiernie mnie cieszy bo muszę się w końcu pozbyć suchych końców a nie chcę wracać do krótkiej fryzury. Nie mogę nie wspomnieć o nawilżającej emulsji Iceveda - produkcie lekkim, o niesamowicie przyjemnym różanym zapachu, który pomagał mi trzymać włosy w ryzach. Produkt, nie zapach ;) Lubimy się bardzo - wspominałam już o nim w recenzji.

Na koniec coś do ciała. Peeling Iceveda. O niesamowicie intensywnej sile zdzierania, szalenie przyjemnej gęstej i ciągnącej formule i cudownym, niespotykanym niemal męskim zapachu. Używam go z przyjemnością i na pewno zagości u mnie nie raz. Recenzja pojawiła się na blogu.




Przez długi okres czasu moimi ulubionymi lakierami do paznokci były te z Yves Rocher. Lubię je nadal (nawet bardzo) jednak odkąd przestałam zaopatrywać się w ich produkty hurtowo jakoś mi z nimi nie po drodze. Przed świętami skusiłam się na dwa lakiery Wet n Wild. I przepadłam. Szczególnie dla odcienia Left Marooned. To piękne, głębokie bordo, którego intensywny odcień nie wpada ani w czerwień ani w czerń. Ot, kolor idealny. Na tyle, że odkąd go kupiłam na moich paznokciach gości (niemal) na okrągło. Lakier ma kremowe wykończenie, kryje po jednej warstwie (lub dwóch, zależy jak wprawioną macie rękę) i ma świetnie przycięty pędzelek. Uwielbiam.

Podobnymi uczuciami darzę wosk do brwi w kredce Bell. Jako, że coraz więcej włosów w naturalnym (mysim) odcieniu na mojej głowie szukałam czegoś ciut ciemniejszego i chłodniejszego od mojej kredki Catrice. Wybór padł właśnie na Bell w odcieniu 'blondynka'. Strzał w dziesiątkę. Pomijając piękny, idealnie odpowiadający mi kolor ten produkt jest bardzo trwały, miękki, świetnie napigmentowany jednak nie na tyle bym miała robić nim sobie krzywdę. Ta firma coraz częściej mnie zaskakuje i niebawem pół mojej kosmetyczki to będą ich produkty :P

Zapach stycznia. I grudnia. I w ogóle zapach który miażdży. Moment de Bonheur Yves Rocher.  Jak recenzji zapachów na blogu tyle co kot napłakał (bo wychodzę z założenia, że ich odbiór to kwestia indywidualna) tak chyba pokuszę się o jej napisanie. Ogród pełen pączków róż. To jest to.


poniedziałek, 6 lutego 2017

Arktyczna róża? | ICEVEDA | nawilżająca emulsja ziołowa do włosów suchych

Odkąd odkryłam, że wieloetapowe nawilżanie, dociążanie i odżywanie moich włosów daje mi możliwość zapewnienia im dobrego wyglądu (mimo ich mankamentów) przestałam szukać produktów idealnych. Sięgam po kosmetyki, które solo mogłyby zupełnie się u mnie nie sprawdzić (jak ten oto właśnie) jednak dorzucone do pozostałych potrafią zdobyć moje serce szybko i skutecznie.

Marka Iceveda interesowała mnie już od jakiegoś czasu i gdy w końcu skusiłam się na ich kosmetyki (stosuję obecnie trzy) okazało się, że miałam nosa. Bo do żadnego nie jestem w stanie się przyczepić. Ba, zdobyły moją sympatię tak szybko i skutecznie, że podejrzewam że zbyt długo nie oprę się kolejnym.


Jestem posiadaczką włosów cienkich, dosyć rzadkich, zniszczonych na końcach (no, na połowie długości) za względu na ich rozjaśnianie. Włosy naturalne mam miękkie i lejące, te pamiętające zderzenie z koloryzacją są sztywne i sianowate. I tutaj trudno mi znaleźć równowagę pomiędzy ich nawilżeniem, odżywieniem i dociążeniem a brakiem obciążenia. Z tego też względu lubię produkty lekkie. W dużych ilościach :D

Mgiełka Iceveda dedykowana jest nie tylko włosom a również skórze głowy. Nie do końca byłam do tego przekonana ze względu na silikon na przedzie i moją skórę, która lubi kaprysić. Aczkolwiek, o dziwo, nic niefajnego po tym produkcie mi się na głowie nie działo. Bo, mam wrażenie, że skóra była przyjemnie nawilżona ale... stosowałam tę mgiełkę na skalp może tydzień w przerwie mojej kuracji wcierką Vianka (o której niebawem) więc nie traktujcie tego jako wiążącej opinii.

Stosuję ją jednak na włosy często i systematycznie. I tutaj efekty są dla mnie w pełni satysfakcjonujące. Używam ją na całą długość włosa. Działanie na włosach zdrowych jest świetne - mgiełka przepięknie je nawilża i zmiękcza, sprawia że są bardzo gładkie jednocześnie nie obciąża ich i nie sprawia, że włosy smętnie leżą na głowie. Z czym mam spory problem. Na włosach zniszczonych efekt nie jest aż tak spektakularny jednak nie jest też zły. Delikatnie nawilża, zmiękcza i ułatwia ich rozczesywanie. W najmniejszym stopniu włosów nie obciąża.

Jednak rzeczą, którą w niej lubię najbardziej jest jej zapach. O borze zielony, jak to pachnie! Niesamowicie. Ale zaznaczam, że będzie to produkt wyłącznie dla osób, które lubią babciny zapach różanych płatków. Bo właśnie ten aromat wybija się na pierwsze tło. Dodatkowo utrzymuje się on na włosach, może nie do kolejnego mycia, ale faktycznie przez jakiś czas lubię wsadzić nos we włosy (albo na odwrót), żeby ten zapach poczuć. Mam w zapas żel pod prysznic i peeling z tej serii i jeśli będą pachnieć identycznie będę bardzo szczęśliwym człowiekiem (;)).

Z kwestii teoretycznych. W składzie znajdziemy parę fajnych ekstraktów, pomijając ten nieszczęsny silikon na przodzie (mi nie wadzi). Butla to typowy plastik jakości średniej (błyskawicznie popękała mi zakrętka) o całkiem przyjemnej szacie graficznej. Forma aplikacji to wygodny i zupełnie bezawaryjny (przynajmniej do tej pory) spray. Produkt kupicie w sklepach typu 'z kosmetykami rosyjskimi/estońskimi) w cenie 10-15 zł za 125 ml. O dziwo mimo, że używam go hojnie wcale nie użył się tak błyskawicznie jak zakładałam. Podsumowując. Mogę go Wam polecić. Sama mam inny wariant tego kosmetyku w zapasach i chyba kupię kolejne dwa dostępne w ofercie producenta. Cóż, kosmetykoholiczka ;))



Jeśli jesteście zainteresowani tą marką zapraszam również na recenzję intensywnego i aromatycznego peelingu wygładzającego z cedrem i sandałem (:D).

niedziela, 5 lutego 2017

Lepię się | ZIAJA | peeling cukrowy do ciała | świąteczne aromaty karmelizowany migdał

Gdy w łazience trafiam wzrokiem na ten szkaradny, plastikowy słoik zastanawiam się o czym myślałam kupując to to cudo. Nie będę oszukiwać - skusił mnie zapach. I nadzieja, że może odkryję kolejny produkt marki Ziaja, do którego akurat nie będę mogła się przyczepić. Ale czepiać się będę bo jest słabo. BARDZO słabo.


Szata graficzna tego produktu jest całkiem przyjemna jednak sam toporny, plastikowy słoik zdecydowanie psuje jego odbiór. Cena za 200 ml peelingu oscyluje w granicach 10-15 zł. I mimo, że miała być to edycja świąteczna chyba nie cieszyła się zbytnią popularnością bo widuję całą tę serię na sklepowych półkach po dziś dzień.


Jeśli mowa o konsystencji teoretycznie nie jest źle. Peeling był bardzo gęsty i zbity. Był. Po użyciu i wsadzeniu w niego wilgotnych dłoni rozrzedził się, wierzchnia warstwa stała się wręcz półpłynna i bardzo miękka. W tejże bazie mamy zatopione drobiny cukru wielkości standardowej, no może ciut drobniejszej niż ten znany z cukiernicy.

Właściwości zdzierające słodkich kryształków należą do przyjemnych i ja osobiście fanką peelingów cukrowych jestem. Tutaj mimo olejowej bazy drobiny mają szansę się wykazać i po bardziej intensywnym (i pod względem długości i siły nacisku) masażu możemy zafundować sobie naprawdę porządne złuszczenie naskórka. Dla mnie na plus.

Minus? Kupiłam ten produkt po zapoznaniu się ze składem. Wychodząc z założenia, że może nie będzie aż tak źle. Jest źle. Nawet jeszcze gorzej. Uprzedzam, że nie mam nic przeciwko warstwie na skórze jaką zostawiają po sobie peelingi. Ba, ja nawet nie brzydzę się parafiną i jeśli jestem w stanie zmyć jej nadmiar ze skóry też nie rozpaczam. Ale to co funduje ten produkt to zbyt wiele nawet jak dla mnie. Do całego ciała użyłam go dokładnie raz i więcej tego błędu popełniać nie zamierzam. Chyba żaden peeling wcześniej nie zafundował mi tak okrutnej warstwy na skórze... Swoje wrażenia mogę opisać tylko w jeden sposób - wysmarowanie się kostką smalcu. Żeby to jeszcze dało się jakoś zmyć. Nie da się. Myłam się trzy razy z czego raz olejkiem myjącym a i tak spać poszłam klejąc się do piżamy.

Zapach. Lata temu Isana miała w swojej ofercie żel pod prysznic o zapachu bodajże karmelizowanego migdała. Zapach był nie-sa-mo-wi-ty i do tej pory nie mogę przeboleć, że takie cuda to tylko w edycjach limitowanych potrafią wypuszczać. Zapach zapadł mi w pamięć na tyle, że cały czas szukam dla siebie jakiegoś zamiennika. Ziaja poległa. Nie, że pachnie to to źle, bo pachnie całkiem przyjemnie. Ale to nie to.

Muszę przyznać, że zawiodłam się na całej linii. Zużyć go jakoś zużyję (na szczęście wydajnością nie grzeszy) bo parafinowa warstwa akurat na stopach nie jest aż tak straszna jak na innych fragmentach mojego ciała ale w stronę peelingów tej firmy już nawet nie patrzę.


piątek, 3 lutego 2017

Ciepło-zimno | DR.KONOPKA'S | Deep Cleansing face hot scrub | Cooling face mask pore refining

Dziś zapraszam Was na recenzję estońskiego duetu marki Dr. Konopka's. To moje pierwsze produkty tego producenta. Które szybko zdobyły moje serce bo w zapasach czekają już kolejne ;)


Nie mogę nie zacząć od teorii. Oba produkty posiadają pojemność 75 ml. Producent życzy sobie za nie w okolicach 15 zł za sztukę.

Opakowania to metalowe tubki zakończone niewielkim korkiem. Jednak o ile wizualnie wygląda to naprawdę świetnie tak nakrętka lubi się gubić ze względu na swój niewielki gabaryt i za każdym razem muszę zwracać uwagę, żeby nie pochłonęły ją czeliści mojej łazienki. Tuba mimo, że jest dosyć twarda, współpracuje świetnie i bez problemu dozuje odpowiednią ilość produktu. Szata graficzna jest spójna w przypadku wszystkich produktów producenta.

Produkty tej marki są kosmetykami wegańskimi, producent szczyci się też doborem naturalnych/organicznych składników. Składy na moje laickie oko wyglądają całkiem przyzwoicie i mimo, że są długości niemal absurdalnej tak 3/4 składu na ekstrakty wszelakie.


DR.KONOPKA'S | Deep Cleansing face hot scrub

Jakie było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że ten produkt nie daje uczucia rozgrzania. Najmniejszego. Próbowałam używać go na sucho, na mokro, masując skórę krócej i dłużej... i nic. Szkoda, bo bardzo na ciepełko liczyłam.

Formula tego kosmetyku jest niezwykle przyjemna. Drobinki są dość delikatne (daleko im o korundu jednak są wyczuwalne na skórze) i średniej wielkości. Jest ich jednak na tyle dużo, bym ja, fanka mocnego zdzierania nie mogła narzekać. Baza w jakiej są zatopione to lekki krem. Dość rzadki, nadający granulkom poślizg, jednak na tyle treściwy by nie spływać z twarzy.

Działanie zdzierające. Mimo całej delikatności jaką funduje nam ten kosmetyk i do zdzierania nie jestem w stanie się przyczepić. Preferuję stosować go na suchą skórę, daje wtedy mocniejszy (jednak nie zbyt mocny) efekt jednak sam proces masowania skóry trwa zdecydowanie krócej.

Jest to produkt niesamowicie komfortowy w użyciu. Moja skóra jest nadwrażliwa i łatwo ją podrażnić (uwaga uwaga, podjęłam decyzję o wizycie u dermatologa - brawa dla mnie ;))  jednocześnie łuszczy się więc peeling jest dla mnie niezbędny. I o ile na co dzień bazuję na tych bezdrobinkowych tak ja mizianie po skórze po prostu lubię . Peeling ten idealnie wpisuje się w moje potrzeby bo delikatnie nawilża skórę i po zmyciu go mam wrażenie, że nałożyłam na nią krem.




DR.KONOPKA'S Cooling face mask pore refining

Producent się wybronił. Tym razem akurat właściwości chłodzące są odczuwalne. Produkt w momencie aplikacji daje przyjemne uczucie chłodzenia by pozostawiony na skórze dawał uczucie przyjemnego orzeźwienia. W chwili spłukiwania, szczególnie zimną wodą, chodzi aż miło.

Jeśli mowa o jego konsystencji jest nieźle. Maska jest bardzo lekka, kremowa i delikatna. Pozostawiona na skórze delikatnie na niej zastyga dając przedziwne uczucie zamieniania się w... gumę. Może i brzmi to źle ale w rzeczywistości po delikatnym zeschnięciu staje się przyjemnie plastyczna.

Właściwości jakie obiecuje nam producent to oczyszczanie, tonizowanie i elastyczność. Jeśli mowa o funkcji oczyszczającej nie jest to produkt na miarę maski dziegciowej Bani Agafii. Ta maska jest zdecydowanie delikatniejsza i efekt po jej użyciu nie jest aż tak spektakularny. Jednak pomijając kwestię delikatnego napięcia (nie ściągnięcia!), silnego odświeżenia i zmatowienia skóry produkt funduje nam też całkiem przyjemną dawkę... nawilżenia. 

Niesamowicie podoba mi się jej zapach. O ile zapach peelingu nic mi nie urywa (i trudno mi go opisać) tak maska pachnie... bzem. Z lekko kremową nutą. Co bardzo uprzyjemnia sam proces trzymania jej na skórze. Dodatkowo świetnie się zmywa. Nienawidzę produktów, których zmywanie ze skóry jest procesem karkołomnym.



Podsumowując. Dla mnie oba te produkty wpisują się w kategorię 'warte do wypróbowania'. Może niekoniecznie już, teraz, będę chciała do nich wracać jednocześnie biorę pod uwagę, że kiedyś mogą znów u mnie zagościć. Bo to naprawdę przyzwoite kosmetyki w świetnej cenie.