poniedziałek, 30 stycznia 2017

NOWOŚCI i ZUŻYCIA #1 2017

Hej, na minimalizuje.blogspot.com czekają na Was dwa posty, cieszące się największą popularnością :)
Mianowicie podsumowanie nowości kosmetycznych a także projekt denko.
Jeśli jesteście ciekawi co u mnie nowego (albo z czymś się pożegnałam ;)) zapraszam





niedziela, 29 stycznia 2017

Prowokuję? | DR IRENA ERIS | PROVOKE | LIQUID MATT LIP TINT MATOWA POMADKA W PŁYNIE

Dziś zapraszam Was na moje pierwsze wrażenie na temat płynnych, matowych pomadek Provoke.


Kupicie je na stronie producenta, w Rossmannie z szafą Provoke a także perfumeriach Douglas (na chwilę obecną 20% taniej z kodem PROVOKEMATT) w cenie 55 zł za 6 ml.

Pomadka o aksamitnej konsystencji otula usta eleganckim, matowym wykończeniem. Usta pozostają podkreślone wyrafinowanym, intensywnym kolorem przez wiele godzin. DOUBLE WAX COMPLEX™ o właściwościach pielęgnacyjnych i ochronnych sprawia, że produkt nie wysusza ust.


Pomadka ta posiada płynną formułę. Zapakowana jest w klasyczne, prostokątne, lustrzane opakowanie. Pomijając aspekt wizualny takie rozwiązanie jest świetne do szybkich poprawek w ciągu dnia.

Formuła tych pomadek jest naprawdę przedziwna. I najlepiej pasuje mi do nich określenie - mus. Bo podkłady w musie właśnie mi przypominają. Aplikują się bezproblemowo nawet bez konturówki. Pozostawiają na ustach wrażenie delikatnej kołderki. Nie przesuszają ust, pozostawiają po sobie uczucie komfortu jednak ich nie nawilżają. 

Jest to faktycznie produkt matowy. Usta nie błyszczą, nie jest to efekt satyny jednak matowe wykończenie jest miękkie i naturalne. Nie jestem fanką matujących pomadek (miałam z Golden Rose i oddalam, bo to nie dla mnie)  te jednak prezentują się na ustach świetnie.

Jak każdy tego typu produkt będą wymagać przygotowania ust (odżywienia, ewentualnie peelingu) bo kosmetyki o tyn wykończeniu podkreślają niedoskonałości. Smak i zapach odbieram jako przyjemne.

Odcień #701 to najjaśniejszy kolor z całej gamy. Mamy tu do czynienia z typowym nudziakiem w ciepłym, lekko biszkoptowym odcieniu. Z moją bladą skórą w ciepłym odcieniu komponuje się idealnie - nie jest ani zbyt ciemny ani nie daje efektu trupich ust. Świetnie sprawdza się w przypadku mocniejszego makijażu oka w celu zachowania równowagi. Pomadka jest dosyć trwała jednak nie barwi ust.

Odcień #703 to kolor z gatunku niemal dla każdego. Producent zaoferował nam klasyczny, intensywny pod względem pigmentacji jednocześnie dosyć stonowany odcień różu w neutralnej (bardziej w kierunku chłodnej) tonacji. Ot, pomadka na każdą okazję. W porównaniu do poprzednika mam wrażenie, że nie dość, że jest bardziej trwała to jeszcze zabarwia usta na dłuuuugo dzięki czemu nawet gdy się zetrze są one podkreślone.




Wybaczcie brak zdjęć na ustach - mój aparat zupełnie przekłamywał ich odcień. Poniższe zdjęcie dobrze oddaje kolory i formułę produktów.


piątek, 27 stycznia 2017

Coś się zepsuło | MINCER PHARMA | Vita C Infusion | Przeciwstarzeniowe serum olejkowe

Napaliłam się na to serum jak głupia. Powstrzymywała mnie od zakupu chyba spora cena. Koniec końców znalazło się ono w moich rękach i... sama nie wiem. Zapraszam na recenzję :)


Opakowanie tego produktu to klasyczna buteleczka z pipetą wykonana z ciemnego szkła. Produkt ma pojemność 15 ml i kosztuje bagatela 40-60 złotych. Mój egzemplarz ku mej wielkiej radości znalazł się w pudle Joybox. Bo gdyby się tak nie stało pewnie zwlekałabym z zakupem ze trzy kwartały ;)

Daruję sobie opowieści o zbawiennym wpływie witaminy C na naszą skórę, nie będę też analizować składu rozkładając każdy element na czynniki pierwsze bo... mnie to nie jara. Wierzcie lub nie ale sięgając po kosmetyki bardziej liczy się dla mnie końcowe działanie niż proporcje zawartych w nich części. Aczkolwiek recenzji z analizą każdego pierwiastka znajdziecie w sieci od groma - linia Vita C Ifusion była promowana przez producenta na wszystkich frontach.

Serum olejkowe to nie do końca moja bajka. Po oleje w pielęgnacji twarzy sięgam raczej sporadycznie. Przetestowałam kombinacje różne jednak moja skóra zdecydowanie lepiej reaguje na produkty kremowe niż olejowe (ale szyja i dekolt oleje lubią - ot, zagadka). Z tego też względu mimo całej mojej chęci posiadania tego kosmetyku podeszłam do niego trochę nieufnie.

Olejek jest niesamowicie przyjemny. Ma lekką, typowo satynową formułę znaną mi z suchych olejków. Szybko się wchłania, pozostania na skórze delikatny poślizg (idealny pod masaż twarzy) jednocześnie na daje uczucia obciążenia czy oblepienia. Przez większość mojego dwumiesięcznego użytkowania tego produktu stosowałam je pod krem. Przeważnie raz dziennie, w pielęgnacji nocnej, bo na dzień jednak wolę inne formuły kosmetyków.

Używałam je dzielnie. Codziennie. Za wyłączeniem jednego tygodnia gdy to odstawiłam je poszukując winnego mojego wysypu - to nie ono, na szczęście. Czy zauważyłam jakieś oszałamiające efekty? No nie. Nie powiem, że ten produkt nie zrobił nic bo oszukiwać nie chcę ale... u mnie równie fajnie sprawdzało się tańsze, większe (ale nie bardziej wydajne), lepiej dostępne i o przystępniejszej dla mnie formule serum z wit. C Bielenda. Oba dawały przyjemne uczucie rozpromienienia i delikatnego rozjaśnienia skóry. I... tyle. No, Bielenda jeszcze nawilżała, Mincer niestety tego nie robi.

Teraz przejdziemy do tytułowego psucia. I tutaj jestem zła. Serum to zdaniem producenta ma być ważne przez 6 miesięcy od otwarcia. Chyba miałam pecha bo moje dokładnie po 10 tygodniach od otworzenia zaczęło śmierdzieć. Mocno. Nie przechowuję pielęgnacji twarzy w łazience żeby eliminować tego typu historie, to konkretne serum trzymałam nawet w zamknięciu żeby wyeliminować utleniania się witaminy C. Nic to nie dało. Z dnia na dzień z lekkiej zmiany zapachu (na gorsze) zaczęło pachnieć tak, że ja go już na skórę nie nałożę. Nie wiem czy to kwestia felernej partii, felernego opakowania (mam wrażenie, że guma trzymająca pipetę nie przylegała szczelnie) czy po prostu mojego pecha. Aczkolwiek większe pół produktu wylądowało w koszu.

Trochę jestem rozczarowana. Bo liczyłam na efekt wow a otrzymałam dobry chociaż nie spektakularny kosmetyk, którym jeszcze jak na złość nie mogłam się do końca nacieszyć. Nie wrócę do tego serum. Nie zachęciło mnie do siebie na tyle by inwestować w kolejne opakowanie. Aczkolwiek plusem jest fakt, że w najmniejszy sposób nie podrażniało mi skóry (a to się zdarza w przypadku mojej twarzy i witaminy C). Jeśli macie ochotę przetestować jakiś kosmetyk tego producenta polecę Wam śmiało ich nawilżającą mikroermabrazję z tej linii. Tego serum polecać nie będę.




czwartek, 26 stycznia 2017

Najsłabsze ogniwo | BIOLAVEN ORGANIC | Krem do twarzy na dzień

   Znalezienie dobrego kremu to nie lada wyzwanie. Znalezienie dobrego kremu gdy ma się skórę mieszaną ale odwadniającą na potęgę jest zadaniem trudnym do realizacji. Gdy dołożymy do tego sezon grzewczy i mróz na dworze... porażka. Dziś o kremie, który początkowo sprawdzał się u mnie całkiem przyzwoicie jednak koniec końców okazał się być najsłabszym ogniwem mojej obecnej pielęgnacji.


Krem zapakowany jest jest w wygodną plastikową tubę. Ma standardowe 50 mililitrów pojemności, cena waha się w granicach 20-25 zł. Mój egzemplarz pochodzi z Joyboxa :)

Konsystencja tego produktu jest specyficzna. Wydaje się być dosyć lekki jednak po nałożeniu na skórę czuć, że mamy do czynienia z kosmetykiem na bazie olejowej. Pozostawia na skórze wyczuwalny film, niezbyt przyjemny, oblepiający i dający uczucie ciężkości na skórze (jakkolwiek głupio to może nie zabrzmieć). 

Zapach jak na markę Biolaven przystało to mieszanka lawendy i winogron. Z naciskiem na lawendę. Świdrującą w nosie. W mój gust trafia ale przy codziennym użytkowaniu zaczyna być męczący i irytować. Głównie ze względu na swoją intensywność.

Krem ma nawilżać i chronić. Jeśli mowa o właściwościach ochronnych nie mogę się do niego przyczepić. W mroźne dni sprawdzał się dobrze jednak dość szybko porzuciłam plany stosowania go rano na co dzień - ze względu na niezbyt dobrą współpracę z moimi podkładami. Dodatkowo stosunkowo szybko zaczynałam się po nim świecić z czym w przypadku innych kremów, ostatnimi czasy, nie mam większych problemów.

Jako krem na noc dawał radę. Odżywiał, nawilżał, regenerował. Jednak w okresie stosowania go (i równolegle dwóch innych produktów) zauważyłam powstawanie na skórze zaskórników. Nie typowałam go jako winowajcy - nie dość, że używałam kremu z parafiną to jeszcze olejowe serum codziennie co zazwyczaj się u mnie nie sprawdza. Ale metodą eliminacji i stosowania wyłączenie tego produktu stwierdzam, że to ewidentnie jego wina bo z dnia na dzień było coraz gorzej. O ile 'coś się dzieje w strefie T' jestem w stanie przeżyć i zrzucić winę na moją skórę tak twory na policzkach to przegięcie.

Jak na produkt do skóry wrażliwej nie należał do najłagodniejszych. Gdy skórę miałam w fajnej formie to krzywdy mi nie robił jednak gdy pojawiała się u mnie nadwrażliwość ten krem tylko potęgował uczucie dyskomfortu. Krem ten dedykowany jest skórze suchej. Nie mam skóry suchej ale istnieje prawdopodobieństwo, że w przypadku posiadaczek takowej sprawdzi się on lepiej niż u mnie. Ja niestety spisałam go na straty (praktycznie dobijając dna - człowiek jestem uparty) i resztkę zużyłam do włosów i skóry głowy. Słabo.






poniedziałek, 23 stycznia 2017

Siła pigwy | EO LABOLATORIE (ECOLAB) | Zrównoważony szampon do przetłuszczających się włosów

    Szampon. Rzecz do szczęścia niezbędna. Dziś o nowości, na jaką skusiłam się niedawno - szamponie Eo Labolatorie. To moja pierwsza (no, równolegle z drugą ;)) przygoda z tą marką. Wrażenia? Średnie. Ale to raczej kwestia niedopasowania produktu do moich potrzeb niż faktyczny problem z kosmetykiem.


    Szampony tej marki kosztują około 15 zł za 250 ml. Jak na produkty z 'dobrym składem' nie jest to kwota wygórowana. Dla mnie jednak ciut za wysoka - głowę myję codziennie, szampony schodzą mi szybko, na dodatek mają ze skórą tak krótki kontakt, że na co dzień szukam jednak tańszych alternatyw. Produkty Eo Labolatorie kupicie w sklepach typu 'z kosmetykami rosyjskimi'.


    Opakowanie jest niezłe. Wizualnie jest przeciętne jednak wygodne otwarcie 'na klik' zdecydowanie należy do moich ulubionych. Plus za przejrzystą butelkę i możliwość kontrolowania zużycia.

   Konsystencja mile mnie zaskoczyła. Szampon jest gęsty, treściwy, mocno żelowy. Mimo, że nie opiera się na silnych detergentach pieni się jak szalony. No i ten zapach... Pigwa! Pomijając moją sympatie do samej nuty zapachowej lubię, gdy producenci potrafią zaskoczyć czymś nowym i niepopularnym.

   Nie jest to produkt dostosowany do moich potrzeb. Ze względu na częstotliwość mycia przeze mnie włosów nie potrzebuję kosmetyków, które docelowo skierowane są do osób z przetłuszczającą się skórą głowy. Bo przy codziennym myciu nie jestem w stanie zaobserwować zmian w tym zakresie. A głowę myję codziennie bo... lubię. Moje cienkie włosy, nawet jeśli są świeże, łapią przyklap stulecia i więcej czasu muszę poświęcić na ich stylizację niż szybkie mycie.

    Więc po co mi tego typu szampon? Mimo, że nie wierzę w magiczną moc szamponów tak staram się mieć w zapasie różne tego typu kosmetyki. I dostosowywać ich użycie do stanu mojej skóry głowy. Odpukać, od dłuższego czasu nie mam z nią większych problemów, jednak sięgnęłam po niego gdy poprzedni szampon spowodował u mnie problemy (Babydream ułatwiający rozczesywanie). Wychodząc z założenia, że kosmetyk dedykowany skórze tłustej powinien sprawdzić się przy moich zmianach.

    Sprawdził się. I to jak. Praktycznie po trzech myciach unormował moją skórę w stu procentach. Wrażenie nadbudowania, delikatne zmiany na powierzchni skóry i totalne wrażenie niedomycia poszły w niepamięć. Jednak mimo, że w tej roli sprawdził się świetnie... nie został on moim ulubieńcem ;)

   Szampon ten należy do gatunku mocno oczyszczających. Przypomina mi typowe rypacze na bazie SLSów. Skóra po umyciu niemal skrzypi, podobnie jest w włosami, które wymagają użycia  konkretniejszej odżywki lub maski bo inaczej są nieprzyjemnie sztywne i lekko przesuszone, szczególnie na końcach.  Z tego też względu musiałam otworzyć kolejny, zdecydowanie delikatniejszy szampon i używać ich zamiennie.

    Podsumowując. W moim odczuciu będzie to kosmetyk, który sprawdzić się może u osób posiadających problematyczną, tłustą skórę głowy. Albo być wstępem do zmiany klasycznych, drogeryjnych szamponów na kosmetyki bardziej naturalne, ze względu na jego właściwości. Jednak nie polecałabym go osobom, które tak jak ja myją głowę często i stosują produkty łagodne bo to nie ten kaliber.
 


piątek, 20 stycznia 2017

Zimno! | ZIAJA | Chłodząca mgiełka z mentolem i wit. C

   Nie jestem fanką marki Ziaja. Większość ich produktów jest dla mnie co najmniej przeciętna ale nie tylko. Sporo ich kosmetyków, potrafiło mi całkiem konkretnie podpaść. Dziś o mgiełce, która dla urozmaicenia szybko wskoczyła w grono moich ulubieńców.


   W teorii zima nie sprzyja kosmetykom chłodzącym. W praktyce sezon grzewczy szybko i skutecznie rujnuje moją skórę. Zmiany temperatur, suche powietrze, dużo pracy - moja skóra aż woła o wparcie. Planowałam kupić wodę termalną jednak przy okazji zakupów w aptece ten oto kosmetyk wpadł mi w oczy. No i jest.

   Opakowanie może nie należy do najpiękniejszych jednak przyjemna, oszczędna szata graficzna sprawia, że wygląda całkiem znośnie. Jak na mgiełkę przystało posiada wygodną formę sprayu - do samego końca bezawaryjną. Jednak pierwsze psiknięcie często zamiast mgiełki potrafi dozować drobne krople. Nie jest to na szczęście zbyt uciążliwe.

   Mgiełka ma niesamowicie przyjemny zapach. Nie jestem fanką nut cytrusowych (a wręcz jestem ich totalnym przeciwnikiem) ale mieszanka drzewa tamaryndowego i zielonej pomarańczy okazała się być przyjemnym, orzeźwiającym zapachem z charakterem.

    Chłodzenie? Jak na produkt chłodzący chłodzi marnie. Przez kilka pierwszych aplikacji mentol w niej zawarty w żaden sposób nie działał na moją skórę. Ale to chyba kwestia przyzwyczajenia - na chwilę obecną po jej użyciu oprócz przyjemnego odświeżenia odczuwam również delikatny, krótkotrwały chłód.

   Produkt dedykowany jej skórze twarzy, ciała oraz włosom. Używam go wyłączenie do twarzy. I jako typowy produkt do jej odświeżenia w ciągu dnia, jako tonik a także w roli produktu do zdejmowania ze skóry efekty nadmiernej pudrowości po wykonaniu makijażu. I w każdej z tych ról sprawdza mi się świetnie.

   Przyczepić się mogę jedynie do niezbyt intensywnego nawilżania skóry. Bo znam toniki, które radzą sobie z tym lepiej. Z drugiej strony znam też od groma kosmetyków, które radziły sobie od niego słabiej.

   Za mgiełkę w aptece zapłaciłam oszałamiające 6,5 zł za 100 ml. Przy częstym, codziennym użytkowaniu wystarczyła mi na blisko 1,5 miesiąca stosowania. To dobry wynik. Zużyłam ją z przyjemnością i chętnie kiedyś do niej wrócę :)


niedziela, 15 stycznia 2017

Prawie dobrze | VIANEK | Odżywczy krem pod oczy

   Zdarzają Wam się takie kosmetyki do których na dobrą sprawę nie możecie się przyczepić ale mimo wszystko wiecie, że 'coś jest nie tak'? Dziś zapraszam Was na recenzję produkt który u mnie idealnie wpisuje się w tę kategorię.


wtorek, 10 stycznia 2017

DR IRENA ERIS | CLINIC WAY | recepta na zmarszczki?


  Dziś chciałabym Was zaprosić na prezentację i pierwsze wrażenie (nie jest to recenzja, oba są ze mną zbyt krótko) produktów aptecznej linii kosmetyków przeciwzmarszczkowych Dr Ireny Eris tj. CLINIC WAY. To moje pierwsze spotkanie z tą serią więc podchodzę do nich z bardzo dużym zainteresowaniem :)


ODWYK KOSMETYCZNY? Czyli ku minimalizacji z nowym blogiem :)

   Miałam to odłożyć w czasie. Jednak jestem niecierpliwa a wstępne ogarnięcie tematu zajęło mi nawet mniej czasu niż początkowo planowałam. Jest! Moje nowe, minimalistyczne dziecko. O szczegółach opowiadam Wam w tym poście więc jeśli jesteście ciekawi dlaczego na tym blogu zabranie denek i zakupów zapraszam :)


      Jeśli macie ochotę śledzić moją walkę zapraszam do obserwacji nowego bloga. Będzie mi miło :)

poniedziałek, 9 stycznia 2017

ODKRYCIA i POWROTY w 2016 (pielęgnacja twarzy) | Bielenda, Green Pharmacy, Mincer Pharma, Yves Rocher, Vianek, Pharmaceris, Tołpa, Sylveco, Bania Agafii

   Nie planowałam pisać tego posta. Ale na blogach wciąż trafiam na ulubieńców więc postanowiłam podzielić się moimi. Bo niektóre moje 'perełki' nie należą chyba do zbyt popularnych ;) a przynajmniej nie pokrywają się z tymi, na które ja w blogosferze (i na YT) trafiam. To właśnie poniższe kosmetyki najbardziej siedzą w mojej pamięci i są dla mnie najbardziej warte i uwagi i polecenia. Zapraszam :)


***


    Dwa pierwsze produkty to BIELENDA Super Power Mezo Serum Aktywne serum rozjaśniające oraz PHARMACERIS W Intensywny krem wybielający na noc. O obu z nich pisałam w recenzji [klik]. 
    Najlepszą recenzją dla tych kosmetyków będzie pewnie fakt, że do obu wróciłam. Serum z Bielendy nie doczekało się kolejnej publikacji jednak krem Pharmaceris pojawił się w poście o ulubieńcach (tak, był jeden ;)) w [tym] miejscu. Pojawił się w duecie z wersją na dzień.
   Czym oba produkty zdobyły moje serce? Działaniem. I jeden i drugi robił swoją robotę mimo, że oba nie zależały do kosmetyków inwazyjnych. I do obu chętnie wrócę raz jeszcze :)
 

   YVES ROCHER Anti Age Global nie dość, że okazał się być najlepszym kremem pod oczy jaki stosowałam w tym roku to i bezsprzecznie mogę nazwać go najlepszym kremem jaki używałam w ogóle. Opisywałam Wam go w recenzji. Nadal zgrzyta mi jego cena regularna i kolejne opakowanie kupię polując na jakąś przyzwoitą promocję. Na chwilę obecna zabrałam się za używanie nowości (bo a nuż trafię na coś lepszego) jednak bazując na moich wcześniejszych doświadczeniach ten dostaje uczciwe, pierwsze miejsce na podium.
   TOŁPA Dermo Atopic lipidowy krem regenerujący okazał się być wybawieniem w momencie pojawienia się u mnie silnej nadwrażliwości. Szybko i bezboleśnie przywrócił moją skórę do (względnie) dobrej formy o czym pisałam Wam tutaj.


    Jako fanka peelingów nie mogę pominąć takowego. Jednak wybór numeru jeden przyszedł mi bez najmniejszego problemu a mowa tu o nawilżającej mikrodermabrazji Vita C Infuzion MINCER PHARMA o której pisałam Wam tutaj. To idealne rozwiązanie dla fanek mocnego złuszczania.  Jednak przy zachowaniu należytej delikatności spokojnie będzie to kosmetyk niemal dla każdego. Mam kolejne opakowanie czekające w zapasie.
 Odżywczy płyn micelarny- tonik VIANEK okazał się być i skuteczny i łagodny. Odpowiadało mi w nim wszystko. I absolutnie nie miałam się do czego przyczepić o czym przeczytacie w jego recenzji. Dodatkowo dodam, że naturalne płyny micelarne (wcześniej Biolaven, teraz Sylveco) zostały moimi ulubieńcami nie do demakijażu a w kategorii porannego oczyszczania twarzy. I w najbliższej przyszłości nie zamierzam tej metody zmieniać.
   I coś co okazało się być idealnym połączeniem wydajności, dobrego działania i niskiej ceny czyli delikatny żel do mycia twarzy GREEN PHARMACY. On też doczekał się odrębnej recenzji. A ja w moich zapasach mam już wersję z szałwią ;)


   Kategoria POWROTY. Czyli kosmetyki, które odkryłam wcześniej. Po pierwsze maska dziegciowa BANI AGAFII, która towarzyszy mi od dawna a której recenzja pojawiła się jeszcze w 2014 roku ;) Zdarzają nam się przerwy jednak zawsze do niej wracam z podkulonym ogonem bo to najlepszy produkt oczyszczający, jaki miałam okazję używać.
   Do toniku hibiskusowego SYLVECO wróciłam przypadkiem (pojawił się w Joyboxie)  jednak był to świetny pomysł. Uwielbiam go. Od właściwości, zapach po konsystencję. Recenzja na blogu gości.

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że o czymś zapomniałam ale... nie ma tego złego, nadrobię za rok ;))

niedziela, 8 stycznia 2017

Męskie nuty | ICEVEDA | Wygładzający ziołowy scrub do ciała

   Peelingi to zdecydowanie coś co lubię. Jeśli mowa o tych do ciała przez dłuższą chwilę miałam od nich przerwę. Jakoś nie mogłam znaleźć nic interesującego w ofercie producentów i przerzuciłam się na sprawdzone i szorstkie rozwiązanie czyli rękawicę peelingującą. Aż razu pewnego zachciało mi się wrócić do tego typu kosmetyków i mam ich obecnie cztery. Zaczynam od najprzyjemniejszego mianowicie produktu z Icevedy.


   Opakowanie to wygodny, plastikowy słoik w którym znajdziemy 300 ml produktu. Kosztuje (zależnie od strony) około 15 zł. Dostępność nie poraża, nie wiem czy Iceveda pojawiła się gdzieś stacjonarnie ale podejrzewam, że w sklepach typu 'z rosyjskimi kosmetykami' dało by się ją uświadczyć. Aczkolwiek jest to produkt... estoński ;)


   Jeśli mowa o formule tego scrubu jest ona przesympatyczna. Peeling składa się w większości z drobin, zatopionych w gęstej i treściwej, trochę 'ciągnącej się' bazie. Drobinki są ostre, spore i jest ich na prawdę dużo.

   Nie jestem w stanie przyczepić się do właściwości złuszczających. Peeling drapie aż miło. Używany na suchą skórę jest ultraintensywny, na wilgotną łapie delikatny poślizg dzięki czemu używanie jest przyjemniejsze a nie traci on na intensywności działania.

   Głównym ścierniwem w tym kosmetyku jest sól i to czuć. Używanie go na podrażnioną skórę może skończyć się mocnym dyskomfortem i jeszcze większym rozognieniem. Jeśli nie macie z tym problemu możecie śmiało po niego sięgnąć jednak w przypadku wszelakich zmian czy zacięć poczekałabym do ich wygojenia ;)

   Kluczową kwestią tego produktu jest jego zapach. Mamy tutaj mieszankę syberyjskiego cedru i sandału (:D) przez co wypada on wybitnie męsko. Zapach jest intensywny ale nie przytłaczający. Nie każdemu przypadnie do gustu jednak na tle wszelakich nut w kosmetykach dostępnym wyróżnia się swoją 'innością' i mi pasuje bardzo.

   Właściwości pielęgnacyjne podbija nam masło shea. W przypadku mojej bardzo suchej skóry bez balsamu po  użyciu się nie obejdzie jednak nie przesusza on skóry w najmniejszym stopniu. Nie tworzy też nieprzyjemnej warstwy a tylko delikatny, ledwie wyczuwalny film dający uczucie komfortu.

   Podsumowując: to świetny produkt złuszczający o jeszcze lepszym zapachu. Jednak jak w przypadku każdego peelingu solnego trzeba z nim uważać :)



piątek, 6 stycznia 2017

Na żółto | W7 | Banana Dreams Loose Powder

   Bananowy puder W7 cieszy się dużym zainteresowaniem. Wcale mnie to nie dziwi, bo gdy tylko zauważyłam, że marka W7 (jak podejrzewam mocno zainspirowana pudrem Ben Nye) wypuściła na rynek to to musiałam go mieć. I mam. I chętnie Wam o nim opowiem :)


   Nie jestem w stanie przyczepić się do opakowania. Jest plastikowe ale solidne. I duże. Bo pudru w nim jest aż 20 gramów (dla porównania Wibo Fixing Powder ma ich zalewie 6). Jest ważny przez 18 miesięcy od otwarcia więc istnieje cień prawdopodobieństwa, że uda mi się go w tym czasie pokonać.


   Jeśli mowa o jego formule nie jest to najdrobniej zmielony puder sypki jaki miałam, jednak trudno też nazwać go zbyt grubomielonym. Ot, taki produkt w sam raz. Jest dosyć lekki, nie nazbyt pudrowy przez co też niezbyt widoczny na skórze. Zresztą mam wrażenie, że to domena każdego sypkiego pudru  i wyglądają one (na mojej skórze) po prostu lepiej.  A w związku z faktem, że wydaje się on być lekko wilgotny (lekko!) nie pyli się nadmiernie.

   Kluczową kwestią bezsprzecznie jest jego odcień. A ten jest ewidentnie żółty. Ale jest to typowy ciepły niezbyt ciemny beż z widoczną domieszką żółci więc jeśli nie do końca pudrowanie się na żółto Was przekonuje to uspokajam - efekt żółtaczki Wam nie grozi. Nie zmienia to jednak faktu, że ten odcień na skórze widoczny jest.

   Jestem posiadaczką skóry o ewidentnie żółtym tonie. Odcień tego pudru przepięknie wyrównywał jej koloryt dają efekt nieskazitelnej, pięknej skóry.  Dobra, trochę koloryzuję ale różnica tak czy siak widoczna była gołym okiem. Szczególnie dobrze radził sobie z niezaczerwieniania czy lekkimi zasinieniami intensyfikując krycie podkładów. Lubiłam go również aplikować punktowo na wszelakie zmiany skórne bo optycznie je chował.

    Jednak ma jeden minus. I to spory. Mimo, że nie jest bardzo ciemny tak używać na całą twarz mogłam używać to wyłącznie gdy byłam opalona. Jestem dosyć blada więc zaaplikowanie go na 'czystą' (nie potratowaną kremem brązujacym) skórę kończy się jednak wrażeniem 'mam na ciemną twarz'. I z tego też względu na chwilę obecną łączę go z czymś lepiej dopasowanym kolorystycznie albo w ogóle go sobie odpuszczam.

   Jest to typowy puder wykończeniowy. Jeśli zależy Wam na produkcie o silnym działaniu matującym to raczej nie będzie to. Moją skórę w ryzach trzymał ale w momencie, gdy strefa T przetłuszczała mi się na potęgę nakładałam na nią dodatkowo odrobinę pudru matującego. W7 niestety nie poradzi sobie z typowo tłustą cerą.  Puder mnie nie podrażniał, nie przesuszał, nie powodował niedoskonałości.



czwartek, 5 stycznia 2017

Nie rozumiem | BANIA AGAFII | Fitoaktywna witaminowa maska do twarzy

   Fenomenu tego produktu nie rozumiem. Mam wrażenie, że to najpopularniejsza maska Bani Agafii. Jednocześnie ostatnia po którą sięgnęłam. Tak, przeszłam przez wszystkie ;)  Znalazłam wśród nich dwie warte uwagi [dziegciowa, na mleku łosia] jednak wariant fitoaktywny uważam za co najmniej... przeciętny. 


   Opakowanie to klasyczna saszetka wielorazowego użytku. Rzeczy wygodna, higieniczna, zajmująca niewiele miejsca. Jest najdroższą z dostępnych masek tego producenta ale mimo wszystko kosztuje w okolicach 10 zł za 100 ml czyli tyle co i nic.


   Zawartość jest dziwna. Produkt nieodparcie wydaje mi się być żelem (dżemem :D) z zatopionymi pestkami o intensywnym zabarwieniu. W czasie aplikacji mam wrażenie, że jest to kosmetyk olejowy, który w czasie nakładania na skórę robi się płyny i lejący. Jednocześnie zmienia kolor na mleczny róż. No dziwadło słowem jednym. Ściekające z twarzy, co gorsza.

   Właściwości tej maski są... nijakie. Niby delikatnie nawilża. Niby delikatnie wygładza. Niby delikatnie napina skórę ale to wszystko jest takie przeciętne aż do bólu. Efekty zdecydowanie nie są spektakularne, na dodatek są krótkotrwałe. Zużyć ją zużyję - sięgam po nią często ze względu na przyjemne, delikatne uczucie rozgrzania jakie daje na mojej skórze, szczególnie przyjemne w czasie wieczornych kąpieli (gdy produkt kapie do wody a nie na odzież ;)). Lubię też jej zapach.

   Podsumowując. Dla mnie jest to produkt nie do powtórzenia aczkolwiek zużyję go bez większej niechęci. Nie zmienia to jednak faktu, że nie jest to kosmetyk, który zrobił by na mnie większe wrażenie.


środa, 4 stycznia 2017

Agresor | SYLVECO | Tymiankowy żel do mycia twarzy

   Kosmetyki Sylveco nie są u mnie pewniakiem. Jak niektóre sprawdzają się u mnie świetnie [pomadka rokitnikowa, krem brzozowy, tonik hibiskusowy, mleczko arnikowe] tak niektóre uważam za jedną wielką porażkę [peeling oczyszczający, pomadka peelingująca, pomadka brzozowa ]. Nie zmienia to jednak faktu, że lubię od czasu do czasu sięgnąć po kolejne produkty z ich asortymentu. Dziś o żelu na temat którego czytałam sporo pozytywnych opinii i który teoretycznie powinien trafić w moje potrzeby. Nie trafił. Zapraszam na recenzję.


   Jestem fanką opakowań Sylveco i te bezbłędnie trafiają w mój gust. Żel kosztuje w okolicach 15-20 zł za 150 ml pojemności co, jak na kosmetyk naturalny, jest ceną przyzwoitą. Opakowanie jest przeźroczyste dzięki czemu możemy śledzić stopień użycia a dodatkowo posiada bezawaryjną pompkę.

   Zacznę od zapachu. Bałam się go bardzo bo na nuty zapachowe w kosmetykach (szczególnie tych do twarzy) jestem mocno nadwrażliwa a spotkałam się z opiniami, że zapach tegoż żelu do najprzyjemniejszych nie należy. Guzik prawda. Pachnie pięknie tymiankiem, niczym ziołowe tabletki na gardło. Ale fakt faktem, takie aromaty trzeba lubić. Ja lubię.

   Jeśli mowa o konsystencji jest tak sobie. Jak dla mnie żel jest zbyt rzadki, przelewa się przez palce i często zanim zdążę przenieść go na twarz zdąży z nich zniknąć. Może to ja jestem mało uważna. Mimo wszystko jest to produkt dość wydajny.

   Do działania myjącego nie mogę się przyczepić. Myje. I to jak. Ale niestety jest to kolejny produkt w przypadku którego producent zaleca omijanie okolic oczu. Nie traktuję tego jako wadę - wszak taka informacja na opakowaniu padła i mogłam ją przeczytać przed zakupem - tak ja bardzo nie lubię uważać na oczy w czasie mycia twarzy. Ot, zależy mi na tym, żeby myjadłem umyć całą twarz.

   Dlaczego więc go nie lubię? Jest agresywny. Moja skóra teoretycznie wpisuje się w target: jest podrażniona i się łuszczy. A żel ten zamiast mi twarz łagodzić przesusza ją i ściąga na potęgę. Robiłam do niego wiele podejść i za każdym razem efekt finalny jest identyczny. Zdecydowanie nie jest to środek myjący, który mogłabym używać dwa razy dziennie. Mam nawet problem by stosować go codziennie wieczorem bo nie nadążam z nawilżaniem mojej skóry. Co drugi dzień jest całkiem optymalny. Bo moja skóra mimo wszystko potrzebuje gruntowego oczyszczenia ale... to głupiego robota i dla mnie kosmetyk nie wart powrotu.


wtorek, 3 stycznia 2017

Zbiory kosmetyczne 2017: kolorówka

Zapraszam Was na kolejną, ostatnią już aktualizację moich zbiorów. Pora oczywiście na kosmetyki kolorowe. 
Tym razem skromnie jak w przypadku lakierów - ta dziedzina zdecydowanie nie jest tak bliska jak pielęgnacja ;)
Aczkolwiek i tak jak na moje potrzeby jest tego zbyt wiele i dążę do zmniejszenia zbioru.

Tegoroczne zbiory:



* baza rozświetlająca Lirene Be Glam
* podkład Ideal Face Ingrid
* podkład Perfect Tone Lirene
* podkład Satin AA
* korektor No Dark Circle Lirene
* korektor Affinitone Maybelline


* puder Affinimat Maybelline
* puder Banana Dreams W7
* puder Loose Transparent My Secret
* puder rozświetlający Vipera
* puder rozświetlający w kulkach KOBO
* puder brązujący Bell
* puder rozświetlający Bell


* tusz My Secret (w zapasach)
* tusz Smart Girls Get More (w zapasach)
* wosk do brwi Smart Girls Get More
* wosk do brwi w kredce Bell
* kredka do brwi Catrice
* kredka do oczu Long Lasting Essence


* cień Wet N Wild Unchained
* cień Rimmel Taupe Magnificence
* poczwórne cienie Eveline 04
* poczwórnie cienie Sensique 115
* cień w kremie Color Tattoo Creme de Nude
* cień w kremie Bell 01
* cień w kremie Bell 04

podgląd na odcienie

Brak produktów do ust nie jest przypadkiem. Dwa ostatnie kosmetyki jakie miałam dobiły roku więc przed sesją poleciały do kosza a ja z czystym sumieniem sprawię sobie coś ładnego przy okazji kolejnej wizyty w drogerii ;)

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Zbiory kosmetyczne 2017: LAKIERY

Idąc za ciosem pora na aktualizację produktów do paznokci :)
W tej dziedzinie panuje u mnie zdrowy rozsądek. Ewidentnie.

Dla ciekawych zapraszam również na:
oraz tegoroczne zbiory pielęgnacji:



* Loreal Dimanche Apres Midi
* Wet n Wild Pinky Swear
* Wet n Wild left Marooned
* Essie Bordeaux
* Bell All Day&Night 03
* Wet n Wild Casting Call
* Cuccio Speednig on the German Autobahn
* Yves Rocher Bois de Bahia
* Bell Happy 07
* Bell Happy 10
* Bell Vanted


* Sally Hansen Instant Cucicle Remover
* Sally Hansen Maximum Growth
* Sally Hansen Insta Dri Top Coat
* Sally Hansen Insta Dri Top Coat (w zapasie)
* Essie Good to Go Top Coat (w zapasie)

niedziela, 1 stycznia 2017

Zbiory kosmetyczne 2017: PIELĘGNACJA - wchodzicie na własną odpowiedzialność


Witam się z Wami w nowym roku. Z nadzieją, że będzie nie gorszy niż poprzedni. I z podsumowaniem moich kosmetycznych zbiorów :)

Nazwa bloga nie wzięła się znikąd.

*produkty w użyciu

A jeśli poczujecie niedosyt (:D) zapraszam Was również na:

*****


DEMAKIJAŻ:
1. Mleczko odżywcze Vianek
2. Mleczko nawilżające Vianek
3. Olejek micelarny Vichy*
4. Płyn micelarny Sylveco*
5. Płyn dwufazowy AA
6. Płyn micelarny Garnier*
7. Płyn micelarny Bielenda
8. Płyn micelarny Bielenda


MYCIE TWARZY:
9. Żel do mycia twarzy Green Pharmacy
10. Żel do mycia twarzy Sylveco*
11. Żel micelarny Under20
12. Żel oczyszczający AA
13. Żel nawilżający AA


TONIKI:
14. Mgiełka chłodząca Ziaja*
15. Tonik anti aging Natura Estonica*
16. Tonik matujący Natura Estonica
17. Tonik matujący Tołpa Smart


KREMY POD OCZY:
18. Krem regenerujący Dr.Konopka's
19. Krem pod oczy Yves Rocher
20. Krem ujędrniający Tołpa
21. Krem odżywczy Vianek*


KREMY DO TWARZY:
22. Lirene BIO nawilżenie
23. Lirene AGEreGENeration dzień
24. Lirene AGEreGENeration noc
25. Yves Rocher Elixir 7.9
26. Biolaven na dzień*
27. Pharmaceris N*
28. Under 20
29. Tołpa Futuris 30+ noc
30. Tołpa Futuris 30+ noc
31. Mincer Pharma Vita C Infusion serum*


32. Pomadka ochronna Nivea Med*
33. Pomadka ochronna Alterra*
34. Peeling do ust Bell*
35. Serum do paznokci Evree*
36. Serum do paznokci Evree


PEELINGI:
37. Gommage Ziaja*
38. Wybielający Dr.Konopka's*
39. Rozgrzewający Dr.Konopka's*
40. Gommage Dr.Konopka's
41. Mikrodermabrazja Mincer Pharma


MASECZKI:
42. Chłodząca Dr.Konopka's*
43. Glinka różowa CosmoSpa*
44. Dziegciowa Bania Agafii*
45. Witaminowa Bania Agafii*


SZAMPONY:
46. Zakwaszający Stapiz
47. Wzmacniający Iceveda
48. Pogrubiający Iceveda
49. Babydream
50. Babydream
51. Z hammamelisem YR
52. Rewitalizujący Mila*
53. Z kofeiną Alterra
54. Zrównoważony EcoLab*
54. Wzmacniający EcoLab
55. Do skóry wrażliwej EcoLab
56. Z granatem Green Pharmacy


ODŻYWKI:
57. Emulsja zakwaszająca Stapiz*
58. Emulsja zakwaszająca Stapiz
59. Matrix Total Results*
60. Maska Gliss Kur*
61. Maska drożdżowa Bania Agafii*


INNE:
62. Jedwab w płynie Eveline*
62. Olejek Elseve*
63. Odżywczy olejek Vianek*
64. Tonik-wcierka Vianek*
65. Spray Dr.Sante*
66. Spray Iceveda
67. Spray Iceveda*


STYLIZACJA:
68. Lakier Taft*
69. Lakier Taft
70. Puder Taft*
71. Puder Taft


POD PRYSZNIC:
72. Żel Dove*
73. Żel Dove
74. Żel Dove
75. Żel Dove


POD PRYSZNIC:
76. Żel Palmolive*
77. Żel BeBeauty
78. Żel BeBeauty
79. Żel do hi Venus


POD PRYSZNIC:
80. Żel Orginal Source
81. Żel Orginal Source
82. Żel Divus
83. Żel Dove
84. Żel Oceania


POD PRYSZNIC:
85. Olejek Isana*
86. Żel Iceveda
87. Żel Iceveda
88. Olejek EcoLab*
89. Żel YR
90.  Żel YR
91.  Żel YR


PEELINGI:
92. Iceveda*
93. Iceveda
94. Żelowy Perfecta*
95. Cukrowy Ziaja*
96. Orzeźwiający Ziaja*
97. Do stóp Kolastyna*


DO KĄPIELI:
98. Płyn BeBeauty*
99. Płyn Isana


KREMY DO STÓP:
100. Lirene 30% urea
101. Lirene 30% urea
102. Eveline SOS
103. Fuss Wohl*


KREMY DO RĄK:
104. Ochronny Dr.Konopka's
105. Odżywczy Barwa*
106. Wygładzający Perfecta*
107. Serum olejkowe Lirene*
108. Instant Help Evree*


BALSAMY:
109. Pod prysznic Lirene
110. Mleczko Yves Rocher
111. Mleczko Yves Rocher
112. Mleczko Yves Rocher
113. Masło Perfecta*
114. Balsam Eveline*
115. Balsam Eveline
116. Balsam Evree
117. Balsam Neutrogena*



INNE:
118. Mezoterapia Lirene
119.Eksfoliacja Lirene
120. Balsam AA
121. Balsam Perfecta*
122. Balsam Perfecta*
123. Filtr 30 Lirene
124. Filtr 30 Lirene
125. Samoopalacz Lirene
126. Filtr 30 Lirene*
127. Balsam koloryzujący Lirene
128. Samoopalacz Lirene*

Kto dotrwał? :D