środa, 28 czerwca 2017

Przegląd NOWOŚCI | czerwiec 2017



Dziś kolejny post o moich nowościach. Od poprzedniego nabierało mi się trochę dobroci więc pora na ich oficjalną premierę na blogu.

ogromne NOWOŚCI | maj 2017
przegląd ZAKUPÓW | maj-czerwiec 2017


Na początku czerwca Yves Rocher zaproponowało nam świetne promocje i dodatkowe kody rabatowe. Nie mogłam więc odpuścić zakupu żeli pod prysznic z linii Plaisir Nature. Do tej pory używałam namiętnie te z linii Jardins de Monde jednak firma co chwila wycofuje najciekawsze zapachy a i mam wrażenie, że jakościowo wypadają one słabiej niż te kupione przeze mnie teraz (aczkolwiek bazuje wyłącznie na moich doświadczeniach z wariantem zapachowym tiare&ylang ylang) więc no... Trzy sztuki o pojemności 400 ml każda kosztowały zaledwie ciut ponad 11 zł więc sami rozumiecie ;)


Dalsza część tego samego zamówienia to duet kosmetyków z linii Hydra Vegetal a konkretnie mleczka do demakijażu i kremu nawilżającego z SPF 25. Do tej pory moje doświadczenia z tą serią były bardzo nieudane jednak postanowiłam dać jej jeszcze szansę. Prezentami do zamówienia był tusz do rzęs Vertige Volume i krem do rąk 2 w 1. Obu do tej pory nie znałam. Całość (z żelami ze zdjęcia wyżej i kosztami przesyłki) wyniosła mnie 49 zł :)

Yves Rocher Hydra Vegatal tonik nawilżający (recenzja)
Yves Rocher Hydra Vegatal peeling nawilżający (recenzja)




Gdyby mało mi było zakupów w Yves Rocher to strzeliłam jeszcze jedno zamówienie. Przyznaję, że nie od końca byłam pewna czy je opłacę jednak kliknęłam wychodząc z założenia, że taniej być nie może (całość 31 zł) a chyba potrzebuję pilniczka i pędzla. Gdy 'chyba' zamieniło się w 'faktycznie potrzebuję' paczka do mnie przywędrowała. W zamówieniu pojawił się kolejny żel pod prysznic - tym razem wariant morelowo-rozmarynowy. Oraz dwa prezenty. Krem Elixir 7.9, którego moja mama jest jego ogromną fanką i poleciał do niej ;) No i woda toaletowa o aromacie mandarynki, cytryny i cedru. Ta też poleciała w ręce mamy.


Tangle Teezer to już legenda. Kiedyś kupiłam w Biedronce coś co miało być jego odpowiednikiem, sprawdzało mi się cudnie ale jakoś tak nie mogłam się zebrać do kupienia oryginału. Ten moment właśnie nadszedł. Szczególnie, że w e-glamour było to to na wyprzedaży, za około 20 zł z przesyłką. Myślę, że powiem Wam coś więcej na temat tej szczotki za jakiś czas. Dobrałam sobie do zamówienia (skoro już płacę za dostawę... ;)) tusz do rzęs L'Oreal Miss Manga. I wiecie co? Uświadomiłam sobie, że NIGDY nie miałam tuszu tej firmy.... Cóż, będzie okazja, żeby to nadrobić.


Moja mama zgłosiła potrzebę zakupu dwóch produktów do stóp wstrzeliwszy się w sam raz z końcówkę Rossmannowskiej promocji. Co chciała to dostała a ja przy okazji kupiłam sobie (a raczej dostałam) lakier z Miss Sporty. Zielonego pojęcia nie mam o czym myślałam kupując perłowy, jasny róż opalizujący na zielono (nie zdjęciu nie widać :(). Jest tak niesamowicie szkaradny, że musiałam go mieć. Przygarnęłam też z CND błyszczący cień Rimmel, bo kupiony poprzednio wypiekany cień tej firmy służy mi... przednio ;)


Przyjaciółki Nivea chronią skórę przed słońcem ;) Przy pomocy Nivea Sun protect&moisture SPF 30. Niestety jest to typowy filtr 'na plażę' bo klei się na skórze więc nawet nie wiem czy uda mi się go jakoś konkretnie przetestować bo póki co żaden urlop mi się nie zapowiada. Ale... plany są po to by je zmieniać więc a nuż przytrafi mi się jakiś krótki wyjazd ;)


Lakiery do włosów idą u mnie ostatnio jak woda i trochę zaczęło mnie irytować wyrzucanie opakowania za opakowaniem. Moi ulubieńcy nie występują w większej pojemności więc postanowiłam się skusić na wielki elastyczny lakier do włosów L'Oreal. Przy okazji zamówienia  postanowiłam kupić lawendowy krem do rąk O'Herbal (w moim R. nadal ta marka się nie pojawiła) oraz kolejną odżywkę do włosów Organic Shop. Człowiek jestem uparty - do tej pory żaden kosmetyk z tej firmy niestety mnie nie zachwycił...


MediqSkin Plus to żel punktowy do cery trądzikowej. Nie mam trądziku jednak zawartość kwasu glikolowego, tretinoiny i klindamycyny sprawiła, że zapragnęłam go wypróbować na mojej skórze z pierwszymi zmarszczkami. Chwilo opuszczam - słoooońce, jednak już wiem, czym zafunduję sobie jesienną kurację dla mojej skóry. Produkt otrzymałam wraz z wodoodporna szczoteczką soniczną, która wprawiła mnie w wielki zaciesz :D

Więcej grzechów nie pamiętam...
Czytaj dalej »

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Lawenda czy krem Nivea? | FARMONA | HERBAL CARE my nature | masło do ciała | lawenda z mleczkiem waniliowym

Masło do ciała. Typ kosmetyku, który od zawsze darzę ogromną sympatią a który ostatnio porzuciłam na rzecz mleczek i balsamów. Postanowiłam sobie tę formę nawilżania przypomnieć sięgając po produkt rodzimy, o kuszącym mnie lawendowym (i różanym, mam drugi w zapasach ;)) zapachu.

Kto śledzi moje poczynania wie, że zaskarbił sobie moją sympatię o czym wspominałam w przedostatnich ulubieńcach.


Opakowanie to klasyczny plastikowy słoik z metalowym wieczkiem. Szata graficzna jest szalenie estetyczna. Pojemność 200 ml kosztuje 12-18 zł. Cenowo wypada więc bardzo korzystnie.


Masło to posiada przyjemną, zbitą formułę. Jak na masło przystało. Jednocześnie czuć, że produkt bazuje na olejach (masło shea) bo gładko sunie po skórze w momencie aplikacji. Nie jest to jednak produkt tłusty. Wydaje się być przyjemnie jedwabisty, pozostawia po sobie delikatną acz wyczuwalną powłoczkę jednak nie klei się. Właściwości pielęgnacyjne są świetne. Masło funduje konkretną dawkę nawilżenia i odżywienia także najbardziej suchym partiom skóry.  Producent obiecuje nam długotrwały efekt i coś w tym jest. Gdy użyję je wieczorem nawet po porannym prysznicu przy olaniu po nim pielęgnacji moja (bardzo sucha) jest we względnie dobrej formie przez cały dzień. Nie pojawia się nieprzyjemne i znane mi dobrze uczucie dyskomfortu i ściągnięcia. Dodatkowo balsam nie podrażnia i mogę śmiało aplikować go po depilacji.

Rozczarował mnie (początkowo) jednak zapach. Na hasło lawenda zaświeciły mi się oczy i spodziewałam się intensywnie kwiatowego aromatu. No nie. Zapach tego masła to dla mnie mieszanka kremu Nivea i kamfory, podbity aromatem olejku lawendowego. Nie żeby był zły - jest super i bardzo uprzyjemnia mi stosowanie ale lawenda to lawenda a tu...

Podsumowując. To świetny kosmetyk. O przyjemnej formule, świetnych właściwościach pielęgnacyjnych  i niezwykle przyjemnym zapachu. Produkcji krajowej, o niewygórowanej cenie. O ile myślę, że do niego w przyszłości wrócę tak cieszy mnie zapas wersji różanej i mam nieodpartą chęć zakupu wariantu buriti. Kto wie jak to pachnie? ;)


Czytaj dalej »

piątek, 23 czerwca 2017

projekt DENKO | zużycia czerwca 2017


Pora na podsumowanie moich czerwcowych zużyć. Do końca miesiąca pozostało dni kilka jednak zdecydowanie nic już w tym miesiącu zużyć mi się nie uda więc korzystając z chwili czasu przychodzę do Was z moim comiesięcznym podsumowaniem :)

★ fajne
☆ mniej fajne 


★ Odżywcze mleczko do demakijażu Vianek
Ultra delikatne chociaż bardzo skuteczne. O przyjemnej lejącej jednak treściwej formule i niesamowitym zapachu spójnym z całą odżywczą serią kosmetyków tej firmy. Jak pozbędę się chociaż części zapasów z tej kategorii wrócę do niego bez wahania.
Odżywcze mleczko do demakijażu Vianek (recenzja)

Chusteczki do demakijażu Cien 
Używałam ich tylko do twarzy i sprawdziły mi się świetnie. Były mocno nasączone i porowate, przez co skutecznie rozprawiały się z makijażem. Nie podrażniały i miały szalenie przyjemny zapach nieprzesłodzonego grejpfruta.

Tonik nawilżający Natura Estonica Bio
Tani i dobry. Oczyszczał, odświeżał, delikatnie nawilżał. Nie powodował żadnych dodatkowych atrakcji, miał funkcjonalne opakowanie z otwarciem 'na klik' i przyjemny, kwiatowy, niemęczący zapach.
Tonik odmładzający Natura Estonica Bio (recenzja)

Energetyzujący żel do mycia twarzy Vitamin Energy Lirene
Przyjemny, mocno pieniący się żel o intensywnym pomarańczowym zapachu. To kosmetyk z gatunku tych intensywnie oczyszczających jednak nie wysuszał ani nie ściągał skóry. Zużyłam z przyjemnością.
Linia kosmetyków Lirene Vitamin Energy Pro C + D (recenzja)




★ Szampon Johnson's Baby Bedtime
Niby zwykły szampon ze średnim składem ale... okazał się być niesamowicie fajny. Pięknie pachnie, dobrze oczyszcza, nie przesusza włosów i skóry głowy. Ma przyjemną, gęstą formułę, jest tani jak barszcz i dobrze dostępny. Mam dwie kolejne butle i to zdecydowanie nie będzie koniec. Znalazłam kolejnego ulubieńca w tej kategorii.

 Nawilżający szampon do włosów Iceveda
Wtopa. O ile poprzedni szampon tego producenta jaki używałam szybko zdobył moje serce tak ten nie przypadł mi go gustu. Był zbyt delikatny i nie do końca dobrze radził sobie z myciem. Zużyć zużyłam wrócić do niego nie wrócę.
Szampon zwiększający gęstość włosów Iceveda (recenzja)

Emulsja zakwaszająca Stapiz
Trzecia ogromna butla (zużyta przeze mnie w połowie) najlepiej świadczy o mojej sympatii względem tego kosmetyku. Ma przyjemny, winogronowy zapach i lekką ale nie przelewającą się przez palce konsystencję. Delikatnie nawilża, ułatwia rozczesywanie i nie obciąża. Jest śmiesznie tania i ma wygodne opakowanie z pompką.

★  Eliksir odżywczy Magiczna moc olejków L'Oreal
Rok używania jednego i tego samego kosmetyku to dla mnie zdecydowanie za dużo ;) Ale świadczy to tylko i wyłącznie o jego niesamowitej wydajności. Robił swoją robotę, miał bardzo przyjemny zapach i nie obciążał mi włosów. Podobała mi się jego formuła przypominająca suchy olejek. Niby w pewnym momencie nie mogłam już na niego patrzeć ale... sama nie wiem czy do niego nie wrócę ;)
L'Oreal Magiczna moc olejków Eliksir odżywczy, olejek w kremie (recenzja)

★  Lakier do włosów Volume Lift Syoss
To jeden z dwóch lakierów, które moje włosy tolerują. Rozpylany na włosy jest suchy przez co nie zostawia na nich niemal żadnej warstwy. Nieźle radzi sobie z utrzymywaniem fryzury, jest tani, dobrze dostępny więc zdecydowanie do niego wrócę co też czynię od paru lat (gdy w ogóle po lakiery sięgam). Kolejna butla czeka :)

 Lakier do włosów Fullness Taft
Mokry, oblepiający, dający na moich bardzo cienkich włosach efekt przyklapu i oblepienia. Zużyłam w bólach i będę się trzymać od niego (jak i innych wariantów Tafta za wyłączeniem wersji Ultimate) z daleka.



★ Żel do mycia ciała Johnson's Bedtime
Żel pod prysznic Orginal Source
Żel pod prysznic Nivea Cream Care (zgubiłam opakowanie ;))
Żel pod prysznic Be Beauty
Wszystkie cztery polubiłam. Nie siały spustoszenia na mojej skórze (najlepiej pod tym względem wypadł Jonhson's Baby) i miały przyjemne zapachy. Do wszystkich wróciłabym z przyjemnością z różnych względów ale po szczegóły zaproszę Was do odrębnego posta, którym im poświęciłam. Pozwolę sobie jednak uprzedzić, że używałam ich równolegle od dłuższego czasu - nie potrafię zużyć czterech żeli w ciągu miesiąca mimo jakże częstego mycia ;))
Przegląd żeli pod prysznic #3

Antyperspirant Fa Soft&Control
Takie tam przyjemnie pachnące psikadło, które nie podołało obecnym upałom. Na chłodne dni był całkiem w porządku jednak mam nieodparte wrażenie, że nie ogarniam takiej formy antyperspirantów. Bo zużywam je stanowczo zbyt szybko. 


 Krem-maska do rąk Comfort+ 10% Shea Bielenda
Jakie to było rozczarowanie! Spotkałam się z bardzo dobrymi opiniami na jego temat, producent obiecywał bogatą formułę i co? Jestem na nie. Krem jest lekki, pozostawia na skórze lekko mokrą warstewkę i z moimi dłońmi nie robił nic. Zużyłam go do stóp z efektem marnym i więcej do niego nie wrócę.

★ Masło do ciała Farmona
Totalny hit. Masło jest treściwe i jedwabiste, nakłada się bez problemu, pozostawia na skórze otulającą powłoczkę jednak skóra się po nic nie lepi. Pięknie nawilża i delikatnie odżywia. Ma niesamowicie przyjemny zapach. Na pewno w przyszłości do niego wrócę a lada dzień pojawi się jego recenzja.

Nawilżający balsam do ciała Atopis
Bardzo dobry produkt pod względem działania jednak aplikacja już nie do końca mnie przekonała. Balsam mazał się po skórze i ją bielił, potrafił ubrudzić pidżamę i w ogóle był upierdliwy w stosowaniu. Znam równie dobre balsamy, które są mniej problematyczne.
Atopis NovaClear+ nawilżający balsam do ciała, żel do mycia twarzy i ciała (recenzja)

Olejek w balsamie Nivea
Fajne to! Zdecydowanie nie jest to produkt do bardzo suchej skóry i nie byłabym w stanie oprzeć na nim całej mojej pielęgnacji ale jako szybko wchłaniający się (całkowicie) lekki balsam na dzień zdecydowanie dawał radę. Zapach nie do końca przypadł mi go gustu i gdy będę chciała po niego sięgnąć w przyszłości to zdecydowanie po pozostałe wersje.
Olejek w balsamie Nivea (pierwsze wrażenie)

To był dobry miesiąc pod względem pozbywania się miliona otwartych butli na wykończeniu. A jak tam u Was? :)

Czytaj dalej »

wtorek, 20 czerwca 2017

ULUBIONE #6 2017



Tegoroczny czerwiec zdecydowanie nie należy do moich ulubionych miesięcy. Pomijając wszystko inne zbliżające się upały, których szczerze nienawidzę, sprawiają że coraz trudniej podchodzić mi do życia z należną mu sympatią. Tym jakże radosnym wstępem człowieka-frustrata zapraszam Was na moje ulubione kosmetyki :)



❤ Miłość od pierwszego użycia, kupiona w ciemno i bez większego przekonania przy okazji promocji z Rossmannie. Enzymatyczny peeling-maska Perfecta Stop Naczynkom okazał się być bardzo mocnym ogniwem mojej pielęgnacji. Za kilkanaście złotych dostajemy kosmetyk, który łączy w sobie właściwość delikatnego produktu złuszczającego oraz oczyszczającej maseczki. Ma lekką formułę, nie sypie się ze skóry jak podobny produkt marki Ava a działa równie świetnie. O ile w ogóle nie lepiej. U-w-i-e-l-b-i-a-m. I trochę nadużywam ;)
O trzech dobrych maskach produkcji rodzimej: Ava, Bandi, Mincer (recenzja)

❤ Gdy nie sięgam po krem z filtrem (w pochmurne dni lub te, gdy na skórze gości u mnie krem BB z ochroną SPF) katuję cudowne, lekkie, wygładzające, matujące serum VitaCeric Dr Irena Eris. Wchłania się błyskawicznie, utrzymuje na sobie makijaż przez całybożydzień  i ma niesamowicie przyjemny zapach oraz fantastyczne, estetyczne opakowanie.

❤ Czasem kupowanie czegokolwiek oczami na więcej sensu, niż można by się spodziewać. W maju od niechcenia przygarnęłam z Lidla limitowaną odżywkę do włosów Cien. I szalenie się z nią polubiłam od pierwszego użycia. Jest lekka ale przyjemnie treściwa. Dobrze nawilża i wygładza włosy jednocześnie ich nie obciążając. Na dodatek ma niesamowicie przyjemny zapach. Jak jeszcze ją spotkam chętnie kupię kolejną tubę.

❤ Drobiny piachu w kremie. O totalnie fantastycznym zapachu powietrza po deszczu. O wygładzającym peelingu do ciała Restort Spa Fiji Dr Irena Eris pisałam już Wam na blogu przy okazji pierwszego wrażenia. Zdania nie zmieniłam. To cudowny peeling, z równie cudownym zapachem. Drogi jak sto nieszczęść ale jeśli macie w budżecie miejsce na peeling za kilkadziesiąt złotych nic tylko kupować.
Dr Irena Eris Resort Spa Fiji wygładzający peeling i odżywczy balsam-nektar (pierwsze wrażenie)

❤  Żele pod prysznic to nuda. Nivea wyszła więc z propozycją jedwabistego musu pod prysznic. Skusiłam się na jeden z dwóch letnich wariantów czyli rabarbar z maliną. Oba aromaty podbijają klasyczny zapach kremu Nivea co daje przyjemne dla nosa połączenie. Sama formuła jest super i żałuję, że od paru lat na drogeryjnych półkach mamy deficyt tego typu formuł. Pianka ta jest lekka i nie przesusza mi nadmiernie skóry. Jest ze mną krótko (bardzo!) ale polubiłam ją od pierwszego użycia ;)



❤ Nie wierzcie opiniom, że podkład Bell Illumi jest jasny. Odcień 1 kupiłam wiosną w poszukiwaniu czegoś, co nada się na moją bladą skórę i okazał się być mocno za ciemny. Pomijając kwestię koloru to naprawdę przyzwoity produkt. Ma lekką formułę, wygląda na skórze niesamowicie naturalnie, wyrównuje koloryt skóry, ma przyzwoitą trwałość i dobrze współpracuje z filtrem. To ostatnio moja ulubiona opcja na co dzień.

Regenerujące serum do paznokci Evree Max Repair ma jedną 'wadę' - trzeba je używać systematycznie by widzieć efekty. Ale efekty są naprawdę wow. Jako, że ostatnio moje paznokcie są gorszej formie ale niestety nie mam zbyt wiele chęci i jednocześnie czas w ciągu dnia by bawić się w olejowanie używam ten produkt sporadycznie. Aczkolwiek po każdym użyciu widzę efekt niemal natychmiastowy - płytka paznokcia nie jest już tak mocno przesuszona a paznokcie zaczynają mi się mniej rozdwajać. No i zyskują na tym skórki.

❤  Znam dużo ładnych zapachów ale odwiecznie z tymi 'na lato' mam problem. Bo nic mi się nie podoba. W ostatnich latach moich letnim zapachem numerem był Tommy Girl jednak ile można to samo. Dwa sezony temu przypadkiem, za niewielkie pieniądze przygarnęłam zapach Benetton Bienco. Pokusiła mnie sympatia do zapachów tej firmy i nuta liczi. To mój drugi (kończący się) flakon a trzeci czeka w zapasach. Zapach jest niesamowity. Połączenie liczi i bambusa sprawia, ze jest on rześki jednocześnie kwiatowa nuta jaśminu nadaje mu trochę słodyczy. Kompozycja świetnie leży na skórze, jest wyczuwalny ale nie męczy otoczenia. Mój numer jeden na upały.


Czytaj dalej »

niedziela, 18 czerwca 2017

Przed użyciem wstrząsnąć! | LIRENE| Płyn micelarny z olejkiem rycynowym


Dziś zapraszam Was na słów kilka na temat przyzwoitego płynu micelarnego o dwufazowej formule.


Płyny micelarne zostały u mnie zdeklasowane na rzecz mleczek czy olejków już jakiś czas temu. Nie odrzuciłam ich totalnie, jednak nie są to kosmetyki na których opieram mój codzienny demakijaż. A jeśli już sięgam po tego typu produkt zwracam dużą uwagę na jego formułę - ulubiłam sobie naturalne płyny z rodziny Sylveco (są ciut treściwsze od wody) a używany przeze mnie (z powodzeniem!) ubiegłego roku olejkowy Garnier sprawił, że i nowość Lirene postanowiłam na mojej twarzy wypróbować.

Z teorii. Mamy tu do czynienia z wielką, pękatą butlą o pojemności 400 ml. Cena regularna to 20 zł. Szata graficzna jest całkiem w porządku dodatkowo dwie fazy (wizualnie, choć nie tylko) robią swoją robotę.


Czy ten płyn jest tłusty? Podejrzewam, że część potencjalnych klientów zada sobie to pytanie przed zakupem. No i tu pojawia się kwestia składu i obietnic. Fakt, micel zawiera olejek rycynowy jednak główne skrzypce grają w nim silikony i gliceryna. A te sprawiają, że zamiast tłustej, oblepiającej powłoki otrzymujemy produkt przyjemnie jedwabisty i satynowy. Wacik z tymże płynem po skórze sunie gładko i przyjemnie, więc jeśli macie ten sam problem co ja - podrażnienie skóry od pocierania płatkami kosmetycznymi - powinnyście być ukontentowane.

Mieszanie dwóch faz nie należy do irytujących. Dodatkowo płyn nie rozwarstwia się zbyt szybko więc opada opcja potrząsania butelką (a raczej butlą) co chwilę. Produkt nie jest typowym płynem dwufazowym - od tych wydaje się być zdecydowanie bardziej płynny, co za tym idzie - lżejszy. Osobiście śmiało wykonuję nim demakijaż twarzy bez uczucia obciążenia skóry.  Zaznaczam jednak że po pozbyciu się makijaż zmywam twarz żelem. Bo zostawianie tego typu kosmetyku na twarzy mi się nie widzi ;)

Micel ten pod względem skuteczności nie zawodzi. Fakt, nie używam kosmetyków wodoodpornych jednak z moim codziennym (czasem dość intensywnym) radzi sobie bez większego problemu. I w przypadku makijażu twarzy ale również z tuszem czy kreską na oku. O cieniach nie wspominając.

Nie zaobserwowałam poprawy kondycji rzęs, nie zauważyłam pogorszenia stanu skóry aczkolwiek nadmienię, że nie używam go regularnie. Zwróciłam za to uwagę na jego bezzapachową formułę i dużą łagodność.

Podsumowując. To przyzwoity kosmetyk do demakijażu za przyzwoitą cenę. Szczególnie w promocji o które nietrudno.  Plus za duże opakowanie, długi termin przydatności (9 ms) i dobrą wydajność. Rzecz warta uwagi :)


Czytaj dalej »

piątek, 16 czerwca 2017

Ja kontra legenda | ESSIE | top coat GOOD TO GO | lakier BORDEAUX

Dawno, dawno temu gdy poznawałam kosmetyczny świat było głośno o produktach marki Essie. Lakiery tej marki zbierały ogrom pozytywnych opinii ze względu na mnogość ciekawych odcieni, piękne nazwy i ponoć niesamowitą jakość. Klaskiem był też ich top coat. Stałam z boku odkładają zakup na 'potem' wychodząc z założenia że w sumie to chciałabym je wypróbować ale szkoda mi pieniędzy. I tak sobie czekałam na dobrą promocję aż się doczekałam. I w Rossmannie korzystając z CDN nabyłam dwa produkty za oszałamiającą dychę za sztukę.


⇒TOP COAT ESSIE GOOD TO GO⇐

W swoim życiu przeszłam już przez Poshe, Seche Vite i Insta Dri, przy którym to zostałam. Bo malowania paznokci bez porządnego top coatu sobie nie wyobrażam. Po pierwsze dlatego, że znacząco zmniejszają one czas wysychania lakieru. Po drugie, bo zwiększają trwałość nawet najtańszego lakieru na moich paznokciach. Bo nawet najlepszy (niekoniecznie najdroższy) lakier solo na mojej płytce utrzymuje się maksymalnie dwie doby. Insa Dri wydłuża żywotność nawet do tygodnia.

Jak wypada Essie przy przy wymienionych wcześniej produktach? Słabo.  I przyczepię się tu głównie żywotności lakieru na płytce a raczej... jego braku. Używałam go z różnymi markami (L'Oreal, Cuccio, Wet n Wild, Bell czy Essie właśnie) i nie widzę większej różnicy w trwałości lakierów nałożonych solo i z tym topem. Dwa-trzy dni i paznokcie do zmycia.

Na szczęście sam 'komfort' jego używania jest nie najgorszy (dlatego nie wylądował jeszcze w koszu). Ma dobrze przycięty pędzelek, nie zgęstniał (ale dopiero dobijam połowy opakowania), nie ściąga lakieru. I znacząco przyspiesza czas jego wysychania. Co jest mi niezmiernie na rękę skoro maluję paznokcie co dni dwa ;)

Zawód. Duży zawód. Pomijając powyższe kwestie jest też jeszcze jeden drobny szczegół, który dość mocno mnie irytuje. Pędzelek delikatnie zbiera kolorowy lakier  przez co przeźroczysty u mnie top na dzień dzisiejszy ma już lekko różowe zabawienie.



LAKIER ESSIE BORDEAUX⇐

Pisząc wyżej o mojej problematycznej płytce paznokcia wcale nie żartowałam. Lakier Essie solo wytrzymuje u mnie dobę ale nie jest to nic szczególnego i wcale nie traktuję tego jako jakąś jego ogromną wadę. Ja tak po prostu mam. A raczej moje paznokcie tak mają.

Kolor na jaki się zdecydowałam to ultra ciemny odcień bordo (serio?) wpadający niemal w czerń. Lakier jest kremowy, nie posiada drobinek. Jeśli mowa o jego pigmentacji jest... średnio. O ile w przypadku 'pewnej ręki' i krótkich paznokci dwie warstwy okazują się być satysfakcjonujące tak gdy paznokcie miewam długie muszę domalowywać trzecią  by wyeliminować lekkie smugi.

Przeżyłabym. Ale (a jakże!) źle przyciętego pędzelka w lakierze przeciętnej jakości za jaki producent w regularnej cenie życzy sobie trzy dychy przeżyć nie potrafię. W teorii pędzelek jest taki jak lubię. Płaski, dość szeroki (ale nie zbyt), z zaokrąglonymi bokami. Tylko że te zaokrąglone boki (szczególnie z jednej strony) mają pojedyncze dłuższe włoski przez co manewrowanie nim przy skórkach jest upierdliwe bo łatwo o ich uciapanie. Radzę sobie z tym obracając co chwilę pędzel na tę bardziej zgrabną stronę jednak głupiego to robota.


Nie pozostaje mi chyba dodać, że raczej do tej marki już nie wrócę.Ani lakier a już tym bardziej top nie wydają mi się być kosmetykami wartymi powrotu czy kolejnych szans. Jeśli mowa o lakierach planuję z podkulonym ogonem wrócić do tych z Yves Rocher. Lub zostać przy tych żelowych z Wet n Wild.  Bo te zdobyły moje serce szybko i skutecznie.
Czytaj dalej »

czwartek, 15 czerwca 2017

ZBIORY KOSMETYCZNE | przegląd kosmetyków do MAKIJAŻU


W makijażu zdecydowanie nie lubię półśrodków. Na twarzy noszę makijaż pełny albo nie noszę go wcale. Dziś zapraszam Was na aktualizację mojego stanu posiadania wraz garścią minirecenzji na temat używanych przeze mnie produktów.


Jeśli o podkładach mowa należę do tej grupy osób, które cenią sobie przede wszystkim naturalne wykończenie. Na chwilę obecną moimi dziennymi produktami do makijaży twarzy są podkład Bell Illumi oraz krem BB Orange Skin 79. Ten pierwszy zaczęłam używać niedawno (mimo pogłosek o jego jasności był dla mojej nieopalonej skóry zdecydowanie zbyt ciemny) i bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Ma przyjemną, kremową konsystencję, jest komfortowy w noszeniu i świetnie współpracuje z moimi filtrem (Lirene SPF 50). Ma lekkie krycie i nie należy do najtrwalszych jednak przypudrowany daje sobie rade na skórze przez parę ładnych godzin. Podobnie zachowuje się krem BB. Ten ma bardziej mokre, niezwykle promienne wykończenie i treściwszą formułę jednak ze względu na SPF używam go na lekkie matujące serum w mniej słoneczne dni i efekt na skórze jest dla mnie w pełni satysfakcjonujący.

Krem BB Pink ze Skin 79 traktuję po macoszemu - jego szaro-różowy odcień totalnie mi nie leży i pewnie zużyję go do mieszanek zimą. Podkład Perfect Tone Lirene niestety ciemnieje na mojej skórze niesamowicie. Jego poziom ciemności (bo mam odcień 120 Natural) mimo, że niemal powinien mi już pasować (produkty samoopalające poszły ostro w ruch) tak niestety wytrąca tak intensywnie pomarańczowe tony, że raczej się nim nie nacieszę. Na koniec mój ulubieniec czy Catrice HD Liquid Coverage Foundation. Kosmetyk, który wymaga dobrej bazy (u mnie maska bankietowa Nocne Życie Dermiki) i zdecydowanie nie jest opcją codzienną ze względu na zbyt intensywny jak na moje preferencje poziom krycia jednak jest to kosmetyk na tyle długotrwały, że nie straszne mu 15h godzin na twarzy.

Pod oczami gości u mnie Catrice Liquid Camouflage w odcieniu 010. Obok nowość w odcieniu 005 czekająca na swoją kolej. Jestem ogromną zwolenniczką tego kosmetyku, który świetnie współpracuje z treściwszymi kremami po oczy (ma dość suchą formułę) jednocześnie zapewniając konkretne krycie zasinień.

Catrice - trzech ulubieńców (recenzja)


Bez pudru się u mnie nie obejdzie. Na chwilę obecną posiadam dwa. Maltretowany przeze mnie w ostatnich tygodniach wodoodporny, jasny, niesamowicie drobno zmielony Mattifying Powder Prime and Fine Catrice. Kosmetyk, który jednocześnie pięknie matuje i pozostawia na skórze subtelne, jedwabiste, niesamowicie naturalne wykończenie. Jednak powoli wracam do pudru sypkiego Banana Dream W7, który to towarzyszył mi całe ubiegłoroczne wakacje.  To lekki, wykończeniowy puder, który swoim żółtym zabarwieniem świetnie ujednolica odcień skóry.

W kategorii rozświetlania skóry bazuję obecnie na jednej marce. Od dłużej chwili gości o mnie Shimmering powder Bell, który jest moim mały odkryciem. Nie jest to kosmetyk, który pozostawia na skórze pożądany efekt tafli, za którym osobiście nie przepadam (na stare lata stwierdziłam, że nie wygląda to naturalnie). Produkt Bell delikatnie rozświetla skórę drobnymi rozświetlającymi drobinkami, jednocześnie ożywiając ją, nadając jej lekko piaskowego odcienia. Mogę Wam również polecić brązer z tej linii - stosowałam go namiętnie przez ostatnie miesiące.  Posiadam również puder z linii Secret Garden. Rozbielający skórę, produkt o lekko drobinkowym wykończeniu, który jak podejrzewam świetnie sprawdzi się na skórze bladej. Więc czeka do zimy ;)

Totalny ulubieniec - puder brązujący Provoke Dr Irena Eris o fakturze czekoladki. Drobnozmielony, jednocześnie zbity brązer, którym nie da się zrobić sobie krzywdy. Ma piękny, ciepły odcień przez co cudownie imituje naturalną opaleniznę. Niby nie ma jakichś ordynarnych drobin jednak nie jet też do końca matowy przez co skóra po jego użyciu wygląda 'zdrowo'. Szalenie go lubię.

W7 sypki puder Banana Dream (recenzja)


Z cieniami raczej nie szaleję, aczkolwiek preferuję mocniejszy makijaż oka na co dzień. Zazwyczaj podkreślam załamanie neutralnym, szaro-brązowym odcieniem (z paletki Eveline lub wypiekanym z duetu Provoke) a na środek powieki nakładam coś mniej lub bardziej błyszczącego (dwa jaśniejsze odcienie z potrójnych cieni Provoke, czarno-bordowy cień z paletki Eveline, lub odcień odcienie taupe z Rimmela).

Posiadam też dwa matowe cienie z Bell. Jeden brzoskwiniowy, drugi pastelowo żółty. Oba jakościowo nic mi nie urywają ale nieźle wyrównują koloryt skóry. A gdy zależy mi na dużej trwałości makijażu zamiast bazy sięgam po cień w kremie tego samego producenta. Mój w klasycznym, szaro-różowym odcieniu z linii Vanted.

Provoke cienie do powiek (recenzja)


Trzy tusze z prawego rogu to moje zapasy: Max Volume Plus Wet n Wild, Vertige Volume Yves Rocher, Volume 1 seconde Ultra Black Bourjois. Wszystkie są mi dotąd nieznane więc w żaden sposób się do niech nie ustosunkuję. Aczkowiek ta gromadka lada dzień powiększy się o tusz L'Oreala Miss Manga, który właśnie do mnie zmierza ;)))

Jeśli mowa o tuszach, które używam na chwilę obecną szalenie zadowolona jestem z Volume 1 seconde Bourjois w wersji klasycznej. Jest trwały, na rzęsach robi firanki (a rzęsy mam beznadziejne) i jest niesamowicie czarny. Maskara Sexy Pulp Yves Rocher to moje drugie podejście do tego tuszu. Pierwsze zakończyło się wydaniem go w inne ręce bo nie dość, że efekt jaki daje na moich rzęsach jest marny to i trwałością nie powala. Na szczęście zaopatrzyłam się w serum do rzęs Eveline 8w1, które to totalne wyratowało ten produkt w moich oczach (aczkolwiek używany solo to dla mnie nadal badziew).

Z podkreślaniem brwi nie szaleję. Używam drugie z rzędu (i na pewno nie ostatnie!) opakowanie wosku do brwi Bell. Odcień blondynka jest chłodny ale nie szary, lekko wypełnia moje rzadkie włoski i wygląda turbo-naturalnie. U-wiel-biam.


Na koniec kosmetyki do ust. Przyznaję się bez bicia, że częściej na moich ustach goszczą pomadki ochronne niż typowe kosmetyki koloryzujące jednak od czasu do czasu lubię 'zaszaleć'. Z nudziakami ;) Matowe pomadki Provoke mają przyjemną formułę musu, matowe wykończenie i przyzwoitą trwałość. Jak na kosmetyk, który nie zastyga na ustach na skorupę. Są komfortowe w noszeniu a najjaśniejszy, lekko biszkoptowy odcień beż zdobył moje serce szybko i skutecznie.

Błyszczyk Provoke to mój drugi w dłuższym odstępie czasu i muszę przyznać, że firma 'umie' błyszczyki robić. Są gęste, treściwe jednak niezbyt lepkie jak na intensywność blasku.

Dr Irena Eris Provoke matowe pomadki w płynie (recenzja)
Dr Irena Eris Provoke błyszczyk (recenzja)


Jak na standardy 'blogerskie' i moje ciągoty do gromadzenia uważam swój zbiór za sensowny i rozsądny (co za miłe urozmaicenie patrząc na pielęgnację wysypującą się z kartowów z zapasami :D). Jestem ciekawa czy należycie do minimalistek w tej dziedzinie?
Czytaj dalej »

środa, 14 czerwca 2017

Przegląd ZAKUPÓW | maj-czerwiec 2017




Cóż.... mimo, że w maju pojawił się post z podsumowaniem miesiąca i moją pobożną nadzieją, że 'to już koniec' końca nie było. W czerwcu wpadło mi też trochę (trochę dużo) nowości więc pora na kolejne zakupowe podsumowanie ;)

→ ZAKUPY maj 2017 (przegląd)

Większość moich zakupowych poczynań pokazuję Wam na bieżąco na instagramie @blogkosmetykoholiczka więc dla obserwujących mnie będzie to drobna powtórka ;)


Czy wspominałam, że mam hopla na punkcie otulającego, lawendowego zapachu Johnson's Baby Bedtime? Jeśli nie to oficjalnie Was o tym fakcie informuję. Do szczęścia brakowało mi oliwki i płynu do kąpieli. (Nie)stety Rossmann zaoferował rewelacyjną promocję i każdy z tych produktów kosztował zaledwie 6 zł za sztukę. Więc nabyłam i jedno i drugie. Drugie w ilości trzech sztuk. Na jesienne, wieczorne polegiwanie w wannie opcja idealna. Dodatkowo zdecydowałam się na powrót do szamponu. W poście o bieżącej pielęgnacji włosów wyraziłam się o nim w samych superlatywach i zdania na ten temat nie zmieniłam.

Moja obecna pielęgnacja włosów (czerwiec 2017)


Yves Rocher zafundowało nam też świetne promocje, nie oparłam się więc dwóm zamówieniom. Na drugie czekam ale pierwsze, skromniejsze, to mój powrót do ich serum do włosów. Jakiś czas temu przygarnęłam butelkę jako prezent do zamówienia jednak przeżyła (a raczej nie przeżyła) przygody z kafelkami. Zapowiadało się świetnie, planowałam powrót więc przydarzyła się ku temu świetna okazja. Skusiłam się też na żel pod prysznic, który gościł na mojej liście do kupienia odkąd dowiedziałam się o wycofaniu mojego ukochanego żelu o zapachu kwiatu tiare z linii JdM. Niestety, wariant Plaisirs Nature nie pachnie już tak intensywnie ale jakościowo wypada zdecydowanie lepiej - jest o niebo łagodniejszy dla mojej skóry. Żeby dobić do progu darmowej dostawy skusiłam się na podwójny pędzel do oczu i jestem zawiedziona.  Włosie jest liche i trochę drapie. Prezentem była woda z linii Plaisirs Nature oraz krem do twarzy Elixir 7.9, który oddałam mamie bo bardzo go lubi. Całość kosztowała zaledwie 33 zł!

Yves Rocher woda toaletowa kwiat pomarańczy& petit grain & lawenda (instagram)


W sieci aż huczy o produktach do włosów Organic Shop. Jako, że zarządziłam przerwę od wielkich pojemności włosowych nawilżaczy stwierdziłam, że to najlepszy moment by przetestować ich kosmetyki. Sięgnęłam po dwie maski i dwie odżywki. Duet odżywki 'marokańska księżniczka' i popularnej maski z awokado poszedł już w ruch i... jestem bardzo zawiedziona.


Moje ulubione mydła do rąk to te z Green Pharmacy. Kupiłam dwa warianty zapachowe, których wcześniej nie używałam (lawenda, werbena z limonką) a jako gratis (serio!) do zakupów dostałam żel pod prysznic z lotosem i jaśminem.


Recenzja duet żelu do mycia twarzy i ciała oraz balsamu do ciała z linii Atopis NovaClear+ pojawiła się już na blogu. Balsam nie zachwyca ale myjadło zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie.

NovaClear+ Atopis żel do mycia twarzy i ciała, balsam do ciała (recenzja)


Rossmann i ich kolejne 2+2. Jedynym mi znanym (i uwielbianym!) przeze mnie kosmetykiem jest krem do stóp 30% Urea Lirene. No dobra, odżywkę Eveline też znam ale w klasycznym wariancie, tylko razem wybór padł na wersję Sensitive. Kremy do depilacji Bielendy barrrdzo lubię acz tej kaszmirowej nowości jeszcze nie używałam. A psikadło do stóp zobaczyłam na oczy totalnie po raz pierwszy.


Gdyby żeli było mi mało (czekam na 6 z YR) to mam jeszcze mus pod prysznic Nivea. O kremowym zapachu z nutką rabarbaru i maliny. Ma szalenie przyjemną, puchatą konsystencję i nie sieje spustoszenia na mojej skórze.


A powyższy mus przygarnęłam będąc w Naturze po zapas jednego z moich ulubionych lakierów do włosów Taft, najskuteczniejszego antyperspirantu na lato - Old Spice (uprzedzam, wersja 'z misiami' pachnie owocowo, jak dla mnie nie jest to zapach męski ;)) oraz w poszukiwaniu jakiegoś wodoodpornego tuszu i tutaj wybór padł na maskarę Wet n Wild Max Volume Plus.  No i pozycja obowiązkowa - najjaśniejszy odcień kamuflażu Catirce.

o trzech kosmetykach do makijażu twarzy Catrice (recenzja)



Nie wiem czy jest sens pokazywać na blog produkty higieniczne (z drugiej strony, czemu nie? sama chętnie zerkam co tam ciekawego ludzie używają ;)) ale zasiliłam zapasy mojej ulubionej pomarańczowej pasty Elmex i skusiłam się na nowość z oferty Tołpy czyli ich pastę wybielającą.


Tyle. Chwilowo ;)
Znacie któryś z pokazanych przeze mnie produktów? :)
Czytaj dalej »

wtorek, 13 czerwca 2017

Dla wrażliwców, atopików i sucharów | NOVACLEAR+ | ATOPIS | żel do mycia twarzy i ciała | nawilżający balsam do ciała

Zacznę od paru słów wstępu. Linia kosmetyków Atopis dedykowana jest skórze atopowej, suchej i wrażliwej. O ile nie mam zdiagnozowanej atopii (na papierze, bo takową diagnozę usłyszeć było mi dane jednak dopóki nie zobaczę tego na oczy to nie uwierzę :P) to moja skóra zdecydowanie należy do tych ultra suchych, wrażliwych, wymagających pielęgnacji. Miewa gorsze, miewa też lepsze dni. Używanie tego duetu trafiło zdecydowanie na czas, gdy moja skóra jest we względnie przyzwoitej formie aczkolwiek nawet w takich momentach i kosmetyki pielęgnacyjne mają spore pole do popisu. Jak wypadł ten duet? Zapraszam Was na moją opinię.


NOVACLEAR+ ATOPIS ŻEL DO MYCIA TWARZY I CIAŁA

Zazwyczaj najlepsze zostawiam sobie na koniec tym razem jednak zacznę od mocniejszego ogniwa tego oto duetu. Owe myjadło planowałam używać do mycia ciała (bo żeli do twarzy u mnie jak mrówków) jednak po pierwszym prysznicu awansował na produkt okołotwarzowy bo... najzwyczajniej w świecie szkoda by było mi nim być ciało. Bo to myjadło perfekcyjne! Niesamowicie łagodne i delikatne przy czym dokładnie oczyszczające skórę. Nie przesusza, nie podrażnia, nie ściąga. Zapewnia za to po umyciu uczucie komfortu, którego tak często brakuje mi w środkach myjących.

Żel posiada neutralny zapach i niemal się nie pieni. Ma lekką, żelową, trochę ciągnącą się formułę. Dlatego też uważam, że opakowanie typu miękka tuba jest tu chybione - muszę zwracać uwagę by nie wylało mi się go zbyt dużo bo wystarczy odrobina by spełnił swoje myjące działania. Na szczęście producent nadrobił tę 'wpadkę' w większej dostępnej pojemności (500 ml, moja ma 200 ml) i zapakował tenże kosmetyk w opakowanie z pompką.

☆☆☆☆☆


NOVACLEAR+ ATOPIS NAWILŻAJĄCY BALSAM DO CIAŁA

 Balsam, podobnie jak żel, zawiera olej konopny i ekstrakt z lukrecji. Bazuje na parafinie co nie jest dla mnie problemem aczkolwiek jeśli omijacie ten składnik warto zwrócić na to uwagę. Spodziewałam się kosmetyku gęstego i treściwego więc sporym było moim zdziwieniem gdy okazało się, że produkt jest stosunkowo lekki, o kremowej konsystencji. Nie przekłada się to jednak na komfort aplikacji. Bo na skórę nakłada się go źle. To ten typ produktu, który zachowuje się niemal jak filtr przeciwsłoneczny - intensywnie bieli skórę. I wymaga dokładnego wsmarowania i także odczekania chwili by wskoczyć w piżamę. Postawia na skórze wyczuwalną powłokę.

Nie mogę przyczepić się do jego właściwości nawilżających. Nawilża, także te najbardziej suche partie jak łokcie i kolana. Pozostawia na skórze uczucie komfortu. Eliminuje podrażnienia. Ma neutralny zapach i... chyba nie grzeszy wydajnością. Aczkolwiek sięgam po niego często a u mnie generalnie nawilżacze schodzą jak woda ;)


nawilżający balsam ↔ żel do mycia twarzy i ciała

Jeśli miałabym je podsumować w kilku słowach to o ile działanie balsamu oceniam pozytywnie tak sama aplikacja sprawia, że zdecydowanie do niego w przyszłości nie wrócę. Żel za to będę miała w 'pamięci' i gdy tylko coś niedobrego zacznie dziać się z moją skórę potraktuję go jako pewniaka wartego zakupu.

Oba te produkty pod względem ceny wypadają naprawę przyzwoicie - mniejsze pojemności (200 ml) nie dobijają do 20 zł, większe (500 ml) to koszt 30 zł. Oba te kosmetyki, a także inne z linii Atopis, kupicie w aptekach. 

   Jestem niesamowicie ciekawa Waszej opinii!
Czytaj dalej »

niedziela, 11 czerwca 2017

Trzech ulubieńców | CATRICE | HD Liquid Coverage | Liquid Camouflage | Mattifying Waterproof Powder

Dziś subiektywnie o moich makijażowych ulubieńcach z dziedziny makijażu twarzy. Dwa z nich są niezwykle popularne w blogosferze (aczkolwiek zbierają skrajne opinie ;)), jeden moim skromnym zdaniem jest jednak ciut niedoceniony więc... pora napisać na jego temat słów kilka.


➤   PODKŁAD HD LIQUID COVERAGE CATRICE mój w najjaśniejszym dostępnym odcieniu 010. Podkład, który szturmem podbił rynek, wyprzedaje się do tej pory na pniu (chociaż swój egzemplarz kupiłam, o dziwo, bez problemu w sklepie internetowym Drogerii Natura z bezpłatnym odbiorem w drogerii). W cenie regularnej kosztuje 30 zł za 30 ml. Zapakowany jest w solidne, szklane opakowanie z pipetą. Pomysł jest to genialny bo sam produkt jest ultra płynny więc nie wyobrażam sobie w jego przypadku innej formy podania

Właściwości tego podkładu są przednie, a poziom krycia zaskakuje. Jedna cienka warstwa wystarcza by wyrównać koloryt i zakryć drobne przebarwienia czy niedoskonałości. Druga sprawia, że skóra wygląda jak... maska. I wcale nie mam tu na myśli typowego 'efektu maski' jakie dają nałożone zbyt obficie podkłady a tak intensywne pokrycie skóry pigmentem, że traci ona ze swojej naturalności niemal wszystko. Na pewno są zwolennicy takiego wykończenia. Dla mnie jednak skóra niczym z Photoshopa gubiąca swoją naturalną strukturę wygląda po prostu źle. Więc jak raz spróbowałam tego produktu na twarz podokładać i krycie zbudować, tak zostałam przy jednej, cienkiej, wklepanej w skórę warstwie.

Nie jest to produkt komfortowy w noszeniu. Jak przystało na podkład zastygający niestety powoduje i lekkie przesuszenie po całym dniu jak i uczucie ściągnięcia czy napięcia. Wymaga on porządnej bazy, szczególnie jeśli nie używacie kremów z gatunku 'bomba silikonowa' lub 'krem półtłusty'. U mnie świetnie sprawdza się w tej roli bankietowa maska Nocne Życie Dermiki. Jednak nie zaobserwowałam pogorszenia stanu skóry po jego stosowaniu jeśli mowa o zaskórnikach czy innych problemach skórnych o których ostatnio głośno. Dodać jednak muszę, że nie używam go codziennie a sięgam po niego w sytuacjach wyjątkowych.

Czym są sytuacje wyjątkowe? Zdarza mi się nosić na skórze makijaż przez nieprzyzwoicie długie godziny. I zawsze bawią mnie wszelkie testy produktów w których podkład 'utrzymał się osiem godzin, jest super!'. No nie. Zdarza mi się po 12-14 godzinach w makijażu pokazywać jeszcze ludziom. Dla własnego komfortu psychicznego lubię wiedzieć że ten makijaż albo ładnie się ze skóry ulotni (bez plam, smug i innych takich) albo zostanie na niej w niemal niezmienionym stanie. Wierzcie mi lub nie - Catrice daje rade. Może i nie wygląda tak świetnie jak o poranku ale jeśli zapewnię mu dobrą silikonową bazę i zapobiegnę przesuszeniu skóry mogę liczyć, że ta, mimo złapania 'blasku' będzie wyglądać estetycznie a sam podkład będzie trzymał się dzielnie na nałożoną powierzchnię.

Kolor. Najjaśniejszy zdecydowanie nie należy do ultra jasnych i osoby z alabastrową skórą raczej będą rozczarowane ale... moja skóra bez wspomagania jest dość jasna i w momencie przypudrowania go czymś ciut rozjaśniającym jestem w stanie używać go solo. Tzn bez sztucznej opalenizny. Na mojej skórze twarzy nie ciemnieje wcale. Czym go nakładam? Polecę klasyką - głównie gąbką. Blend It. Która dobrze zbiera nadmiar kosmetyku ze skóry pozostawiając nań cienką warstwę. Aczkolwiek palce również dają radę z zastrzeżeniem, że muszę skupić się, żeby nie przesadzić z nakładaną ilością. Lubię też mieszać go z kremami BB czy lżejszym podkładem dzięki czemu buduję i krycie i trwałość tych kosmetyków.



➤   KOREKTOR LIQUID CAMOUFLAGE, mój w odcieniu 010. To moje największe odkrycie z gatunku 'dobry, tani, względnie jasny, kryjący korektor pod oczy'. Nie jest to produkt bez wad. Aczkolwiek nie są one dla mnie zbyt odczuwalne bym miała z niego w najbliższej przyszłości rezygnować - co zrobiłam przez głupotę własną gdy po moim pierwszym zużytym egzemplarzu miałam przerwę bo zasiliłam zapasy dwoma innymi produktami, które nawet nie depczą mu po piętach. O dziwo mam tu na myśli popularne korektory L'Oreal True Match i Maybelline Affinitone względem których miałam więcej 'ale' niż w przypadku tego kosmetyku.

Spotkałam się z opiniami, że ten korektor przesusza skórę pod oczami. Używając pierwsze opakowanie zastanawiałam się skąd te głosy się biorą. Fakt, ma dość suchą formułę jednak nie zaobserwowałam u siebie ani przesuszenia skóry, ani wrażenia nałożenia czegoś co optycznie da taki efekt. Dopóki raz z rozpędu zapomniałam o kremie pod oczy... Fakt, nałożony na nieprzygotowaną skórę ściąga, obciąża i wygląda okropnie ale każdy jeden ciut treściwszy kosmetyk pielęgnacyjny (a takie preferuję) nałożony na te okolice szybko załatwia sprawę.

Poziom krycia jest dla mnie satysfakcjonujący. Podejrzewam, że znajdą się dziesiątki korektorów o mocniejszym efekcie i jeśli macie ogromne zasinienia może lepiej poszukać czegoś innego ale z moimi, i tak sporymi, radzi sobie dobrze. Nakładam go również na powiekę niejako w roli bazy i kremowego cienia jednocześnie.

Kolor jak na nasze drogeryjne warunki nie jest zły. Ma lekko różowe tony, nałożony i pozostawiony na dłoni paskudnie zmienia swoje zabarwienie w kierunku połączenia egzotycznej pomarańczy i świńskiego różu jednak wklepany i przypudrowany u mnie koloru nie zmienia. Aczkolwiek Catrice zrozumiało swój błąd i powiększyło gamę kolorystyczną o jaśniejszy i bardziej żółty odcień 005. Który lada dzień wpadnie w moje ręce.


➤   PUDER MATTIFYING WATERPROOF CATRICE zostawiłam sobie na koniec jako ten 'niedoceniany'. Bo to chyba mój ulubiony puder z drogeryjnej półki. Kosztuje to to niespełna 20 zł za 9 gramów, zapakowane jest w estetyczne opakowanie z lusterkiem i jest fantastyczne pod względem jakości. Ba, trzy lata wstecz pojawiła się o nim moja opinia ale... minęły trzy lata, nadal się nim zachwycam i chętnie wspomnę o nim raz jeszcze.

Puder Catrice to produkt niesamowicie drobno zmielony. Nie na tyle by sypać się w koło jednak nałożony na skórę wygląda po prostu pięknie. Tworzy lekko jedwabiste, satynowe wykończenie. Jednocześnie świetnie matuje, utrwala  i utrzymuje skórę w ryzach na cały dzień.

Jest bardzo jasny. Niemal transparenty jednak nałożony w ciut większej ilości pięknie rozjaśnia zbyt ciemne produkty nałożone na skórę. A ciut większa ilość nadal wygląda niesamowicie estetycznie i gładko, nie dając efektu 'na skórze jest tego za dużo'. Widzę w nim lekką wadę w postaci średniej wydajności ale... w tej cenie jestem w stanie mu to wybaczyć i kupić kolejny egzemplarz.



A gdyby komuś spodobały się pędzle...
chińskie pędzle, chiński badziew (recenzja)


P.S. Już wiem dlaczego stronię od recenzji kolorówki... zawsze wychodzą mi takie elaboraty :P

Znacie te produkty?
Czytaj dalej »

sobota, 10 czerwca 2017

Moja sympatia do róży słabnie | ICEVEDA | róża i lotos | intensywnie nawilżający szampon ziołowy

Iceveda. Marka, która została moim skromnym, kosmetycznym odkryciem tego roku. Po paśmie sukcesów i rewelacyjnych ich kosmetyków jakie wpadły w moje ręce pora na... małą wtopę. Zapraszam Was dziś na recenzję szamponu z mojej niemal ulubionej pod względem zapachu linii z różą i lotosem.


To nie pierwsza moja przygoda z kosmetykami tej firmy (linki zostawiam na dole) więc szata graficzna jest mi dobrze znana. Jest ładna, wygląda niemal 'ekskluzywnie'. Szczególnie, że cena za pojedynczy produkt oscyluje w granicach 15 zł (w tym przypadku za 280 ml). Szampon oryginalnie posiada zamknięcie 'na klik' aczkolwiek pompka z ich żelu pod prysznic pasuje do szamponów idealnie więc dla wygodny własnej przełożyłam ją do tego oto kosmetyku.

Zapach. Aromatyczna róża w połączeniu z delikatną nutą (chyba) lotosu tworzy kompozycję bardzo przyjemną dla mojego nosa. Sam szampon ma różowe zabarwienie oraz lekką, ale nie przelewającą się przez palce formułę. Działanie niestety mnie nie zachwyciło. Wspomnę tylko, że czas w jakim go używałam (i męczę nadal ku mej radości dobijając dna) był zdecydowanie łaskawy dla mojej skóry (w tym głowy) i nie miałam z jej powodu zbyt wielu powodów do narzekań. Ot, czasem coś się zadziało ale zdecydowanie bez większej tragedii. Ten szampon jednak nie podołał.

Jak wiecie (albo i nie) priorytetem w kosmetykach do oczyszczania mojej skóry głowy jest dla mnie znalezienie produktów jednocześnie łagodnych - również dla suchych włosów ale dalej dokładnie doczyszczających. Iceveda zdecydowanie jest delikatna. Aż nazbyt... O ile używana zamiennie z czymś mocniej myjącym tak używana przez kilka dni z rzędu powoduje u mnie odczucie obciążenia włosów i niedomycia skalpu.

Sam komfort użytkowania tego szamponu jest duży - fajnie się pieni, uprzyjemnia życie zapachem, bezpośrednio po umyciu włosy faktycznie wydają się być ciut bardziej miękkie (chociaż 'nawilżenie' to określenie mocno na wyrost). Jednak efekt finalny wypada na tyle słabo, że zdecydowanie do tego kosmetyku wracać nie będę.



Jestem ciekawa czy miałyście doświadczenia z tą marką a jeśli tak to z jakimi konkretnie produktami. No i najważniejsze - jak się u Was sprawdziły? :)

Dla ciekawych recenzja świetnego szamponu z tej firmy:
Iceveda argan&jałowiec szampon zwiększający gęstość włosów 

Mgiełki do włosów z tej samej serii:
Iceveda róża&lotos ziołowa amulsja do włosów suchych

Żelu pod prysznic:
Iceveda róża&lotos złuszczający żel pod prysznic

Oraz cudownie aromatycznego peelingu:
Iceveda cedr&sandał peeling wygładzający
Czytaj dalej »

piątek, 9 czerwca 2017

Demakijaż szybki, komfortowy i... mało popularny | VIANEK | odżywcze mleczko do demakijażu

Czasy gdy gardziłam mleczkami do demakijażu a za jedyną słuszną metodę oczyszczania skóry uważałam stosowanie płynów micelarnych minęły (chyba) bezpowrotnie. Dziś o bardzo przyjemnym produkcie polskiej produkcji, który to nie przypadkiem znalazł się w moich ulubieńcach kwietnia.


Opakowanie jak na Vianka przystało jest i funkcjonalne (pompka!) i ładne. Produkt posiada 150 ml i kosztuje około 18 zł. Mam jednak wrażenie, że jeszcze kilka miesięcy temu cena była ciut niższa. Aczkolwiek istnieje prawdopodobieństwo że jest ono mylne bo miewam problemy z pamięcią ;) Minusem dla mnie jest krótki termin przydatności od otwarcia (3 ms) bo mam tendencję do otwierania kilku kosmetyków na raz. Tak, wiem, kosmetyki naturalne ze względu na eliminowanie 'mocnych' konserwantów generalnie żywotnością nie grzeszą ale... muszę się do czegoś przyczepić :P


Jestem ogromną fanką zapachu odżywczej linii Vianka. Powtarzam to często (inne recenzje produktów z tej serii : kremu pod oczy, płynu micelarnego, peelingu-maski, olejku do włosów) a sam aromat po raz kolejny uprzyjemniał mi życie. Jest on specyficzny, słodki, taki bardzo mój. Jednocześnie nie jest zbyt nachalny czy przytłaczający. I nadal mi się nie znudził ;)

Nie wiem dlaczego jednak za każdym razem hasło 'odżywcze' kojarzy mi się z gęstą, treściwą konsystencją kosmetyku. Nauczona doświadczeniem powinnam wiedzieć, że w przypadku Vianka nie ma to racji bytu jednak gdy sięgnęłam po ten kosmetyk po raz pierwszy i zobaczyłam że mleczko jest rzadkie byłam odrobinę rozczarowana. Rozczarowanie jednak szybko minęło - mimo lekkiej formuły czuć, że jest to produkt na bazie olejów i mimo teoretycznie płynnej konsystencji, jest to kosmetyk treściwy. A takie lubię.

Skuteczność? Bajka. Zaznaczam jednak, że nie używam kosmetyków wodoodpornych. Aczkolwiek z demakijażem mocnego makijażu oka radzi sobie szybko i bez efektu pandy. Używam go dla pewności dwukrotnie lub raz jeden gdy wcześniej stosuję płyn micelarny. Zmywam nim całą twarz.

Jest to kosmetyk niezwykle delikatny. Nie podrażnia, nie uczula, nie powoduje pieczenia, szczypania czy uczucia ściągnięcia. Pozostawia po sobie lekką powłokę, którą to (jeśli nie lubicie) łatwo wyeliminować stosując go jak... olejek - czyli zmywając go przy pomocy szmatki (ja używam z mikrofibry).

W kwestii aplikacji - ufam producentowi i zgodnie z jego zaleceniami (i osobistymi preferencjami) używam go na wilgotną skórę nakładając go dłońmi. Używanie mleczek 'na wacik' jest frustrujące i nieefektywne i mam wrażenie, że jest to częstą przyczyną niechęci do tego typu produktów (tak przyjemniej było w moim przypadku). Demakijaż mleczkiem jest super, serio. Trwa chwilę, szczególnie gdy wykonywany jest pod prysznicem i eliminuje zużycie wacików ;). Nie zmienia to jednak faktu, że musiałam do niego dojrzeć bo dwa lata temu o mleczku arnikowym Sylveco nie wyrażałam się w superlatywach a teraz mam nieodpartą ochotę do niego wrócić.

Jestem ciekawa jakie Wy macie podejście do tej metody oczyszczania skóry.


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia