ULUBIONE #5

 Maj zdecydowanie obfitował u mnie w świetne kosmetyki. I wybór tych najlepszych z najlepszych okazał się być dla mnie sporym problemem. Jednak postanowiłam Wam pokazać trzy rzeczy z pielęgnacji, które bezsprzecznie (z różnych względów) zasługują na uwagę.  Oraz piątkę wspaniałych z kolorówki (i nie tylko ;)).



Oleożel Clinic Way Dr Ireny Eris jest ze mną już od dłuższego czasu. Jest to kosmetyk o przyjemnej i 'innej' formule. Z gęstego żelu pod wpływem ciepła skóry zmienia się w lekki emulgujący olejek. Mimo swojej delikatności świetnie oczyszcza. I zastąpił mi stosowane rano płyny micelarne, po które to sięgałam bo moja skóra na wszystkie myjadła reagowała źle. Szalenie go lubię, używam go z ogromną przyjemnością i śmiało mogę Wam go polecić.

→ Na masło do ciała Farmona Herbal Care napaliłam się, gdy tylko zobaczyłam, że coś takiego pojawiło się w ofercie producenta. Po części dlatego, że pokusiły mnie składy i warianty zapachowe (lawenda, dzika róża, buriti) bo części, bo miałam jakiś czas temu ich krem różany z tej właśnie serii i był świetny. Kupiłam. I jestem ukontentowana. Mało ma gęstą, zbitą jednak na tyle lekką formułę by gładko sunąć po skórze. Pozostawiając na niej delikatną choć nie lepką kołderkę i dużą dawkę nawilżenia i odżywienia. Początkowo delikatnie rozczarował mnie zapach. Nie jest zły, ba, jest świetny - dla mnie to zapach kremu Nivea i kamfory z delikatną nutką lawendy w tle. Aczkolwiek spodziewałam się czystej i intensywnej lawendy ;)

→ Od żelu do mycia ciała Johnson's Bedtime rozpoczął się mój wielki powrót do tej linii. Bo mam już chyba wszystkie dostępne kosmetyki o tej nucie zapachowej z parafinową oliwką włącznie. Przepadłam. Ten zapach jest tak niesamowicie przyjemny, ciepły i otulający że głowa mała. Sam żel jako myjadło też sprawuje mi się świetnie - przed detergentem ma w składzie glicerynę przez co okazał się być przyjemnie łagodny dla mojej przesuszającej się skóry.


→ Odkąd w moje ręce wpadł puder brązujący Provoke o fakturze czekoladki używam go dzień w dzień. Nie dość, że ma piękny ciepły odcień, który idealnie imituje muśnięcia słońca to na dodatek ma tak przyjemne, lekko satynowe wykończenie, że zupełnie odstawiłam rozświetlacz. To zdecydowany numer jeden wśród moich kosmetyków kolorowych do makijażu twarzy.

Krem BB Orange Skin 79 początkowo rozczarował mnie (bardzo!) swoim ciemnym kolorem. Jednak gdy zaprzyjaźniłam się z samoopalaczem okazał się być strzałem w dziesiątkę. Ma piękne, lekko mokre wykończenie jednak nie wzmaga przetłuszczania skóry (po przypudrowaniu). Dobrze wyrównuje koloryt skóry, nadaje jej blasku i sprawia, że wygląda zdrowo.

→ Gdy po zakupie tuszu Bourjois Volume 1 Seconde zobaczyłam jego szczoteczkę pomyślałam 'nic z tego nie będzie'. Jest wielka, kłująca, posiada też jakieś dziwne wypustki. Pierwsze malowanie - dramat. Kolejne tak samo. Aż odkryłam że w przypadku tego tuszu i moich rzęs typowa aplikacja ruchem zygzakowatym to totalnie nie to. Wystarczy że przejadę szczoteczką od nasady po końce w linii prostej i jest... wow. Firanki a nie rzęsy. Z dużą objętością, długie i czarne jak smoła. Bardzo przypomina mi wycofany (i chyba mój ulubiony do tej pory) tusz Rimmela Sexy Curves.

→ Serum do rzęs Eveline kupiłam dopiero niedawno mimo, że fala zachwytów na jego temat pojawiła się dawno temu. O ile z powyższym tuszem za wiele roboty nie ma tak w przypadku tych dających marny efekt na moich rzęsach robi swoją robotę. Nie dość, że intensyfikuje efekt na rzęsach to jeszcze wzmacnia trwałość kosmetyków. Zauważyłam też że ułatwia... demakijaż i tusze nań użyte schodzą z rzęs szybciej. Szalenie je polubiłam i nie dziwię się, że spotyka się z aż taką sympatią użytkowników.

→ Wybaczcie mi proszę pokazywanie takiego zapachowego starocia jakim jest woda perfumowana Ming Shu Fleur de l'Aube Yves Rocher. Ale to mój zdecydowany faworyt maja. Kupiłam za niewielkie pieniądze używkę jakiś czas temu (zapach jest wycofany) mimo, że nuty morskie to totalnie nie mój klimat. Acz byłam ciekawa jak YR połączyło z nutą morską... pieprz. Pierwsze wrażenia miałam mocno nijakie. I zapach swoje u mnie odstał. Aż do kolejnej szansy. I tu przyszedł zachwyt. Ta kompozycja jest niesamowita. Niby prosta i 'morska' jednak słodycz kwiatów i pieprz robią swoją robotę nadając jej wyjątkowy charakter. Bardzo lubię zapachy tej firmy i co raz odkrywam w ich ofercie coś dla siebie. Niestety, tego że wycofują tak udane kompozycje nie mogę przeboleć.

Znacie któregoś z moich ulubieńców?

18 komentarzy:

  1. mam puder brązujący Provoke :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ming Shu znałam już lata temu i nie mogę przeboleć, że go wycofali :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja klasyka nie poznałam :(
      A przeboleć to nie mogę najmocniej Cocona i Rose Absolue. Tego drugiego nie dane mi było powąchać jednak spotkałam się z opiniami, że to brat bliźniak La fille de Berlin Lutensa, który darzę miłością wielką...

      Usuń
  3. Ten oleożel to i ja uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten oleożel o innej formule wygląda zachęcająco 😻

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam zapach lawendy, również w kosmetykach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja kiedyś nienawidziłam wszelkiego kwiecia... jednak się człowiekowi gust na stare lata zmienia :D

      Usuń
  6. Cudownie pachnie ten żel do mycia na dobranoc!

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie miałam tych produktów.

    OdpowiedzUsuń
  8. Miałam kiedyś Ming Shu (podstawowe) od YR. Bardzo lubiłam ten zapach. Reszty nie znam, ale tusz Bourjois, oleożel Eris i BB Skin79 mnie zachęcają do kupna. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. nonono tym masłem mnie skusiłaś. Poszukam w drogerii, bo jeszcze ich nie widziałam! Z drugiej strony kuszą mnie te masła Bielendy, ale one raczej mają bardziej kremową konsystencję aniżeli maślaną, a teraz mam ochotę na takie zbite w konsystencji ;)

    OdpowiedzUsuń

Instagram