niedziela, 30 kwietnia 2017

Hit, kit i totalny bubel - pielęgnacja ust | SYLVECO | GREEN PHARMACY | ALTERRA | balsamy do ust

Hit, kit i totalny bubel - pielęgnacja ust | SYLVECO | GREEN PHARMACY | ALTERRA | balsamy do ust
Nie jestem wielką fanką malowania ust. I o ile pomadki na moich ustach goszczą rzadziej niż częściej tak nie wyobrażam sobie życia bez balsamów do ust. Dziś o trzech z których tylko jeden nie skończył w koszu ;)


Zacznijmy od najlepszego egzemplarza mianowicie rokitnikowej pomadki o zapachu cynamonu Sylveco. A zanim zacznę ją wychwalać jeden minus - kolor. Ze wzgledu na zawartość oleju z rokitnika pomadka ma intensywnie żółte zabarwienie. A ja mam bardzo blade usta, które świetnie podbijają odcień produktów, które na nie nałożę. Z wiadomych więc względów jest to dla mnie produkt tylko do użytku w domu. Ma klasyczne, estetyczne opakowania. I nijaki zapach (cynamonu nie czuję, na szczęście), który mnie nie drażni. Smakowo jest neutralna. Pomadka ta kosztuje ok. 10 zł, dostaniecie ją stacjonarnie chociażby w Naturze.

Uwielbiam ją. Jest miękka ale nie na tyle by rozlewać się za kontur ust. Nawilża i lekko natłuszcza jednak nie tworzy na ustach uczucia skorupy czy oblepienia. Świetnie radzi sobie z ustami bardzo problematycznymi i... mam nieodparte wrażenie, że chroni przed opryszczką oraz znacząco łagodzi jej przebieg. Być może to zbieżność okoliczności jednak za każdym razem gdy używałam ją systematycznie z dziadostwem problemu nie miałam, a gdy już się przytrafiło - przebieg był lekki i niemal nie odczuwalny. To moje drugie opakowanie tej pomadki, mam również klasyczną wersję brzozową o której przekonałam się na nowo jednak nadal nie jestem przekonana do wersji z peelingiem, która kiedyś mnie nie zachwyciła. Może dam jej jeszcze szansę jednak wersja rokitnikowa jest moim zdecydowanym numerem jeden.


Balsam do ust Green Pharmacy przygarnęłam niedawno podczas zakupów w aptece DOZ za oszałamiające 5 zł. I bardzo się cieszę, że nie zrealizowałam mojego planu klikania jej online bo napaliłam się na nią jak głupia, gdy tylko pojawiła się w zapowiedziach. Cóż, nic nie poradzę, że nie które produkty tej marki sprawdzają się u mnie świetnie (jak np. żel do mycia twarzy czy szampon) więc chęć wypróbowania nowości była większa niż zdrowy rozsądek. Ale przypadki chodzą po ludziach, uśmiechnęła się do mnie z aptecznej półki, wzięłam, kupiłam, otworzyłam i.... o matko!

Na hasło pomadka 'żurawinowa' miałam w głowie boską woń i przyjemny smak. Rozczarowałam się srodze. Pomijając zapach pomadki ochronnej Melisa (lata temu występowała w bladoróżowym, szpetnym opakowaniu) czyli mieszanki sztuczności i oleju to smak... zabija. Jest tak obrzydliwy że noszenie jej na ustach najnormalniej w świecie sprawiał mi dyskomfort. Byłam jednak dzielna i ją używałam. Miesiąc. Zużyłam niemal całą (wydajność żenująca). Była bardzo miękka i całkiem nieźle radziła sobie z nawilżeniem ust. Jednak dnia pewnego powiedziałam dość na myśl o tym obrzydlistwie. Green Pharmacy, dlaczego? :(


Na koniec coś co cieszy się sporym powodzeniem a z czym polubić się nie potrafię. Pomadka ochronna Alterra. Z rumiankiem. Tanie to (5 zł), dobrze dostępne (Rossmann), o przyjemnym składzie ale... na mnie nie działa. Najzwyczajniej w świecie nie widzę po jej używaniu efektów pielęgnacyjnych. Ba, mam wrażenie, że na dłuższą metę usta mi wysusza.

Nie do końca odpowiadają mi jej smak i zapach aczkolwiek nie mam wobec niej tak silnych emocji jak w przypadku poprzednika. Niby jest miękka, niby pozostawia na ustach lekko natłuszczającą warstewkę ale jednocześnie wydaje się być zbyt zbita i jakoś 'nie tak' sunie po ustach. Ma jeszcze jedną właściwość, której szczerze nie cierpię - w przypadku ujemnych temperatur zastyga na ustach niemal na skorupę. Dawałam jej szansę nie raz a chyba nawet trzy razy kupowałam kolejne opakowanie. I nic z tego nie będzie. Aczkolwiek jest całkiem przyjemnym produktem stymulującym wzrost brwi i gdy odczuję potrzebę ich zagęszczenia pewnie przygarnę kolejny stemplarz.


Jestem ciekawa jak wasze wrażenia? A może polecicie mi coś fajnego do pielęgnacji ust? Chętnie kupię (jak zużyję zapasy :D)

sobota, 29 kwietnia 2017

NOWOŚCI i ZUŻYCIA #4

NOWOŚCI i ZUŻYCIA #4

Hej. Na minimalizuje.blogspot.com standardowo czekają na Was posty z nowościami oraz denkiem.

(duże) NOWOŚCI #4



(małe) ZUŻYCIA #4



czwartek, 27 kwietnia 2017

ULUBIONE #4

ULUBIONE #4
Prosta matematyka mówi mi, że już 1/3 roku za nami. Brzmi to trochę dziwnie biorąc pod uwagę, że przecież niedawno był grudzień no ale... Pora więc podsumować kosmetycznie kolejny upływający miesiąc i wybrać najfajniejsze kosmetyki wśród używanych przeze mnie w tym okresie.



Maskę bankietową Nocne Życie Dermiki przygarnęłam w ciemno wychodząc z założenia że będę stosować ją w dni, gdy makijaż gości na mojej skórze za dnia kilkanaście godzin. Co zdarza mi się niestety coraz częściej. Maskę tą nakładamy na krem. Efekty? Gładka, rozświetlona, lekko napięta skóra która cudownie współpracuje z podkładami wydłużając ich trwałość o kolejne godziny. Przyznam szczerze - ten zakup to był strzał w dziesiątkę ;)

Krem-mus Lirene Bio nawilżenie odstał swoje w pudle z zapasami i w końcu doczekał się swojej premiery. Po dwóch miesiącach jego używania (na dzień) muszę stwierdzić, że nie zawiódł. Ma niesamowicie przyjemną puszystą formułę, dobrze nawilża, szybko się wchłania pozostawiając delikatną niemal pudrową warstewkę na skórze. Po jego użyciu skóra niemal się nie przetłuszcza.  Nie uczula, nie podrażnia, nie spowodował pogorszenia stanu mojej cery. Mały minus - zapach. Podejrzewam, że fanki morskich zapachów będą zachwycone ale to totalnie nie moja nuta zapachowa ;)

Jedna z moich ulubionych metod demakijażu - mleczka. A konkretnie odżywcze mleczko Vianka. Przyjemna lekka acz treściwa formuła, świetne właściwości oczyszczające, łagodność i cudowny zapach tej serii... Produkt na piątkę z plusem.

Olejek pod prysznic Lirene zauroczył mnie swoim zapachem, konsystencją i komfortem użytkowania. Chcę następny... :D

I na koniec (pielęgnacji) coś do czego podchodziłam mocno sceptycznie bo w działanie antycellulitowe kosmetyków generalnie nie wierzę - Lirene Wygładzająca Eksfoliacja Serum z 5% kwasem migdałowym. Nie żebym zauważyła jakąś znaczącą różnicę jeśli o cellulicie mowa, bo tak nie jest. Zaczęłam go jednak używać gdy skóra na udach przypomniała u mnie w dotyku tarkę (lub papier ścierny) i po dwóch-trzech tygodniach sumiennego używania zauważyłam DUŻĄ różnicę w jej fakturze. Ba, na chwilę obecną jest przyjemnie miękka i bardzo gładka. Stężenia kwasu jest na tyle skromne, że nie spowodowało przesuszenia czy łuszczenia jednocześnie okazało się być faktycznie skuteczne. Jak wykończę tubę pojawi się jego pełna recenzja.



Nie będę się rozpisywać o potrójnych cieniach Provoke bo niedawno pojawiła się ich recenzja dodam tylko, że odkąd wpadły w moje ręce niemal nie ma makijażu w którym by ich zabrakło. Szczególną sympatią darzę najjaśniejszy, bardzo niepowtarzalny odcień o cudownym, wręcz lekko metalicznym wykonczeniu. Uwielbiam!

W kwietniu odkurzyłam też jednego z moich zapachowych ulubieńców czyli Moringa The Body Shop. Upojny i intensywny zapach biały kwiatów podbity lekko mydlaną nutą uprzyjemniał mi niejeden dzień i dobijając dna flakonu mojej edt muszę jeszcze raz podziękować Gosi za zapas w postaci mgiełki do ciała o tym samym, cudownym aromacie.

Na koniec produkt, który albo się kocha albo nienawidzi. Przynajmniej do takich wniosków dochodzę czytając jego recenzje ;) Mowa oczywiście o podkładzie Catrice Hd Liquid Coverage. Nie jest to produkt bez wad. Potrzebuje dobrej bazy (wróćcie do początku posta ;)) bo solo potrafi jednak być zdecydowanie zbyt wysuszający jednak kolor (mam szczęście, u mnie nie ciemnieje), wykończenie, poziom krycia, płynna formuła i przede wszystkim trwałość biją na głowę większość podkładów jakie stosowałam do tej pory. Dam sobie jeszcze czas z napisaniem recenzji jednak w kwietniu obok kremu BB Gold Skin 79  był stałym  elementem mojego codziennego makijażu i... bardzo się z nim polubiłam.

Jestem ciekawa czy znacie któryś z powyższych kosmetyków. Jeśli znacie, czy też zdobył miano ulubieńca? ;)

wtorek, 25 kwietnia 2017

ROSSMANN. Promocje, zakupy, spostrzeżenia.

ROSSMANN. Promocje, zakupy, spostrzeżenia.
Rossmann. Zło wcielone. Jedna z lepiej dostępnych w całym kraju drogerii gdzie można bez większego problemu zostawić część wypłaty bo zawsze znajdzie się coś do kupienia. Rossmann po raz kolejny zaproponował nam swoją promocję -49%. Ba, dodatkowe 6% rabatu dla uczestników swojego klubu. Mowa oczywiście o kosmetykach kolorowych chociaż wielkimi krokami nadchodzi również 2+2 na pielęgnację twarzy (pod koniec maja). Aczkolwiek skupię się dziś na tej pierwszej bo snucie domysłów nie należy do moich ulubionych czynności.

Przyznam szczerze, że jak rzuciłam się jak głupia na pierwsze edycje tak teraz wykonując rachunek zysków i strat stwierdziłam, że kolorówki kupować w Rossmannie się po prostu... nie opłaca. Bo mimo, że milion procent taniej brzmi dumnie tak typowe marki drogeryjne (Maybelline, Rimmel, Bourjois, L'Oreal) mają na chwilę obecną tak wywindowane ceny regularne (pomijam podwyżki przedpromocyjne milczeniem), że bez większego problemu kupię wszystko w cenach zbliżonych lub wręcz tańszych online (z kosztem dostawy łącznie).

Wiem, że zakupy przez sieć mają swoje minusy - czas oczekiwania, pan kurier pukający do drzwi gdy Was nie ma, koszty przesyłki. Tylko, że te zakupy możemy robić na spokojnie leżąc w łóżku nie zastanawiając się dostając oczopląsu przed sklepową półką. Tak, wiem, Rossmann posiada sklep internetowy co jest opcją ciekawą (praktykuję na co dzień) jednak w czasie promocji niestety stan magazynowy nie do końca zgadza się z faktycznym i często pojawiają się braki. Plusem jednak dla drogerii jest fakt, że przedpłacone środki zwracają na konto błyskawicznie (u mnie na następny dzień).

Z kosmetyków kolorowych teoretycznie tego typu rabaty są doskonałą okazją na zakup marek własnych (Wibo, Lovely). Teoretycznie. Bo często ceny niepostrzeżenie idą w górę na parę dni 'przed'. Do tego obie te marki w pewnym momencie zaczęły czerpać mocne inspiracje topowymi kosmetykami na rynku i poniosły ceny do takich trochę... absurdalnych. Paleta cieni Wibo za 42 zł, serio?

Z 'kolorowej' oferty promocji Rossmanna mnie osobiście interesują głównie kategorie typowo pielęgnacyjne. Rabat na produkty ochronne do ust, odżywki do paznokci czy... zmywacze - tutaj połowa ceny zazwyczaj okazuje się być na tyle kusząca i okazyjna, że mam skrupułów przed karmieniem mojego wewnętrznego kosmetycznego chomika....



Moje łupy z -55%. Trzy butle zmywacza Isany. Najlepszy z najlepszych. Blistex - taniej kupić go się nie da. Podobnie mój ulubiony Insta Dri - w cenie niższej niż gdzie indziej. I zachciewajka w postaci masełka do usta Isana.

I jeszcze jedna kwestia, która śmieszy mnie niesamowicie. Poszłam rano do drogerii a tam tłum bab! Czyli stawianie się ponad ludźmi czekającymi na możliwość zakupów gdy stoi się w środku tego całego zamieszania na równi z tymi babami które 'rzuciły' się na promocję. Czytając w sieci takie opowieści tylko się uśmiecham i dziwię. Ale to ja ;)

Kwestię macania, otwierania pełnowymiarowych kosmetyków, testowania ich na skórze pominę. Wierzcie lub nie - jest to nagminne a ilość ludzi przed półką na raz tylko wydaje się potęgować to wrażenie.

Tak ze swojej strony nie pozostanie mi nic innego jak tylko współczuć pracownikom sieciówki intensywnego tygodnia i życzyć im zasłużonego odpoczynku po :) A kupującym zdrowego rozsądku. Mówię to ja - kosmetykoholiczka.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Dla leni | LIRENE | Egzotyczna orchidea | Wygładzający balsam pod prysznic

Dla leni | LIRENE | Egzotyczna orchidea | Wygładzający balsam pod prysznic
Dziś o pielęgnacyjnej alternatywie dla leniuchów (lub ludzi zmęczonych życiem ;)).


Balsam zapakowany jest w estetyczną tubę. Zawiera 200 ml produktu, cena regularna wynosi ok. 15 zł aczkolwiek widziałam go ostatnio w Rossmannie za złotych osiem ;)

Nie do końca była przekonana do tego typu kosmetyków i przyznam się bez bicia że to pierwszy tego typu typowo nawilżający produkt do zmywania jaki posiadam. Nie pierwszy jednak produkt 'pod prysznic' bo dawno temu pisałam Wam o balsamie brązującym tego samego producenta, który sprawdził się u mnie świetnie. Czy z tym było podobnie? No... niekoniecznie.

Balsam posiada bardzo przyjemną, treściwą chociaż nie tłustą formułę dzięki czemu gładko sunie po skórze. Jest jednak dość niewydajny (albo ja nakładałam go za dużo bojąc się małego efektu pielęgnacyjnego). No właśnie. Działanie pielęgnacyjne. Szału nie ma. Ja nie byłabym wstanie stosować tego typu specyfiku codziennie zamiast standardowego balsamu bo moja skóra szybko włączyła by tryb buntu. Ale... w dni lenia (lub w dni, w które padałam na pysk) gdy alternatywą było lekkie nawilżenie i szybki powrót do łóżka lub solidne odżywienie i stanie w łazience nakładając jakieś mazidło wybór był dla mnie prosty.





Podejrzewam, że tego typu kosmetyki sprawdzą się u posiadaczek normalnej lub lekko przesuszającej się skóry. I u osób, które nienawidzą smarować się balsamami bo ten w aplikacji jest szybki i przyjemy przy czym nie pozostawia na skórze typowej 'warstwy' a delikatną, ledwie wyczuwalną powłoczkę i... zapach. A egzotyczna orchidea Lirene pachnie bardzo przyjemnie.

Podsumowując. Zużyć zużyłam.  Narzekać nie narzekam aczkolwiek moje przekonanie że balsamy pod prysznic to nie kosmetyki dla mojej bardzo suchej skóry się sprawdziło.


niedziela, 23 kwietnia 2017

Klasyka w dobrym wydaniu i czekoladowy krem | DR IRENA ERIS | PROVOKE | TWIN EYESHADOW Irresistable Nude | POTRÓJNY CIEŃ NA POWIEKI NUDE TRIO EYESHADOW

Klasyka w dobrym wydaniu i czekoladowy krem | DR IRENA ERIS | PROVOKE | TWIN EYESHADOW Irresistable Nude | POTRÓJNY CIEŃ NA POWIEKI NUDE TRIO EYESHADOW
Dziś słów kilka na temat cieni do powiek marki Provoke. 


Opakowanie kosmetyków Dr Irena Eris Provoke to klasa sama w sobie. Wykonane są z metalicznego lub białego plastiku. Plastiku jakości świetnej. Używałam już cieni tego producenta i mimo, że katowałam je na okrągło opakowanie przy mocnej eksploatacji nie uległo uszczerbku. A zawartość?


DR IRENA ERIS PROVOKE CIENIE PODWÓJNE TWINS SHADOW (65 zł)
Podwójne spiekane cienie możemy używać na sucho i mokro. Mój egzemplarz nosi nazwę Irresistable Nude i zawiera cień w klasycznym odcieniu neutralnego brązu oraz chłodny połyskujący cień wpadający w szarość złamaną srebrem. Cienie  wydają się być dość suche jednak pierwsze wrażenie jest dosyć mylne bo koniec końców dobrze współpracują ze skórą i innymi produktami, rozcierają się nie gubiąc przyzwoitej pigmentacji i wytrzymują na oku cały dzień. Przyznam jednak że używany przeze mnie niegdyś duet w odcieniu Desirable Choco wspominam jednak odrobinę lepiej pod względem formuły - tamte były bardziej kremowe, miały sobie więcej pigmentu i dawały bardziej spektakularny efekt na oku. Aczkolwiek i te używam z przyjemnością i akurat to zestawienie kolorystyczne świetnie nadaje się do szybkich, codziennych makijaży gdzie matowy cień stosuję do podkreślenia załamania a ten połyskujący na całą powiekę. Ot, klasyka w dobrym wydaniu.


DR IRENA ERIS POTRÓJNY CIEŃ NA POWIEKI NUDE TRIO EYESHADOW (79 zł)
Petarda. Innym słowem tego wariantu opisać nie potrafię i zdradzę Wam, że pojawią się one w moich ulubieńcach :) Cienie te po pierwsze wyglądają pięknie w opakowaniu, po drugie - na oku. Najciemniejszy odcień to chłodny, matowy brąz z minimalną ilością złotych maleńkich drobin, które giną na oku więc świetnie nadaje się do podkreślenia załamania i zewnętrznego kącika w przypadku ciemniejszych makijaży. Drugi z ocieni to złoto-miedziany brąz, trzeci ma kolor trudny do opisania - ni to beż ni brąz jednak podbity on jest różem i szarością dając finalnie nieoczywisty jednocześnie bardzo twarzowy odcień. Te cienie są typowo połyskujące, wręcz metaliczne. Szczególnie dobrze wyglądają wklepane w powiekę palcem. Wszystkie trzy odcienie mają niesamowitą pigmentacje, rozcierają się na oku bez najmniejszego problemu i trwają na skórze przez cały dzień. Nie do końca byłam przekonana na połączenia trzech odcieni na jednej wyprasce bo mam niezbyt dobre doświadczenia z mieszaniem się kolorów w momencie ich aplikacji jednak powierzchnia każdego cienia jest na tyle duża, że spokojnie mogę je nabrać na palec o pędzlu nie wspominając.

Z lewej trio, z prawej duo. 

Znacie cienie Provoke? Jak się u Was sprawdzają? Ja mam ochotę wypróbować ich cienie w kremie ale jak na złość, żaden najbliższy mi Rossmann nie ma szafy tej marki:<

piątek, 21 kwietnia 2017

Nie warto go olewać ;) | LIRENE | Olejek pod prysznic Inca Inchi

Nie warto go olewać ;) | LIRENE | Olejek pod prysznic Inca Inchi
Zapraszam Was na recenzję nowości w ofercie Lirene czyli olejku pod prysznic :)



Opakowanie to klasyczna, płaska butla znana z innych produktów z oferty tej marki. Szata graficzna niby nie powala ale i nie odstrasza. Produkt ma 250 ml pojemności a jego cena regularna wynosi 15 zł.

Producent zaoferował nam olejek myjący. Nie jest to może nowość na rynku ale jak dla mnie typowych olejowych myjadeł na rynku jest nadal za mało więc cieszę się, że kolejna firma zdecydowała się na powiększenie asortymentu o tę właśnie rzecz. Olejek ten pod względem konsystencji teoretycznie niewiele różni się od innych - olej jak olej - aczkolwiek jego komfortu użytkowania w porównaniu do popularnej Isany to niebo a ziemia.

O ile olejek z Isany jest świetny do mycia gąbek do makijażu (tak, też stosuję tę metodę) tak do mycia ciała nie sprawdzał się w mnie wcale. Nakładany na skórę był nieprzyjemnie tępy co wpływało na jego wydajność. Produkt Lirene gładko sunie po skórze a po kontakcie w większą ilością wody zamienia się w delikatną, mleczną, lekko pieniącą się emulsję.

Zapach. Isana pachnie źle, olejek Lirene pachnie super. To nadal zapach oleju jednak jak dla mnie nuta zapachowa tego produktu jest... wybitnie męska. Jest przyjemny dla nosa, niedrażniący i bardzo ciekawy więc, przyznam szczerze, jak sięgnęłam po niego po raz pierwszy tak póki nie wykończyłam swojego egzemplarza towarzyszył mi pod prysznicem (niemal) dzień w dzień. A zdecydowanie należę do osób, które używają na raz kilku kosmetyków i urozmaicają sobie prysznic różnymi zapachami. Jest coś na rzeczy ;)

Produkt ten nie robi mojej skórze krzywdy. Nie nawilżał (nie wymagam) ale w najmniejszym stopniu też nie przesusza i nie pozostawia po sobie dyskomfortu czy uczucia ściągnięcia.

Muszę przyznać, że żal mi że dobiłam już końca opakowania i mimo, że zdrowy rozsądek krzyczy nie tak mam ochotę na kolejną butlę :D




poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Czy to ma sens? | Chińskie pędzle, chiński badziew?

Czy to ma sens? | Chińskie pędzle, chiński badziew?
Podziwiam osoby które używają kosmetyki produkcji chińskiej. Bo sama nie nałożyłabym na skórę produktów niewiadomego pochodzenia. Skusiłam się jednak na cieszące się popularnością... pędzle. Wychodząc z założenia, że te raczej krzywdy mi nie zrobią. Nie zrobiły. Ale od zachwytu jestem daleka :P

Mój set jest mocno inspirowany popularną marką, dość drogich pędzli. Nie widziałam ich na oczy (poza zdjęciami w sieci) jednak wariant 'dla ubogich' z pewnością odbiega od nich jakością. Metaliczne trzonki są bardzo lekkie, niewyważone, ciężar włosia sprawia że w przypadku większych egzemplarzy niezbyt przyjemnie się nimi manewruje. Jakość tworzywa z którego są wykonane jest słaba, klej nie trzyma ich zbyt mocno (o tym za chwilę). Jednak całość wizualnie nie wygląda najgorzej, mimo, że to nie do końca moja estetyka.


Największy z pędzli ma zdecydowanie najgorsze włosie. Przypomina trochę najtańsze pędzle dostępne w drogeriach za złotych kilka, które to przypominają mi czasy moich początków z makijażem. Na dodatek mimo, że wygląda na spory włosie jest bardzo rzadkie więc używam go co najwyżej do omiatania skóry pudrem wykończeniowym czy brązerem a nie do utrwalania makijażu. Ot, nakłada on mgiełkę kosmetyku i trzeba się nim namachać, żeby produkt na skórę nanieść.

Obok płaski pędzel do konturowania. Temu nie mam nic do zarzucenia - włosie jest gęste, zbite, jednocześnie bardzo miękkie. Aplikowanie nim brązera pod kość policzkową to przyjemność i wiem, że gdy dokona swojego żywota skuszę się na coś podobnego do niego kształtem.

I coś co stosuję do rozświetlacza lub aplikowania pudru pod oczami. Jakość włosia to coś pomiędzy pierwszym a drugim pędzlem. Niby miękkie ale trochę badziewne.



Sztywne (acz dość miękkie) syntetyczne dziwadło w kształcie trójkąta. Całkiem przyjemne do aplikowania korektora na skórę. I jak podejrzewam, do nakładania produktów do konturowania na mokro. Mój egzemplarz miał włosie delikatnie pobrudzone klejem, więc musiałam je (bardzo nieprofesjonalnie) przyciąć.


Pędzle do oczu. Największy, płaski, bardzo puchaty i ultra miękki jest... wielki. Używam go z powodzeniem do aplikowania cienia na całą powiekę. Jak widać na załączonym obrazku - po pierwszym użyciu klej puścił i podzielił się na części dwie.

Obok kulka. Wielka. Równie miękka, puchata, napakowana włosiem. Idealna do nakładania cieni z załamaniu powieki aczkolwiek nie jest to pędzel precyzyjny. Nie mam jej nic do zarzucenia.

Mały skośny pędzel jest za to nieporozumieniem. Jest zbyt gruby by narysować nim kreskę na oku lub do wypełnia brwi.

*****

Podsumowując. Z siedmiu pędzli polubiłam trzy - płaski do konturowania oraz dwa pędzle do oczu. Patrząc na relatywnie niską cenę zestawu (zależy od kursu dolara, ja przepłaciłam kupując je przez polskiego pośrednika) przekłada się ona na jakość. Jest słabo. Pędzle są mało funkcjonalne, niewygodne za sprawą zbyt lekkich trzonków, niektóre egzemplarze ratuje tylko miły włos. Warto? Moim zdaniem nie. O ile sama czułam potrzebę zaspokojenia ciekawości tak po paru tygodniach z tym kompletem żałuję, że nie kupiłam jednego porządnego pędzla z którego miałabym więcej pożytku ;)

niedziela, 16 kwietnia 2017

Piękna i bestia | BLEND IT | gąbka do makijażu

Piękna i bestia | BLEND IT | gąbka do makijażu
Kiedy pisać o jajach jak nie dziś? No właśnie. Zapraszam Was na moje małe zachwyty i mocną krytykę popularnej gąbki Blend It, która to porównywana jest do Beauty Blendera na co raz szerszą skalę. Swoje egzemplarze kupiłam w styczniu i od tego czasu towarzyszyły mi w codziennym makijażu.


Cena za gąbkę oscyluje w granicach 25 zł co jest całkiem dobrą ceną jak za produkt, który docelowo służyć (i uprzyjemniać aplikację makijażu) ma nam przez kilka miesięcy. O ile trafcie na dobry egzemplarz.

Skusiłam się na kupno dwupaku i była to dobra decyzja bo gdyby w moje ręce wpadł ten słabszy (biało-czarny) nie przeczytalibyście nic poza krytyką. Zdjęcia które widzicie to stan tej gąbki po miesiącu. Po mniej więcej tygodniu zaczęła pękać, kruszyć się i straciła na swojej sprężystości. Poużywałam ją około czterech tygodni i stwierdziłam, że nie nadaje się już niczego i pora na emeryturę. To bardzo słaby wynik....



Jednak jako, że kolejna sztuka czekała w zanadrzu nie nastawiając się pozytywnie zaczęłam ją używać i... po niemal dwóch miesiącach jest jak nowa. Nie ogarniam. Serio. Obie myję równie delikatnie, obie myję w olejkach myjących (Isana, Wellness&Beauty) obie suszyłam w ten sam sposób a zachowują się zupełnie inaczej!

Jeśli mowa o tym jak gąbki sprawdzają się w makijażu - wybornie. Mocno chłoną wodę, zwiększając swoją objętość. Są bardzo miękkie i sprężyste przez co aplikacja podkładu czy korektora jest przyjemnością. Chłoną one jednak podkład, na podobnym poziomie jak gąbka z Real Technic. Jako, że nie mam porównania do pierwowzoru jakim jest BB odniosę się do pomarańczowego jaja - dla mnie są bliźniaczo podobne jednak odrobinę bardziej komfortowo używało mi się Blend It ponieważ jest bardziej miękka.

Nówki. Po lewo gąbka mokra, po prawo sucha.

Jestem bardzo ciekawa jakie są wasze doświadczenia z tą popularną gąbką?

wtorek, 11 kwietnia 2017

kosmetyczne POWROTY #3 | mycie, pielęgnacja, stylizacja włosów (+ premiera moich kłaków ;)) | VIANEK, ALTERRA, BABYDREAM, GREEN PHARMACY, YVES ROCHER, STAPIZ, SYOSS, TAFT

kosmetyczne POWROTY #3 | mycie, pielęgnacja, stylizacja włosów (+ premiera moich kłaków ;)) | VIANEK, ALTERRA, BABYDREAM, GREEN PHARMACY, YVES ROCHER, STAPIZ, SYOSS, TAFT

Z czym walczę ;)


Tym walczę:


Szampony to u mnie temat rzeka. Jestem nieszczęśliwą posiadaczką kapryśnej skóry głowy na dodatek moje włosy należą do tych ultra cienkich i dość rzadkich. Znalezienie złotego środka przy moim upodobaniu do codziennego mycia jest nie lada wyzwaniem bo produkt myjący ma być na tyle delikatny by nie siać spustoszenia na skórze i włosach, jedocześnie na tyle mocno oczyszczający skórę głowy by ta nie reagowała nań dziwnymi tworami. Wszystkie produkty z powyższego zdjęcia trafiają w mój gust mimo, że różnią się od siebie niekiedy dość mocno ;)

Szampon do włosów suchych z olejem arganowym i granatem Green Pharmacy nie jest ideałem. Trzeba go użyć sporo na jednorazowe mycie przez co nie grzeszy wydajnością. Ma jednak tę niesamowitą właściwość, która sprawia że do niego wracam - mianowicie poprawia kondycję włosa. Nie jest to efekt wow, nie jest to coś co zauważyć można po pierwszym użyciu jednak zużycie całej butli sprawia, że włosy w gorszej kondycji faktycznie nabierają miękkości i blasku.

Kolejny produkt nie od razu zyskał moją aprobatę, ba, nienawidziłam go kiedyś szczerze. Dawanie drugiej szansy jednak popłaca i szampon Babydream stał się w końcu moim ulubieńcem (zdjęcie włosów to ten produkt + lekka odżywka, bez kosmetyku 'na końce'). Uwielbiam przede wszystkim jego silne właściwości oczyszczające - zmyje z włosów wszystko (z ciężkimi olejami włącznie) nie robiąc im  krzywdy.

Szamponów Yves Rocher przewinęło się przez moje ręce kilka różnych wariantów. O ile inne okazały się być mniej lub bardziej przeciętne tak wersja z wyciągiem z hammamelisu zdobyła me serce szybko i skutecznie swoją... łagodnością. Moja skóra głowy go uwielbia.

Na koniec najnowsze dziecko w moich szamponowych zbiorach mianowicie Alterra z papają i migdałem. Ten, wśród wszystkich wcześniej pokazanych, funduje moim włosom największą objętość. Dodatkowo zachwyca swoim słodkim, owocowym zapachem.



Emulsja zakwaszająca Stapiz w teorii jest kosmetykiem profesjonalnym, do sporadycznego stosowania (po zabiegach fryzjerskich). W praktyce jest jedną z moich ulubionych codziennych odżywek do spłukiwania. Jest lekka, lejąca, jedocześnie nie spływa z włosów. Lekko je nawilża, ułatwia rozczesywanie i ma niezwykle przyjemny winogronowy zapach. Myję głowę codziennie więc ogromna, litrowa pojemność w opakowaniu z wygodną pompką jest dla mnie świetnym rozwiązaniem. To moje trzecia w użyciu butla i nie zawaham się kupić następnej.

Hitem jeśli mowa o przyspieszeniu porostu moich włosów okazała się być normalizujaca tonik-wcierka do skóry głowy Vianek. Jak wykończyłam pierwszą butlę, druga stała już w zapasach i czekała na użycie. Wcierka jest bardzo komfortowa w używaniu - nie przetłuszcza ani nie obciąża moich włosów no i efekt... dla mnie bomba.

Nie przepadam za stylizowaniem włosów. Mam włosy cienkie, podatne na obciążanie i większość kosmetyków funduje u mnie efekt przyklapu i brudnych włosów. Wracam jednak systematycznie do pudru Taft. To kosmetyk, który na krótkich włosach daje u mnie typowy efekt wow. Na dłuższych już niekoniecznie bo ich ciężar przewyższa moc proszku jednak uwielbiam go stosować, gdy robię kucyka a moje włosy sterczą na wszystkie możliwe strony - świetnie je wygładza i utrwala na cały dzień. Nie jest to produkt bez wady bo włosy robią się po jego użyciu nieprzyjemnie tępe jednak jestem w staniu mu to wybaczyć a włosów po prostu nie dotykać ;)

I lakier numer jeden, który przewija się u mnie od lat czyli Volume Lift Syoss. Nienawidzę lakierów do włosów. Niektóre może i utrwalają jednak warstwa jaką pozostawiają na moich bardzo cienkich włosach sprawia, że wyglądają one nieświeżo. Ten (obok nowości Tafta o mocy 6) ma tę jedną właściwość, która sprawia że klasuje się wysoko w moim lakierowym rankingu i jest to fakt, że nie jest on mokry. Nie zlepia, nie pozostawia na włosach warstwy przy czym dobrze utrwala. Niedawno te lakiery przeszły odświeżenie szaty graficznej i nie wiem czy producent majstrował coś w składzie czy po dłuższej przerwie mam inne wymagania jednak mam nieodparte wrażenie, że utrwala on o wiele mocniej niż wcześniej. Plus!

A może Wy polecicie mi jakiś fajny szampon do codziennego mycia? :)


sobota, 8 kwietnia 2017

kosmetyczne POWROTY #2 | pielęgnacja twarzy | SYLVECO, MINCER PHARMA, ZIAJA

kosmetyczne POWROTY #2 | pielęgnacja twarzy | SYLVECO, MINCER PHARMA, ZIAJA
Dziś kolejna porcja kosmetyków, do których wracam :)


***


Czysty przypadek (a raczej promocja, a jakże by inaczej) zadecydował, że po raz kolejny sięgnęłam po lipowy płyn micelarny Sylveco (zamiast micela Biolaven, wzmacniającego czy odżywczego płynu z Vianka). Wszystkie te produkty to dla mnie strzał w dziesiątkę i poranny element oczyszczania od kilku ładnych miesięcy. Sięgnęłam po nie gdy moja skóra zaczęła mocno kaprysić - odwadniać się, łuszczyć, gdy pojawiła się u mnie silna nadwrażliwość. Nie dość, że pięknie oczyszczają (aczkolwiek Biolaven nie do końca radzi sobie z demakijażem), delikatnie nawilżają oraz koją skórę. Powoli zaczynam wracać do starych przyzwyczajeń i myć twarz żelem z wodą dwa razy dziennie, jeszcze nie na co dzień jednak coraz częściej sięgam po takie rozwiązanie. Mimo to wiem, że gdy tylko coś niedobrego zaczyna dziać się z moją skórą mam w zanadrzu kosmetyk, na którym się nie zawiodę i po raz kolejny zachwyci mnie swoją łagodnością.

Tonik hibiskusowy Sylveco przewija się przez blog już od dłuższego czasu, na chwilę obecną stosuję trzecie opakowanie (i będą kolejne!). Uwielbiam w nim wszystko. Począwszy od szaty graficznej, przez zapach (a nienawidzę naparu z hibiskusa), konsystencję, po właściwości pielęgnacyjne. Tonik Sylveco pięknie nawilża skórę, koi, jednocześnie lekko ją napina. To jeden z lepszych tego typu kosmetyków jakie wpadły w moje ręce i przyznaję, że o ile od pierwszego do drugiego opakowania miałam ponad roczną przerwę tak druga butla tak mnie w sobie rozkochała, że trzecią otworzyłam po zużyciu ostatniej kropli poprzedniego opakowania.



Recenzja nawilżającej mikrodermabrazji z linii VitaC Infusion Mincer Pharma jest jedną z najchętniej czytanych na moim blogu.  Nieszczególnie mnie to dziwi - firma ta po długich latach w kosmetycznej niszy postanowiła nagle pojawić się niemal wszędzie. Peeling ten zdobył moje serce szybko i skutecznie na tyle, że używając pierwsze opakowanie sięgnęłam w sklepie do kolejne. To kosmetyk o silnym działaniu złuszczającym mimo, że w żelowej bazie zatopione są niemal niewyczuwalne pod palcami, maleńkie drobinki. Baza nie tylko świetnie nadaje ścierniwu poślizg a jednocześnie delikatnie nawilża i nadaje skórze uczucie komfortu. To jeden z lepszych peelingów mechanicznych jakie dostaniecie do ręki w drogeriach i na prawdę warto go wypróbować ale uprzedzam - wymaga on delikatności przy używaniu bo jego łagodność jest tylko pozorna.

Wygładzający peeling gommage Sopot Spa Ziaja istnieje na rynku od ładnych kilku lat i jest tak niepopularny jak na swoje świetne właściwości, że aż dziwię się marce, że zamiast promować swoje badziewia (z większością ich kosmetyków się nie lubię) nie zrobi porządnej reklamy temu oto peelingowi. Po pierwsze - mamy wśród oferty producenta krajowego peeling gommage gdzie typu kosmetyków u nas tyle co kot napłakał. Po drugie - mamy świetny peeling gommage! Jest to produkt delikatny acz skuteczny. Idealny do podtrzymywania działania mechanicznych zdzieraków w przypadku skór wymagających częstego złuszczania. Dla cer mniej wymagających myślę, że będzie dla nich po prostu świetną alternatywą. Sama forma tego kosmetyku jest ciekawa i inna. Jedynym dla mnie minusem jest jego zapach (odświeżający, lekko jabłkowy jak inne produkty z tej linii) ale jestem w stanie to przeboleć. To moje czwarte (?) opakowanie, powrót obowiązkowy.

Znacie któryś z tych produktów? :)

środa, 5 kwietnia 2017

kosmetyczne POWROTY #1 | pielęgnacja twarzy i ust | TOŁPA, SYLVECO, YVES ROCHER, BANIA AGAFII

kosmetyczne POWROTY #1 | pielęgnacja twarzy i ust | TOŁPA, SYLVECO, YVES ROCHER, BANIA AGAFII
Uwielbiam testować kosmetyczne nowości. Gdy tylko widzę na sklepowej półce coś nowego od razu krzyczy to to do mnie 'weź mnie'. Jednak mimo, że wszystko co nowe i nieznane kusi tak coraz częściej sięgam po sprawdzone przeze mnie rozwiązania. A jako, że tych pewniaków i w użyciu i w zapasach ostatnimi czasy u mnie do groma postanowiłam zebrać je w całość i pokazać Wam (w częściach ;)) do czego z pełną premedytacją wracam lub wrócę - bo poczyniłam zakup kolejnego egzemplarza :)


Dziś o pielęgnacji twarzy i ust.


Poszukiwanie idealnego kremu pod oczy zajęło mi... lata. Cały czas coś mi nie grało. Moja skóra ma ogromną skłonność do przesuszeń, jest cienka jak papier i skłonna do zmarszczek. Odkrycie ujędrniającego kremu przeciwzmarszczkowego pod oczy Tołpa Green Ujędrnianie 40+ sprawiło, że uwierzyłam, że na rynku kosmetycznym istnieją kremy dostosowane do moich potrzeb. Ten krem jest cudowny. Ma masełkowatą konsystencję, pięknie nawilża, odżywia i wygładza skórę. Nie jest to kosmetyk bez wad - jego bogata formuła sprawia, że nałożony zbyt obficie potrafi się lekko rolować i w ciepłe miesiące jako produkt pod makijaż odpada, jednak właściwości pielęgnacyjne są genialne więc jestem w stanie mu to wybaczyć. Niestety, ma też wielki słoik (18 ml) i krótką żywotność od otwarcia (3 ms) gdzie po tym czasie zaczął mi gęstnieć jednak mimo wszystko... kolejne opakowanie czeka w zapasie na jakiś turbo kryzys mojej skóry bo mam pewność, że wyratuje mnie w potrzebie.

Mimo całej mojej sympatii do Tołpy to jednak krem pod oczy Anti Age Global Yves Rocher ma u mnie zasłużone pierwsze miejsce na podium jeśli mowa o kosmetykach pod oczy. Nie ustępuje mu działaniem pielęgnacyjnym (dla mojej skóry jest identyczne) jednak mimo, że jego formuła również należy do treściwych lepiej się wchłania przez co idealnie nadaje się pod makijaż. Na dodatek tuba zakończona jest metalowym 'żelazkiem' więc jednocześnie łagodzi opuchnięcia. Cenę regularną ma chorą, więc gdy tylko pojawił się dostępny jako gratis do zamówienia stwierdziłam - biorę.



Maska dziegciowa Bani Agafii to temat wałkowany przeze mnie wielokrotnie bo opakowań tego kosmetyku zużyłam kilka na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Mamy tu do czynienia z kosmetykiem bajecznie tanim przy czym nie ustępującym jakością (ba, często ją przewyższa) kosmetykom o wiele droższym. Maska pięknie oczyszcza skórę nałożona na kilkanaście minut na całą twarz, jednocześnie jest moim produktem 'punktowym' gdy coś niedobrego na skórze mi wyskoczy - w jedną noc potrafi zabić pojawiające się dziadostwo. Jak na maskę na bazie glinki łatwo zmyć ją z twarzy bo nie zastyga na kamień (tak wiem, nie powinno dopuszczać się do zastygania glinek ale no, zdarza mi się). Delikatnie wysusza skórę jednak ja zazwyczaj sięgam po combo - peeling, maska oczyszczająca a na koniec nakładam coś nawilżającego/odżywczego więc nie jest to dla mnie wada nie do przejścia.

Znam dużo fajnych kremów do twarzy. O działaniu przeróżnym - od lekkich po treściwe, od tych, które mają regulować wydzielanie sebum, złuszczać, chronić przed słońcem po kosmetyki silnie odżywcze. Jednak gdybym miała wymienić dwie marki kosmetyczne, które robią kremy 'w sam raz dla mnie' były by to Lirene oraz Tołpa. W przypadku tej drugiej moim niekwestionowanym ulubieńcem (obok kremu z linii Dermo Atopic) jest Tołpa Dermo Face Futuris 30+ Krem przeciw pierwszym zmarszczkom na noc. I to właśnie do niego wróciłam (i wrócę przynajmniej raz jeszcze, kolejne opakowanie czeka). Jest to przyjemnie treściwy produkt o dobrych właściwościach nawilżających i odżywczych, który jednocześnie systematycznie stosowany sprawia, że skóra jest elastyczna i promienna. Sprawdzał się u mnie gdy borykałam się z przetłuszczaniem, sprawdza się gdy walczę z odwadnianiem i łuszczeniem (odpukać, moja skóra już niemal doszła do siebie). Jak na swoją bogatą formułę jest przyjemny w użytkowaniu - nie pozostawia tłustej warstwy a moja skóra w ciągu nocy wchłania go niemal do matu.



Moją przygodę w pomadkami Sylveco zaczęłam od wersji peelingującej, z którą niestety się nie polubiłam. Postanowiłam dać jedna szansę rokitnikowej pomadce ochronnej o zapachu cynamonu i... się nie zawiodłam. To świetny produkt nawilżająco-oochronny, który (mam nieodparte wrażenie) chodzi usta przed pojawieniem się opryszczki. Może to przypadek jednak gdy ten kosmetyk u mnie gości nie mam problemu z tym dziadostwem. Nie jest to pomadka bez wad. Ma jedną, która to skutecznie ją u mnie dyskwalifikuje jeśli mowa o używaniu jej 'do ludzi' - ma wściekle pomarańczowy kolor, który podbija odcień moich ust do mało twarzowej żółci ;) aczkolwiek używam ją po domu i na noc z powodzeniem. A jako, że nie jestem jej w stanie używać poza domem postanowiłam dać na nowo szansę pomadce brzozowej, która początkowo zupełnie nie przypadła mi do gustu. Już wiem, że była to kwestia nie do końca świeżego egzemplarza (acz w terminie ważności) - zamiast twardego, nieplastycznego sztyftu, który tępo sunął po ustach tym razem mam produkt o równie dobrych właściwościach pielęgnacyjnych jak wariant rokitnikowy przy czym bez koloru - zapowiada się kolejny ulubieniec!

To nie wszystkie produkty w tej kategorii o jakich mogłabym wspomnieć jednak aktualnie akurat  te u mnie goszczą. Sądzę, że co jakiś czas będą pojawiać się aktualizacje jednak póki co mam Wam do pokazania cały ogrom kosmetyków w innych kategoriach co zamierzam opublikować w kolejnych postach.

Jestem bardzo ciekawa do jakich kosmetyków do pielęgnacji twarzy Wy wracacie?

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

NOWOŚCI I ZUŻYCIA #3 2017

NOWOŚCI I ZUŻYCIA #3 2017

Na minimalizuje.blogspot.com czeka na Was podsumowanie moich kosmetycznych poczynań z marca:)







Copyright © 2016 KOSMETYKOHOLICZKA , Blogger