sobota, 20 maja 2017

Owoce i witaminy :D| LIRENE | C+Dpro Vitamin Energy | żel myjąco-energetyzujący, skoncentowane StimuSerum, nawilżający krem-żel

Owoce i witaminy :D| LIRENE | C+Dpro Vitamin Energy | żel myjąco-energetyzujący, skoncentowane StimuSerum, nawilżający krem-żel
Dziś o trio kosmetyków marki Lirene. Trio wobec którego trudno nie mieć sporych oczekiwań patrząc na bardzo zachęcające obietnice producenta. Jak wypadło? Całkiem nieźle ale nie obędzie się bez delikatnych zastrzeżeń.



Skóra potrzebuje stymulacji – wsparcia energetycznego i dlatego Ekspertki Laboratorium Naukowego Lirene stworzyły innowacyjne rozwiązanie – kosmetyki C+Dpro Vitamin Energy, zawierające unikalny potrójny kompleks witaminowy:
• Wit. Duo C – hybrydowe połączenie dwóch form witaminy C
1. Aktywna forma lipofilowa, zapewniająca doskonałe wchłanianie. Działa odmładzająco, rozświetla cerę i chroni DNA komórek skóry, niwelując negatywne skutki promieniowania UV.
2. Stabilna witamina C zamknięta w liposomach. Dociera do głębokich warstw skóry, stymulując syntezę kolagenu.
• Wit D pro – stymuluje syntezę receptora witaminy D, likwiduje skutki jej niedoboru w skórze, wzmacnia barierę naskórkową i utrzymuje odpowiedni stopień nawilżenia.
• Witamina E – znana i ceniona „witamina młodości”. Skutecznie walczy z oznakami starzenia oraz działa stabilizująco na witaminę C /klik/


LIRENE C+D PRO VITAMIN ENERGY ŻEL MYJĄCO-ENERGETYZUJĄCY (15,5 zł)

Dorabianie ideologii do kosmetyków myjących niby jest śmieszne, z drugiej strony w moim przypadku łagodne i skuteczne mycie jest kluczem do udanej pielęgnacji. Ten żel mnie nie zawiódł. 

Posiada on szalenie przyjemną, bardzo gęstą i treściwą żelową formułę, która po kontakcie w wodą zapewnia całe morze piany. W teorii wolę te mniej (lub wcale) pieniące się kosmetyki jednak jestem w stanie zrobić wyjątek dla kosmetyków o pianie gęstej i zbitej jednocześnie łatwej do zmycia ze skóry. I tu tak właśnie jest. 

Właściwości oczyszczające są na wysokim poziomie. Połączone są jednak z dużą łagodnością. Czego się nie spodziewałam. Bałam się o ściągniecie czy przesuszenie jednak nic takiego nie wystąpiło. Ba, żel ten nawet nie podrażnia mi oczu co jest moją sporą bolączką.

Opakowanie jest estetyczne, funkcjonalne a zapach... bomba. Jest intensywny, słodki, kojarzy się ze świeżo wyciśniętym sokiem bez męczącej mnie typowo kosmetycznej nuty.

♡♡♡♡♡♡

LIRENE C+D PRO VITAMIN ENERGY SKONCENTROWANE STIMUSERUM (27 zł)

To chyba najciekawszy produkt w pokazanych tutaj. Posiada przyjemną, ciężką (szklaną!) flaszkę z wygodną pompką. Ze względu na intensywny kolor i małe kapsułki w środku (jak w przypadku wszystkich produktów) pomijając wariant pielęgnacyjny... po prostu cieszy oko. Konsystencja jednak nie do końca zachwyca. Serum jest teoretycznie lekkie i żelowe w praktyce lepi się. Jeżeli używacie tego typu kosmetyki solo raczej nie będziecie zachwycone jednak jeśli nałożycie po nim (nawet klejący ;)) krem lepkość mija już w chwili aplikacji. 

Skład. Ogrom ekstraktów plus stabilna postać witaminy C. Tutaj się przyczepię - informacji o stężeniu brak. Serum bazuje też na alkoholu przez co początkowo podchodziłam do niego ze sporą dozą nieufności. O dziwo, niesłusznie. Bo jak zazwyczaj alkohol w kosmetykach sieje u mnie spustoszenie (przesuszenie, podrażnienia, powstawanie niedoskonałości) tak tu nic niedobrego się nie wydarzyło.

Właściwości. Po 1,5 miesiąca codziennego stosowania na skórę twarzy nie mogę powiedzieć o tym kosmetyku złego słowa. Skóra jest gładka, napięta i promienna. A serum wzmacnia właściwości nawilżające kosmetyków nałożonych na nie. Nie zaobserwowałam jednak znaczącej poprawy kolorytu na co nieśmiało liczyłam :( 

♡♡♡♡♡♡

LIRENE C+D PRO VITAMIN ENERGY NAWILŻAJĄCY KREM-ŻEL (24,5 zł)

Ha, pora na produkt na który liczyłam najbardziej a okazał się być najsłabszym z całej trójki. Dlaczego na niego liczyłam? Bo mam dobre doświadczenia z kremami tej marki. A tutaj coś nie zagrało.

Krem ten zalecany jest do stosowania rano i wieczorem. W pielęgnacji porannej zupełnie się u mnie nie sprawdził - niby żelowa konsystencja powinna dać radę na mojej (niby) mieszanej skórze jednak no, nie dała. Właściwości nawilżające okazały się być niewystarczające, żel się klei więc aplikacja podkładu do najprzyjemniejszych nie należy a i skóra w ciągu dnia zaczyna się błyszczeć podejrzanie szybko. Po paru próbach wróciłam do kremu-musu z linii Bio Nawilżenie, który sprawdza się u mnie świetnie a to oto cudo zostawiłam sobie do użytku wieczornego.

W połączeniu z serum daje radę. Lepkość serum i kremu sprawia, że jedna warstwa przytula się ;) do drugiej i szybko nieprzyjemne wrażenie klejenia się znika. Czy ten krem zyskuje na właściwościach pielęgnacyjnych? No... tak niekoniecznie. I mam wrażenie, że całą robotę w tym duecie odwala StimuSerum. 

Trudno mi tu szukać jakichś szczególnych pozytywów - fakt, krem nie przesusza (bo i takie historie się zdarzają) i nie podrażnia skóry (chociaż mam nieodparte wrażenie, że skóra okolic skrzydełek nosa jakoś tak niekoniecznie reaguje na niego z entuzjazmem). Z drugiej strony nie robi też większej krzywdy - nie zaobserwowałam pogorszenia stanu skóry. Mimo wszystko jakoś nie pałam do niego większą miłością i istnieje spore prawdopodobieństwo, że zużyję go do stóp albo oddam w lepsze ręce - a nuż tylko ja tak wybrzydzam ;)


Jestem ciekawa Waszych doświadczeń z tą serią :)

poniedziałek, 15 maja 2017

Jak świeże powietrze po deszczu. Na Fiji. | DR IRENA ERIS | SPA RESORT FIJI | odżywczy balsam nektar | wygładzający peeling do ciała

Jak świeże powietrze po deszczu. Na Fiji. |  DR IRENA ERIS | SPA RESORT FIJI |  odżywczy balsam nektar | wygładzający peeling do ciała
Dziś zapraszam Was na pierwsze wrażenie dotyczące najnowszej linii kosmetyków Dr Ireny Eris. Mowa tutaj o serii SPA RESORT, która swoim zapachem przenieść ma nas na wyspy Fiji :)


Zacznijmy od spójnego dla obu produktów zapachu. Niesamowicie wdzięcznego zapachu. Bo wyobraźcie sobie delikatną słodycz czystego, świeżego powietrza po deszczu który to jest wytchnieniem po upalnym dniu. Który przynosi ukojenie nie tylko rozpalonej skórze ale i zmysłom. Bo tak właśnie pachnie ten duet. Zapach jest niesamowity. I ja, osoba, która za wszelkimi świeżymi aromatami nie przepada... przepadłam. Po pierwszym włożeniu nosa w opakowanie :)

A opakowania to (jak zawsze) klasa sama w sobie. Oba produkty łączą lustrzane zakrętki i spójna, żywa i iście tropikalna szata graficzna. Każdy z kosmetyków zapakowany jest w kartonik utrzymany w stylistyce docelowych opakowań.

♡♡♡♡♡♡



DR IRENA ERIS SPA RESORT FIJI ODŻYWCZY BALSAM NEKTAR

Jakże przyjemną ma ten produkt konsystencję! Pudło napakowane po brzegi jest treściwym jednak jednocześnie lekkim i niezwykle delikatnym, niemal puszystym kremem. Aplikacja to sama przyjemność. Gładko sunie po skórze, pozostawia po sobie delikatną, ledwie wyczuwalną powłoczkę gdzie przy całej jedwabistości czuć, że wysoko w składzie znajdziemy masło shea.

Właściwości pielęgnacyjne zapowiadają się co najmniej dobrze. Jestem posiadaczką bardzo suchej skóry (ostatnio w całkiem przyzwoitej formie) i ten balsam zafundował mi konkretną dawkę nawilżenia i wygładzenia. No i ten zapach...

Opakowanie zawiera 200 ml produktu i mam nieodparte wrażenie, że pozytywnie zaskoczy mnie swoją wydajnością. Wystarczy odrobina by pokryć powierzchnię całego ciała. A każdy kto ślezi moje poczynania wie, że wszelkiej maści nawilżacze schodzą u mnie jak woda ;)


♡♡♡♡♡♡


DR IRENA ERIS SPA RESORT FIJI WYGŁADZAJĄCY PEELING DO CIAŁA

Szybkie spojrzenie na skład nie nastawiło mnie pozytywnie - parafina. O ile właściwości i cała dorabiana do niej ideologia jest mi zupełnie obojętna tak standardowy lepki film na skórze jaki pozostawia jest dla mnie nie do przejścia. I tu kolejna miła niespodzianka. Bazą dla peelingu jest krem. Treściwy, dobrze rozprowadzający się na wilgotnej skórze, nadający poślizg drobinkom ścierającym.

Drobinki mimo, że wyglądają niepozornie dobrze złuszczają naskórek a jako, że nie rozpuszczają się można zafundować sobie dłuższy masaż. Jest ich sporo, są grube, przyjemnie ostre jednak nie podrażniają skóry. Mimo, że przypominają mi trochę drobiny piasku.

No i rzecz najważniejsza. Po zmyciu produktu brak uczucia oblepienia. Skóra może i nie jest jakoś szczególnie nawilżona jednak nie jest też przesuszona czy ściągnięta. U mnie jednak bez balsamu się nie obejdzie.


Potężna dawka aromaterapii, łagodność, dobre działanie pielęgnacyjne i cieszące oko opakowania... czego chcieć więcej? Jeśli macie ochotę się rozpieścić lub... szukacie wspaniałego prezentu dla ukochanej kobiety (dzień matki już 26!) powyższe produkty kupicie w perfumeriach Douglas :)



Informacje od producenta plus składy:

 balsam

peeling

Muszelki i piasek prosto z Bałtyku :D

niedziela, 14 maja 2017

Dobrze wygląda, źle pachnie | VIANEK | Wzmacniający płyn micelarny-tonik 2w1 | Enzymatyczny żel myjący do twarzy

Dobrze wygląda, źle pachnie | VIANEK | Wzmacniający płyn micelarny-tonik 2w1 | Enzymatyczny żel myjący do twarzy
Moja przygoda z fioletową linią Vianka zaczęła się od ich kojącego balsamu do ciała. Nie wypadła ona źle więc gdy tylko pojawiły się nowości z tej serii czym prędzej zaopatrzyłam się w dwa kosmetyki do twarzy - płyn micelarny oraz żel myjący. Co z tego wyszło? Mam skrajne odczucia ;)


Z teorii: uwielbiam szatę graficzną Viankowych kosmetyków więc i tym razem nie jestem zawiedziona. Opakowania są funkcjonalne a produkty jak swoje przyzwoite składy nie odstraszającą ceną dobijając do 20 zł za sztukę (żel 150ml, micel 200ml).

Najgorszą rzeczą w obu tych kosmetykach do której przyczepię się już na samym początku jest ich paskudny, bardzo intensywny i drażniący zapach. O ile w przypadku wymienianego wcześniej balsamu był on irytujący tylko w momencie aplikacji (na skórze zmieniał się w całkiem przyzwoitą dla mojego nosa mieszankę) tak zarówno żel jak i tonik pachną po prostu źle i zapach zabiera mi całą przyjemność z ich używania. Jest to czynnik, który sprawia, że choćby nie wiem co producent z tej serii jeszcze na rynek nie wypuścił - to moja ostatnia z nią przygoda.


♡♡♡♡♡♡

VIANEK WZMACNIAJACY PŁYN MICELARNY TONIK 2w1

Gdybym miała go opisać w jednym zdaniu powiedziałabym, że to brat bliźniak wariantu odżywczego. Lubię w nim wszystko (pomijając zapach). Ma przyjemną konsystencję, niby woda ale odrobinę bardziej treściwa co minimalizuje na skórze nieprzyjemne uczucie pocierania płatkiem kosmetycznym. Jest niesamowicie delikatny. Nie uczula, nie podrażnia, nie robi krzywdy moim wrażliwym oczom jednocześnie pozostawia po sobie subtelne uczucie ukojenia i łagodzi ewentualne dziwne twory na skórze.

Szybko i skutecznie radzi sobie z demakijażem - aczkolwiek nie stosuję kosmetyków wodoodpornych więc nie wiem, czy w ich przypadku sprawdził by się tak samo dobrze. Zasadniczo nie mam zastrzeżeń i po raz kolejny naturalny micel z rodziny Sylveco zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie.


♡♡♡♡♡♡

VIANEK ENZYMATYCZNY ŻEL MYJĄCY DO TWARZY

Miał być zachwyt (bo enzymatyczny!) ale nic z tego nie wyszło. Aczkolwiek nie wypadł aż tak źle jak żel tymiankowy Sylveco co odrobinę ratuje go w moich oczach. Ale do rzeczy. Myjadło to posiada lekką, wodnistą, ciut tępą konsystencję. Nałożony na wilgotną skórę pieni się tylko co i nic (dla mnie na plus) dość gładko po niej sunąc. Nie należy jednak do najdelikatniejszych kosmetyków myjących z jakimi miałam do czynienia, ba, ultra tani żel Green Pharmacy bije go na głowę. Vianek delikatnie ściąga mi skórę. I po paru dniach używania dwa razy dziennie wyraźnie mi ją przesuszył. Używany raz dziennie jest w miarę ok.

Wygładzenie. Obiektywnie rzecz biorąc wiem, że produkt, który ma tak krótki kontakt ze skórą cudów nie zdziała. I nie zdziałał. Ale faktycznie po umyciu skóra wydaje się być gładka. Z tym, że mam nieodparte wrażenie, że to raczej kwestia ściągnięcia i wynikającego z niej napięcia niż działanie bromelainy.  Zawartość tejże (albo innego składnika tegoż żelu) powoduje u mnie za to silne podrażnienie oczu jeśli chociaż odrobina piany się do nich dostanie. Tak, producent zawarł informację na etykiecie, że należy omijać je z daleka jednak mimo chęci moich szczerych - nie zawsze mi to wychodzi.

Na koniec rzecz najlepsza. Tzn. najdziwniejsza. Bo o ile żel generalnie rzecz biorąc jest dla mnie zbyt agresywny tak.... mam wrażenie, że nie domywa mi on skóry. I wcale nie mam na myśli braku uczucia trzeszczenia, którym gardzę. Myślę tu o delikatnym zanieczyszczeniu się mojej skóry w strategicznych miejscach, które reagują gdy do mycia nie przykładam wystarczającej staranności. Jednak tak gwoli ścisłości - używałam kosmetyki od niego o niebo łagodniejsze (również emulsje), które nie pozostawiały po sobie (mimo totalnej delikatności) takich odczuć.

Takie tam, obietnice:



Jestem ciekawa czy miałyście okazje ich używać i... jak Wasze wrażenia?

czwartek, 4 maja 2017

Mieszane uczucia | WHITE AGAFIA | szampon rokitnikowy 'objętość i puszystość'

Mieszane uczucia | WHITE AGAFIA | szampon rokitnikowy 'objętość i puszystość'
Dziś o szamponie, który budzi we mnie skrajne odczucia. Teoretycznie mocno mnie wkurza a w praktyce... nie wiem czy nie sięgnę po kolejną butlę bo mimo wszystko efekt jaki daje jest dla mnie co najmniej satysfakcjonujący. Ot, dziwało ;)


Szampon z Białej Agafii jak na produkt rosyjski przystało kupić możemy za przyzwoite pieniądze - ok. 12 zł za butlę 280 ml. Butlę całkiem przyjemną wizualnie, w wygodnym korkiem 'na klik' co ułatwia aplikację kosmetyku. Dostępność raczej online ale podejrzewam, że i stacjonarnie jest on do zdobycia.

W kwestii teoretycznej. Szampon posiada przyjemną, przejrzystą, gęstą (ale nie za bardzo) formułę. Dobrze się pieni, dobrze wypłukuje z włosów. Ma też niesamowicie przyjemny zapach, który przypomina mi zapach pomarańczowych cukierków tic-tak.

Właściwości myjące nie zawodzą. Dobrze oczyszcza skórę głowy i włosy ale... biorąc pod uwagę fakt, że myję włosy codziennie jest jednak ciut zbyt mocny i wolę używać go zamiennie z innym produktem myjącym.

Obietnica producenta dotycząca objętości i puszystości skłoniła mnie do jego zakupu (jak i pozytywne opinie na jego temat na jakie przypadkiem natrafiłam). Nie zawiodłam się. Moje włosy należą to tych smętnie przytulonych do skóry głowy jednak po użyciu tego oto szamponu faktycznie są puszyste i odbite od nasady. Przez cały dzień. Co barrrdzo mnie cieszy.

Dlaczego więc nie do końca jestem z niego zadowolona? Uwielbiam szampony sprawiające, że moje włosy są miękkie. Ten delikatnie włosy usztywnia. I o ile ten efekt daje obiecaną objętość przy skórze głowy tak moje przesuszające się na długości włosy (szczególnie końce) w dotyku po jego użyciu nie należą do najprzyjemniejszych. Ok, tragedii nie ma, zdecydowanie trafiałam na gorsze produkty ale to nie do końca to.

No i tak. Sama nie wiem. Używać używam, efekt wizualny mi się podoba ale jak przychodzi mi zmacać końce po jego zastosowaniu mam wewnętrzny ból. Jednak mimo wszystko podejrzewam, że gdy będę robić zakupy w sklepie typu 'z rosyjskimi/estońskimi' kosmetykami (muszę uzupełnić zapasy sprayów z Icevedy) i ten szampon wpadnie w moje ręce ;)


środa, 3 maja 2017

Wszystko fajnie tylko gdzie to 'BIO'? | LIRENE | BIO-NAWILŻENIE 24H | Nawilżająco-matujący krem-mus | Ultra nawilżający krem z luteiną i witaminą E

Wszystko fajnie tylko gdzie to 'BIO'? | LIRENE | BIO-NAWILŻENIE 24H | Nawilżająco-matujący krem-mus | Ultra nawilżający krem z luteiną i witaminą E
Już jakiś czas temu wpadły w moje ręce dwa kremy marki Lirene w linii BIO nawilżenie. Jako, że dzieckiem jestem dobrym a i skóry typowo suchej nie mam ten wariant dałam do wypróbowania mojej mamie (a o tym, że blogerki z niej nie będzie pisałam Wam przy okazji recenzji kremu Komórkowa Regeneracja 50+). Dla siebie zaś zostawiłam wersję dla skóry mieszanej i tłustej. Z nadzieją, że okaże się być dobrym, lekkim kremem na dzień.  Co z tego wynikło? 


Za oba kremy w popularnych drogeryjnych sieciówkach przychodzi nam zapłacić w granicach 12-22 zł. Posiadają standardową pojemność 50 ml. Zapakowane są klasyczne plastikowe słoiczki z moimi ulubionymi lustrzanymi zakrętkami. Kartoniki są ofoliowane.


LIRENE NAWILŻAJĄCO-MATUJĄCY KREM-MUS Z WITAMINĄ E

Krem jak krem chciało by się rzec. Chociaż nie do końca. Szalenie polubiłam jego puchatą (no, puszystą) formułę. Jest niesamowicie przyjemny bo mimo swojej lekkości jest jednocześnie przyjemnie treściwy. Jednak szybko się wchłania nie pozostawiając wyczuwalnej warstwy a jedynie delikatne, wręcz pudrowe wykończenie. Przez co zgodnie z moim założeniem okazał się być świetnym produktem do porannej pielęgnacji.

Matowienie. Minęły czasy gdy moja skóra świeciła się jak wściekła. I jestem z tego powodu niezmiernie szczęśliwa. Aczkolwiek nadal (mimo ogromnej skłonności do odwadniania się mojej strefy T) trudno nazwać mi moja skórę normalną a i błyszczeć jej się w połowie dnia zdarza. Ten krem nie daje typowo matowego efektu po nałożeniu jednak faktycznie utrzymuje moją skórę w ryzach przez cały dzień. O ile nie jest to dzień, który trwa od 8 do 22 gdzie wieczorem zmuszona jestem jeszcze pokazywać się ludziom bo wtedy mój makijaż potrzebuje wsparcia (ostatnio namiętnie stosuję rozświetlającą bazę Lirene oraz maskę bankietową Dermiki w tejże roli i oba kosmetyki sprawdzają mi się świetnie).

Nawilżenie. Bio. Jeśli mowa o mojej skórze przy stosowaniu go na dzień (albo na noc ze Stimuserum tego samego producenta) jest dobrze. Znam mocniej nawilżające kosmetyki z drugiej strony patrząc na fakt, że mamy to do czynienia i z produktem matującym i z kosmetykiem, który jest dedykowany skórze tłustej nie jest źle. Ale nadal nie wiem o co chodzi z tym BIO (:D).

To naprawdę dobre rozwiązanie na co dzień. Niedrogie, o przyjemnej formule, które nie podrażnia ani nie powoduje pogorszenia stanu skóry. Nie przypadkiem zresztą znalazł się w mojej pielęgnacyjnej piątce miesiąca.  Na plus wydajność (w dwa miesiące używania raz dziennie zużyłam 2/3 słoiczka), na lekki minus zapach - jeśli lubicie świeże, niemal morskie nuty będziecie zadowolone. Ja za takimi nie przepadam.

***

LIRENE ULTRA NAWILŻAJĄCY KREM Z LUTEINĄ I WITAMINĄ E

Używany przez posiadaczkę 'ultra' suchej skóry. Nie podołał. Skóra mojej mamy potrzebuje ogromnych dawek nawilżenia (odżywienia, natłuszczenia też) i niestety ten krem na tle chociażby używanych przez nią ostatnio produktów z Yves Rocher i Tołpy (czy wcześniej wariantu 50+ tego producenta właśnie) wypadł niestety bardzo przeciętnie. Ot, trochę nawilżał ale nawilżenie zdecydowanie nie było wystarczające. Był lekki, miał bardzo przyjemną formułę, nie rolował się na skórze i szybko się wchłaniał. Wydaje mi się, że sprawdzi się raczej w przypadku skór normalnych (lub mieszanych używany na noc) niż w przypadku typowo suchych, a w szczególności dojrzałych cer. Mimo, że zalecany jest do skóry w każdym wieku.



Używałyście któregoś z tych kremów? Jakie macie odczucia?

wtorek, 2 maja 2017

PIELĘGNACJA CIAŁA #2 MAJ 2017

PIELĘGNACJA CIAŁA #2 MAJ 2017
 Kosmetyki do ciała to zdecydowanie ta grupa produktów, wśród których  występuje u mnie największa rotacja. Bo zużywają się szybko i bezboleśnie ;) Pora więc na aktualizację.


Na przedzie mój mały-wielki powrót czyli żel do mycia ciała na dobranoc Johnson's bedtime. Przypomniałam sobie (przy okazji promocji w Rossmannie na kosmetyki dziecięce) dlaczego tak chętnie kiedyś po niego sięgałam - bo pachnie bosko! Na dodatek jest łaskawy dla mojej skóry (ma glicerynę przed detergentem) więc sięgam po niego z przyjemnością. Skusiłam się (w końcu!) na żel Nivea o zapachu... kremu Nivea. Żałuję, że tak późno :P Pachnie świetnie, krzywdy nie robi i uprzyjemnia mi każdą kąpiel. Żel BeBeauty o zapachu aloesu i limonki to w teorii nie kosmetyk dla mnie. Bo zazwyczaj tanie myjadła czynią mi spustoszenie na skórze dodatkowo nie lubię cytrusowych zapachów. Ale kupiłam. I nie żałuję. To już mój drugi żel z tej serii i sprawdza się o niebo lepiej niż Isana czy Balea - bo nie wysusza mi i tak bardzo suchej skóry. A zapach? Bomba. Nie wiem jak pachnie aloes (tzn. wiem, nijak) jednak ten nijaki zapach połączony z aromatem skórki z limonki dla mojego nosa jest bardzo przyjemny i sięgam po niego często. Nie obędzie się też bez żelu Dove. Tym razem wariant niby kokosowo-jaśminowy który pachnie ani kokosem ani jaśminem ale jest całkiem przyzwoity ;)

Do higieny intymnej stosuję emlusję Intimea. Rzecz tania, dobrze dostępna (Biedronka) o średnim składzie ale dla mojej skóry wystarczająca. Nie podrażnia ani nie uczula dodatkowo ma przyjemną konsystencję.

Zapomniałam o antyperspirantach. A jakże. Jednak niewiele się u mnie zmieniło i nadal chronią mnie sztyft Dove (tym razem wersja Orginal) oraz spray Fa.


Ha, wiosna ;)) Z podkulonym ogonem postanowiłam wrócić do szczotkowania skóry na sucho w czym niestety jestem totalnie niesystematyczna. Męczę również klejący się peeling Organic Shop o wątpliwym pomarańczowym aromacie. I zastanawiam się czy to ze mną jest coś nie tak czy te produkty po prostu pachną... źle? Wcześniej używałam wersji 'belgijska czekolada' i jeśli czekolada miałaby taki paskudny smak jak on miał zapach byłabym zdecydowanie szczuplejsza....

Jako, że opalać się nienawidzę a w sezonie włącza mi się chęć opalenia skóry postanowiłam wypróbować mgiełkę brązującą Lirene. Nasz pierwszy raz uważam za udany - zero smug, łatwa aplikacja, paskudny smrodek samoopalacza nie był nazbyt intensywny ale... przypomniałam sobie że mam też otwarty krem samoopalający Lirene. Nie ma oznaczenia PAO więc mam nadzieję, że nic mu się od zeszłej jesieni (chyba) nie stało i wracam chwilowo do niego. No dobra, będę je używać na zmianę, ta mgiełka ciekawi mnie bardziej :P

I 'walka z cellulitem'. Po serum o działaniu złuszczającym Lirene (z 5% zawartością kwasu migdałowego, zaraz po wodzie w składzie) sięgnęłam bo faktura mojej skóry na udach była.... dziwna. Szorstka niczym tarka (albo papier ścierny) i typowe nawilżacze nic z tym nie robiły. Jak poużywałam to to 2-3 tygodnie skórę mam jak nową. Gładką, lekko napiętą ale... z recenzją wstrzymam się do wykończenia tuby (a nuż cellulit mi zniknie :P).


Nawilżanie. Koniecznie muszę ten dobrobyt trochę zminimalizować (:D) ale póki co... Masło do ciała Farmona zachwyciło mnie od pierwszej aplikacji. Jest treściwe, gęste, zbite i niezwykle satynowe. Nie pachnie niestety lawendą. Dla mnie to aromat kremu Nivea z nutką kamfory i tłem w postaci aromatu olejku lawendowego. Nie narzekam - pachnie świetnie ale spodziewałam się takiej lawendy-lawendy i jestem trochę rozczarowana. Mleczko Yves Rocher polubiłam za zapach, przyjemną puszystą konsystencję i dobre (chociaż nie wybitne) właściwości nawilżające. W opanowaniu zastępczym mam też z trudem wydobytą resztkę emulsji Neutrogena ale to rzecz, która skończy się lada moment więc darowałam sobie ustawianie do zdjęcia kolejnej butli ;)

Produkty dla dzieci, których raczej nie nakładałabym na dziecięcą skórę ale wiecie, kto starej babie zabroni :P   Dove Baby pokusił mnie wazeliną w składzie (ta działa na moją skórę super, szczególnie gdy ta przechodzi kolejny kryzys) i zapowiada się całkiem fajnie. Podobnie jak lotion Johnson's Baby, który mimo, że cudów nie zdziała to jest leciutki i ma cudny zapach.


Stopy i dłonie. Cały arsenał jak zawsze. Mój numer jeden - krem do stóp 30% urea Lirene (i kolejny nieśmiało za niego wystający). Cudownie nawilża, odżywia i zmiękcza skórę. Obok żel Eveline, taki z gatunku 'dla zmęczonych stóp'.

Krem do rąk Dr.Konopka's  leży i czeka na zużycie. Dobijam już dna i będę tęsknić za jego zapachem (idealny!) jednak właściwości pielęgnacyjne nic mi nie urwały. Olejkowe serum do rąk Lirene już za chwilę już za moment 'awansuje'na mój krem do torebki (lada dzień wykończę ten z Barwy o którym zapomniałam przy robieniu zdjęć). A krem-maska Bielendy (z 10% masłem shea) miała mnie zachwycić i zachwyciła mnie tak, że kupiłam już coś innego :P Ale dzielny jestem człowiek - zużyję. Bo o ile od zachwytów jestem daleka tak trudno odmówić mu całkiem przyzwoitego działania.


poniedziałek, 1 maja 2017

Kolorowy PROJEKT DENKO (recenzje)

Kolorowy PROJEKT DENKO (recenzje)
Pisanie o kolorówce idzie mi jak po grudzie. Moje plany opisywania używanych przeze mnie kosmetyków na bieżąco zazwyczaj realizuję tak, że opinie na temat kosmetyków pojawiają się... przy okazji pokazywania zużyć :D W większości przypadków tak jest i tym razem ;) Zapraszam Was więc na kolorowy projekt denko z ostatnich czterech miesięcy. Część kosmetyków zużyłam w całości, część powinna już zaliczyć śmietnik mimo niecałkowitego zużycia co też (z ulgą) uczynię.


SKIN 79 SUPER + BB GOLD
To moje pierwsze podejście do azjatyckich kremów BB. Kupiłam set miniatur nastawiając się, że odcień 'orange' zostanie tym najlepszym. No guzik prawda. Okazał się być zbyt ciemny, za to 'gold' w którym pokładałam najmniejsze nadzieje to niemal strzał w dziesiątkę. Ten krem ma niesamowicie przyjemną, treściwą formułę, przyzwoite lekkie krycie i przyjemne, niemal mokre wykończenie. Jest dość trwały, nie ściera się a w ciągu dnia wygląda po prostu dobrze. Potrzebuje jednak konkretnego przypudrowania. Jest dla mnie ciut za ciemny jednak jasny puder załatwiał sprawę. Mam ochotę na pełnowymiarowe opakowanie ale popularność Misshy sprawia, że najpierw wypróbuję właśnie ją - a nuż okaże się być jeszcze lepsza. Denko oszukane - zostało mi go jeszcze na parę użyć ale nie chce mi się go trzymać do następnego posta :P

INGRID PODKŁAD IDEAL FACE
Miał być to wielki powrót po latach - bo kiedyś bardzo go lubiłam. A na dodatek producent wprowadził do swojej oferty nowe, jasne kolory. Kolor nie do końca mi pasował (miałam najjaśniejszy) bo był dla mnie zbyt neutralny pod względem odcienia a moja skóra wybija mimo swojej jasności ewidentnie żółte tony. Dodatkowo nie wiem czy producent majstrował coś przy składzie czy zmieniły się moje potrzeby i oczekiwania jednak było... gorzej niż źle. Zgubiło się gdzieś dobre krycie, sam podkład był podejrzanie ciężki i źle leżał na skórze. Używałam go do mieszania z innymi podkładami, zużyłam niewielką część i więcej z nim walczyć nie będę.

AA PODKŁAD MAKE UP SATIN
Podobnie jak i Filler bardzo odpowiadał mi jego jasny, żółty kolor (najjaśniejszy), naturalne wykończenie i lekkie krycie, które raczej ujednolicało odcień skóry niż przykrywało ewentualne niedoskonałości. Miał jednak wadę nie do przeskoczenia - żenującą trwałość. Powrotu nie będzie. A szkoda.



MAYBELLINE KOREKTOR AFFINITONE
Nie ogarniam dlaczego cieszy się tak dużym powodzeniem bo mnie nie zachwycił. Nie podobał mi się jego kolor (najjaśniejszy, a jakże by inaczej) bo wybijał różowe tony. Krycie było średnie, nawet w kierunku słabego. No i formuła... jak dla mnie zdecydowanie zbyt sucha. Ok, może w porównaniu do True Match L'Oreala nie było aż tak źle jednak mimo wszystko wolę kamuflaż z Catrice bo ten może i jest dosyć suchy jednak ma dobre krycie a i lepiej współpracuje z treściwymi kremami po oczy.

LIRENE KOREKTOR NO DARK CICRCLES
Jakby by to ująć. Sama formuła korektora była naprawdę spoko. Był leciutki, mimo wszystko coś tam zakrywał  i nosił się niezwykle komfortowo. Mam jednak dwa ale. Po pierwsze - jeden odcień, ciemny oczywiście. Po drugie - brokat. Zdarzało mi się go używać, nie powiem, że nie ale... większość wyrzucam.

MY SECRET TRANSPARENTY PUDER SYPKI
To jeden z tych produktów, które nie zachwycają a do których wracam ;) Jest tani jak barszcz, jaśniutki z lekko żółtymi tonami, drobnozmielony, o ładnym lekko satynowym wykończeniu. Szczególnie dobrze sprawdzał mi się do przypudrowania korektora pod oczami Nie utrwala na cały dzień i na pewno nie poradzi sobie z tłustą skórą jednak... bardzo go lubię. I pewnie kupię kolejny.



MAYBELLINE TUSZ THE LIFT VOLUM' EXPRESS
Doświadczenie nauczyło mnie, żeby omijać szerokim łukiem promowane tusze tego producenta. Bo powodują u mnie większy lub mniejszy dramat. Jednak te najtańsze sprawdzają się naprawdę przyzwoicie. Ten egzemplarz miał klasyczną szczoteczkę z włosia o moimi ulubionym, wygiętym kształcie. Dobrze wyczesywał rzęsy, wydłużał je i nie sklejał. Niestety dość szybko zgęstniał.

MY SECRET TUSZ CREATE YOUR LASHES
Przyjemna silikonowa szczoteczka z jednej strony z dłuższymi włoskami świetnie radziła sobie z wyczesywaniem rzęs. Efekt był jednak bardzo naturalny. Niestety - trwałość tuszu wołała o pomstę do nieba i po może kilkunastu użyciach więcej podejść do niego nie planuję.

 (w kolejności ze zdjęcia wyżej)

SMART GIRLS GET MORE TUSZ 4D
Diabelnie czarny dający na rzęsach efekt firanek. Niestety totalnie nietrwały a na dodatek jak już zaczął się rozmazywać to tak z przytupem, na pół twarzy ;) Zużyłam chyba ze trzy opakowania gdy chciałam poczuć się jak człowiek, który ma rzęsy a nie trzy włoski na krzyż jednak no... powrotu już nie będzie.

LOVELY TUSZ CURLING PUMP UP
Klasyka. Świetny trwały tusz, który pięknie wyczesywał rzęsy. Jednak na przestrzeni lat coraz krócej zdatny jest do użycia bo wysycha w tempie błyskawicy więc mimo całej mojej do niego sympatii - odpuszczam.



ESSENCE KREDKA DO OCZU LONG LASTING
Moja ulubiona kredka. Kiedyś namiętnie kupowałam czarną, teraz przerzuciłam się na brąz. Jest miękka, dobrze napigmentowana, trwała i świetnie się rozciera. Muszę kupić kolejny egzemplarz.

BELL WOSK DO BRWI
Mam następny co chyba najlepiej świadczy o mojej sympatii do tego kosmetyku. Wosk ma piękny chłodny jednak stosunkowo jasny odcień (blondynka), jest trwały i wygląda bardzo naturalnie. Kosztuje to to dychę w Biedronce, wystarczył mi na cztery miesiące, nie planuję zmian w tym zakresie.

CATRICE KREDKA DO BRWI
Najjaśniejszy odcień był ciepły i jasny - gdy większość moich włosów była rozjaśniona i ciepła świetnie z nimi współgrał (chłodniejsze odcienie mimo chłodnych w kolorze włosków wyglądały źle). Sama kredka nieszczególnie mnie zachwyciła bo była jakaś taka twarda, kolor nakładał się nierównomiernie i w ogóle za dużo było z nią zachodu. Jednak braku wydajności jej nie zarzucę bo katowałam ją dłuuuugo a wywalam niemal całą.

MAYBELLINE CIEŃ W KREMIE COLOR TATTOO
Żółty. Nakładany palcem był okropny. Używałam go intensywnie gdy miałam w posiadaniu mini gąbeczkę W7 bo z nią dogadywał się świetnie. Ani Blend It, ani pędzle czy co gorsza palce nie były w stanie nałożyć tego produktu tak by wyglądał na powiece znośnie.

BELL CIEŃ W KREMIE WANTED 
Ciemny, szary odcień kupiony z myślą, by używać go jako bazę pod smokey. Wszystko fajnie tylko, że ja takich makijażu praktycznie nie noszę :D Jakościowo był zdecydowanie lepszy niż poprzednik jednak zapomniałam go dokręcić i wyschnął.




YVES ROCHER WODA PERFUMOWANA MOMENT DE BONHEUR
Ukochany zapach o którym pisałam w recenzji. Kolejny flakon w użyciu.

GUERLAIN WODA PERFUMOWANA SHALIMAR
Jakbym miała wolne dwie stówy na zbyciu to... dołożyłabym kolejną i kupiła La fille de Berlin Lutensa :P Shalimar jest ładny, nawet bardzo, orientalny, trwały, niezwykle kobiecy i 'z pazurem' jednak nie czuję chęci zakupu flakonu.



YVES ROCHER LAKIER DO PAZNOKCI
Producenta trochę poniosło nazywając ten odcień różowym brązem bo to to kakao zwykłe ale... bardzo ładne. A jakościowo ich lakiery uwielbiam - mają świetne pędzelki a dwie warstwy dają pełne krycie.

SALLY HANSEN TOP COAT INSTA DRI
Najlepszy z najlepszych. I zmian w tym zakresie nie planuję. Fakt, obecnie męczę Essie Good to Go jednak trzy zapasowe opakowania Insta czekają na swoją premierę :P


Uf, udało się. Jestem ciekawa czy znacie coś oprócz tuszu z Lovely? :D

niedziela, 30 kwietnia 2017

Hit, kit i totalny bubel - pielęgnacja ust | SYLVECO | GREEN PHARMACY | ALTERRA | balsamy do ust

Hit, kit i totalny bubel - pielęgnacja ust | SYLVECO | GREEN PHARMACY | ALTERRA | balsamy do ust
Nie jestem wielką fanką malowania ust. I o ile pomadki na moich ustach goszczą rzadziej niż częściej tak nie wyobrażam sobie życia bez balsamów do ust. Dziś o trzech z których tylko jeden nie skończył w koszu ;)


Zacznijmy od najlepszego egzemplarza mianowicie rokitnikowej pomadki o zapachu cynamonu Sylveco. A zanim zacznę ją wychwalać jeden minus - kolor. Ze wzgledu na zawartość oleju z rokitnika pomadka ma intensywnie żółte zabarwienie. A ja mam bardzo blade usta, które świetnie podbijają odcień produktów, które na nie nałożę. Z wiadomych więc względów jest to dla mnie produkt tylko do użytku w domu. Ma klasyczne, estetyczne opakowania. I nijaki zapach (cynamonu nie czuję, na szczęście), który mnie nie drażni. Smakowo jest neutralna. Pomadka ta kosztuje ok. 10 zł, dostaniecie ją stacjonarnie chociażby w Naturze.

Uwielbiam ją. Jest miękka ale nie na tyle by rozlewać się za kontur ust. Nawilża i lekko natłuszcza jednak nie tworzy na ustach uczucia skorupy czy oblepienia. Świetnie radzi sobie z ustami bardzo problematycznymi i... mam nieodparte wrażenie, że chroni przed opryszczką oraz znacząco łagodzi jej przebieg. Być może to zbieżność okoliczności jednak za każdym razem gdy używałam ją systematycznie z dziadostwem problemu nie miałam, a gdy już się przytrafiło - przebieg był lekki i niemal nie odczuwalny. To moje drugie opakowanie tej pomadki, mam również klasyczną wersję brzozową o której przekonałam się na nowo jednak nadal nie jestem przekonana do wersji z peelingiem, która kiedyś mnie nie zachwyciła. Może dam jej jeszcze szansę jednak wersja rokitnikowa jest moim zdecydowanym numerem jeden.


Balsam do ust Green Pharmacy przygarnęłam niedawno podczas zakupów w aptece DOZ za oszałamiające 5 zł. I bardzo się cieszę, że nie zrealizowałam mojego planu klikania jej online bo napaliłam się na nią jak głupia, gdy tylko pojawiła się w zapowiedziach. Cóż, nic nie poradzę, że nie które produkty tej marki sprawdzają się u mnie świetnie (jak np. żel do mycia twarzy czy szampon) więc chęć wypróbowania nowości była większa niż zdrowy rozsądek. Ale przypadki chodzą po ludziach, uśmiechnęła się do mnie z aptecznej półki, wzięłam, kupiłam, otworzyłam i.... o matko!

Na hasło pomadka 'żurawinowa' miałam w głowie boską woń i przyjemny smak. Rozczarowałam się srodze. Pomijając zapach pomadki ochronnej Melisa (lata temu występowała w bladoróżowym, szpetnym opakowaniu) czyli mieszanki sztuczności i oleju to smak... zabija. Jest tak obrzydliwy że noszenie jej na ustach najnormalniej w świecie sprawiał mi dyskomfort. Byłam jednak dzielna i ją używałam. Miesiąc. Zużyłam niemal całą (wydajność żenująca). Była bardzo miękka i całkiem nieźle radziła sobie z nawilżeniem ust. Jednak dnia pewnego powiedziałam dość na myśl o tym obrzydlistwie. Green Pharmacy, dlaczego? :(


Na koniec coś co cieszy się sporym powodzeniem a z czym polubić się nie potrafię. Pomadka ochronna Alterra. Z rumiankiem. Tanie to (5 zł), dobrze dostępne (Rossmann), o przyjemnym składzie ale... na mnie nie działa. Najzwyczajniej w świecie nie widzę po jej używaniu efektów pielęgnacyjnych. Ba, mam wrażenie, że na dłuższą metę usta mi wysusza.

Nie do końca odpowiadają mi jej smak i zapach aczkolwiek nie mam wobec niej tak silnych emocji jak w przypadku poprzednika. Niby jest miękka, niby pozostawia na ustach lekko natłuszczającą warstewkę ale jednocześnie wydaje się być zbyt zbita i jakoś 'nie tak' sunie po ustach. Ma jeszcze jedną właściwość, której szczerze nie cierpię - w przypadku ujemnych temperatur zastyga na ustach niemal na skorupę. Dawałam jej szansę nie raz a chyba nawet trzy razy kupowałam kolejne opakowanie. I nic z tego nie będzie. Aczkolwiek jest całkiem przyjemnym produktem stymulującym wzrost brwi i gdy odczuję potrzebę ich zagęszczenia pewnie przygarnę kolejny stemplarz.


Jestem ciekawa jak wasze wrażenia? A może polecicie mi coś fajnego do pielęgnacji ust? Chętnie kupię (jak zużyję zapasy :D)

sobota, 29 kwietnia 2017

NOWOŚCI i ZUŻYCIA #4

NOWOŚCI i ZUŻYCIA #4

Hej. Na minimalizuje.blogspot.com standardowo czekają na Was posty z nowościami oraz denkiem.

(duże) NOWOŚCI #4



(małe) ZUŻYCIA #4



czwartek, 27 kwietnia 2017

ULUBIONE #4

ULUBIONE #4
Prosta matematyka mówi mi, że już 1/3 roku za nami. Brzmi to trochę dziwnie biorąc pod uwagę, że przecież niedawno był grudzień no ale... Pora więc podsumować kosmetycznie kolejny upływający miesiąc i wybrać najfajniejsze kosmetyki wśród używanych przeze mnie w tym okresie.



Maskę bankietową Nocne Życie Dermiki przygarnęłam w ciemno wychodząc z założenia że będę stosować ją w dni, gdy makijaż gości na mojej skórze za dnia kilkanaście godzin. Co zdarza mi się niestety coraz częściej. Maskę tą nakładamy na krem. Efekty? Gładka, rozświetlona, lekko napięta skóra która cudownie współpracuje z podkładami wydłużając ich trwałość o kolejne godziny. Przyznam szczerze - ten zakup to był strzał w dziesiątkę ;)

Krem-mus Lirene Bio nawilżenie odstał swoje w pudle z zapasami i w końcu doczekał się swojej premiery. Po dwóch miesiącach jego używania (na dzień) muszę stwierdzić, że nie zawiódł. Ma niesamowicie przyjemną puszystą formułę, dobrze nawilża, szybko się wchłania pozostawiając delikatną niemal pudrową warstewkę na skórze. Po jego użyciu skóra niemal się nie przetłuszcza.  Nie uczula, nie podrażnia, nie spowodował pogorszenia stanu mojej cery. Mały minus - zapach. Podejrzewam, że fanki morskich zapachów będą zachwycone ale to totalnie nie moja nuta zapachowa ;)

Jedna z moich ulubionych metod demakijażu - mleczka. A konkretnie odżywcze mleczko Vianka. Przyjemna lekka acz treściwa formuła, świetne właściwości oczyszczające, łagodność i cudowny zapach tej serii... Produkt na piątkę z plusem.

Olejek pod prysznic Lirene zauroczył mnie swoim zapachem, konsystencją i komfortem użytkowania. Chcę następny... :D

I na koniec (pielęgnacji) coś do czego podchodziłam mocno sceptycznie bo w działanie antycellulitowe kosmetyków generalnie nie wierzę - Lirene Wygładzająca Eksfoliacja Serum z 5% kwasem migdałowym. Nie żebym zauważyła jakąś znaczącą różnicę jeśli o cellulicie mowa, bo tak nie jest. Zaczęłam go jednak używać gdy skóra na udach przypomniała u mnie w dotyku tarkę (lub papier ścierny) i po dwóch-trzech tygodniach sumiennego używania zauważyłam DUŻĄ różnicę w jej fakturze. Ba, na chwilę obecną jest przyjemnie miękka i bardzo gładka. Stężenia kwasu jest na tyle skromne, że nie spowodowało przesuszenia czy łuszczenia jednocześnie okazało się być faktycznie skuteczne. Jak wykończę tubę pojawi się jego pełna recenzja.



Nie będę się rozpisywać o potrójnych cieniach Provoke bo niedawno pojawiła się ich recenzja dodam tylko, że odkąd wpadły w moje ręce niemal nie ma makijażu w którym by ich zabrakło. Szczególną sympatią darzę najjaśniejszy, bardzo niepowtarzalny odcień o cudownym, wręcz lekko metalicznym wykonczeniu. Uwielbiam!

W kwietniu odkurzyłam też jednego z moich zapachowych ulubieńców czyli Moringa The Body Shop. Upojny i intensywny zapach biały kwiatów podbity lekko mydlaną nutą uprzyjemniał mi niejeden dzień i dobijając dna flakonu mojej edt muszę jeszcze raz podziękować Gosi za zapas w postaci mgiełki do ciała o tym samym, cudownym aromacie.

Na koniec produkt, który albo się kocha albo nienawidzi. Przynajmniej do takich wniosków dochodzę czytając jego recenzje ;) Mowa oczywiście o podkładzie Catrice Hd Liquid Coverage. Nie jest to produkt bez wad. Potrzebuje dobrej bazy (wróćcie do początku posta ;)) bo solo potrafi jednak być zdecydowanie zbyt wysuszający jednak kolor (mam szczęście, u mnie nie ciemnieje), wykończenie, poziom krycia, płynna formuła i przede wszystkim trwałość biją na głowę większość podkładów jakie stosowałam do tej pory. Dam sobie jeszcze czas z napisaniem recenzji jednak w kwietniu obok kremu BB Gold Skin 79  był stałym  elementem mojego codziennego makijażu i... bardzo się z nim polubiłam.

Jestem ciekawa czy znacie któryś z powyższych kosmetyków. Jeśli znacie, czy też zdobył miano ulubieńca? ;)

wtorek, 25 kwietnia 2017

ROSSMANN. Promocje, zakupy, spostrzeżenia.

ROSSMANN. Promocje, zakupy, spostrzeżenia.
Rossmann. Zło wcielone. Jedna z lepiej dostępnych w całym kraju drogerii gdzie można bez większego problemu zostawić część wypłaty bo zawsze znajdzie się coś do kupienia. Rossmann po raz kolejny zaproponował nam swoją promocję -49%. Ba, dodatkowe 6% rabatu dla uczestników swojego klubu. Mowa oczywiście o kosmetykach kolorowych chociaż wielkimi krokami nadchodzi również 2+2 na pielęgnację twarzy (pod koniec maja). Aczkolwiek skupię się dziś na tej pierwszej bo snucie domysłów nie należy do moich ulubionych czynności.

Przyznam szczerze, że jak rzuciłam się jak głupia na pierwsze edycje tak teraz wykonując rachunek zysków i strat stwierdziłam, że kolorówki kupować w Rossmannie się po prostu... nie opłaca. Bo mimo, że milion procent taniej brzmi dumnie tak typowe marki drogeryjne (Maybelline, Rimmel, Bourjois, L'Oreal) mają na chwilę obecną tak wywindowane ceny regularne (pomijam podwyżki przedpromocyjne milczeniem), że bez większego problemu kupię wszystko w cenach zbliżonych lub wręcz tańszych online (z kosztem dostawy łącznie).

Wiem, że zakupy przez sieć mają swoje minusy - czas oczekiwania, pan kurier pukający do drzwi gdy Was nie ma, koszty przesyłki. Tylko, że te zakupy możemy robić na spokojnie leżąc w łóżku nie zastanawiając się dostając oczopląsu przed sklepową półką. Tak, wiem, Rossmann posiada sklep internetowy co jest opcją ciekawą (praktykuję na co dzień) jednak w czasie promocji niestety stan magazynowy nie do końca zgadza się z faktycznym i często pojawiają się braki. Plusem jednak dla drogerii jest fakt, że przedpłacone środki zwracają na konto błyskawicznie (u mnie na następny dzień).

Z kosmetyków kolorowych teoretycznie tego typu rabaty są doskonałą okazją na zakup marek własnych (Wibo, Lovely). Teoretycznie. Bo często ceny niepostrzeżenie idą w górę na parę dni 'przed'. Do tego obie te marki w pewnym momencie zaczęły czerpać mocne inspiracje topowymi kosmetykami na rynku i poniosły ceny do takich trochę... absurdalnych. Paleta cieni Wibo za 42 zł, serio?

Z 'kolorowej' oferty promocji Rossmanna mnie osobiście interesują głównie kategorie typowo pielęgnacyjne. Rabat na produkty ochronne do ust, odżywki do paznokci czy... zmywacze - tutaj połowa ceny zazwyczaj okazuje się być na tyle kusząca i okazyjna, że mam skrupułów przed karmieniem mojego wewnętrznego kosmetycznego chomika....



Moje łupy z -55%. Trzy butle zmywacza Isany. Najlepszy z najlepszych. Blistex - taniej kupić go się nie da. Podobnie mój ulubiony Insta Dri - w cenie niższej niż gdzie indziej. I zachciewajka w postaci masełka do usta Isana.

I jeszcze jedna kwestia, która śmieszy mnie niesamowicie. Poszłam rano do drogerii a tam tłum bab! Czyli stawianie się ponad ludźmi czekającymi na możliwość zakupów gdy stoi się w środku tego całego zamieszania na równi z tymi babami które 'rzuciły' się na promocję. Czytając w sieci takie opowieści tylko się uśmiecham i dziwię. Ale to ja ;)

Kwestię macania, otwierania pełnowymiarowych kosmetyków, testowania ich na skórze pominę. Wierzcie lub nie - jest to nagminne a ilość ludzi przed półką na raz tylko wydaje się potęgować to wrażenie.

Tak ze swojej strony nie pozostanie mi nic innego jak tylko współczuć pracownikom sieciówki intensywnego tygodnia i życzyć im zasłużonego odpoczynku po :) A kupującym zdrowego rozsądku. Mówię to ja - kosmetykoholiczka.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Dla leni | LIRENE | Egzotyczna orchidea | Wygładzający balsam pod prysznic

Dla leni | LIRENE | Egzotyczna orchidea | Wygładzający balsam pod prysznic
Dziś o pielęgnacyjnej alternatywie dla leniuchów (lub ludzi zmęczonych życiem ;)).


Balsam zapakowany jest w estetyczną tubę. Zawiera 200 ml produktu, cena regularna wynosi ok. 15 zł aczkolwiek widziałam go ostatnio w Rossmannie za złotych osiem ;)

Nie do końca była przekonana do tego typu kosmetyków i przyznam się bez bicia że to pierwszy tego typu typowo nawilżający produkt do zmywania jaki posiadam. Nie pierwszy jednak produkt 'pod prysznic' bo dawno temu pisałam Wam o balsamie brązującym tego samego producenta, który sprawdził się u mnie świetnie. Czy z tym było podobnie? No... niekoniecznie.

Balsam posiada bardzo przyjemną, treściwą chociaż nie tłustą formułę dzięki czemu gładko sunie po skórze. Jest jednak dość niewydajny (albo ja nakładałam go za dużo bojąc się małego efektu pielęgnacyjnego). No właśnie. Działanie pielęgnacyjne. Szału nie ma. Ja nie byłabym wstanie stosować tego typu specyfiku codziennie zamiast standardowego balsamu bo moja skóra szybko włączyła by tryb buntu. Ale... w dni lenia (lub w dni, w które padałam na pysk) gdy alternatywą było lekkie nawilżenie i szybki powrót do łóżka lub solidne odżywienie i stanie w łazience nakładając jakieś mazidło wybór był dla mnie prosty.





Podejrzewam, że tego typu kosmetyki sprawdzą się u posiadaczek normalnej lub lekko przesuszającej się skóry. I u osób, które nienawidzą smarować się balsamami bo ten w aplikacji jest szybki i przyjemy przy czym nie pozostawia na skórze typowej 'warstwy' a delikatną, ledwie wyczuwalną powłoczkę i... zapach. A egzotyczna orchidea Lirene pachnie bardzo przyjemnie.

Podsumowując. Zużyć zużyłam.  Narzekać nie narzekam aczkolwiek moje przekonanie że balsamy pod prysznic to nie kosmetyki dla mojej bardzo suchej skóry się sprawdziło.


niedziela, 23 kwietnia 2017

Klasyka w dobrym wydaniu i czekoladowy krem | DR IRENA ERIS | PROVOKE | TWIN EYESHADOW Irresistable Nude | POTRÓJNY CIEŃ NA POWIEKI NUDE TRIO EYESHADOW

Klasyka w dobrym wydaniu i czekoladowy krem | DR IRENA ERIS | PROVOKE | TWIN EYESHADOW Irresistable Nude | POTRÓJNY CIEŃ NA POWIEKI NUDE TRIO EYESHADOW
Dziś słów kilka na temat cieni do powiek marki Provoke. 


Opakowanie kosmetyków Dr Irena Eris Provoke to klasa sama w sobie. Wykonane są z metalicznego lub białego plastiku. Plastiku jakości świetnej. Używałam już cieni tego producenta i mimo, że katowałam je na okrągło opakowanie przy mocnej eksploatacji nie uległo uszczerbku. A zawartość?


DR IRENA ERIS PROVOKE CIENIE PODWÓJNE TWINS SHADOW (65 zł)
Podwójne spiekane cienie możemy używać na sucho i mokro. Mój egzemplarz nosi nazwę Irresistable Nude i zawiera cień w klasycznym odcieniu neutralnego brązu oraz chłodny połyskujący cień wpadający w szarość złamaną srebrem. Cienie  wydają się być dość suche jednak pierwsze wrażenie jest dosyć mylne bo koniec końców dobrze współpracują ze skórą i innymi produktami, rozcierają się nie gubiąc przyzwoitej pigmentacji i wytrzymują na oku cały dzień. Przyznam jednak że używany przeze mnie niegdyś duet w odcieniu Desirable Choco wspominam jednak odrobinę lepiej pod względem formuły - tamte były bardziej kremowe, miały sobie więcej pigmentu i dawały bardziej spektakularny efekt na oku. Aczkolwiek i te używam z przyjemnością i akurat to zestawienie kolorystyczne świetnie nadaje się do szybkich, codziennych makijaży gdzie matowy cień stosuję do podkreślenia załamania a ten połyskujący na całą powiekę. Ot, klasyka w dobrym wydaniu.


DR IRENA ERIS POTRÓJNY CIEŃ NA POWIEKI NUDE TRIO EYESHADOW (79 zł)
Petarda. Innym słowem tego wariantu opisać nie potrafię i zdradzę Wam, że pojawią się one w moich ulubieńcach :) Cienie te po pierwsze wyglądają pięknie w opakowaniu, po drugie - na oku. Najciemniejszy odcień to chłodny, matowy brąz z minimalną ilością złotych maleńkich drobin, które giną na oku więc świetnie nadaje się do podkreślenia załamania i zewnętrznego kącika w przypadku ciemniejszych makijaży. Drugi z ocieni to złoto-miedziany brąz, trzeci ma kolor trudny do opisania - ni to beż ni brąz jednak podbity on jest różem i szarością dając finalnie nieoczywisty jednocześnie bardzo twarzowy odcień. Te cienie są typowo połyskujące, wręcz metaliczne. Szczególnie dobrze wyglądają wklepane w powiekę palcem. Wszystkie trzy odcienie mają niesamowitą pigmentacje, rozcierają się na oku bez najmniejszego problemu i trwają na skórze przez cały dzień. Nie do końca byłam przekonana na połączenia trzech odcieni na jednej wyprasce bo mam niezbyt dobre doświadczenia z mieszaniem się kolorów w momencie ich aplikacji jednak powierzchnia każdego cienia jest na tyle duża, że spokojnie mogę je nabrać na palec o pędzlu nie wspominając.

Z lewej trio, z prawej duo. 

Znacie cienie Provoke? Jak się u Was sprawdzają? Ja mam ochotę wypróbować ich cienie w kremie ale jak na złość, żaden najbliższy mi Rossmann nie ma szafy tej marki:<

piątek, 21 kwietnia 2017

Nie warto go olewać ;) | LIRENE | Olejek pod prysznic Inca Inchi

Nie warto go olewać ;) | LIRENE | Olejek pod prysznic Inca Inchi
Zapraszam Was na recenzję nowości w ofercie Lirene czyli olejku pod prysznic :)



Opakowanie to klasyczna, płaska butla znana z innych produktów z oferty tej marki. Szata graficzna niby nie powala ale i nie odstrasza. Produkt ma 250 ml pojemności a jego cena regularna wynosi 15 zł.

Producent zaoferował nam olejek myjący. Nie jest to może nowość na rynku ale jak dla mnie typowych olejowych myjadeł na rynku jest nadal za mało więc cieszę się, że kolejna firma zdecydowała się na powiększenie asortymentu o tę właśnie rzecz. Olejek ten pod względem konsystencji teoretycznie niewiele różni się od innych - olej jak olej - aczkolwiek jego komfortu użytkowania w porównaniu do popularnej Isany to niebo a ziemia.

O ile olejek z Isany jest świetny do mycia gąbek do makijażu (tak, też stosuję tę metodę) tak do mycia ciała nie sprawdzał się w mnie wcale. Nakładany na skórę był nieprzyjemnie tępy co wpływało na jego wydajność. Produkt Lirene gładko sunie po skórze a po kontakcie w większą ilością wody zamienia się w delikatną, mleczną, lekko pieniącą się emulsję.

Zapach. Isana pachnie źle, olejek Lirene pachnie super. To nadal zapach oleju jednak jak dla mnie nuta zapachowa tego produktu jest... wybitnie męska. Jest przyjemny dla nosa, niedrażniący i bardzo ciekawy więc, przyznam szczerze, jak sięgnęłam po niego po raz pierwszy tak póki nie wykończyłam swojego egzemplarza towarzyszył mi pod prysznicem (niemal) dzień w dzień. A zdecydowanie należę do osób, które używają na raz kilku kosmetyków i urozmaicają sobie prysznic różnymi zapachami. Jest coś na rzeczy ;)

Produkt ten nie robi mojej skórze krzywdy. Nie nawilżał (nie wymagam) ale w najmniejszym stopniu też nie przesusza i nie pozostawia po sobie dyskomfortu czy uczucia ściągnięcia.

Muszę przyznać, że żal mi że dobiłam już końca opakowania i mimo, że zdrowy rozsądek krzyczy nie tak mam ochotę na kolejną butlę :D




poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Czy to ma sens? | Chińskie pędzle, chiński badziew?

Czy to ma sens? | Chińskie pędzle, chiński badziew?
Podziwiam osoby które używają kosmetyki produkcji chińskiej. Bo sama nie nałożyłabym na skórę produktów niewiadomego pochodzenia. Skusiłam się jednak na cieszące się popularnością... pędzle. Wychodząc z założenia, że te raczej krzywdy mi nie zrobią. Nie zrobiły. Ale od zachwytu jestem daleka :P

Mój set jest mocno inspirowany popularną marką, dość drogich pędzli. Nie widziałam ich na oczy (poza zdjęciami w sieci) jednak wariant 'dla ubogich' z pewnością odbiega od nich jakością. Metaliczne trzonki są bardzo lekkie, niewyważone, ciężar włosia sprawia że w przypadku większych egzemplarzy niezbyt przyjemnie się nimi manewruje. Jakość tworzywa z którego są wykonane jest słaba, klej nie trzyma ich zbyt mocno (o tym za chwilę). Jednak całość wizualnie nie wygląda najgorzej, mimo, że to nie do końca moja estetyka.


Największy z pędzli ma zdecydowanie najgorsze włosie. Przypomina trochę najtańsze pędzle dostępne w drogeriach za złotych kilka, które to przypominają mi czasy moich początków z makijażem. Na dodatek mimo, że wygląda na spory włosie jest bardzo rzadkie więc używam go co najwyżej do omiatania skóry pudrem wykończeniowym czy brązerem a nie do utrwalania makijażu. Ot, nakłada on mgiełkę kosmetyku i trzeba się nim namachać, żeby produkt na skórę nanieść.

Obok płaski pędzel do konturowania. Temu nie mam nic do zarzucenia - włosie jest gęste, zbite, jednocześnie bardzo miękkie. Aplikowanie nim brązera pod kość policzkową to przyjemność i wiem, że gdy dokona swojego żywota skuszę się na coś podobnego do niego kształtem.

I coś co stosuję do rozświetlacza lub aplikowania pudru pod oczami. Jakość włosia to coś pomiędzy pierwszym a drugim pędzlem. Niby miękkie ale trochę badziewne.



Sztywne (acz dość miękkie) syntetyczne dziwadło w kształcie trójkąta. Całkiem przyjemne do aplikowania korektora na skórę. I jak podejrzewam, do nakładania produktów do konturowania na mokro. Mój egzemplarz miał włosie delikatnie pobrudzone klejem, więc musiałam je (bardzo nieprofesjonalnie) przyciąć.


Pędzle do oczu. Największy, płaski, bardzo puchaty i ultra miękki jest... wielki. Używam go z powodzeniem do aplikowania cienia na całą powiekę. Jak widać na załączonym obrazku - po pierwszym użyciu klej puścił i podzielił się na części dwie.

Obok kulka. Wielka. Równie miękka, puchata, napakowana włosiem. Idealna do nakładania cieni z załamaniu powieki aczkolwiek nie jest to pędzel precyzyjny. Nie mam jej nic do zarzucenia.

Mały skośny pędzel jest za to nieporozumieniem. Jest zbyt gruby by narysować nim kreskę na oku lub do wypełnia brwi.

*****

Podsumowując. Z siedmiu pędzli polubiłam trzy - płaski do konturowania oraz dwa pędzle do oczu. Patrząc na relatywnie niską cenę zestawu (zależy od kursu dolara, ja przepłaciłam kupując je przez polskiego pośrednika) przekłada się ona na jakość. Jest słabo. Pędzle są mało funkcjonalne, niewygodne za sprawą zbyt lekkich trzonków, niektóre egzemplarze ratuje tylko miły włos. Warto? Moim zdaniem nie. O ile sama czułam potrzebę zaspokojenia ciekawości tak po paru tygodniach z tym kompletem żałuję, że nie kupiłam jednego porządnego pędzla z którego miałabym więcej pożytku ;)
Copyright © 2016 KOSMETYKOHOLICZKA , Blogger