poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Dla leni | LIRENE | Egzotyczna orchidea | Wygładzający balsam pod prysznic

Dziś o pielęgnacyjnej alternatywie dla leniuchów (lub ludzi zmęczonych życiem ;)).


Balsam zapakowany jest w estetyczną tubę. Zawiera 200 ml produktu, cena regularna wynosi ok. 15 zł aczkolwiek widziałam go ostatnio w Rossmannie za złotych osiem ;)

Nie do końca była przekonana do tego typu kosmetyków i przyznam się bez bicia że to pierwszy tego typu typowo nawilżający produkt do zmywania jaki posiadam. Nie pierwszy jednak produkt 'pod prysznic' bo dawno temu pisałam Wam o balsamie brązującym tego samego producenta, który sprawdził się u mnie świetnie. Czy z tym było podobnie? No... niekoniecznie.

Balsam posiada bardzo przyjemną, treściwą chociaż nie tłustą formułę dzięki czemu gładko sunie po skórze. Jest jednak dość niewydajny (albo ja nakładałam go za dużo bojąc się małego efektu pielęgnacyjnego). No właśnie. Działanie pielęgnacyjne. Szału nie ma. Ja nie byłabym wstanie stosować tego typu specyfiku codziennie zamiast standardowego balsamu bo moja skóra szybko włączyła by tryb buntu. Ale... w dni lenia (lub w dni, w które padałam na pysk) gdy alternatywą było lekkie nawilżenie i szybki powrót do łóżka lub solidne odżywienie i stanie w łazience nakładając jakieś mazidło wybór był dla mnie prosty.





Podejrzewam, że tego typu kosmetyki sprawdzą się u posiadaczek normalnej lub lekko przesuszającej się skóry. I u osób, które nienawidzą smarować się balsamami bo ten w aplikacji jest szybki i przyjemy przy czym nie pozostawia na skórze typowej 'warstwy' a delikatną, ledwie wyczuwalną powłoczkę i... zapach. A egzotyczna orchidea Lirene pachnie bardzo przyjemnie.

Podsumowując. Zużyć zużyłam.  Narzekać nie narzekam aczkolwiek moje przekonanie że balsamy pod prysznic to nie kosmetyki dla mojej bardzo suchej skóry się sprawdziło.


niedziela, 23 kwietnia 2017

Klasyka w dobrym wydaniu i czekoladowy krem | DR IRENA ERIS | PROVOKE | TWIN EYESHADOW Irresistable Nude | POTRÓJNY CIEŃ NA POWIEKI NUDE TRIO EYESHADOW

Dziś słów kilka na temat cieni do powiek marki Provoke. 


Opakowanie kosmetyków Dr Irena Eris Provoke to klasa sama w sobie. Wykonane są z metalicznego lub białego plastiku. Plastiku jakości świetnej. Używałam już cieni tego producenta i mimo, że katowałam je na okrągło opakowanie przy mocnej eksploatacji nie uległo uszczerbku. A zawartość?


DR IRENA ERIS PROVOKE CIENIE PODWÓJNE TWINS SHADOW (65 zł)
Podwójne spiekane cienie możemy używać na sucho i mokro. Mój egzemplarz nosi nazwę Irresistable Nude i zawiera cień w klasycznym odcieniu neutralnego brązu oraz chłodny połyskujący cień wpadający w szarość złamaną srebrem. Cienie  wydają się być dość suche jednak pierwsze wrażenie jest dosyć mylne bo koniec końców dobrze współpracują ze skórą i innymi produktami, rozcierają się nie gubiąc przyzwoitej pigmentacji i wytrzymują na oku cały dzień. Przyznam jednak że używany przeze mnie niegdyś duet w odcieniu Desirable Choco wspominam jednak odrobinę lepiej pod względem formuły - tamte były bardziej kremowe, miały sobie więcej pigmentu i dawały bardziej spektakularny efekt na oku. Aczkolwiek i te używam z przyjemnością i akurat to zestawienie kolorystyczne świetnie nadaje się do szybkich, codziennych makijaży gdzie matowy cień stosuję do podkreślenia załamania a ten połyskujący na całą powiekę. Ot, klasyka w dobrym wydaniu.


DR IRENA ERIS POTRÓJNY CIEŃ NA POWIEKI NUDE TRIO EYESHADOW (79 zł)
Petarda. Innym słowem tego wariantu opisać nie potrafię i zdradzę Wam, że pojawią się one w moich ulubieńcach :) Cienie te po pierwsze wyglądają pięknie w opakowaniu, po drugie - na oku. Najciemniejszy odcień to chłodny, matowy brąz z minimalną ilością złotych maleńkich drobin, które giną na oku więc świetnie nadaje się do podkreślenia załamania i zewnętrznego kącika w przypadku ciemniejszych makijaży. Drugi z ocieni to złoto-miedziany brąz, trzeci ma kolor trudny do opisania - ni to beż ni brąz jednak podbity on jest różem i szarością dając finalnie nieoczywisty jednocześnie bardzo twarzowy odcień. Te cienie są typowo połyskujące, wręcz metaliczne. Szczególnie dobrze wyglądają wklepane w powiekę palcem. Wszystkie trzy odcienie mają niesamowitą pigmentacje, rozcierają się na oku bez najmniejszego problemu i trwają na skórze przez cały dzień. Nie do końca byłam przekonana na połączenia trzech odcieni na jednej wyprasce bo mam niezbyt dobre doświadczenia z mieszaniem się kolorów w momencie ich aplikacji jednak powierzchnia każdego cienia jest na tyle duża, że spokojnie mogę je nabrać na palec o pędzlu nie wspominając.

Z lewej trio, z prawej duo. 

Znacie cienie Provoke? Jak się u Was sprawdzają? Ja mam ochotę wypróbować ich cienie w kremie ale jak na złość, żaden najbliższy mi Rossmann nie ma szafy tej marki:<

piątek, 21 kwietnia 2017

Nie warto go olewać ;) | LIRENE | Olejek pod prysznic Inca Inchi

Zapraszam Was na recenzję nowości w ofercie Lirene czyli olejku pod prysznic :)



Opakowanie to klasyczna, płaska butla znana z innych produktów z oferty tej marki. Szata graficzna niby nie powala ale i nie odstrasza. Produkt ma 250 ml pojemności a jego cena regularna wynosi 15 zł.

Producent zaoferował nam olejek myjący. Nie jest to może nowość na rynku ale jak dla mnie typowych olejowych myjadeł na rynku jest nadal za mało więc cieszę się, że kolejna firma zdecydowała się na powiększenie asortymentu o tę właśnie rzecz. Olejek ten pod względem konsystencji teoretycznie niewiele różni się od innych - olej jak olej - aczkolwiek jego komfortu użytkowania w porównaniu do popularnej Isany to niebo a ziemia.

O ile olejek z Isany jest świetny do mycia gąbek do makijażu (tak, też stosuję tę metodę) tak do mycia ciała nie sprawdzał się w mnie wcale. Nakładany na skórę był nieprzyjemnie tępy co wpływało na jego wydajność. Produkt Lirene gładko sunie po skórze a po kontakcie w większą ilością wody zamienia się w delikatną, mleczną, lekko pieniącą się emulsję.

Zapach. Isana pachnie źle, olejek Lirene pachnie super. To nadal zapach oleju jednak jak dla mnie nuta zapachowa tego produktu jest... wybitnie męska. Jest przyjemny dla nosa, niedrażniący i bardzo ciekawy więc, przyznam szczerze, jak sięgnęłam po niego po raz pierwszy tak póki nie wykończyłam swojego egzemplarza towarzyszył mi pod prysznicem (niemal) dzień w dzień. A zdecydowanie należę do osób, które używają na raz kilku kosmetyków i urozmaicają sobie prysznic różnymi zapachami. Jest coś na rzeczy ;)

Produkt ten nie robi mojej skórze krzywdy. Nie nawilżał (nie wymagam) ale w najmniejszym stopniu też nie przesusza i nie pozostawia po sobie dyskomfortu czy uczucia ściągnięcia.

Muszę przyznać, że żal mi że dobiłam już końca opakowania i mimo, że zdrowy rozsądek krzyczy nie tak mam ochotę na kolejną butlę :D




poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Czy to ma sens? | Chińskie pędzle, chiński badziew?

Podziwiam osoby które używają kosmetyki produkcji chińskiej. Bo sama nie nałożyłabym na skórę produktów niewiadomego pochodzenia. Skusiłam się jednak na cieszące się popularnością... pędzle. Wychodząc z założenia, że te raczej krzywdy mi nie zrobią. Nie zrobiły. Ale od zachwytu jestem daleka :P

Mój set jest mocno inspirowany popularną marką, dość drogich pędzli. Nie widziałam ich na oczy (poza zdjęciami w sieci) jednak wariant 'dla ubogich' z pewnością odbiega od nich jakością. Metaliczne trzonki są bardzo lekkie, niewyważone, ciężar włosia sprawia że w przypadku większych egzemplarzy niezbyt przyjemnie się nimi manewruje. Jakość tworzywa z którego są wykonane jest słaba, klej nie trzyma ich zbyt mocno (o tym za chwilę). Jednak całość wizualnie nie wygląda najgorzej, mimo, że to nie do końca moja estetyka.


Największy z pędzli ma zdecydowanie najgorsze włosie. Przypomina trochę najtańsze pędzle dostępne w drogeriach za złotych kilka, które to przypominają mi czasy moich początków z makijażem. Na dodatek mimo, że wygląda na spory włosie jest bardzo rzadkie więc używam go co najwyżej do omiatania skóry pudrem wykończeniowym czy brązerem a nie do utrwalania makijażu. Ot, nakłada on mgiełkę kosmetyku i trzeba się nim namachać, żeby produkt na skórę nanieść.

Obok płaski pędzel do konturowania. Temu nie mam nic do zarzucenia - włosie jest gęste, zbite, jednocześnie bardzo miękkie. Aplikowanie nim brązera pod kość policzkową to przyjemność i wiem, że gdy dokona swojego żywota skuszę się na coś podobnego do niego kształtem.

I coś co stosuję do rozświetlacza lub aplikowania pudru pod oczami. Jakość włosia to coś pomiędzy pierwszym a drugim pędzlem. Niby miękkie ale trochę badziewne.



Sztywne (acz dość miękkie) syntetyczne dziwadło w kształcie trójkąta. Całkiem przyjemne do aplikowania korektora na skórę. I jak podejrzewam, do nakładania produktów do konturowania na mokro. Mój egzemplarz miał włosie delikatnie pobrudzone klejem, więc musiałam je (bardzo nieprofesjonalnie) przyciąć.


Pędzle do oczu. Największy, płaski, bardzo puchaty i ultra miękki jest... wielki. Używam go z powodzeniem do aplikowania cienia na całą powiekę. Jak widać na załączonym obrazku - po pierwszym użyciu klej puścił i podzielił się na części dwie.

Obok kulka. Wielka. Równie miękka, puchata, napakowana włosiem. Idealna do nakładania cieni z załamaniu powieki aczkolwiek nie jest to pędzel precyzyjny. Nie mam jej nic do zarzucenia.

Mały skośny pędzel jest za to nieporozumieniem. Jest zbyt gruby by narysować nim kreskę na oku lub do wypełnia brwi.

*****

Podsumowując. Z siedmiu pędzli polubiłam trzy - płaski do konturowania oraz dwa pędzle do oczu. Patrząc na relatywnie niską cenę zestawu (zależy od kursu dolara, ja przepłaciłam kupując je przez polskiego pośrednika) przekłada się ona na jakość. Jest słabo. Pędzle są mało funkcjonalne, niewygodne za sprawą zbyt lekkich trzonków, niektóre egzemplarze ratuje tylko miły włos. Warto? Moim zdaniem nie. O ile sama czułam potrzebę zaspokojenia ciekawości tak po paru tygodniach z tym kompletem żałuję, że nie kupiłam jednego porządnego pędzla z którego miałabym więcej pożytku ;)

niedziela, 16 kwietnia 2017

Piękna i bestia | BLEND IT | gąbka do makijażu

Kiedy pisać o jajach jak nie dziś? No właśnie. Zapraszam Was na moje małe zachwyty i mocną krytykę popularnej gąbki Blend It, która to porównywana jest do Beauty Blendera na co raz szerszą skalę. Swoje egzemplarze kupiłam w styczniu i od tego czasu towarzyszyły mi w codziennym makijażu.


Cena za gąbkę oscyluje w granicach 25 zł co jest całkiem dobrą ceną jak za produkt, który docelowo służyć (i uprzyjemniać aplikację makijażu) ma nam przez kilka miesięcy. O ile trafcie na dobry egzemplarz.

Skusiłam się na kupno dwupaku i była to dobra decyzja bo gdyby w moje ręce wpadł ten słabszy (biało-czarny) nie przeczytalibyście nic poza krytyką. Zdjęcia które widzicie to stan tej gąbki po miesiącu. Po mniej więcej tygodniu zaczęła pękać, kruszyć się i straciła na swojej sprężystości. Poużywałam ją około czterech tygodni i stwierdziłam, że nie nadaje się już niczego i pora na emeryturę. To bardzo słaby wynik....



Jednak jako, że kolejna sztuka czekała w zanadrzu nie nastawiając się pozytywnie zaczęłam ją używać i... po niemal dwóch miesiącach jest jak nowa. Nie ogarniam. Serio. Obie myję równie delikatnie, obie myję w olejkach myjących (Isana, Wellness&Beauty) obie suszyłam w ten sam sposób a zachowują się zupełnie inaczej!

Jeśli mowa o tym jak gąbki sprawdzają się w makijażu - wybornie. Mocno chłoną wodę, zwiększając swoją objętość. Są bardzo miękkie i sprężyste przez co aplikacja podkładu czy korektora jest przyjemnością. Chłoną one jednak podkład, na podobnym poziomie jak gąbka z Real Technic. Jako, że nie mam porównania do pierwowzoru jakim jest BB odniosę się do pomarańczowego jaja - dla mnie są bliźniaczo podobne jednak odrobinę bardziej komfortowo używało mi się Blend It ponieważ jest bardziej miękka.

Nówki. Po lewo gąbka mokra, po prawo sucha.

Jestem bardzo ciekawa jakie są wasze doświadczenia z tą popularną gąbką?

wtorek, 11 kwietnia 2017

kosmetyczne POWROTY #3 | mycie, pielęgnacja, stylizacja włosów (+ premiera moich kłaków ;)) | VIANEK, ALTERRA, BABYDREAM, GREEN PHARMACY, YVES ROCHER, STAPIZ, SYOSS, TAFT


Z czym walczę ;)


Tym walczę:


Szampony to u mnie temat rzeka. Jestem nieszczęśliwą posiadaczką kapryśnej skóry głowy na dodatek moje włosy należą do tych ultra cienkich i dość rzadkich. Znalezienie złotego środka przy moim upodobaniu do codziennego mycia jest nie lada wyzwaniem bo produkt myjący ma być na tyle delikatny by nie siać spustoszenia na skórze i włosach, jedocześnie na tyle mocno oczyszczający skórę głowy by ta nie reagowała nań dziwnymi tworami. Wszystkie produkty z powyższego zdjęcia trafiają w mój gust mimo, że różnią się od siebie niekiedy dość mocno ;)

Szampon do włosów suchych z olejem arganowym i granatem Green Pharmacy nie jest ideałem. Trzeba go użyć sporo na jednorazowe mycie przez co nie grzeszy wydajnością. Ma jednak tę niesamowitą właściwość, która sprawia że do niego wracam - mianowicie poprawia kondycję włosa. Nie jest to efekt wow, nie jest to coś co zauważyć można po pierwszym użyciu jednak zużycie całej butli sprawia, że włosy w gorszej kondycji faktycznie nabierają miękkości i blasku.

Kolejny produkt nie od razu zyskał moją aprobatę, ba, nienawidziłam go kiedyś szczerze. Dawanie drugiej szansy jednak popłaca i szampon Babydream stał się w końcu moim ulubieńcem (zdjęcie włosów to ten produkt + lekka odżywka, bez kosmetyku 'na końce'). Uwielbiam przede wszystkim jego silne właściwości oczyszczające - zmyje z włosów wszystko (z ciężkimi olejami włącznie) nie robiąc im  krzywdy.

Szamponów Yves Rocher przewinęło się przez moje ręce kilka różnych wariantów. O ile inne okazały się być mniej lub bardziej przeciętne tak wersja z wyciągiem z hammamelisu zdobyła me serce szybko i skutecznie swoją... łagodnością. Moja skóra głowy go uwielbia.

Na koniec najnowsze dziecko w moich szamponowych zbiorach mianowicie Alterra z papają i migdałem. Ten, wśród wszystkich wcześniej pokazanych, funduje moim włosom największą objętość. Dodatkowo zachwyca swoim słodkim, owocowym zapachem.



Emulsja zakwaszająca Stapiz w teorii jest kosmetykiem profesjonalnym, do sporadycznego stosowania (po zabiegach fryzjerskich). W praktyce jest jedną z moich ulubionych codziennych odżywek do spłukiwania. Jest lekka, lejąca, jedocześnie nie spływa z włosów. Lekko je nawilża, ułatwia rozczesywanie i ma niezwykle przyjemny winogronowy zapach. Myję głowę codziennie więc ogromna, litrowa pojemność w opakowaniu z wygodną pompką jest dla mnie świetnym rozwiązaniem. To moje trzecia w użyciu butla i nie zawaham się kupić następnej.

Hitem jeśli mowa o przyspieszeniu porostu moich włosów okazała się być normalizujaca tonik-wcierka do skóry głowy Vianek. Jak wykończyłam pierwszą butlę, druga stała już w zapasach i czekała na użycie. Wcierka jest bardzo komfortowa w używaniu - nie przetłuszcza ani nie obciąża moich włosów no i efekt... dla mnie bomba.

Nie przepadam za stylizowaniem włosów. Mam włosy cienkie, podatne na obciążanie i większość kosmetyków funduje u mnie efekt przyklapu i brudnych włosów. Wracam jednak systematycznie do pudru Taft. To kosmetyk, który na krótkich włosach daje u mnie typowy efekt wow. Na dłuższych już niekoniecznie bo ich ciężar przewyższa moc proszku jednak uwielbiam go stosować, gdy robię kucyka a moje włosy sterczą na wszystkie możliwe strony - świetnie je wygładza i utrwala na cały dzień. Nie jest to produkt bez wady bo włosy robią się po jego użyciu nieprzyjemnie tępe jednak jestem w staniu mu to wybaczyć a włosów po prostu nie dotykać ;)

I lakier numer jeden, który przewija się u mnie od lat czyli Volume Lift Syoss. Nienawidzę lakierów do włosów. Niektóre może i utrwalają jednak warstwa jaką pozostawiają na moich bardzo cienkich włosach sprawia, że wyglądają one nieświeżo. Ten (obok nowości Tafta o mocy 6) ma tę jedną właściwość, która sprawia że klasuje się wysoko w moim lakierowym rankingu i jest to fakt, że nie jest on mokry. Nie zlepia, nie pozostawia na włosach warstwy przy czym dobrze utrwala. Niedawno te lakiery przeszły odświeżenie szaty graficznej i nie wiem czy producent majstrował coś w składzie czy po dłuższej przerwie mam inne wymagania jednak mam nieodparte wrażenie, że utrwala on o wiele mocniej niż wcześniej. Plus!

A może Wy polecicie mi jakiś fajny szampon do codziennego mycia? :)


sobota, 8 kwietnia 2017

kosmetyczne POWROTY #2 | pielęgnacja twarzy | SYLVECO, MINCER PHARMA, ZIAJA

Dziś kolejna porcja kosmetyków, do których wracam :)


***


Czysty przypadek (a raczej promocja, a jakże by inaczej) zadecydował, że po raz kolejny sięgnęłam po lipowy płyn micelarny Sylveco (zamiast micela Biolaven, wzmacniającego czy odżywczego płynu z Vianka). Wszystkie te produkty to dla mnie strzał w dziesiątkę i poranny element oczyszczania od kilku ładnych miesięcy. Sięgnęłam po nie gdy moja skóra zaczęła mocno kaprysić - odwadniać się, łuszczyć, gdy pojawiła się u mnie silna nadwrażliwość. Nie dość, że pięknie oczyszczają (aczkolwiek Biolaven nie do końca radzi sobie z demakijażem), delikatnie nawilżają oraz koją skórę. Powoli zaczynam wracać do starych przyzwyczajeń i myć twarz żelem z wodą dwa razy dziennie, jeszcze nie na co dzień jednak coraz częściej sięgam po takie rozwiązanie. Mimo to wiem, że gdy tylko coś niedobrego zaczyna dziać się z moją skórą mam w zanadrzu kosmetyk, na którym się nie zawiodę i po raz kolejny zachwyci mnie swoją łagodnością.

Tonik hibiskusowy Sylveco przewija się przez blog już od dłuższego czasu, na chwilę obecną stosuję trzecie opakowanie (i będą kolejne!). Uwielbiam w nim wszystko. Począwszy od szaty graficznej, przez zapach (a nienawidzę naparu z hibiskusa), konsystencję, po właściwości pielęgnacyjne. Tonik Sylveco pięknie nawilża skórę, koi, jednocześnie lekko ją napina. To jeden z lepszych tego typu kosmetyków jakie wpadły w moje ręce i przyznaję, że o ile od pierwszego do drugiego opakowania miałam ponad roczną przerwę tak druga butla tak mnie w sobie rozkochała, że trzecią otworzyłam po zużyciu ostatniej kropli poprzedniego opakowania.



Recenzja nawilżającej mikrodermabrazji z linii VitaC Infusion Mincer Pharma jest jedną z najchętniej czytanych na moim blogu.  Nieszczególnie mnie to dziwi - firma ta po długich latach w kosmetycznej niszy postanowiła nagle pojawić się niemal wszędzie. Peeling ten zdobył moje serce szybko i skutecznie na tyle, że używając pierwsze opakowanie sięgnęłam w sklepie do kolejne. To kosmetyk o silnym działaniu złuszczającym mimo, że w żelowej bazie zatopione są niemal niewyczuwalne pod palcami, maleńkie drobinki. Baza nie tylko świetnie nadaje ścierniwu poślizg a jednocześnie delikatnie nawilża i nadaje skórze uczucie komfortu. To jeden z lepszych peelingów mechanicznych jakie dostaniecie do ręki w drogeriach i na prawdę warto go wypróbować ale uprzedzam - wymaga on delikatności przy używaniu bo jego łagodność jest tylko pozorna.

Wygładzający peeling gommage Sopot Spa Ziaja istnieje na rynku od ładnych kilku lat i jest tak niepopularny jak na swoje świetne właściwości, że aż dziwię się marce, że zamiast promować swoje badziewia (z większością ich kosmetyków się nie lubię) nie zrobi porządnej reklamy temu oto peelingowi. Po pierwsze - mamy wśród oferty producenta krajowego peeling gommage gdzie typu kosmetyków u nas tyle co kot napłakał. Po drugie - mamy świetny peeling gommage! Jest to produkt delikatny acz skuteczny. Idealny do podtrzymywania działania mechanicznych zdzieraków w przypadku skór wymagających częstego złuszczania. Dla cer mniej wymagających myślę, że będzie dla nich po prostu świetną alternatywą. Sama forma tego kosmetyku jest ciekawa i inna. Jedynym dla mnie minusem jest jego zapach (odświeżający, lekko jabłkowy jak inne produkty z tej linii) ale jestem w stanie to przeboleć. To moje czwarte (?) opakowanie, powrót obowiązkowy.

Znacie któryś z tych produktów? :)

środa, 5 kwietnia 2017

kosmetyczne POWROTY #1 | pielęgnacja twarzy i ust | TOŁPA, SYLVECO, YVES ROCHER, BANIA AGAFII

Uwielbiam testować kosmetyczne nowości. Gdy tylko widzę na sklepowej półce coś nowego od razu krzyczy to to do mnie 'weź mnie'. Jednak mimo, że wszystko co nowe i nieznane kusi tak coraz częściej sięgam po sprawdzone przeze mnie rozwiązania. A jako, że tych pewniaków i w użyciu i w zapasach ostatnimi czasy u mnie do groma postanowiłam zebrać je w całość i pokazać Wam (w częściach ;)) do czego z pełną premedytacją wracam lub wrócę - bo poczyniłam zakup kolejnego egzemplarza :)


Dziś o pielęgnacji twarzy i ust.


Poszukiwanie idealnego kremu pod oczy zajęło mi... lata. Cały czas coś mi nie grało. Moja skóra ma ogromną skłonność do przesuszeń, jest cienka jak papier i skłonna do zmarszczek. Odkrycie ujędrniającego kremu przeciwzmarszczkowego pod oczy Tołpa Green Ujędrnianie 40+ sprawiło, że uwierzyłam, że na rynku kosmetycznym istnieją kremy dostosowane do moich potrzeb. Ten krem jest cudowny. Ma masełkowatą konsystencję, pięknie nawilża, odżywia i wygładza skórę. Nie jest to kosmetyk bez wad - jego bogata formuła sprawia, że nałożony zbyt obficie potrafi się lekko rolować i w ciepłe miesiące jako produkt pod makijaż odpada, jednak właściwości pielęgnacyjne są genialne więc jestem w stanie mu to wybaczyć. Niestety, ma też wielki słoik (18 ml) i krótką żywotność od otwarcia (3 ms) gdzie po tym czasie zaczął mi gęstnieć jednak mimo wszystko... kolejne opakowanie czeka w zapasie na jakiś turbo kryzys mojej skóry bo mam pewność, że wyratuje mnie w potrzebie.

Mimo całej mojej sympatii do Tołpy to jednak krem pod oczy Anti Age Global Yves Rocher ma u mnie zasłużone pierwsze miejsce na podium jeśli mowa o kosmetykach pod oczy. Nie ustępuje mu działaniem pielęgnacyjnym (dla mojej skóry jest identyczne) jednak mimo, że jego formuła również należy do treściwych lepiej się wchłania przez co idealnie nadaje się pod makijaż. Na dodatek tuba zakończona jest metalowym 'żelazkiem' więc jednocześnie łagodzi opuchnięcia. Cenę regularną ma chorą, więc gdy tylko pojawił się dostępny jako gratis do zamówienia stwierdziłam - biorę.



Maska dziegciowa Bani Agafii to temat wałkowany przeze mnie wielokrotnie bo opakowań tego kosmetyku zużyłam kilka na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Mamy tu do czynienia z kosmetykiem bajecznie tanim przy czym nie ustępującym jakością (ba, często ją przewyższa) kosmetykom o wiele droższym. Maska pięknie oczyszcza skórę nałożona na kilkanaście minut na całą twarz, jednocześnie jest moim produktem 'punktowym' gdy coś niedobrego na skórze mi wyskoczy - w jedną noc potrafi zabić pojawiające się dziadostwo. Jak na maskę na bazie glinki łatwo zmyć ją z twarzy bo nie zastyga na kamień (tak wiem, nie powinno dopuszczać się do zastygania glinek ale no, zdarza mi się). Delikatnie wysusza skórę jednak ja zazwyczaj sięgam po combo - peeling, maska oczyszczająca a na koniec nakładam coś nawilżającego/odżywczego więc nie jest to dla mnie wada nie do przejścia.

Znam dużo fajnych kremów do twarzy. O działaniu przeróżnym - od lekkich po treściwe, od tych, które mają regulować wydzielanie sebum, złuszczać, chronić przed słońcem po kosmetyki silnie odżywcze. Jednak gdybym miała wymienić dwie marki kosmetyczne, które robią kremy 'w sam raz dla mnie' były by to Lirene oraz Tołpa. W przypadku tej drugiej moim niekwestionowanym ulubieńcem (obok kremu z linii Dermo Atopic) jest Tołpa Dermo Face Futuris 30+ Krem przeciw pierwszym zmarszczkom na noc. I to właśnie do niego wróciłam (i wrócę przynajmniej raz jeszcze, kolejne opakowanie czeka). Jest to przyjemnie treściwy produkt o dobrych właściwościach nawilżających i odżywczych, który jednocześnie systematycznie stosowany sprawia, że skóra jest elastyczna i promienna. Sprawdzał się u mnie gdy borykałam się z przetłuszczaniem, sprawdza się gdy walczę z odwadnianiem i łuszczeniem (odpukać, moja skóra już niemal doszła do siebie). Jak na swoją bogatą formułę jest przyjemny w użytkowaniu - nie pozostawia tłustej warstwy a moja skóra w ciągu nocy wchłania go niemal do matu.



Moją przygodę w pomadkami Sylveco zaczęłam od wersji peelingującej, z którą niestety się nie polubiłam. Postanowiłam dać jedna szansę rokitnikowej pomadce ochronnej o zapachu cynamonu i... się nie zawiodłam. To świetny produkt nawilżająco-oochronny, który (mam nieodparte wrażenie) chodzi usta przed pojawieniem się opryszczki. Może to przypadek jednak gdy ten kosmetyk u mnie gości nie mam problemu z tym dziadostwem. Nie jest to pomadka bez wad. Ma jedną, która to skutecznie ją u mnie dyskwalifikuje jeśli mowa o używaniu jej 'do ludzi' - ma wściekle pomarańczowy kolor, który podbija odcień moich ust do mało twarzowej żółci ;) aczkolwiek używam ją po domu i na noc z powodzeniem. A jako, że nie jestem jej w stanie używać poza domem postanowiłam dać na nowo szansę pomadce brzozowej, która początkowo zupełnie nie przypadła mi do gustu. Już wiem, że była to kwestia nie do końca świeżego egzemplarza (acz w terminie ważności) - zamiast twardego, nieplastycznego sztyftu, który tępo sunął po ustach tym razem mam produkt o równie dobrych właściwościach pielęgnacyjnych jak wariant rokitnikowy przy czym bez koloru - zapowiada się kolejny ulubieniec!

To nie wszystkie produkty w tej kategorii o jakich mogłabym wspomnieć jednak aktualnie akurat  te u mnie goszczą. Sądzę, że co jakiś czas będą pojawiać się aktualizacje jednak póki co mam Wam do pokazania cały ogrom kosmetyków w innych kategoriach co zamierzam opublikować w kolejnych postach.

Jestem bardzo ciekawa do jakich kosmetyków do pielęgnacji twarzy Wy wracacie?

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

NOWOŚCI I ZUŻYCIA #3 2017


Na minimalizuje.blogspot.com czeka na Was podsumowanie moich kosmetycznych poczynań z marca:)







piątek, 31 marca 2017

Wiosenne nowości LIRENE

Dziś chciałabym Wam pokazać moje nowości z wiosennej oferty kosmetyków Lirene. Tak słowem wstępu, co ciekawego pojawiło się w ofercie producenta oraz jakich kosmetyków recenzji spodziewać będziecie się mogli za jakiś czas bo ogromna część z tych produktów poszła w ruch już dziś.

Niebawem pojawi się również post na temat moich wszystkich nowości z kończącego się już miesiąca ale jest ich taki ogrom, że sama nie oganiam :D Moje minimalizowanie w tym czasie pojechało na zasłużony urlop. Szkoda tylko, że mój dopiero za blisko dwa miesiące bo wiosenne przesilenie i nadmiar pracy doprowadza mnie do totalnego zmęczenia materiału... Ale ja dziś nie o tym ;)


Linia C+D PRO VITAMIN ENERGY jak sama nazwa wskazuje bazuje na ostatnio bardzo popularniej witaminie C oraz trochę mniej popularnej witaminie D. W moje ręce wpadły trzy produkty: energetyzujący żel do mycia twarzy, stimuserum oraz krem dedykowany skórze normalnej i mieszanej. Pod względem składów wypadają mocno średnio - żel ma silne detergenty a w kremie i serum znajdziemy alkohol ale się nie zrażam. Nie mogłam oprzeć się pokusie nałożenia tego duetu na twarz i moja silnie nadwrażliwa skóra nie zareagowała podrażnieniem. Co będzie dalej - wyjdzie w praniu :) Opakowania, formuły, zapachy jak zawsze na plus.


Bardzo ucieszył mnie fakt pojawienia się płynu micelarnego z olejkiem rycynowym. Powoli odchodzę od demakijażu standardowymi płynami na rzecz  produktów treściwszych w swojej formule. Jakiś czas temu z powodzeniem stosowałam tego typu płyn z Garniera (niestety, pozostawiony na słońcu zjełczał...) więc i nowość Lirene mocno mnie ciekawi. Pierwsze wrażenia? Nie podrażania, nie uczula, nadaje przyjemny poślizg jednocześnie nie tworzy filmu na oczach i nie obciąża skóry. Zapowiada się świetnie. Obok krem z SPF 50+ i ochroną przeciw promieniowaniu IR. Na pewno wypróbuję go przy okazji zbliżających się słonecznych dni.


Na koniec dwie nowości do ciała. Olejek pod prysznic Inca Inchi, który faktycznie jest olejkiem myjącym a nie żelem z dodatkiem oleju. Plus! Na dodatek w porównaniu do większości tego typu kosmetyków ma naprawdę przyjemny dla nosa zapach. I słońce w sprayu czyli podobno pierwsza na polskim rynku mgiełka samoopalająca. Idealna opcja dla osób, które tak ja ja stronią od słońca ;)

Jestem bardzo ciekawa czy któryś z tych produktów gościł już w Was?

czwartek, 30 marca 2017

ULUBIONE #3 2017

Zapraszam Was na comiesięczne podsumowanie moich kosmetycznych ulubieńców.


Krem-maska 30% Urea z Lirene przewijała się na blogu już nie raz i przewijać się będzie wielokrotnie, bo wątpię, że na rynku istnieje inny tak dobry kosmetyk w tak niewygórowanej cenie. To świetny gęsty, treściwy krem który błyskawicznie nawilża i odżywia skórę stóp, jednocześnie systematycznie stosowany walczy ze zgrubieniami. Uwielbiam go, wracam do niego odkąd pierwszy raz trafił w moje ręce co opisywałam Wam w recenzji. Jeśli szukacie czegoś co ogarnie stopy na wiosnę - serdecznie polecam.

Trudno jest mi znaleźć idealny krem do rąk, który doprowadzi je do sensownego stanu. Jednak oprócz poszukiwań typowego świętego Graala jak niemal każda kobieta potrzebuję czegoś 'do torebki'. Czegoś co zapewni komfortu nie tylko dłoniom (w postaci nawilżania) ale i użytkownikowi (coś co szybko się wchłonie) i tutaj z pomocną przyszedł mi krem z Barwa Naturalna. Ma ładny zapach, wielką tubę a cena poniżej 5 zł zachęca do wypróbowania. Przyznam szczerze, że jeśli liczycie na efekt wow to nie to, jednak jeśli macie mniej wymagające dłonie lub tak jak ja potrzebujecie czegoś do użycia na szybko i podtrzymania efektu typowych treściwych kremów odżywczych  to jest to rzecz warta uwagi.

Przy okazji posta ULUBIONE #1, a także w recenzji pokazywałam Wam bardzo udany nawilżający spray do włosów. I nadal uważam, że to produkt świetny ale...znalazłam coś jeszcze lepszego. I mowa tu o kosmetyku tego samego producenta - sprayu do włosów farbowanych z maliną nordycką i jaśminem Iceveda. Pomijają kwestię fenomenalnego zapachu, pomijając dobre właściwości nawilżające i ułatwiające rozczesywanie ten spray sprawia, że moje włosy znacząco zyskują na objętości. A z racji tego, że jest to w ich przypadku coś barrrdzo trudnego do osiągnięcia, szczególnie bez typowych produktów stylizacyjnych z pewnością ta mgiełka zostanie ze mną na dłużej.

Tonik nawilżający Natura Estonica Bio, kupiłam po mojej udanej przygodzie z wariantem odmładzającym. Miałam do niego niewielkie zastrzeżenia jednak mimo wszystko jak za tak niewygórowaną cenę okazał się być podejrzenie dobry. Do wersji nawilżającej zastrzeżeń już nie mam żadnych. Nawilża, odświeża, oczyszcza, ma wygodne opakowanie i przyjemny do nosa zapach. Jak w przypadku tego typu kosmetyków jestem wybredna bo sporą ich część określam mianem 'pachnącej wody' bo nie robią u mnie nic tak ten robi swoją robotę i kosztuje grosze. Będę do niego wracać.

Na koniec (jeśli mowa o produktach pielęgnacyjnych) mały wielki powrót czyli krem przeciw pierwszym zmarszczkom na noc Tołpa Futuris 30+. To moje drugie zużyte opakowanie, trzecie czeka w zapasach. I chyba to najlepiej świadczy o mojej do niego sympatii. To świetny produkt o treściwej ale nie tłustej formule, który szybko i skutecznie nawilża i odżywia skórę jednocześnie jej nie obciążając. Nie doczekał się jeszcze recenzji (ta niebawem!) jednak zainspirował mnie do napisania o kosmetykach do których wracam bo ostatnio coraz częściej sięgam po coś sprawdzonego. Na pewno tego typu wpis pojawi się w kwietniu :)


W marcu przypomniałam sobie o kredce Long Lasting Essence. To moja trzecia sztuka, wcześniej sięgałam po czarną, na chwilę obecną w powodzeniem używam odcienia Hot Chocolate który jest ciemnym, chłodnym brązem. Kredka jest miękka ale jednocześnie trwała. Pięknie się rozciera nie gubiąc pigementu, utrzymuje się na powiece cały dzień i dorównuje (albo i przewyższa względem jakości) produkty od niej kilka razy droższe. Uwielbiam.

Poczwórne cienie Eveline. I najbardziej eksploatowany przeze mnie odcień jasnego chłodnego brązu (3), który od długich miesięcy stanowi dla mnie bazę niemal każdego makijażu. Używam go do zaznaczenia załamania mojej opadającej powieki. Jest średnio napigmentowany przez co nie da się nim zrobić krzywdy jednocześnie w czasie rozcierania nie gubi koloru więc z drugiej strony nie trzeba się nim zbyt dużo namachać by podkreślić oko. Dobijam już dna, znalazłam dla niego dobrego zamiennika jednak nie mogę go pominąć przy okazji pokazywania ulubieńców. Podobnie zresztą jak odcienia który jest mieszanką bordo i starego złota na czarnej bazie (4). Ot, niespotykany acz przepiękny kolor, który robi całą robotę jeśli mam ochotę na ciemniejszy makijaż oka. Dwa pierwsze odcienie też są 'ładne' ale jak dla mnie to nie to ;)

No i wielkie denko czy Matt Sculpting Powder Bell czyli puder brązujący, który katuję od dnia zakupu i od tego też dnia go uwielbiam. Ma jedną wadę - sypie się, więc przed nałożeniem na skórę trzeba porządnie otrzepać jego nadmiar z pędzla jednak sam odcień, nasycenie koloru i łatwość pracowania nim na skórze sprawiają, że używam go dzień w dzień i szukam mu żadnego zamiennika. Zaznaczę jednak że jest to produkt do opalania a nie typowego konturowania bo ma ciepły (ale nie pomarańczowy) odcień.

Znacie któryś z tych produktów? :)

środa, 22 marca 2017

Lepiej mniej niż więcej | VIANEK | odżywczy olejek do włosów

Mam nieodparte wrażenie, że olejowanie włosów straciło trochę na swojej popularności. Po wielkim boomie na tę metodę zrobiło się o niej cicho. Może nie zupełnie, jednak zdecydowanie mniej postów o tej tematyce (oraz produktów do olejowania) przewija się na blogach które czytam.

Ja jednak jestem jej od bardzo długiego czasu wierna. Może i trochę ją zmodyfikowałam pod swój styl życia -  nie nakładam olei na milion godzin tylko średnio na trzydzieści minut przed myciem, jednak dzięki temu mogę być (i jestem) w swoich poczynaniach bardziej systematyczna. Oleje goszczą na moich włosach przynajmniej raz w tygodniu ale zdarza mi się używać je co drugi dzień. I dzięki tej metodzie udaje mi się utrzymać moje suche końce we względnie przyzwoitej formie.

Dziś o olejku z mojej ulubionej (pod względem zapachu) odżywczej serii Vianka, który jakiś czas temu pojawił się w pudełku Joybox


Zaczniemy od opakowania. Które standardowo będę chwalić za szatę graficzną. Pochwalę je również za wygodna, bezawaryjną pompkę, która wydobyła produkt do cna. Olejek ten kosztuje w okolicach 15-20 zł za 200 ml i tu pojawia się pierwszy zgrzyt. Bo nie wiem jak długie trzeba mieć włosy, żeby zużyć tak ogromną pojemność w przepisowe 3 miesiące od otwarcia. Mi się to nie udało mimo naprawdę systematycznego stosowania. I wydaje mi się, że pojemność o połowę mniejsza była by wystarczająca dla większości użytkowniczek.

sobota, 18 marca 2017

Zjadłabym pączka (z różą) | ICEVEDA | złuszczający żel pod prysznic róża & lotos

Moja przygoda z marką Iceveda trwa. Parę kupionych od niechcenia kosmetyków zdobyło moje serce szybko i skutecznie (peeling cedr&sandał, spray róża& lotos, szampon jałowiec&olej arganowy) jednak trafiałam też na coś, co nie do końca przypadło mi do gustu - oto i on, złuszczający żel pod prysznic.


Produkt ten kosztuje w granicach 10-14 zł za pojemność 280 ml. Kupicie go wszędzie tam, gdzie kosmetyki rosyjskie/estońskie. Posiada szalenie ładne i teoretycznie wygodne opakowanie z pompką. Nie wiem jednak czy to kwestia wadliwego egzemplarza czy pompka najzwyczajniej w świecie nie ogarnia pływających w żelu farfocli ale jest mocno awaryjna i dozuje minimalne ilości produktu co przy każdym myciu doprowadza mnie do szewskiej pasji.

Konsystencję żelu najłatwiej określić mi wyrażeniem 'w sam raz'. Nie jest ani zbyt gęsty ani na tyle rzadki by przelewać się przez palce. Ma kolor niczym różana konfitura z zatopionymi subtelnymi drobinkami, których jest sporo aczkolwiek ze względu na ich bardzo delikatne działanie są raczej ozdobą niż pełnić by miały funkcję peelingu.

Rzeczą, którą mi się w nim nie podoba jest jego marna wydajność. Żel pieni się tyle co i nic. Po nałożeniu go na skórę robi się delikatnie tępy i żeby go rozprowadzić i się umyć muszę go użyć więcej niż standardowych myjadeł. I tu pojawia się aspekt badziewnej pompki...

Żel jest dość neutralny dla skóry. Nie przesusza jednak mimo wszystko znam delikatniejsze kosmetyki myjące. Z drugie strony jest ich na tyle nie wiele a moja skóra jest sucha sama z siebie (i to bardzo) że chyba nie powinnam się czepiać.

Na koniec zapach. Który jest piękny. I który na pewno przypadnie do gustu fankom lekko babcinego zapachu róży. I jak osoby, która za takimi aromatami nie przepadają powinny się od niego z daleka tak osoby, które lubią (jak ja) różane nuty w kosmetykach z pewnością będą ukontentowane.



czwartek, 16 marca 2017

Pokaż kotku co masz w środku | DR IRENA ERIS | Holistic Club

Czy tylko ja wyrzucam opakowania kosmetyków bez większej refleksji (gdy tylko odstoją swoje w kartonie bo 'muszę zrobić zdjęcia!" - ot, blogerka ;))? Czasami nie warto. Bo może się w nich ukrywać przepustka do czegoś interesującego! I tak jest w przypadku kosmetyków Dr Irena Eris i ich Holistic Club.


***


Program Holistic Club jest odsłoną systemu lojalnościowego dla klientów danej marki. Daje on możliwość zdobywania punktów, które po procesie rejestracji należy wprowadzić do systemu. Punkty (a raczej kupony z nadrukowanymi kodami) kryją się na niewielkich kartonikach, które znajdziecie w kartonowych opakowaniach kosmetyków. Wprowadzenie kodu zajmuje równe dziesięć sekund więc nie wymaga od nas dużego zaangażowania.
Punkty można zdobyć również korzystając z usług Hoteli Spa oraz Instytutów Kosmetycznych.


A po co to wszystko? Po prezenty rzecz jasna :) Działania premiowe Holistic Club są proste i przejrzyste - za uzbieraną pulę punktów możecie wybrać sobie nagrodę z określonej grupy produktów. Oprócz kosmetyków Dr Irena Eris możecie skorzystać z m.in. bonów rabatowych w Hotelach SPA czy kuponów do Kosmetycznych Instytutów Dr Irena Eris. A co najważniejsze - upominek możesz przekazać bliskiej osobie :) 


Moja przygoda z Holistic Club dopiero się zaczyna.... bo jak zawsze jestem ostatnia w wyszukiwaniu interesujących opcji :D Jestem ciekawa czy Wy skorzystałyście już z Holistic Club?



poniedziałek, 13 marca 2017

Pączki róż | YVES ROCHER | Moment de Bonheur EDP

Kto chociaż raz porwał się do opisywania perfum wie, jak żmudne to zadanie. Niby nuty zapachowe tak pięknie układają się w głowie a przeniesienie tego na papier (no, niekoniecznie) urasta do rangi zadania nie do wykonania. Dziś o jednym z moich ulubionych zapachów. Z którym to moja przygoda rozpoczęła się czystym przypadkiem. Jednak ta chwila szczęścia została ze mną na dłużej i trwa po dziś dzień.


Ten zapach jest tak bardzo nie mój. Lubuję się w intensywnych, ciężkich aromatach i naprawdę trudno jest mi wśród zapachów na co dzień znaleźć coś, co będzie leżało mi w stu procentach. Lekkie zapachy mnie męczą. O ile toleruję je na innych tak na mnie są zupełnie bezpłciowe (w najlepszym przypadku) lub drażniące (w przypadku gorszym). Mam jednak ogromną słabość do zapachu róży.

Moja znajomość z Moment de Bonheur zaczęła się od przypadkowych testów. Gdzie stwierdziłam, że ten zapach jest ładny i ma w sobie to coś jednak z pewnością nie dla to zapach dla mnie. Jednak postanowiłam podarować je w prezencie. A jako, że poleciały w ręce osoby mi bliskiej dnia pewnego (mroźnego) gdy w biegu zapomniałam użyć swoich perfum postanowiłam sobie tenże zapach pożyczyć i... przepadłam.

Woda perfumowana Yves Rocher wybija na pierwsze tło zapach róży. I to nie byle jaki bo kojarzący mi się z młodymi pączkami, które w swoim rozkwicie wydają z siebie najpiękniejszy różany aromat jak tylko to możliwe. Tłem dla nich są nuty zielone oddające łodygi, liście i zapach rosy. Całość jest niezwykle radosna i świeża w dobrym tego słowa znaczeniu.

Jaka więc była moja niespodzianka, gdy okazało się, że ten typowo wiosenny zapach właśnie zimą współgra ze skórą najpiękniej. Nie wiem czy to kwestia tęsknoty za lepszą pogodą czy składników zapachowych w tymże (ładnym!) flakonie zamkniętych jednak im chłodniej tym zapach wydaje się być bardziej intensywny i jeszcze piękniejszy.

Trwałość określiłabym jako standardową (na mojej skórze mało co chce się trzymać), zapach jest wyczuwalny jednak nie atakuje otoczenia. Mam wrażenie, że w ciepłe dni leży bliżej skóry by przy temperaturach ujemnych wybijać ponad i mieć lepszą projekcję.

Cena regularna to 140 zł za pojemność 30 ml i 185 zł za 50 ml. Jednak kto z Was miał do czynienia z zakupami Yves Rocher pewnie wie, że kupowanie ich w cenach regularnych jest zbrodnią na portfelu. Sama niedawno kupując kolejny flakon zapłaciłam 50 zł za dwa ich zapachy. Da się. I z takowych ofert warto skorzystać :)

niedziela, 12 marca 2017

Szampon idealny | ICEVEDA | zwiększający gęstość włosów ziołowy szampon jałowiec grenlandzki & olej arganowy

W teorii szampon, to produkt do którego nie powinno przykładać się większej wagi. A raczej powinno przykładać się mniejszą niż do odżywek czy masek. U mnie jednak jest na odwrót. Jestem posiadaczką dość problematycznej skóry głowy (skłonnej do wysuszania i dziwnych zmian wszelkiej maści) i bardzo cienkich włosów. Na dodatek myję głowę codziennie więc nie dość, że zależy mi na produktach dobrze oczyszczających tak muszą być one jednocześnie łagodne.

Mam kilku swoich faworytów w tej dziedzinie. Bo o ile w teorii nie wymagam cudów tak na prawdę trudno jest znaleźć mi kosmetyk który spełni moje wymagania. Ostatnio do grona ulubieńców dołączył kolejny świetny szampon (o którym wspominałam Wam przy okazji ulubieńców lutego) i dziś na jego temat słów kilka  :)


Produkt ten zapakowany jest w estetyczną, plastikową butlę w wygodnym zamknięciem na klik.
Posiada 280 ml pojemności, kosztuje w granicach 10-14 zł a kupicie go w sklepach z ofertą kosmetyków rosyjskich/estońskich.


Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy gdy zaczęłam go używać jest jego konsystencja. Pomijając niezbyt przyjemny bury odcień ten szampon jest najzwyczajniej w świecie bardzo rzadki. O ile okazało się, że mimo płynnej konsystencji nie przelewa się przez palce i spokojnie mogę go na dłoni dotransportować na skórę głowy tak bałam się o jego wydajność. Niesłusznie.

Szampon ten dobrze się pieni. Może i piana nie jest tak gęsta i treściwa jak w przypadku szamponów drogeryjnych tak jest zupełnie wystarczająca by zafundować mi komfort używania. Mimo lekkiej formuły nie muszę aplikować go w ilości większej niż zazwyczaj więc obawy o wydajność były niepotrzebne.

Produkt ten bardzo dobrze radzi sobie z oczyszczaniem. I włosów i skóry głowy. Także po użyciu oleju. Jednocześnie mimo dobrych właściwości myjących nie przesusza ani skóry, ani włosów na długości. Jeśli mowa o włosach - po umyciu są niesamowicie miękkie i lekko odbite u nasady. Uwielbiam, gdy szampony dają taki efekt bo moje końce pamiętają rozjaśnianie i same z siebie są niczym siano.

Kosmetyk na piątkę. Z plusem. Sądzę, że wrócę do niego nie raz jednak idąc za ciosem pokusiłam się na dwie kolejne wersje (trzecią miałam już w swoich zapasach) by zobaczyć czy okażą się równie dobre. Jednej rzeczy, której w tym szamponie mi zabrakło jest... zapach. Iceveda tworzy niesamowicie przyjemne dla mojego nosa kompozycje zapachowe a ten produkt pachnie... nijak. Aczkolwiek nie traktuję tego jako wadę. Polecam serdecznie posiadaczom wrażliwej skóry głowy i osobom, które szukają delikatnego acz skutecznego szamponu do codziennego użytku :)



sobota, 11 marca 2017

Lawenda & cedr | DR. KONOPKA'S | ochronny krem do rąk

Krem do rąk to mój niezbędnik. Jako posiadaczka bardzo suchej skóry bez tego produktu nie wyobrażam sobie życia. Dziś o podejściu do bardziej naturalnej pielęgnacji, która mimo mych szczerych chęci wcale nie przyniosła satysfakcjonujących skutków.


Kosmetyki marki Dr. Konopka's dorwiecie we wszelkich drogeriach posiadających w swojej ofercie naturalne (lub mniej) kosmetyki produkcji rosyjskiej/estońskiej. Za niezbyt wygórowaną cenę oscylującą w granicach 10-13 zł za tubę o pojemności 75 ml.


I od tej tuby zaczniemy. O ile pod względem wizualnym do opakowania przyczepić się nie mogę tak jego walory praktyczne są nikłe.  Jak w przypadku peelingów i maseczek do twarzy (recenzja) przy sporadycznym stosowaniu nie było to zbyt męczące tak w przypadku kosmetyku po który sięgam co chwilę odkręcanie tej mikrej nakrętki i pilnowanie by nie zgubić jej w czeluściach mieszkania jest upierdliwe. Bardzo. Nie mówiąc tu  użytkowanie tak zapakowanego produkt 'w drodze'. Absolutnie się nie da.


Krem posiada bardzo przyjemną formułę. Jest lekki chociaż treściwy. Szybko się wchłania jednak pozostawia na skórze bardzo delikatną, ochronną warstewkę. Ale... po kremie ochronnym spodziewałam się jednak czegoś zdecydowanie konkretniejszego. Szczególnie, że właściwości pielęgnacyjne też mnie nie zachwyciły.

Moja dłonie należą do problematycznych. Gdy tylko na chwilę odpuszczę ich pielęgnację (czyli mycie bardzo łagodnym mydłem i smarowanie kremem niemal co godzinę) zaczyna się na nich dziać  mały armagedon. Skóra błyskawicznie zaczyna się przesuszać i łuszczyć. Na szczęście nie pęka (co było dla mnie ogromnym problemem w przeszłości). Z tego też względu od kremów wymagam niemal cudów. I cudów nie ma. O ile to smarowidło można wpisać w grupę 'krem do torebki' z uwagi na jego szybkie wchłanianie, lekkie nawilżenie i brak nieprzyjemnej warstwy tak jego opakowanie sprawia, że mija się to z jakimkolwiek sensem. Używać go używam. Na noc. Grubą warstwą. Jednak nawet nałożony w ilości spore nie robi nic ponad dziesiątki przeciętnych kremów jakie przewinęły mi się przez ręce (dosłownie;)) w ostatnich latach.

Rzeczą o której nie mogę nie wspomnieć jest jego zapach. O mój borze, jak to pachnie! Wyobrażacie sobie jak piękne musi być połączenie aromatycznej lawendy i cierpkiej cytryny z typową dla cedru drzewną nutą? Jeśli nie to żałujcie, że nie możecie go powąchać. Petarda ;) Z tego też względu mimo, że opakowanie i działanie zawodzą mimo wszystko sięgam po niego z ogromną przyjemnością.

Czy jest to produkt wybitnie zły? Nie. Podejrzewam, że posiadaczki mniej wymagającej skóry mogą być z niego zadowolone. Ja sama do niego nie wrócę ale...w przyszłości chętnie wypróbuję wariant regenerujący. Bo a nuż okaże się być bardziej dopasowany do mich potrzeb.


środa, 8 marca 2017

Zimo precz | PHARMACERIS N | krem z witaminą K 1%

Przy okazji postu z ulubieńcami lutego wspominałam Wam o bardzo przyjemnym kremie marki Pharmaceris, z ich linii dedykowanej skórze naczyniowej. Dobił on już dna a po wspólnie spędzonych trzech zimowych miesiącach (zimo, odejdź :<) zdążyłam już sobie wyrobić na jego temat zdanie. Pora na recenzję :)


Krem zapakowany jest w wygodne opakowanie z higieniczną pompką typu airless. Zawiera zaledwie 30 ml produktu, kosztuje w okolicach 40 zł. Jak inne produkty tej marki kupicie go w aptekach.


Nie posiadam typowej skóry naczyniowej. Jednak zalecenia do stosowania tego kremu są spójne z moją skórą - proces przyspieszenia regeneracji (która wręcz się łuszczy w wyniku nadmiernego odwadniania) oraz łagodzenie nadreaktywności sprawiły, że z jego używanie czekałam właśnie za sezon grzewczy. Który jest totalnym złem.

Krem posiada bardzo przyjemną, lekką formułę. Nawet ja, totalna antyfanka lekkich kremów dogadałam się z nim bez większego problemu. Bo niby szybko się wchłaniał i nie pozostawiał wyczuwalnej warstwy jednak świetnie chronił skórę przed czynnikami atmosferycznymi zapewniając jej długotrwałe uczucie komfortu, nawilżenia i ukojenia. O które u mnie trudno.

Stosowałam go głównie na dzień  ze względu na szybkie wchłanianie się i świetną współpracę z makijażem, jednak zdarzało mi się po niego sięgać również wieczorem, szczególnie w czasie mojej kuracji olejowym serum z wit. C bo mimo, że był kolejną warstwą nie obciążał mi skóry.

Mam nieodparte wrażenie, że w komentarz podniesie się larum na temat jego składu. Tak, zawiera on parafinę. Moja skóra na kremy z parafiną generalnie reaguje paskudnie i od dłuższego czasu omijałam ten składnik w kremach właśnie więc i do tego podeszłam nie do końca ufnie. Niesłusznie. Nie zrobił mi on najmniejszej krzywdy - nie pojawił się wysyp, nie zapchały mi się pory. A za drastyczne pogorszenie stanu mojej skóry zimą odpowiadał niepozorny krem (bez parafiny) marki Biolaven. Więc no, natura czasem wychodzi bokiem ;)

Pomijając typowe walory pielęgnacyjne, przyjemną konsystencję i neutralny zapach, które mocno u mnie punktowały warto zwrócić też uwagę na wydajność tego produktu. Mimo, że pojemność jest niewielka tak ten krem używany przynajmniej raz dziennie był ze mną dobre trzy miesiące. Jest to podejrzanie dobrym wynikiem, bo kremu idą u mnie jak woda i zakładałam że taki maluch skończy się błyskawicznie.

Polecam. Szczególnie jeśli borykacie się z nadwrażliwością, odwanianiem czy łuszczeniem. Niestety nie jestem w stanie stwierdzić jak ten produkt sprawdzi się w przypadku skóry stricte naczyniowej bo takowej nie posiadam.