niedziela, 27 listopada 2016

BYŁO - JEST projekt denko #5 listopad 2016

Nie spodziewałam się, że kolejny projekt denko pojawi się tak szybko. W ostatnich tygodniach mam jakąś kumulację w zużywaniu kosmetyków. Praktycznie codziennie zostaję z jakimś nowym, pustym opakowaniem w ręku. Przyczyna jest raczej prosta - jak się otwiera (i używa) wszystko na raz nadchodzi moment, gdy to 'wszystko' musi się skończyć ;)


Było: ISANA WODA BRZOZOWA 
Zaczniemy od małego oszustwa. Ostatnia porcja tejże wcierki wylądowała w opakowaniu zastępczym (bo z tej wielkiej butli używać jej się nie da) a w tej zawitały pustki. To dobry produkt. Używany systematycznie spowodował u mnie wzorowy wysyp baby hair. Stosowałam ją średnio co drugi dzień (jak mi się przypominało znaczy) obficie zlewając nią skalp na pół godziny, godzinę przed myciem. Początkowo używałam ją po umyciu głowy jednak miałam wrażenie, że włosy odrobinę szybciej tracą świeżość w ciągu dnia. Wielka, pół litrowa butla kosztowała mnie na promocji jakieś 4 zł i uważam, że były to pieniądze zainwestowane świetnie. W czasie używania zrobiłam sobie od niej dwie dłuższe przerwy na 'odpoczynek'. Myślę, że kiedyś pojawi się u mnie znowu.
Jest: VIANEK NORMALIZUJĄCY TONIK WCIERKA DO SKÓRY GŁOWY


Było: FITO NIEBIESKA GLINKA KOSMETYCZNA
Nie lubię używać 'czystych' glinek do pielęgnacji twarzy. Bo mi się nie chce. Używam je za to z powodzeniem do skóry głowy. Przy w miarę systematycznym stosowaniu (staram się nałożyć ją przynajmniej raz na dwa tygodnie) skóra jest w zdecydowanie lepszej formie. Nie pojawiają się na niej dziwne zmiany (które niegdyś mi się zdarzały), nie mam problemu z nadmiernym przetłuszczaniem, ba, mam wrażenie, że włosy są przyjemnie odbite od skóry głowy. Nie widzę większej różnicy pomiędzy rodzajami konkretnych glinek tym bardziej pomiędzy producentami jeśli mowa o używanie ich w ten sposób więc podejrzewam, że ze względu na niską cenę, jeszcze u mnie zagości.
Jest: COSMOSPA RÓŻOWA GLINKA KOSMETYCZNA


Było: TAFT ULTIMATE LAKIER DO WŁOSÓW (6)
Gdy wykończyłam parę miesięcy temu czarnego Tafta (5), zarzekałam się, że w stronę tejże firmy patrzeć nie będę. Był okropny. Wybitnie nie utrwalał do tego sprawiał, że po użyciu włosy nadawały się do mycia 'na już'. Ale promocja w Biedronce zrobiła swoje, kupiłam ich nowość. Jakie to było miłe zaskoczenie! Lakier świetnie radził sobie z moim wysypem baby hair sterczących w każdą możliwą stronę jednocześnie nie pozostawiał na włosach nieprzyjemnej warstwy. No i bez problemu się wyczesywał. Będziemy do siebie wracać.
Jest: TAFT FULLNESS LAKIER DO WŁOSÓW (4)


Żel tak bardzo przeciętny, że zdążyłam go znielubić na amen. Niby miał całkiem fajny skład, niby mył, niby nie czynił spustoszenia na mojej skórze ale zdecydowanie niczym mnie nie zachwycił. Dodatkowo dobił mnie swoim wątpliwym aromatem, który pod koniec opakowania drażnił mnie już na tyle mocno, że wyprałam w nim pędzle i wrzuciłam go do torby z myślą 'nigdy więcej'.
Jest: TOŁPA DERMO ATOPIC LIPIDOWA EMULSJA DO MYCIA TWARZY I CIAŁA
Jest: SYLVECO TYMIANKOWY ŻEL DO MYCIA TWARZY


Przyznaję się bez bicia - gdybym miała go używać wyłączenie do twarzy w denku pojawił by się pewnie za pół roku. Blisko połowę opakowania zużyłam (z marnym skutkiem) do ciała. Coś nie zagrało bo i ile same drobinki były fajne, duże i przyjemnie twarde tak nie dość, że było ich zbyt mało to jeszcze ich działanie łagodziła baza w postaci dziwnego, gęstego kremu.  Nie sprawdził się u mnie wcale, powrotu nie będzie.
Jest: PERFECTA PEELING ENZYMATYCZNY
Jest: ZIAJA SOPOT SPA PEELING GOMMAGE
Jest: DR.KONOPKA'S PEELING ROZGRZEWAJĄCY


Było: BEAUTY FORMULAS OCZYSZCZAJĄCA MASKA GLINKOWA Z AKTYWNYM WĘGLEM
Tu dla urozmaicenia nie było źle. Aż tak źle. Jeśli mowa o działaniu oczyszczającym była to zwykła, przeciętna maska, która lekko oczyszczała i przyjemnie matowiła skórę. Nie sięgnę jednak po nią ponownie bo dla mnie miała jedną sporą wadę - przez zawartość alkoholu (jak podejrzewam) powodowała pieczenie. Znam tyle przyjemnych masek, które takich atrakcji mi nie fundują (a i działają lepiej), że powrót nie ma najmniejszego sensu.
Jest: BANIA AGAFII MASKA DZIEGCIOWA
Jest: DR.KONOPKA'S MASKA CHŁODZĄCA OCZYSZCZAJĄCA


Było: L'OREAL OLEJKOWY RYTUAŁ OLEJEK DO TWARZY PRZYWRACAJĄCY RÓWNOWAGĘ
Jak to pachniało *-* Był ze mną od dłuższego czasu (pojawił się w pudełku Joybox w ramach współpracy z L'Oreal) i dzięki swojemu bezsprzecznie cudnemu zapachowi fundował mi aromaterapię. Stosowałam go różnie. Najczęściej do wieczornej pielęgnacji szyi i dekoltu. Sporadycznie na całą twarz (moja skóra nie lubi olei w nadmiarze), czasami do mieszania z podkładami lub pod nie. Miał niesamowicie lekką, satynową konsystencję. A efekty pielęgnacyjne jakie fundował mojej skórze były całkiem przyzwoite. Może do niego wrócę.
Było: TOŁPA DERMO ATOPIC LIPIDOWY KREM REGENERUJĄCY
W mojej recenzji bardzo go chwaliłam i zdania w tym temacie nie zmieniam. To świetny bogaty krem odżywczy, który doprowadził do normalności moją skórę w czasie sporego kryzysu. Żałuję, że się skończy i planuję do niego powrót.
Jest (krem na noc): PHARMACERIS N KREM Z WITAMINĄ K USZCZELNIAJĄCY NACZYNKA


Było: YVES ROCHER ANTI AGE GLOBAL KREM POD OCZY
Najlepszy krem pod oczy jaki do tej pory używałam. Bogaty ale nie tłusty, pięknie nawilżający i odżywiający skórę pod oczami. Idealny do nałożenie grubszą warstwą na noc jak i cienką pod makijaż. Jak przytrafi się w jakiejś korzystnej promocji sięgnę po niego bez wahania.
Jest: VIANEK ODŻYWCZY KREM POD OCZY


Było: RIVAL DE LOOP KONCENTRAT DO TWARZY
Takie dziwadło w postaci dwóch ampułek do użytku dzień/noc. Pieniło się to jak szalone, kleiło się na skórze okrutnie (w strefie T wchłonęło się w pół godziny policzki lepiły mi się do dłoni kolejne trzy). Działać niby działało - miałam całkiem fajną w dotyku, gładką i napiętą skórę ale mimo to powrotu nie będzie.
Było: RIVAL DE LOOP MASECZKA NAPRAWCZA
Miłość. Od mniej więcej trzeciego użycia (początkowo mnie piekła ;)). Pięknie nawilża, odżywia i regeneruje skórę. A ze skórą problemy mam spore. I myślę tu o nadmiernym odwadnianiu i koszmarnej nadwrażliwości. To nie pierwsza moja zużyta maska i na pewno nie ostatnia. Jak mi ją Rossmann wycofa to się zapłaczę.


Było: FACELLE INTIM ŻEL DO HIGIENY INTYMNEJ
To nie jest zły produkt. Ma fajny, delikatny skład i krzywdy nie robi ale.. strasznie wkurzała mnie jego formuła. Chyba nigdy nie miałam aż tak śliskiego myjadła. Dodatkowo nie wiem jakim cudem producent nie wpadł na pomysł wyposażenia butli w pompkę - dzięki czemu pewnie nie zużyłabym go w tak zastraszająco szybkim tempie. Powrotu nie planuję bo egzemplarz obok zachwycił mnie składem, konsystencją, działaniem i pompką.
Jest: VENUS OCHRONNY ŻEL DO HIGIENY INTYMNEJ


Mimo początkowych problemów w dogadaniem się koniec końców uważam, że to całkiem przyjemny produkt. Lekka formuła pozostawiająca na skórze przyjemy, lekko olejowy (albo silikonowy,  jak kto woli) film świetnie sprawdziła mi się przy obecnej chłodnej aurze. Szalenie podobał mi się jego zapach i opakowanie z pompką. Raczej do niego nie wrócę ale kto wie, na prawdę nie był zły.
Aaaale to było niewydajne! Idealny produkt dla osób które używają balsamu raz na miesiąc i nie zdążają z terminem ważności PAO - tu zdążą - 12 miesięcy przy 10!!! aplikacjach to opcja całkiem spoko. Tyle z żartów. Nie wiem jakim cudem balsam o pojemności wyszedł mi po dziesięciu użyciach i chyba nie chcę wiedzieć. Działanie? Co najmniej dobre, wręcz wyróżniające się na tle drogeryjnych balsamów ale raczej powrotu nie będzie z wiadomych przyczyn.
Jest: OILLAN ACTIVE BIOAKTYWNY BALSAM KOJĄCO-OCHRONNY


Było: PROKUDENT NIĆ DENTYSTYCZNA WYBIELAJĄCA
Najlepsza nić na rynku. Woskowana, niby gruba ale pięknie włazi we szczeliny wszelakie dodatkowo ma cudowny smak (?) mięty z wanilią (?). Uwielbiam i każda próba zdrady (patrz obok) kończy się wrażeniem 'po co ja to kupiłam'. Bo była dwa razy dłuższa za tą samą cenę. Ale do pięt jej nie dorasta.
Było: PROKUDENT NIĆ DENTYSTYCZNA WOSKOWANA


Było: ELMEX PASTA DO ZĘBÓW Z AMINOFLUORKIEM
Nie potrafię się bez Elmexa obyć i nie pamiętam już kiedy tejże pasty w użyciu nie miałam. Myje, dba o zęby jednak ma jeden minus - smak. Z tego względu gdy wychodzę na pół dnia z domu i zależy mi na świeżości w paszczy stosuję coś miętowego. Ale po za tym Elmex obowiązkowo.
Jest: ELMEX PASTA DO ZĘBÓW Z AMINOFLUORKIEM
Jest: SENSODYNE PASTA DO ZĘBÓW EXTRA FRESH


Było: GREEN PHARMACY MYDŁO DO RĄK
Czy kogoś jego obecność w denku jeszcze dziwi? Uwielbiam. Myje, nie kaleczy mi mocno problematycznych dłoni i ładnie pachnie. 
Było: CIEN MYDŁO PEELINGUJĄCE
Kupione z braku laku z Lidlu miło mnie zaskoczyło. Było łagodne dla dłoni a delikatne ziarnka maku może i nie peelingowały ale przyjemnie miziały skórę. 
Jest: VIS PLANTIS MYDŁO SALICYLOWE




Ponarzekałam, pochwaliłam, do zobaczenia przy kolejnym denku ;))

sobota, 26 listopada 2016

Nie pić! | Przegląd żeli pod prysznic i płynów do kąpieli #2 | Palmolive, Dove, BeBeauty

Cześć. Dziś zapraszam Was na krótkie podsumowanie produktów, które goszczą w mojej łazience :)



***


BE BEAUTY PŁYN I ŻEL DO KĄPIELI WANILIOWE PRALINKI
   Płyny do kąpieli tej marki są dla mnie najlepszym rozwiązaniem, jeśli mowa o niskiej półce cenowej. Nie sieją spustoszenia na mojej suchej skórze, nie podrażniają, mają przyjemną kremową formułę i świetnie się pienią. Wariant 'pralinkowy' nie jest dostępny w regularnej sprzedaży a szkoda, bo to świetna opcja dla fanów zapachów spożywczych. Jest słodki ale bardzo wdzięczny i nie przytłaczający. Podejrzewam, że gdy kiedyś go zużyję sięgnę po którąś z wersji dostępnych w regularnej sprzedaży (na dzień dzisiejszy Biedronka ma na produkty myjące rabat 20% więc jak potrzebujecie uprzyjemnienia kąpieli to polecam się skusić ;)).



DOVE ŻEL POD PRYSZNIC PURELY PAMPERING SWEET CREAM AND PEONY
   Mój Ci on *-* Z żelami marki Dove przez dłuuugie lata miałam problem. Bo najzwyczajniej w świecie robiły mi krzywdę. Po zmianie formuły (producent zainwestował w delikatniejsze detergenty) wszystkie problemy jakie mi stwarzały... jak ręką odjąć. Uwielbiam jego konsystencję - jest diabelnie gęsta i kremowa, niezwykle komfortowa. Sam zapach polubiłam od pierwszego użycia. Jest słodki, lekko mydlany, jednocześnie nie męczy bo przełamany jest lekko kwiatową nutą. Ale wierze, że części użytkowników nie przypadnie do gustu - takie aromaty trzeba po prostu lubić :)



BEBEAUTY ŻEL POD PRYSZNIC BERRIES PASSION
   A to niespodzianka... Wierzcie lub nie, systematycznie wyzbywam się 'tanich' żeli pod prysznic jakie w moich zbiorach goszczą (oddaje, piorę w nich ręcznie, myję nimi wannę :P) bo o ile kiedyś lekko mnie przesuszały (tak do przejścia) to na obecną chwilę nie jestem w stanie ich używać. Nie dlatego, że są tanie. Tylko dla tego, że każdy jeden (Isana, Oceania, Cien itp.) sprawia, że skórę mam ściągniętą i przesuszoną na wiór co mimo użycia balsamu funduje mi spory dyskomfort. Tym niemniej żel Be Beauty zaskoczył mnie pozytywnie. Może jak na produkt nazywany przed producenta 'kremowym' jest ciut za rzadki jednak bliżej mu do żeli Palmolive niż Isany chociażby. Dodatkowo jest dla mojej skóry neutralny. Jest ona sucha sama w sobie więc po umyciu się nie liczę na nawilżenie ale... to myjadło nie powoduje u mnie najmniejszego dyskomfortu. A dodatkowo ma piękny kremowo-owocowo-kwiatowy (bardziej cierpki niż powyższy Dove), dosyć intensywny zapach, który mocno uprzyjemnia prysznic. Pewnie większość z Was skojarzy opakowanie z żelem Balea z zimowej limitki sprzed 2 (?) lat jednak powiem szczerze, że ten egzemplarz jak dla mnie pachnie ładniej ;)


PALMOLIVE GOURMET CHOCOLATE PASSION
    Bardzo opowiada mi formuła tych żeli. Są delikatne dla mojej skóry jednocześnie w czasie mycia czuć przyjemny poślizg, więc to na nim golę nogi ;) Jeśli mowa o konsystencji jest taka w sam raz, niby Dove to to nie jest ale jest zdecydowanie konkretniejszy (i przyjemniejszy) niż większość żeli. Jednak nie do końca dogaduję się z jego zapachem. Jak wiecie (albo i nie) jestem fanką wszelkich słodkich aromatów ale tutaj coś nie pykło. Spodziewałam się zapachu czekoladowego budyniu i go dostałam ale... to taki tani budyń, zajeżdżający trochę ciemnym, gorzkim kakao, które próbuje być słodkie tak na siłę. Nie jest źle. Ale tyłka mi to to nie urwało i spodziewałam się po nim czegoś więcej ;)

Znacie, lubicie?

środa, 23 listopada 2016

Wydajność: zero | VASELINE | Intensive Care | Balsam do ciała Podstawowa Regeneracja

  To kolejny balsam marki Vaseline, jaki mam okazję używać. Dorwałam je jakiś czas temu na wyprzedaży w Lidu za piątkę i wyszłam z założenia, że pora przetestować tę dosyć popularną firmę. Wariant biały (Intensywna Regeneracja) okazał się być dla mojej skóry wybawieniem i wprawił mnie w niemały zachwyt. Czy wariant 'podstawowy' też podołał mojej suchej skórze?


    Jeśli mowa o opakowaniu odrobinę mnie drażni. Jest estetyczne jednak plastik z jakiego jest ono wykonane jest diabelnie twardy i w pewnym momencie trudno jest wydobyć z niego resztki kosmetyku.

   Balsam posiada przyjemną konsystencję. Jest lekki niczym mleczko jednocześnie w momencie aplikacji czuć, że jest przyjemnie treściwy. Pozstawia na skórze lekką powłoczkę jednak (w porównianiu do poprzednika) nie daje wrażenia mokrej skóry i się nie lepi. Ma też przyjemny, kremowy, niedrażniący zapach.

   Właściwości pięgnacyjne jak na produt drogeryjny są... świetne. Balsam nawilża, wygładza, silnie regeneruje nawet najbardziej suche partie. Jest odrobinę mniej odżywczy niż wariant biały ale i tak nie jestem w stanie się do jego właściowości przyczepić.  Dodatkowo, co zdarza się rzadko, efekt pielęgnacyjny utrzymuje się na skórze troche dłużej niż od mycia. O ile balsamy głównie z przyzwyczajenia aplikuję codziennie tak jak raz złapał mnie dzień lenia i go sobie odpuściłam moja skóra była w podejrzanie dobrej formie.

   Jest jednak jedna rzecz, która mocno psuje mi wizję balsamu idealnego. Wydajność. Zastraszająco niska. Fakt faktem, w moim przypadku bez balsamu ani rusz jednak nie przywykłam do zużywania 200 ml produktu w... półtora tygodnia (?).  Po tygodniu używania, tj. po 6 aplikacjach w opakowaniu zostało mi może 1/5 produktu. No dramat. I mimo, że używam go obficie (urok suchej skóry) to jednak chyba pierwszy raz trafił mi się produkt, który wyszedł w tak błyskawicznym tempie. Dla porównania - wersja Intensywna Regeneracja mimo identycznej pojemności wystarczyła mi na przynajmniej dwa razy dłużej.

   Przyznam szczerze - sama nie wiem co o nim myśleć. Właściwości pielęgnacyjnych mu nie odmówię (ba, będę je chwalić) ale wizja kupowania trzech butli balsamu w miesiącu srednio zachęca do powrotu.


wybaczcie jakość

poniedziałek, 21 listopada 2016

Zamiast plastra (?) vol. 2 | TOŁPA | Dermo Atopic | Lipidowa emulsja do mycia twarzy i ciała

   Jakiś czas temu na blogu pojawiła się recenzja mojego wybawienia czy lipidowego kremu regenerującego z linii dermo atopic marki Tołpa. Dziś o kolejnym produkcie z tej linii, tym do razem do mycia skóry.


   Wielokrotnie już wspominałam, że zazwyczaj goszczą u mnie dwa produkty myjące. Jeden mocniej oczyszczający w celu poskromienia mojej zanieczyszczającej się skóry, drugi łagodny i delikatny by pomóc jej w chwilach kryzysu. Tołpa zdecydowanie powinna należeć do drugiej grupy.
   Z kwestii teoretycznych. Jestem w posiadaniu drugiej już wersji mini (75 ml) która w cenie regularnej kosztuje 10 zł. Dostępna jest też w wariancie podstawowym o pojemności 200 ml za którą producent życzy sobie 37 zł. Oba warianty zapakowane są w estetyczne plastikowe butle, wersja pełnowymiarowa ma wygodniejsze zamkniecie na klik.
   Obietnice producenta są duże. Produkt oprócz mycia i regeneracji ma nam również fundować złagodzenie podrażnień. Jest to produkt hypoalergiczny, dedykowany skórze wrażliwej, suchej i bardzo suchej, podatnej na pękanie i łuszczącej się. W teorii nie do końca wpisuję w target - moja skóra zdecydowanie nie jest sucha jednak odwadnia się na potęgę i jest nadwrażliwa.
   Konsystencja tego produktu to typowa, kremowa emulsja. Nie pieni się jednak dobrze rozprowadza się na skórze. Możemy używać jej i 'na mokro' (co preferuję) lub zmywając ją płatkiem kosmetycznym.
   Jeśli mowa o działaniu oczyszczającym jest takie sobie. O ile z oczyszczeniem skóry po demakijażu czy przy porannym myciu radzi sobie świetnie tak dla mnie nie jest to kosmetyk, którym zmywałabym makijaż. Jest zbyt delikatny.
   Właściwości pielęgnacyjnych nie potrafię jej jednak odmówić i pod tym względem mnie nie zawiodła. Dzięki swojej delikatności w najmniejszym stopniu nie robi mi krzywdy. Mogę używać jej w okolicach oczu gdzie często w przypadku produktów myjących zmuszona jestem je omijać. Jest to kosmetyk, który faktycznie nie wysusza, przynosi komfort i łagodzi podrażnienia jednak... nie do końca zgodzę się z obietnicą nawilżania, odżywienia czy regeneracji. Porównując ją chociażby do emulsji micelarnej z Anidy po umyciu nie czuję nic ponad brak wysuszenia czy ściągnięcia.
   Nie jest to produkt zły. Ba, jest na prawdę w porządku. Nie zmienia to jednak faktu, że niekoniecznie będę chciała po niego sięgnąć w przyszłości (za wyłączeniem dobrych promocji :P) ze względu na fakt, że za dychę mogę mieć odrobinę lepszy produkt w postaci wcześniej wymienionej Anidy.
 

niedziela, 20 listopada 2016

Kosmetyki kolorowe od Lirene | LIRENE DERMOPROGRAM | BE GLAM baza rozświetlająca | MASTER BLUR matujący krem BB | NO MASK płynny fluid + serum | NO DARK CIRCLE rozświetlający korektor pod oczy

   Marka Lirene powoli acz systematycznie powiększa swoją ofertę kosmetyków kolorowych. Jako, że dzięki pani Ani jestem posiadaczką kilku ich produktów od dłuższego i krótszego czasu zapraszam Was na ich podsumowanie :)


 LIRENE DERMOPROGRAM | BE GLAM baza rozświetlająca 
   Jeden z moich najświeższych nabytków, potraktujcie więc moją recenzję w kategoriach pierwszych wrażeń. A te mam niezwykle pozytywne. Baza posiada standardową pojemność 30 ml i w cenie regularnej kosztuje 30 zł. Zapakowana jest w szalenie ładną żółtą tubkę zakończoną niewielkim dziubkiem, dzięki czemu wydobywanie jej nie przysparza najmniejszych trudności.
   Baza po wyciśnięciu jest niemal biała, dzięki zawartości ogroma niewielkich, perłowych drobinek Ma bardzo lekką formułę, dzięki czemu przyjemnie aplikuje się ją na twarz. Po chwili na skórze zastyga na mat, jednak jest to uczucie komfortowe. Nie zauważyłam ściągnięcia czy przesuszenia skóry mimo, że na obecną chwilę używam ją codziennie.
   Bezsprzecznie spełnia swoją podstawową funkcję - rozświetla. Nie jest to jednak efekt brokatowy czy tandetny. Po aplikacji skóra jest delikatnie rozbielona, dzięki zawartości perły pięknie odbija światło. Jednocześnie ze względu na zastyganie na skórze twarzy wydłuża świeżość makijażu w ciągu dnia a dodatkowo sprawia, że jego aplikacja jest przyjemna.
   Dobrze współpracuje z kremami, na zauważyłam negatywnego wpływu na skórę w postaci pojawienia się niedoskonałości. Dodatkowo fajnie sprawdza się jako... kremowy rozświetlacz, gdy po nałożeniu podkładu nakładam ją w ilości symbolicznej na kości policzkowe.
   Jestem na tak. I podejrzewam, że przy okazji kolejnej Rossmanowskiej promocji sprawię sobie jeszcze wariant zielony, tak do pary ;)

LIRENE DERMOPROGRAM | MASTER BLUR matujący krem BB 
   Ten produkt jest ze mną długo, używałam go często w okresie letnim więc za moją opinię ręczę ;) Zacznę jednak od tego, że nie podoba mi się jego opakowanie. Beżowy plastik jest po prostu szkaradny. Kosztuje to to w okolicach 20 zł za 40 ml. I jest szalenie wydajne (zalecany czas zużycia to okres 6 miesięcy, z pełną premedytacją stosuję go dłużej i najmniejszej krzywdy mojej nadwrażliwej skórze nie robi). Minusem jest niestety kolorystyka. Występuje on w 2 odcieniach (na zdjęciach 01) jednak nawet jaśniejszy jest dosyć ciemny (ale żółty, bez pomarańczowych tonów) i mimo dobrych właściwości stapiania się ze skórą dla cer porcelanowych będzie zdecydowanie zbyt ciemny.
    Krem posiada szalenie ciekawą formułę musu. W momencie aplikacji wydaje się być podejrzanie bogaty (jak na krem BB) przekłada się to jednak na poziom krycia. Nie, że jest ono jakieś szczególnie mocne jednak to typowe lekkie-średnie krycie jakie oferują nam często podkłady czego raczej po drogeryjnym kremie BB się nie spodziewałam. Żeby zwiększyć poziom krycia warto przed nałożeniem, przez chwilę rozgrzać (rozetrzeć) go w palcach i zaaplikować przy ich pomocy. Nałożony gąbką czy pędzlem wypada niestety dosyć blado.
   Jest to typowy produkt zastygający na matowo, dzięki czemu fajnie sprawdzi się w przypadku skór mieszanych czy tłustych. Jednak warto wspomnieć, że za efekt blur odpowiadają subtelne, delikatne złote drobinki, które nie każdemu mogą odpowiadać. Mi absolutnie nie wadzą bo skóra dzięki ich obecności wygląda przyjemnie zdrowo i świeżo (nie jak choinkowa bombka)  jednocześnie często odpuszczałam sobie użycie rozświetlacza w makijażach na szybko.
 


 LIRENE DERMOPROGRAM  | NO MASK  płynny fluid + serum 
   Ulubiony, ukochany, podkład niemal idealny. Niemal. Bo posiada jedną, ogromną wadę w postaci kolorystyki. Producent zafundował nam wyłącznie trzy odcienie z czego najjaśniejszy (na zdjęciu) jest podle pomarańczowy. Przynajmniej na mojej skórze. W cenie regularnej kosztuje 38 zł za 30 ml.
   No dobra, ma jeszcze jedną wadę. Opakowanie. O ile jego estetyka mi leży tak wielki otwór (gdzie pompka?) w połączeniu z podkładem o konsystencji niemal wody to jedno wielkie nieporozumienie.
   Po za tym jest super. Jego płynna formuła zakodowała mi w głowie, że będzie to podkład niemal bez krycia. Skucha. To typowe, średnie krycie, które poradzi sobie z zaczerwienieniami czy wszelkimi delikatnymi zmianami za skórze. Jednocześnie jego lekka formuła sprawia, że jest on (niemal) niewidoczny na skórze. Daje typowo satynowe wykończenie jednak jest trwały i spokojnie wytrzyma na skórze 'dzień roboczy'.
   Z racji kolorystyki solo dane było mi go używać latem, gdy chciało mi się systematycznie i mocno traktować skórę produktami brązującymi. Na obecną chwilę mi się nie chce więc używam go w połączeniu z innymi, pięć tonów jaśniejszymi pokładami (głównie AA Make up Filler ewentualnie Ingrid Ideal Face). Jako produkt do mieszania sprawdza się świetnie bo zdecydowanie rozrzedza inne kosmetyki, nadając im lekkiej konsystencji przy czym pozostawia swoją 'bezmaskowe' właściwości.
   Nie wrócę do niego. Tylko i wyłącznie ze względu na odcień. Jednak gdyby Lirene pokusiło się o rozszerzenie swojej gamy kolorystycznej z czystym sumieniem porzuciłabym każdy jeden podkład na jego rzecz.

LIRENE DERMOPROGRAM  | NO DARK CIRCLE rozświetlający korektor pod oczy
   Kolejna porcja pierwszych wrażeń. Tym razem negatywnych. Niestety. Na hasło 'korektor rozświetlający' mam przed oczami produkt Rimmela z linii Match Perfection. Korektor idealny - o dobrym kryciu, przyjemnej kremowej formule, nie wchodzący w zmarszczki jednak o dobrej trwałości, który na dodatek pięknie odbija światło. Tutaj coś poszło nie tak ale od początku.
   Cena regularna wynosi 24 zł za 10 ml pojemności. Nie jestem jednak zachwycona jego opakowaniem. O ile estetyka mi leży tak gąbeczka, która wieńczy dzieło jest dla mnie najzwyczajniej w świecie niehigieniczna. Na dodatek trzeba mocno uważać z ilością wylewającego się przez nią produktu - przy lekkim nacisku nie leci nic, przy większym wylewa się zbyt dużo co będzie miało wpływ na marną wydajność.
   Konsystencja przypomina mi powyższy podkład, jest szalenie lekka i płynna. Jednak poziom krycia zawodzi. Moje zasinienia nie są zbyt duże jednak przywykłam do ujednolicania okolic pod oczami i samej skóry powiek przy pomocy kryjących korektorów.
   Jednak za największą porażkę uważam... brokat. Ordynarny, błyszczący, gruby brokat, który ma odpowiadać za właściwości rozświetlające w tym produkcie. To nie ma prawa wyglądać dobrze i... nie wygląda. O ile w makijaż tych 'no make up' drobinki pod okiem mogą uchodzić za celowe tak w przypadku błyszczących makijaży funduje to to efekt osypanego brokatu z cienia. Słabo.
   Nie przyczepię się jednak do kolorystyki. Mimo, że produkt bezpośrednio w opakowaniu wygląda podejrzanie ciemno tak na skórze, w przypadku pełnego makijaż na prawdę świetnie stapia się z kolorytem skóry i w najmniejszym stopniu się na niej nie wyróżnia. Pod koniec dnia jednak zaczyna zbierać się w załamaniach i wygląda nieświeżo.  Dam mu jeszcze szansę. Nie powiem, że nie. Jednak nie jest to produkt, który chciałabym Wam polecić.


   Podsumowując: nie jest źle, ba, jest dobrze. Jedna wielka wpadka w postaci korektora, druga w postaci kolorystyki podkładu (chociaż firma wprowadzając do swojej oferty Perfect Tone zdecydowanie naprawiła swój błąd i zaproponowała odcieni jak mrówków) nie skreśla tych kosmetyków w moich oczach. Bazę, BB oraz pokład (jeśli macie ciemniejszą karnację) polecam Wam serdecznie bo wszystkie trzy kosmetyki uważam za warte uwagi :)
   Składy znajdziecie na stronie Rossmanna : tututu tu ( w kolejności ze zdjęć).




sobota, 19 listopada 2016

Czy(m) warto myć zęby? | ORAL B Genius 9000 kontra ORAL B Vitality Sensitive

   Moja przygoda ze szczoteczkami elektrycznymi zaczęła się z dzieciństwie. Pi razy oko piętnaście lat temu takie cudo (na baterie!) zostało sprezentowane mi przez rodziców. Zdecydowanie się z nim nie polubiłam. Szczoteczki miały tylko standardowy stopień 'twardości' włosia na dodatek końcówki w porównaniu do tego, co na rynku dzieje się obecnie były większe (niż większość szczoteczek manualnych). Jako człowiek z wąską szczęką (:D) takie cudo nie miało u mnie racji bytu ze względu na rozmiar a i twarych szczoteczek nienawidzę (i moje dziąsła również) po dziś dzień.

   Blisko trzy lata temu postanowiłam dać po raz kolejny szansę szczoteczce elektrycznej. Jako, że nadal nie do końca byłam przekonana 'czy to ma sens' postawiłam na najbardziej podstawowy model za niewygórowaną cenę. Wybór padł na ORAL B Vitality Sensitive. Dziś podsumuje Wam moją z nią przygodę (bo pora na emeryturę) i opiszę Wam nowość w postaci ORAL B Genius 9000 jaka wpadła w moje ręce z ramach kampanii na stronie Everydayme.pl



   Oral B Vitality Sensitive to chyba najprostszy z dostępnych (nadal!) modeli wśród oferty producenta. Swój egzemplarz upolowałam za 80 zł, na chwilę obecną można ją kupić nawet za 65 zł. Jak na podstawowy model trudno mi się do jej działania przyczepić:
*   szczoteczka czyści zęby o niebo lepiej niż ta tradycyjna i to czuć,
*   mała główka szczoteczki pozwala dotrzeć do każdego zęba,
*   końcówki Sensitive są na tyle miękkie, że nie ranią dziąseł
*   timer sygnalizował czas mycia zębów dzięki czemu nawet gdy się spieszyłam czekałam na obowiązkowe dwie minuty ;)
*   ergonomiczna rączka nie sprawiała trudności w korzystaniu i łatwo było utrzymać ją w czystości
*   żywotność - przez blisko 2,5 roku kilkukrotnego mycia zębów w ciągu dnia bateria trzymała dni kilka, po tym czasie musiałam ładować ją codziennie co było upierdliwe i stwierdziłam, że czas na zmiany.

   Nie będę oszukiwać, że zakup odkładałam na czas około świątecznych promocji bo ceny 'konkretniejszych' egzemplarzy jednak nie należą do szczególnie niskich a ja, jako dziecko promocji, pluła bym sobie w brodę płacąc za coś cenę regularną. No i wiecie, święta świętami, w tym okresie mam też urodziny więc jakby to ująć... ;)) Wahałam się pomiędzy szczoteczką elektryczną a soniczną. Zaczytywałam się w opinie i informacje i (o dziwo) ponoć elektryczne jeśli mowa o badaniach wszelakich wypadają na tle manualnych o niebo lepiej a na tle sonicznych podobnie. I zanim zdecydowałam się co konkretnie kupię znalazłam w spamie (sorry...) informację na temat kampanii. I tak oto jest, Nimbus 2000  Genius 9000. Pora na pierwsze wrażenia.



ORAL B Genius 9000 sprawia, że poprzedni mój egzemplarz wypada... blado. Bo:
*   występuje w dwóch kolorach, niby sprawa głupia i błaha ale czarny egzemplarz (dodając do niego całą estetykę) jest po prostu piękny,
*   szczoteczka ma pięć trybów mycia zębów plus jeden do mycia języka, ulubiłam sobie ten zwany trybem delikatnego czyszczenia, który jest ultra łagodny przy jednoczesnej świetnej skuteczności i wrażeniu 'wypolerowanych' zębów,
*   czujnik nacisku, dbający i o szkliwo i dziąsła, byłam pozytywnie zdziwiona gdy musiałam go uruchamiać testowo na dłoni, żeby sprawdzić czy to to działa, znaczy delikatna jestem dla mych zębów,
*   cztery końcówki w zestawie - dla każdego coś dobrego,
*   wyświetlacz! podświetlane ikonki na szczoteczce - to takie proste a tak ułatwia życie - o ile jest to jedna słuszna funkcjonalność przy różnych trybach tak wyświetlanie zużycia baterii jest najlepszą rzeczą na świecie w przypadku urządzeń elektrycznych i w poprzednim egzemplarzu musiałam mieć w pogotowiu szczoteczkę manualną bo zapominałam o jej ładowaniu (skleroza, nic nie poradzę...)
*   etui - można to to zabrać z domu, z poprzednią miałam problem
*   pojemnik na końcówki - niby głupie ale jak używacie szczoteczkę z innym członkiem rodziny to rzecz warta posiadania,
*   uchwyt na smartfona - jak ktoś lubi, jak nie korzystam bo..
*   aplikacja Oral B App - dostępna na dwa popularne systemy operacyjne. Ja należę do tej niszy co ma telefon na WP i jestem z niego szalenie zadowolona więc zmiany nie planuję ale na swoim sprzęcie z aplikacji nie skorzystam. Trochę szkoda.
*   możliwość spersonalizowania koloru ringu, jak ktoś potrzebuje trochę koloru w życiu :)



   Polecam, nie polecam? Polecam. I jedną i drugą. ORAL B Vitality Sensitive to najlepsza opcja do kupienia na 'próbę' (choćby ta, jak w moim przypadku trwała dłuuugo) żeby zobaczyć, czy taka metoda mycia zębów Wam odpowiada. To typowy wariant budżetowy, przy którym może nie zmięknął Wam kolana ale będziecie mieli dobrze umyte zęby. A to ważne. ORAL B Genius 9000 to taka kropka nad i jeśli mowa o czyszczeniu zębów. Jak na obecny moment myślę o powrocie do poprzednika to myśl radosna to to nie jest ale człowiek szybko się do udogodnień wszelakich przyzwyczaja. Polecam, bardzo, mimo strasznej ceny.  Bo jak sobie pomyślę ile kosztuje leczenie kanałowe to ja zdecydowanie wolę zapobiegać niż leczyć ;)


 


piątek, 18 listopada 2016

Wszyscy mają Mambę... | GARNIER | Płyn micelarny 3w1 skóra wrażliwa

   Wierzcie mi lub nie - po produkt, który w sieci i kosmetyczkach wielu kobiet zagrzał miejsce na dobre sięgnęłam dopiero teraz. Trochę z przekory (bo znielubiłam go od samego patrzenia, był wszędzie!) trochę dlatego, że za dużo produktów do demakijażu kusiło mnie bardziej (między innymi wersja dwufazowa tego samego producenta). Doczekał się jednak i u mnie swojej premiery i pora podzielić się z Wami moją opinią na jego temat.


   Zacznę od tego, że trafiło mi się felerne opakowanie. Zatyczka jest podejrzanie luźna i gdy tylko wyląduje w pozycji leżącej zaczyna się wylewać. Zanim ogarnęłam 'a co to takie mokre' część kosmetyku mi wyszła. Estetyka opakowania nie powala ale pękata butla wygląda całkiem przyjemnie.  Pojemność to 400 ml (aczkolwiek pojawia się już gdzieniegdzie w mniejszej, jakby ktoś preferował) cena oscyluje w granicach 15 zł. Czyli tak w sam raz.

    Nie jestem w stanie przyczepić się do jego skuteczności. O ile ze względu na osobiste preferencje stosuję go jako drugi krok w demakijażu i raczej niewiele na co dzień ma u mnie do roboty (pomijając spokój ducha jaki mi zapewnia gdy widzę czystą biel kosmetycznego płatka) tak nie oparłam się zrobić mu porządnych testów zmywania 'konkretnego' makijażu. Nie poległ. Ba, okazał się być na prawdę dobry. Zmywa tusz i długotrwałe cienie bez konieczności pocierania, tak samo dobrze radzi sobie z kryjącymi podkładami zagruntowanymi na amen pudrem.

   Nie do końca jednak zgadzam się z obietnicą ukojenia skóry. Nie żeby była to dla mnie kluczowa kwestia w przypadku produktu do demakijażu ale skoro pada taka obietnica powinna być ona spełniona. Nie jest. Nie jest to produkt, który w jakikolwiek sposób skórę pielęgnuje, który pozostawiał by po użyciu uczucie komfortu czy obiecanego ukojenia. Jest neutralny do bólu.    Nie wysusza , nie uczula, nie drażni mojej wrażliwej skóry i okolic oczu co i tak sprawia, że w moim micelarnym rankingu plasuje się wysoko. Brak nieszczęsnego ukojenia dla mnie (koniec końców) minusem nie jest.

   Wcale się nie dziwię, że podbił aż tyle serc ;) To dobry, tani i skuteczny kosmetyk do demakijażu, który (mi) nie robi najmniejszej krzywdy. I chętnie kiedyś do niego wrócę.


czwartek, 17 listopada 2016

To nie są łzy szczęścia | Be Organic | Mleczko do demakijażu Jagody goji i acai

   Mleczko do demakijażu to taki trochę relikt czasów dawnych. Gdy na półkach kosmetycznych były pustki (bo i oferta producentów była uboga - do tych czasów sięgam pamięcią ;)) to jedyną opcją pozbywania się makijażu z twarzy kosmetyków były właśnie mleczka. Ewentualnie śmietankami zwane.
  Gdy na dzień dzisiejszy produktów na rynku mamy od groma mimo mojej niesłabnącej sympatii do płynów micelarnych i rosnącej do olejków maści wszelkiej wróciłam do mleczek i używam je z powodzeniem. Za wyłączeniem tego oto egzemplarza o którym dziś mowa.



   Mleczko do demakijażu Jagody goji i acai pojawiło się w jednym z pudełek Joybox. Cena regularna tego produktu waha się w granicach 20-40 zł (200 ml) co może jak na kosmetyk wykonany w 99% ze składników nie jest ceną nie do przejścia ale... za tę jakość niestety jest zbyt wygórowaną.

   Szalenie podoba mi się jego [biodegradowalne] opakowanie wykonane z matowego plastiku (?) przypominającego gumę (?)  jednak boli mnie trochę brak pompki. Pompka przestała być już dobrem luksusowym w kosmetykach i jak producent życzy sobie za kosmetyk konkretny pieniądz warto by dał też coś od siebie. Z drugiej strony kupując kosmetyk człowiek świadom jest jego opakowania więc chyba się czepiam.

   Rzeczą, którą będą sobie chwalić jest jego formuła. Mleczko jest przyjemnie gęste, konkretne, bogate jednak nie daje na skórze wrażenia obciążenia i oblepienia. Jestem ogromną fanką takich konsystencji. Nie przyczepię się również do składu (bo się nie znam :P) ale wygląda przyzwoicie.

   Dlaczego więc go nie lubię? Mleczka mają to do siebie, że genialnie zmywają makijaż. To niestety wypada na tle innych mocno blado. Tusz z rzęs rozmazuje, podkład niby rusza ale po kontrolnym przetarciu skóry micelem okazuje się, że spora jego ilość pozostaje na skórze. Nie pomaga dwukrotna aplikacja, pomaga za to coś porowatego do przetarcia skóry twarzy po jego użyciu - kupiłam ostatnio w Biedronce bawełniane chusteczki kosmetyczne, których struktura zdecydowanie ratuje temu produktowi... denko ;)

   Jeśli mowa o jego łagodności (a skórę mam nadwrażliwą) jest całkiem całkiem. Może i nie koi skóry ale na pewno nie pogarsza jej stanu. Nic mnie po niej nie piecze, nie szczypie, nie jest ściągnięta. Jeśli mowa o oczach muszę uważać - jak z rozmachu wleci mi do oka chociaż odrobina pojawia się u mnie potok łez.


   Doświadczenie nauczyło mnie nie skreślać kosmetycznych marek po jednym niewypale i patrząc na ofertę producenta mimo mojego niezadowolenia nie mówię mu nie. Ba, pewnie za jakiś czas powiem tak ich peelingowi myjącemu bo wygląda całkiem kusząco ;) Aczkolwiek jeśli mowa o mleczkach po demakijażu zostanę przy sprawdzonych rozwiązaniach i testowaniu nowości.

środa, 16 listopada 2016

ZAKUPY | produkty naturalne, powroty, wyprzedaż w Biedronce, testy szczoteczki Oral B

   Ostatni raz zakupy pokazywałam Wam miesiąc temu więc czas najwyższy na aktualizację moich zakupowych poczynań.


   Natura wkracza powoli acz systematycznie do mojej pielęgnacji. Przy okazji postu z recenzją płynu micelarnego Biolaven Organic wspominałam, że będę chciała wypróbować kolejne tego typu produkty. Jak powiedziałam tak zrobiłam i w moje łapy wpadł płyn micelarny Sylveco [13 zł] oraz odżywczy płyn micelarny-tonik Vianek [16 zł]. Ten drugi poszedł już w ruch i muszę stwierdzić, że jest jeszcze lepszy niż poprzednik. Pozostając przy tej linii pokusiłam się też o zamówienie odżywczego kremu pod oczy Vianek [22 zł]. Nie że mój obecnie kończący się krem z Yves Rocher mi w międzyczasie czymś podpadł bo nadal uważam go za kosmetyk świetny ale póki co nie miałam okazji go zamówić a i urozmaicenie w tej dziedzinie lubię. I na koniec żel do mycia twarzy tymiankowy Sylveco [14 zł]. Słyszałam o jego zapachu tyle złego, że aż zechciałam go wypróbować. Niebawem pójdzie w ruch, dam Wam znać jak się sprawdzi ;)



   Niedawno wychwalałam nawilżającą mikrodermabrazję VitaC Infusion Mincer Pharma [16,5 zł], więc gdy dobiłam końca opakowania zdecydowałam się za zakup kolejnego bo jakoś trudno mi sobie wyobrazić moje złuszczanie bez jej obecności. Przy okazji postanowiłam wrócić do peelingu gommage Ziaja Sopot Spa [10,5 zł]. Jak za Ziają nie przepadam tak ten kosmetyk uważam za zdecydowanie wart zakupu. Nie zabrakło też żelu do mycia twarzy Green Pharmacy [8 zł] bo po mojej przygodzie z wariantem aloesowym, wiem, że jest to myjadło które nie powinno zrobić mi krzywdy. Tonik Tołpy [8,4 zł] pokusił mnie obietnicą delikatnego złuszczania przez symboliczną zawartość kwasu w składzie i nie omieszkam go niebawem wypróbować.



Odżywkę bez spłukiwania powinnam kupić już dawno temu ale jakoś nic nie wpadło mi przez ten czas w oko. Aż do momentu, gdy wypatrzyłam takie oto psikadło tj. spray do włosów Dr. Sante Macadamia [10 zł]. Jeszcze nie wiem ile to to warte, trochę boję się oleju kokosowego w składzie ale mimo wszystko jestem dobrej myśli. Elfa Pharm i ich produkty ostatnio mnie nie zawodzą ;) Skorzystałam też z wyprzedaży w Biedronce i przygarnęłam maskę Gliss Kur [4 zł], która po pierwszym użyciu zafundowała mi przyklap stulecia :D


   Zakupy z Biedronki. Ostatnimi czasy zapałałam ogromną sympatią do żeli Dove więc dwa dwupaki [13 zł/ 750 ml + 250 ml] wpadły w moje ręce.



    Mydło. Wiem, że pewnie patrzenie na mydło do rąk nie należy do szczytu Waszych marzeń ale jak ostatnio zauważyłyście barrrdzo chwalę sobie mydła Green Pharmacy. A jako, że ich wariantu marchewkowego nie udało mi się uświadczyć stacjonarnie nigdzie tak przy okazji powyższych poczynań internetowy kliknęłam od razu trzy [2 zł/sztuka]. Nie oparłam się też mydłom dziegciowemu, salicylowemu i lanolinowemu tego samego producenta [3,3 zł/sztuka].


Na koniec cudo, które mam okazję wypróbować dzięki everydayme.pl mianowicie szczoteczka elektryczna Oral B Genius 9000. Na chwilę obecną jestem nią totalnie zachwycona i nie omieszkam na dniach podzielić się z Wami moimi wrażeniami  oraz porównać ją do mojego wcześniejszego egzemplarza czyli Oral B Vitality Sensitve, która była ze mną blisko trzy lata ;)

Tyle.

sobota, 12 listopada 2016

BYŁO - JEST projekt denko #4 listopad 2016

   Zapraszam Was na kolejny, niewielki projekt denko :))

Ulubieniec. Zupełnie nieinwazyjny dla skóry jednocześnie świetnie oczyszczający produkt do mycia twarzy. Jest bardzo tani, wydajny, posiada wygodną pompkę a na dodatek jest produkcji rodzimej. O ile ze względu za zapach najpierw planuję wypróbować wersję szałwiową (która swoją drogą już do mnie leci ;)) tak jeśli kolejny wariant spisze się słabiej do tego z pewnością wrócę.
Jest: ZIAJA ŻEL MICELARNY OGÓREK MIĘTA KWAS PHA
Jest: TOŁPA DERMO ATOPIC LIPIDOWA EMULSJA DO MYCIA TWARZY I CIAŁA

Myślę, że najlepszą recenzją tego produktu jest fakt, że kolejna tuba jest już w drodze do mnie. To świetny drobnoziarnisty peeling o dużej skuteczności, który używany z delikatnością nie robi skórze krzywdy. Dawno nie miałam tak fajnego peelingu. 
Jest: BEAUTY FORMULAS PEELING Z AKTYWNYM WĘGLEM

Było: TOŁPA DERMO FACE ROSACAL ŁAGODZĄCY KONCENTRAT WZMACNIAJĄCY
Miałam napisać mu recenzję, później stwierdziłam, że nie będzie ona zbyt rzetelna bo... nie posiadam skóry naczynkowej. Kupiłam go za ok. 15 zł (cena regularna 45 zł) wychodząc z założenia, że krzywdy mi raczej nie zrobi a urozmaicenie pielęgnacji zazwyczaj wychodzi mi na plus. Jeśli mowa o konsystencji - to produkt lekki, bardziej przypominający lekką emulsję niż typowe serum. Pozostawiał delikatną powłokę na skórze jednak dobrze współpracował nawet z konkretnymi kremami w pielęgnacji wieczornej. Nie podrażniał, nie uczulił, nie spowodował wysypu. Działanie? Pięknie nawilżał skórę, szczególnie moją odwadniającą się strefę T. Nie skuszę się na niego w cenie regularnej, również ze względu na słabą wydajność, ale w cenie w jakiej go kupiłam okazał się być dobrym zakupem a dla mojej skóry kosmetykiem co najmniej przyzwoitym.
Jest: MINCER PHARMA VITAC INFUSION OLEJKOWE SERUM

Niby na noc ale ostatnimi czasy używałam go jako produkt pod makijaż i przy obecnej aurze sprawdzał mi się świetnie. Był lekki ale zbyt lekki. Dobrze nawilżał, trzymał skórę w ryzach przez cały dzień i dobrze współpracował z makijażem. Jednak mimo wszystko bardziej odpowiadał mi wariant na dzień.
Jest: BIOLAVEN ORGANIC KREM DO TWARZY NA DZIEŃ

To nie była miłość od pierwszego użycia jednak jak wspominałam Wam w recenzji zdecydowanie nie żałuję powrotu. Pięknie myje, nie robi krzywdy skórze głowy i (już) nie plącze mi włosów na potęgę. Będziemy do siebie wracać.
Jest: BABYDREAM SZAMPON UŁATWIAJĄCY ROZCZESYWANIE

Gdyby pominąć moje rozczarowanie zapachem (który swoją drogą nie był najgorszy) to na prawdę przyzwoity żel. Gęsty (nie jak Dove ale bez tragedii), śliski (idealny pod golarkę), nieinwazyjny dla mojej kapryśnej skóry. Nie żebym chciała do niego wracać (tyyyyle mamy żeli na rynku) to inne żele tego producenta jeszcze wpadną w moje ręce.
Jest: PALMOLIVE GOURMET CHOCOLATE PASSION
Jest: BEBEAUTY BERRIES PASSION
Jest: DOVE PURELY PAMPERINS SWEET CREAM WITH PEONY

Było: ORACLINIC OCHRONNY PŁYN DO PŁUKANIA JAMY USTNEJ (marka własna Natury)
O jeżu drogi... Co to była za porażka i męczarnia. Wcześniej używałam zielony wariant tego płynu i był całkiem, całkiem... Niebieski za to miał tak obrzydliwy, słodkawy posmak kojarzący mi się ze słodzikiem. Nie odświeżał. Wymęczyłam. Nigdy więcej. Szczególnie, że w cenie regularnej kosztuje tyle co niezastąpiony Listerine na dobrej promocji...
Jest: LISTERINE STAY WHITE  PŁYN DO PŁUKANIA JAMY USTNEJ

Było: LIRENE DERMOPROGRAM STOPY BEZ ZGRUBIEŃ SKARPETY ZŁUSZCZAJĄCE
Wybaczcie brak konkretnej recenzji i zdjęć ale schodząca skóra ze stóp wydaje mi się być na tyle obrzydliwa, że nie warto chwalić się nią światu. A wylinkę mam przednią ;) Użyłam ich ponad tydzień temu, w 4 dniu zaczęłam się łuszczyć. Gdybym miała je porównać do używanych przeze mnie wcześniej to brat bliźniak skarpetek z Purederm, bijący na głowę te z L'Biotica. Osobiście ze skarpetkami złuszczającymi mam taki problem, że nie ruszają u mnie zgrubiałych partii typu pięty a powodują schodzenie naskórka w miejscach, gdzie na dobrą sprawę jest mi to raczej zbędne. Były ok, wracać raczej nie będę.
Było: LIRENE DERMOPROGRAM AKSAMITNE DŁONIE RĘKAWICZKI REGENERUJĄCE
Jeśli Lirene zacznie sprzedawać peeling gommage jaki jest pierwszą częścią zabiegu regeneracyjnego kupię go bez najmniejszego wahania. Po pierwsze dlatego że uwielbiam tego typu peelingi, po drugie - był diabelnie skuteczny mimo swojej delikatności. Wow. Niestety same rękawiczki jakoś tak nie do końca mnie zachwyciły. Nie to, że efekt pielęgnacyjny był mierny - bo był co najmniej dobry - dłonie po użyciu były gładkie i nawilżone a gojące się pęknięcie zniknęło szybko i bezboleśnie. Jednak spowodowały u mnie lekki dyskomfort (prawdopodobnie przez zawartość mocznika). 

Niebawem dla zachowania równowagi pokażę Wam moje nowości ;) Do zobaczenia.

piątek, 11 listopada 2016

O pierwszej i drugiej szansie | BABYDREAM | Szampon do włosów | Szampon do włosów ułatwiający rozczesywanie

   Staram się nie dorabiać ideologi do produktów myjących. Starałam się. Przez bardzo długi czas wystarczało mi, że myły i ładnie pachniały. Później zostałam blogerką. Wyszukiwanie wad i zalet w kosmetykach zaczęłam traktować niejako jako hobby. Dziś o produktach prozaicznych, które goszczą na rynku od dłuższego czasu i które zna chyba każdy. Zapraszam Was na recenzję szamponów Babydream, którymi myję głowę własną (a do wieku niemowlęcego jest mi zdecydowanie daleko).

   Słowem wstępu dodam, że moja skóra głowy często kaprysi potrzebując jednocześnie dobrego oczyszczania i łagodności. A moje włosy plączą się na potęgę niezależnie od stanu ich zdrowia.


BABYDREAM SZAMPON DLA NIEMOWLĄT
   Moje pierwsze podejście to tego szamponu zakończyło się fiaskiem. Gigantycznym. I rzuceniu go w kąt. Działo się to lat temu kilka  i przez ten czas nawet nie patrzyłam w jego stronę mając w pamięci obraz szopy na głowie własnej, której nie mogłam rozczesać przy pomocy odżywek, olejków i cudów z silikonami. Jak mi na głowie powstał (jeden wielki) kołtun tak na niej trwał dopóki włos po włosie go nie rozczesałam. Wierzcie lub nie ale myśl 'obciąć i dać sobie spokój' była pierwszą jaka przyszła mi na myśl. Ot, tyle z gatunku wspomnień.
   Dałam mu szansę przypadkiem. Przypadkiem pokusiła mnie jakaś wielka promocja. Wyszłam z założenia, że nawet jeśli zafunduję sobie powtórkę z rozrywki to biorę to na klatę a szampony (wzięłam kilka :P) zużyję do mycia ciała.
   Nie wiem czy to kwestia stanu moich włosów, techniki ich mycia czy zmiany formuły tego kosmetyku ale... na obecną chwilę nie plącze mi włosów. Ot, one są splątane same z siebie po ich zamoczeniu ale wystarczy pierwsza lepsza odżywka do spłukiwania by rozczesać je bez szarpania. Dodatkowo pięknie włosy zmiękcza. Już w trakcie mycia czuję że są one zdecydowanie przyjemniejsze w dotyku, niczym włosy dziecka. Jest to u mnie szczególnie odczuwalne na końcach. Ten efekt nie utrzymuje się niestety do kolejnego mycia (po paru godzinach włosy wracają do swojego pierwotnego stanu) a jako, że głowę myję wieczorem raczej nie jestem się nim w stanie nacieszyć ale warto o tym wspomnieć. Jak na szampon oparty na lżejszych detergentach świetnie oczyszcza. Jednocześnie jest łagodny i dla włosów i dla skóry głowy.
   Zaskoczyła mnie jego wydajność. Zazwyczaj produkty myjące nakładam hojnie, głowę myję dwa razy i barrrdzo sporadycznie rzadziej niż codziennie. Ta butla wystarczyła mi na trzy tygodnie. Podejrzewam, że dlatego, że jest gęsty i pieni się jak szalony.
   Będę do niego wracać i jest on dla mnie nauczką na przyszłość, że czasem warto dać kosmetykowi drugą szansę.

BABYDREAM SZAMPON DLA NIEMOWLĄT UŁATWIAJĄCY ROZCZESYWANIE
   Obecność tego produktu na rynku utwierdza mnie w przekonaniu, że nie tylko ja borykałam się z problemem rozczesania włosów po jego klasycznej wersji :P Inicjatywę producenta uważam na dobrą bo o ile stary człowiek proces czesania przeboleje tak dziecięce głowy i splątane włosy kojarzą mi się z głośnym wrzaskiem.
   Jeśli mowa o jego formule i wydajności wydaje mi się bliźniaczo podobny do poprzednika. Pieni się jak szalony, piana jest przyjemnie zbita i puchata a sam szampon jest przyjemnie gęsty i nie przelewa się przez palce.
   Nasze początki jednak były trudne. Przez połowę opakowania miałam wrażenie, że ten szampon słabo myje. Skóra głowy była ewidentnie niedomyta, pod palcami miałam wrażenie, że na skórze nadbudowana jest warstewka sebum a włosy wisiały smętnie przy twarzy domagając się kolejnego mycia. Tuż po wyschnięciu. Dawałam mu szansę i gdy w końcu stwierdziłam, że koniec tego dobrego nie dość, że pięknie oczyścił mi skórę głowy to na dodatek nie spowodował przyklapu. I taki stan rzeczy miał się do wykończenia całej butli. Przezornie jednak z otwarciem zapasowego opakowania czekałam do urlopu, żeby nie fundować sobie z nim przygód.
   Czy ten szampon ułatwia rozczesywanie? E tam. Jak dla mnie to produkt, który po prostu włosów nadmiernie nie plącze aczkolwiek sama tak czy inaczej muszę dodatkowo sięgnąć po odżywkę. A patrząc na to jak dobrze sprawdza się u mnie wersja podstawowa w najmniejszym stopniu nie kusi mnie powrót do tego wynalazku.



Jestem ciekawa jakie macie opinie na ich temat :)