poniedziałek, 31 października 2016

Ten węgiel mnie nie grzeje | BEAUTY FORMULAS with Activated Charcoal | oczyszczająca maska glinkowa i peeling

Ten węgiel mnie nie grzeje | BEAUTY FORMULAS with Activated Charcoal | oczyszczająca maska glinkowa i peeling
Węgiel ostatnimi czasy zyskał na popularności. I wcale nie myślę tu o rozpoczynającym się sezonie grzewczym :D Dziś o kosmetykach  Beauty Formulas z tymże składnikiem, które (o ironio) wypadły dosyć blado ;)



   Opakowania to klasyczne, wygodne tubki o pojemności 100 ml (maseczka) i 150 ml (peeling). Za tę przyjemność przyjdzie nam zapłacić ok. 13 zł za sztukę w Naturze.


BEAUTY FORMULAS OCZYSZCZAJĄCA MASKA GLINKOWA Z AKTYWNYM WĘGLEM

   Przyznaję się bez bicia, że po spojrzeniu w skład przy moim pierwszym do niej podejściu zostawiłam ją na sklepowej półce. Nie to, że jest jakiś zatrważająco zły ale obecność alkoholu przy mojej wrażliwej skórze jakoś nie do końca mnie do niej przekonała. Przy drugiej wizycie jednak stwierdziłam, że raz kozie (!) śmierć - bierę.
   Nie będę ukrywać, że spodziewałam się gęstej i czarnej jak smoła mazi. Nic z tych rzeczy. Maska jest niesamowicie kremowa przez co bardzo przyjemna w użytkowaniu (i zmywaniu) i ma lekko szary odcień.
  O ile do samego aspektu jej użytkowania przyczepić się nie mogę tak pod względem działania zdecydowanie nie zachwyca. Jej działanie oczyszczające jest dosyć delikatne, daleko mu do jakiejkolwiek spektakularności. Coś tam robi, delikatnie wygładza, delikatnie oczyszcza, delikatnie matuje ale... od groma takich kosmetyków na rynku już mamy. Miałam też nosa do tego nieszczęsnego alkoholu - o ile noszenie jej na twarzy jest całkiem komfortowe to w momencie aplikacji potrafi delikatnie zapiec.
 


BEAUTY FORMULAS OCZYSZCZAJĄCY PEELING DO TWARZY Z AKTYWNYM WĘGLEM

   Czy jest na sali ktoś, kto pamięta kremy do golenia? Taka perłowa, gęsta maź, która po kontakcie z wodą zaczyna pienić się jak szalona. Gdy zobaczyłam ten produkt to było pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło. Koniec końców okazało się, że owa maź nie pieni się wcale. A baza w postaci gęstego, śliskiego kremu okazała się być trochę upierdliwa jednak spełniająca swoje zadanie - łagodzi działanie drobinek i nadaje im przyjemny poślizg, dzięki czemu cały zabieg w teorii należy do przyjemnych.
   Przyczepię się jednak do drobin. Mają potencjał - są grube, twarde, idealnie wręcz drapiące jednak jest ich... za mało. Stanowczo. I użycie standardowej porcji sprawia, że fundujemy sobie mizianie się po skórze kremem a nie peeling. Trzeba go użyć zdecydowanie zbyt dużo, aby drobiny miały szansę nas złuszczyć co nie dość, że słabo wpływa na wydajność kosmetyku to jeszcze dodatkowo funduje nam długie i upierdliwe domywanie twarzy po.
   Peeling zawiera w składzie parafinę i o ile przy sporadycznym używaniu nie zaobserwowałam pogorszenia stanu mojej skóry (a ta ewidentnie z tym składnikiem się nie lubi) to niestety powłoczka jaka pozostaje na twarzy u mnie nadaje się tylko do gruntowego oczyszczenia żelem.


   Podsumowując - nie rozpaczam i nie mam wrażenia, że wyrzuciłam pieniądze w błoto (w węgiel znaczy). Oba produkty nie należą do wybitnie złych czy robiących mi krzywdę ale... o ile rozumiem moją chęć ich przetestowania (bo człowiek z natury jestem ciekawski) tak na pewno po ich zużyciu (a do najwydajniejszych nie należą) powrotu nie będzie.

niedziela, 30 października 2016

Dla mamy: Lirene Dermoprogram KOMÓRKOWA REGENERACJA 50+

Dla  mamy: Lirene Dermoprogram KOMÓRKOWA REGENERACJA 50+
   Dziś najkrótsza z możliwych recenzji czyli... podsumowanie używania przez moja mamę (blogerki z niej nie będzie ;)) kremu marki Lirene. Parę miesięcy temu ze strony firmy padła propozycja przetestowania ich kosmetyków przez nasze mamy a moja na tę propozycję przystała (i szalenie się ucieszyła!).
   Podejrzewam, że niewiele z Was (chociaż może i mam starszych odbiorców) temat zaciekawi ale przecież sezon świąteczny przed nami a i odrobinę starsze wiekiem kobiety w rodzinie czymś obdarować trzeba ;)



Lirene Dermoprogram KOMÓRKOWA REGENERACJA 50+
wygładzający krem przeciwzmarszczkowy

Moja mama jest posiadaczką cery bardzo suchej.

* krem ten posiada szalenie przyjemną, bogatą formułę pozostawiając na skórze konkretną ale nie lepiąca się warstewkę

* w czasie aplikacji zdarza mu się delikatnie mazać

* ma dosyć intensywny ale niedrażniący mydlano-kwiatowy zapach

* nie podrażnia, nie uczula, nie pozostawia uczucia dyskomfortu

* jest wydajny

*  kosztuje niespełna 30 zł za 50 ml co jest dobrą ceną jak za krem tej jakości

* jest uniwersalny: do użytku na dzień i na noc

* całkiem nieźle nawilża i wygładza, uczucia napięcia nie zaobserwowano 




Dziękuję, dobranoc ;))

wtorek, 25 października 2016

Pielęgnacja w Vianku ;) | VIANEK | Nawilżający krem do stóp | Kojący balsam do ciała

Pielęgnacja w Vianku ;) | VIANEK | Nawilżający krem do stóp | Kojący balsam do ciała
   Moja pierwsza przygoda z marką Vianek była... mocno nieudana. Ich peeling-maseczka (klik) z linii odżywiającej okazała się być totalnym nieporozumieniem. Wspominałam jednak że człowiek jestem uparty i nie planuję się do firmy zniechęcać po jednej wpadce. Nie ukrywam, że w dużej mierze była to zasługa Joyboxa, który co edycję coś ciekawego z ich oferty dorzuca nam do pudeł ;)


VIANEK NAWILŻAJĄCY KREM DO STÓP (16 zł/75 ml)

   To moje pierwsze (i mam nieodparte wrażenie, że ostatnie) podejście do naturalnego kosmetyku dedykowanemu pielęgnacji stóp. Obietnice producenta są spore. Oprócz nawilżania krem stosowany systematycznie ma za zadanie zregenerować silnie przesuszoną i szorstką skórę (ot, moja) oraz zapewnić komfort i ochronę przed rogowaceniem.

   Pierwszą rzeczą do której się przyczepię to konsystencja. Przywykłam (i lubię) kremy konkretniejsze, ten jest lekki, lejący jednocześnie nie wchłania się szybko pozostawiając na skórze dziwnie śliską powłoczkę (uwaga na kafelki, raz niemal przez niego nie wywinęłam orła). Jednak lekka formuła ma wpływ na jego wydajność - potrzeba go niewiele a ja mimo, że stosowałam go od miesiąca codziennie dobiłam do połowy opakowania. Od otwarcia ważny jest miesiące trzy. Ma neutralny zapach.

   Jeśli mowa o działaniu jest niestety słabo. Używany systematycznie lekko i doraźnie stopy nawilża (ale daleko mu do jakiejkolwiek spektakularności) przy czym zupełnie nie radzi sobie ze zgrubieniami - dobre (zdaniem moim) kremy widocznie je zmiękczają, ten w tym temacie nie robi nic.
   Wiem, że w wielu oczach uratuje go przyjemny skład ja jednak wychodzę z założenia, że kosmetyk ma przede wszystkim działać (i nie szkodzić), naturalny skład do wartościowego produktu jest dla mnie miłym dodatkiem a nie kwestią kluczową. Podsumowując - nie polecam.



VIANEK KOJĄCY BALSAM DO CIAŁA (28 zł/300 ml)

   Uhhhh... w końcu będę chwalić! Skóra mojego ciała jest sucha, w sezonie grzewczym nawet bardzo. Znalezienie balsamu, który faktycznie będzie działał jest u mnie nie lada wyzwaniem tym bardziej cieszę się, że Vianek stanął na wysokości zdania.

   Balsam należy do tych lżejszych, jednak nie jest jak na moje potrzeby zbyt lekki. Ma jednak jedną upierdliwą właściwość - w momencie aplikacji całkiem widocznie maże się po skórze. Z tego też względu polecam aplikować go bezpośrednio po kąpieli na jeszcze lekko wilgotną skórę (zanim skończycie smarować górną partię ciała dolna się wchłonie i na odwrót). Pozostawia na skórze bardzo delikatną powłoczkę jednak śmiało po jego użyciu można wskoczyć w odzież nie bojąc się o plamy.

   Ważną kwestią jest też zapach. O ile w przypadku kremu do stóp nie jest on wyczuwalny tak w przypadku tego produktu mam wrażenie, że producentowi substancji zapachowej dodało się aż nad to. Pierwsze użycia nie należały do najprzyjemniejszych - zapach w momencie nakładania go na skórę drażnił mnie bardzo, później do niego przywykłam. Zagadką jest dla mnie fakt, że ten kosmetyk nałożony na skórę pachnie sympatycznym połączeniem lawendy i jeżyny (?) tak w chwili aplikacji drażni(ł) mnie niesamowicie wydobywając z siebie obcą mi, irytującą nutę jakiegoś zielska. Ale przywykłam. Na szczęście.

   Jeśli mowa o działaniu pielęgnacyjnym jest... przyzwoicie. Producent określa go mianem 'balsamu codziennego' i wydaje mi się że tą nazwą pięknie wstrzelił się w jego dobre chociaż nie spektakularne właściwości. Jest to produkt, który dobrze nawilża, zmiękcza i wygładza skórę jednak nie zadziała cudów z suchymi partiami typu łokcie (ale u mnie mało co sobie w tym temacie radzi, więc wybaczam).

   Zwrócę też na wyrażenie 'kojący', które znalazło się z nazwie tego smarowidło. Jako, że oprócz suchości mam też problem z nadwrażliwością skóry (głównie po depilacji) potwierdzam, że to to koi. Po jego użyciu nic nie mnie piecze i nie szczypie a nawet jeśli coś mnie piekło i szczypało (przed) to szybko przestaje.
 
   Podsumowując - w końcu jestem na tak. Nie omieszkam przetestować innych ich balsamów tego producenta a i do tego chętnie wrócę w sezonie letnim (ze względu na komfort po depilacji jaki zapewnia). Cenowo może szału nie ma (chociaż od czego są promocje) jednak nadrabia wydajnością, przez ponad miesiąc zużyłam 2/3 opakowania co uważam za dobry wynik.



Znacie? :)

 

poniedziałek, 24 października 2016

Świetny krem pod oczy! | YVES ROCHER | ANTI-AGE GLOBAL Krem pod oczy

Świetny krem pod oczy! | YVES ROCHER | ANTI-AGE GLOBAL Krem pod oczy
   Nawet wybudzona w środku nocy jestem w stanie wyrecytować przynajmniej pięć kremów do twarzy wartych polecenia. Z kremami pod oczy miałabym problem. Spory. Używałam ich w swoim życiu całkiem sporo (ze względu na cienką, suchą i skłonną do zmarszczek skórę w tych okolicach) a mimo szczerych chęci do tej pory znalazłam wyłącznie dwa, które w dłużej perspektywie czasu uważam za warte zainteresowania (oba marek rodzimych: AA oraz Tołpy). Dziś o kolejnym odkryciu, które powaliło mnie na kolana od pierwszego użycia!


   Krem ten posiada standardową pojemność 15 ml i w cenie regularnej kosztuje... 115 zł. Aczkolwiek warto zwrócić uwagę na fakt, że kupowanie produktów Yves Rocher w cenach regularnych jest totalnym absurdem. Ja swój przygarnęłam jako bezpłatny prezent do zamówienia jednak nietrudno upolować go w promocji za 1/3 ceny regularnej i o ile jestem osobą, która nie czuje potrzeby inwestowania milionów monet w kosmetyki tak w tym przypadku cena wydaje mi się być niewygórowana jak na jakość kosmetyku, jaki otrzymujemy.


    Opakowanie to klasyczna tubka z... nieklasycznym zakończeniem. Krem posiada metalowe 'żelazko' dzięki któremu możemy zafundować sobie przyjemny masaż skóry wokół oczu i jednocześnie przyjemne chłodzenie (przydatne szczególnie rano i dla osób borykających się z problem podpuchniętych oczu).

   Konsystencja kremu w stu procentach wpisuje się w moje osobiste preferencje. Jest on przyjemnie treściwy (nie tłusty!), bogaty i jedwabisty w swojej formule. Bezpośrednio po nałożeniu czuć go na skórze - dzięki czemu możemy skorzystać z metalowej końcówki nie naciągając skóry, jednak po chwili wchłania się pozostawiając po sobie niezwykle komfortową matową warstewkę. Nałożony nawet w większej ilości nie roluje, nadaje się pod makijaż świetnie współpracują z korektorem jednocześnie nie zmniejszając jego żywotności.

   Jeśli mowa o właściwościach pielęgnujących nie mam mu zupełnie nic do zarzucenia. Rewelacyjnie nawilża, pięknie odżywia i lekko napina skórę. Na cały dzień/noc. Dodatkowo dla moich problematycznych oczu jest zupełnie neutralny - nie powoduje pieczenia, nie podrażnia.

   Nie wiem jak sprawdzi się w przypadku skóry dojrzałej jednak kobiety w okolicy trzydziestki mogą śmiało po niego sięgnąć i wypróbować go na sobie. Ja jestem z niego szalenie zadowolona. Nie zmienia to jednak faktu, że o ile chętnie przygarnę kolejną tubę tak pewnie nie zakończę na nim poszukiwań mojego kremu idealnego :)



Miałyście okazję go poznać?

niedziela, 23 października 2016

PORZĄDEK W KOLORÓWCE | mini-recenzje, wyrzutki i zbiór po czystce

PORZĄDEK W KOLORÓWCE | mini-recenzje, wyrzutki i zbiór po czystce
  Bardzo długo się do tego zbieram. Nie, nie do tego posta bo ten wydaje mi się być dobrą okazją na podsumowanie i przybliżenie Wam moich upodobań dotyczących kosmetyków kolorowych. Zbierałam się do odświeżenia mojego zbioru i pozbycia się zbędnych jego elementów. Część poleci w dobre ręce, część zaliczy bez większego żalu śmietnik z powodów różnych. Pokażę Wam też jak na obecną chwilę wygląda mój stan posiadania :)


Zaczniemy od kosmetyków które się u mnie nie sprawdziły a konkretnie tych, które niebawem wydam w dobre ręce bo nie spisałam ich jeszcze na straty i a nuż u kogoś zyskają nowe życie...


 TWARZ:
Krem BB Under 20 nie sprawdza się u mnie zupełnie. Bardzo polubiłam jego jasny kolor jednak nie dość, że obietnica matowienia skóry jest tu tylko obietnicą to na dodatek podobnie jak poprzednia wersja zupełnie nie chce się trzymać mojej skóry i najmniejsze jej dotknięcie sprawia, że kosmetyk zostaje na dłoni i czy telefonie. Krem CC Delia sprawdza się lepiej jednak ze względu na mikre krycie używałam go tylko latem a trzymanie go do kolejnego raczej mija się z celem. Podkład w sztyfcie Maybelline Fit Me dobija mnie swoją silikonową formułą i kryciem, przy każdym użyciu miałam wrażenie, że używam gęstą i treściwą bazę w lekko różowym kolorze a nie podkład. I zużyty do połowy Fixer Bielendy, który mojego makijażu nie utrwalał wcale. Rozświetlacz KOBO wychodzi ode mnie z czystym mym sumieniem bo znalazłam w końcu coś w tej kategorii co sprawdza się u mnie genialnie a ten leży i się kurzy.
 OCZY:
Tu produktów na szczęście niewiele: baza pod cienie Wibo nie spełnia u mnie swojej funkcji czyli nie przedłuża trwałości cieni a cienie Catrice jednak nie do końca odpowiadają mi pod względem kolorystycznym i sięgam po nie rzadko.
 USTA:
Nie jestem za oddawaniem kosmetyków do ust innym ze względów wiadomych (co zobaczycie w kolejnej części) jednak konturówki akurat należą do higienicznych ze względu na możliwość ich zatemperowania i odkażenia alkoholem. Pozbywam się dwóch - Essence i SMGM. Nie dlatego że są złe, bo to naprawdę świetne produkty w niewygórowanej cenie jednak... ich nie używam.

Tutaj kosmetyki, które lądują w koszu:


Wiecie w czym jest największy problem? Ja praktycznie nie maluję ust!


Trzy ładne czerwienie. Pierwsza, matowa Eveline niestety nie zachwyca jakością. Jest mało kryjąca, nakłada się nierównomiernie, brzydko schodzi z ust. Druga, czyli popularna matowa pomadka Wibo to świetny kosmetyk jednak nie mają w swojej gamie odcienia dla mnie. I znowu Wibo, tym razem w wersji kremowej. Jakościowo jest ok ale w swojej ofercie (znowu) nie mają koloru dla mnie więc raczej nie kuszę się na zakup.


Klasyczne pomadki Smart Girl Get More. Świetne pod względem jakości, świetne pod względem kolorów ale (mam trzy) na ustach wyglądają praktycznie identycznie. Wybrałam najładniejszy moim zdaniem odcień, pozostałych postanowiłam się pozbyć bo ich przekładanie z miejsca na miejsce jest głupiego robotą.


Błyszczyki Debby i JOKO były przyjemne jednak po błyszczyki sięgam latem i nie widzę sensu by u mnie zimowy i kumulowały w sobie bakterie.


Cienie w paletce Inglota to głównie KOBO (kółka). Dobre jakościowo, piękne pod względem odcieni jednak stare jak świat. Kwadrat to akurat beznadziejny Inglot. Suchy, pylący, ponoć idealny jako zamiennik rozświetlacza do twarzy. No nie. Wychodzi też stary cień/korektor mineralny Lily Lolo (który akurat sprawdzał się u mnie świetnie ale nie zdążę go zużyć w terminie) i cień Revolution, który był piękny ale... sypki. Nie lubię sypkich cieni.


Nie wierzcie zdjęciom w internecie. Korektor Wet n Wild (chyba najjaśniejszy) był dla mnie za ciemny także latem, gdy zaprzyjaźniłam się z produktami brązującymi. Nakładałam go sporadycznie pod podkład na niedoskonałości jednak sucha formuła to nie jest coś, co w korektorach lubię.

Tyle wyszło. Na chwilę obecną wygląda to tak:


Zoom na oczy:


Podkłady:

Ingrid w farfoclach po przetarciu chusteczką

I zapasy:



Wnioski:
* częściej sprzątać
* nie kupować produktów do ust!!!
* a te, które dostanę oddawać w dobre ręce przed użyciem.

Całą kolorówkę zaprezentuję Wam przy okazji corocznych, noworocznych podsumowań mojego zbioru. To już niedługo stwierdzam ze smutkiem ;))


sobota, 22 października 2016

BYŁO - JEST projekt denko #2 październik 2016

BYŁO - JEST projekt denko #2 październik 2016
W ramach sobotnich porządków pora rozliczyć się z kolejną porcją śmieci. Ciekawych zużyć - zapraszam :)

Było: ISANA SZAMPON 5% UREA
Przyzwoity ale nie wybitny. Szampon dedykowany przesuszonej skórze głowy. Moja zareagowała na niego przyjemnym uczuciem komfortu po umyciu. Dla przesuszonych włosów również był bardzo łaskawy ale... nie do końca dobrze je mył. Myślę, że sprawdził by się używany zamiennie z czymś mocniej oczyszczającym. Był bardzo niewydajny. Mimo wszystko myślę, że w chwili kryzysu skóry głowy jeszcze po niego sięgnę.
Jest: SZAMPON BABYDREAM

Było: MASKA DO WŁOSÓW KALLOS KOLOR
Nie doczekała się recenzji ale nic straconego, na pewno prędzej czy później przygarnę kolejne opakowanie. Była gęsta, dobrze nawilżała i ułatwiała rozczesywanie włosów. Jedyne o czego mogę się przyczepić to niezbyt przyjemny zapach i podejrzanie słaba wydajność (ale częścią się podzieliłam).
Jest: MATRIX TOTAL RESULTS ODŻYWKA HIGH AMPLIFY
Jest: EMULSJA ZAKWASZAJĄCA STAPIZ

Było: NACOMI SHINY SKIN LUKSUSOWY OLEJEK ZE ZŁOTYMI DROBINKAMI
Tu jest jakby luksusowo. Olejek zużyłam zupełnie niezgodnie z jego przeznaczeniem, bo do włosów. Nałożony na włosy wilgotne lub w połączeniu z maską dawał znośne rezulaty jednak pierwszy lepszy kuchenny olej zachowuje się u mnie tak samo. Do ciała odpadał ze względu na ogrom drobin (nie lubię) i podejrzanie konkretną konsystecję - nawet użyty na mokre ciało dawał wrażenie obciążenia i oblepienia skóry.
Jest: VIANEK ODŻYWCZY OLEJEK O WŁOSÓW

Było: KOJĄCY OLEJEK DO MYCIA TWARZY MINCER PHARMA
Skuteczny i delikatny. Idealny i do demakijażu i porannego oczyszczania twarzy. Minus? Opakowanie a raczej etykieta która po paru użyciach wyglądała tak okropnie, ze się jej pozbyłam. Plus? Nie powodował uczucia piachu pod powiekami co jest moją bolączką w przypadku olejków myjących. Jak znów zapragnę tego typu kosmetyku kupię bez najmniejszego wahania.
Jest: MLECZKO DO DEMAKIJAŻU BE ORGANIC
Jest: PŁYN MICELARNY GARNIER

Było: ZIAJA TONIK OGÓREK
Nie polubiliśmy się i wyrzucę z ulgą to opakowanie.
Jest: TONIK HIBISKUSOWY SYLVECO
Jest: TONIK RIVAL DE LOOP

Było: PEELINGUJĄCY ŻEL ISANA
Przyjemy zapach, miziające ciało drobinki i brak wysuszania - aż szkoda, że to limitka.
Było: ŻEL POD PRYSZNIC YVES ROCHER CULTURE BIO ALOES
Po kilku podejściach mycia nim ciała skończył (się błyskawicznie) jako płyn do kąpieli. Rozcieńczony w dużej ilości wody nie przesuszał mi skóry a i zyskiwał na zapachu. Nie zmienia to jednak faktu że powrót wykluczam.
Było: MYDŁO MIODOWE BANIA AGAFII
Gonił mnie termin przydatności, więc w ostatnich dniach skupiłam się na jego (z)używaniu. Myło, nie przesuszało, pieniło się jak szalone ale zapach był tak mdły i nijaki że używanie było katorgą. Używałam go również sporadycznie do zmywania oleju z włosów.
Jest: ŻEL PALMOLIVE GOUTRMET VANILLA PLEASURE
Jest: ŻEL COCO BAHAMA CIEN
Jest: ŻEL ISANA WANILIA KARMEL
Jest: ŻEL YVES ROCHER JARDINS DU MONDE GRANAT Z HISZPANII

Było: PŁYN DO KĄPIEL BE BEAUTY MALINOWA PANNACOTA
Jakość świetna, zapach koszmarny. Używałam go do kąpieli gdy miałam katar :P po za tym do mycia łazienki czy prania ręcznego.
Jest: PŁYN DO KĄPIEL BE BEAUTY WANILIOWE PRALINKI

Było: MYDŁO RÓŻANE ALTERRA
Nie lubię. Wiem, ze cieszą się sporą sympatią ale moje dłonie przesuszają. Dodatkowo połowa kostki ląduje w koszu bo mimo, że nie leżą w wodzie tak wiecznie robią się rozmoknięte i obślizłe.
Jest: MYDŁO RÓŻANE GREEN PHARMACY

Było: KREM DO DEPILACJI BIELENDA CUKROWY
Świetny. Łagodny i skuteczny. Zastąpię nim wersję aloesową która po latach używania zaczęła mi robić kuku.
Jest: KREM DO DEPILACJI BIELENDA ALOES

Było: PŁYN DO PŁUKANIA JAMY USTNEJ ORACLINIC
Jak na płyn z alkoholem był bardzo delikatny. Robił swoją robotę, pozostawiał w ustach smak podobny do zielonych Orbitek. Kupiłam go w dwupaku za dychę (marka własna Natury) i za tę cenę nie mam się do czego przyczepić. Nie zmienia to jednak faktu, że w cenie regularnej (10zł) wolę kupić coś innego.
Jest: PŁYN DO PŁUKANIA JAMY USTNEJ ORACLINIC

Było: LOTION DO DŁONI CUCCIO
Przyzwoity produkt nawilżający dla niewymagających dłoni. Ładnie pachniał i szybko się wchłaniał. Miał dobry skład. Jednak brak dostępność 'ludzkiej' pojemności i problem z dostępnością raczej skreślają go z listy moich zakupów.
Jest: KREM DO RĄK OILLAN
Jest: KREM DO RĄK ESOTIQ NATURAL

Było: BIELENDA CARBO DETOX OCZYSZCZAJĄCA MASKA WĘGLOWA
Nic mi nie urwała. Spodziewałam się samaniewiemczego a dostałam zwykłą aż do bólu maskę o przeciętnych właściwościach oczyszczających. Raczej jestem na nie ale może kiedyś pokuszę się o przetestowanie pozostałych wariantów.
Było: MARION MASECZKA DO TWARZY AWOKADO
Plus za ładne opakowanie. Minus za miernie działanie.
Było: CHUSTECZKI DO HIGIENY INTYMNEJ CLEANIC
Niby 'super comfort'. Niby. Potrafiły spowodować dyskomfort co wyklucza u mnie ponowny zakup.

Tyle. Znacie, lubicie?



czwartek, 20 października 2016

IWOSTIN SOLECRIN SPF 50+ | Krem żel- do twarzy | Dla skóry wrażliwej, normalnej i mieszanej

IWOSTIN SOLECRIN SPF 50+ | Krem żel- do twarzy | Dla skóry wrażliwej, normalnej i mieszanej
   Znalezienie dobrego kremu z wysokim filtrem przeciwsłonecznym to nie lada wyzwanie. Dziś o produkcie marki Iwostin, który odkryłam po pozytywnej opinii jednej z blogerek. Niestety, jak to w życiu bywa - co pasuje jednemu dla drugiego może być małym koszmarem i tak też jest w tym przypadku.


Krem ma standardową pojemność 50 ml. Do dostania w aptekach za około 40 zł. Opakowanie to klasyczna tubka + zafoliowany kartonik.



 

   Zielonego pojęcia nie mam o czym myślał producent nazywając ten kosmetyk kremem-żelem. Z żelową formułą nie mam on absolutnie nic wspólnego. Jest to krem. Bardzo gęsty i ciężki krem. Nałożony na skórę twarzy w ilości niewielkiej pozostawia na niej konkretną tłustą i obciążającą warstwę jednocześnie robiąc coś czego szczerze nienawidzę - bieli. Po odczekaniu kilku minut delikatnie się wchłania i gubi się gdzieś ta cała biała powłoka ale... nie widzę możliwości zaaplikowania go w przepisowej ilości, która zapewniłaby podaną na opakowaniu ochronę przeciwsłoneczną. Dokładanie drugiej warstwy skutkuje pięknym rolowaniem się, na raz nałożyć się go w większej ilości praktycznie nie da bo funduję sobie efekt tłustej i oblepionej skóry. Dramat.

   Jeśli mowa o nakładaniu go w ilościach symbolicznych pod makijaż szału nie ma. Podkłady źle na nim leżą, aplikacja sprawdzonych kosmetyków jest utrudniona a skóra nawet dobrze zmatowiona bo dwóch godzinach świeci się gorzej iż po całym dniu z innym kremem pod spodem.

    Nie mogę się jednak przyczepić do właściwości ochronnych. Gdy już pominę aspekt wizualny i zignoruję fakt, że wyglądam jak wyglądam ten produkt faktycznie chroni przed słońcem. Dodatkowo nie powoduje u mnie łzawienia oczu co niestety jest moją bolączką w przypadku kosmetyków z wysokim filtrem. Używany u mnie systematycznie (na upartego, musicie mi uwierzyć) nie powodował u mnie powstawania niedoskonałości.

   Brak mu jednak właściwości typowych dla kremów pielęgnacyjnych. Nie nawilża co w przypadku mojej odwadniającej się skóry jest problemem i aż prosi się by nałożyć pod niego jakieś serum. Jednak tu też pojawia się problem i brak współpracy z innymi kosmetykami. O dziwo - jedynym kosmetykiem, który dał sobie z nim radę był krem-żel zwężający pory Under 20 jednak to nadal produkt typowo wygładzający a nie nawilżający/odżywczy.

   Podsumowując - klapa. Chociaż nie do końca. To typowy krem z filtrem 'na urlop', gdzie leżąc na plaży plackiem albo szalejąc na stoku możecie olać to, że twarz wygląda średnio licząc na dobry efekt ochronny. Jednak jeśli szukacie filtru na dzień, pod makijaż omijajcie go szerokim łukiem.



środa, 19 października 2016

Jaram się - czyli o kolejnej fajnej edycji Joyboxa ;) | JOYBOX Jesienna pielęgnacja | Październik 2016

Jaram się - czyli o kolejnej fajnej edycji Joyboxa ;) | JOYBOX Jesienna pielęgnacja | Październik 2016
   Cześć dziś zapraszam Was na prezentację kolejnego pudełka Joybox. Obecna edycja pojawiła się pod hasłem 'Jesiennie pielęgnacja', kosztuje 49 zł (z kosztem przesyłki) a kupić możecie ją standardowo na stronie Joy.

   Jeśli śledzicie mojego bloga, wiecie, że na poprzednią edycję trochę narzekałam. Tę będę chwalić. Bardzo podoba mi się dobór zaproponowanych kosmetyków więc tym razem nie pojawi się podział na tak i na nie - bo wszystko jest na tak ;)

   W tym miesiącu w ofercie podstawowej pudełka znalazły się cztery kosmetyki (które znacznie przewyższyły cenę, jaką musimy za nie zapłacić) i jedna dodatkowa grupa z dwoma kosmetykami do wyboru.


Do dzieła:


VIANEK ODŻYWCZY OLEJEK DO KAŻDEGO RODZAJU WŁOSÓW (20,99 zł)
VIANEK NORMALIZUJĄCY TONIK-WCIERKA DO SKÓRY GŁOWY (18,99 zł)
Szalenie cieszę się, że będę miała okazje przetestować kolejne dzieci Vianka. Ba, olejek poszedł już w ruch (pudełko otrzymałam wczoraj) i muszę przyznać, że oprócz aromaterapii (pachnie genialnie! po powąchaniu go zamówiłam sobie jeszcze micel z tej serii... :D) zafundował mi mocne wygładzenie i dociążenie włosów. Zapowiada się na prawdę ciekawie jednak odrobinę boję się jego ogromnej jak na tego typu kosmetyk pojemności - 200 ml i zaledwie trzech miesięcy jakie producent daje nam na zużycie. Aczkolwiek, może będzie to motywacją do systematycznego używania ;)
Tonik-wcierka jeszcze poczeka na swoją premierę bo obecnie stosuję wodę brzozową więc nie chcę dublować kosmetyków ale doczeka się premiery niezwłocznie. Plus dla Joya - oba kosmetyki mają termin do 2018 roku. Raj dla kosmetycznych zbieraczy.



LASHVOLUTION SERUM POBUDZAJĄCE WZROST RZĘS (79 zł)
Kosmetyk, który zmotywował wiele kobiet do zakupu ;) Ja mam z nim lekki problem. Bo i ile jego obecność w pudełku wydaje mi się trafiona nie jest to produkt dla mnie. Nie to że nie chciałabym mieć długich i gęstych rzęs - bo bym chciała. Ale mam odwieczny problem z okolicą oczu i dwa podobne kosmetyki (RealLash, Bandi) przyniosły mi więcej szkody niż pożytku :/ Szukam dla niego dobrego domu, jak nikogo chętnego nie znajdę myślę, że pojawi się małe rozdanie.



KRYSZTAŁKI DO KĄPIELI KNEIPP (4.99 zł)
My już się znamy :) Mam ból tyłka, gdy przychodzi mi wydawać 5 zł 'na raz' więc w przypadku producenta raczej skłaniam się ku ich płynom do kąpieli ale... zużyję z przyjemnością.


BIELENDA SKARPETY EKSFOLIUJĄCE (9 zł)
O tym, że ten produkt wydawał mi się być interesujący świadczyć może fakt, że zdążyłam go kupić sama chwilę po premierze i wrzucić do pudła z zapasami by poczekały do jesieni (to chyba już!) ;)))
Nie narzekam na dubel bo to pierwszy z dwóch kosmetyków do wyboru, dodatkowo lubię co jakiś czas takich skarpetek użyć i nadmiar mi nie wadzi absolutnie.


VIPERA PUDER ROZŚWIETLAJĄCY (28.99 zł)
Nie wiecie jak uśmiechnęłam się gdy zobaczyłam go w zapowiedziach. Poprzednie opakowanie zawierało puszek w panterkę (:D) a używałam go jakieś 10 lat temu za moich licealnych czasów! Pamiętam, że bardzo go lubiłam i zużyłam kilka opakowań tegoż pudru. Chętnie do niego wrócę :)



MINCER PHARMA VITA C INFUSION SERUM (65 zł)
Co ja tutaj robię? A raczej: Co on tutaj robi? Nie pojawił się w zapowiedziach za to pojawił się w moim pudle. Produkt na który czaiłam się dłuuugo jednak przerażała mnie trochę jego cena. Potem doczytałam (brawo ja!) że to serum na bozie olei i trochę mi przeszło bo pielęgnacja olejowa skóry służy mi średnio. Gdy porzuciłam plany by go mieć - to go mam. Przyznam szczerze, że po zapoznaniu się z informacjami z opakowania (że ta konkretna, stabilna postać wit.C rozpuszczalna jest wyłącznie w olejach) patrzę na niego łaskawszym okiem. A jako, że niestety  w tym sezonie nie dane mi będzie poszaleć z kwasami (bo moja skóra się buntuje) myślę, że duże stężenie witaminy C da mi poczucie corocznego, sezonowego dopieszczenia skóry i (przede wszystkim) dobre efekty.

Skusiłyście się na to pudełko? :)

poniedziałek, 17 października 2016

BIOLAVEN ORGANIC | Płyn micelarny | olej z pestek winogron i olejek lawendowy

BIOLAVEN ORGANIC | Płyn micelarny | olej z pestek winogron i olejek lawendowy
   Nigdy nie czułam potrzeby 'inwestowania' pieniędzy w produkty do demakijażu. Bo o ile zgadzam się z powszechnym przekonaniem, że demakijaż i oczyszczanie skóry są jednym z fundamentów jej pielęgnacji tak wychodząc z założenia, że wszelakie produkty oczyszczające mają z naszą skórą kontakt na tyle krótki, że lepiej sięgnąć po lepszy krem niż ładować nawet głupią piątkę więcej w micel. Z tego też względu kosmetyki naturalne z tej dziedziny omijałam raczej szerokim łukiem. Jednak micel Biolaven nie tak dawno temu pojawił się w pudełku Joybox więc same rozumiecie, musiałam spróbować co to za cudo ;)


   Pojemność tego płynu to 200 ml (producent nie oferuje większej butli nad czym zawsze w przypadku płynów micelarnych ubolewam) i kosztuje około 15 zł. Butelka jest estetyczna jednak nie zawsze udaje mi się ją otworzyć za pierwszym podejściem co lekko mnie irytuje. Nie irytuje mnie za to szata graficzna - wszystkie produkty z rodziny Sylveco prezentują się świetnie.

   Pierwszą rzeczą na jaką warto zwrócić uwagę to zapach tego płynu. Nie wiem czemu producenci w kosmetykach do twarzy fundują nam tak intensywne wonie. Płyn ten nie pachnie źle (mieszanka lawendy i winogrona) jednak ze względu na swoją intensywność zapach na dłuższą metę może być irytujący i przytłaczający. Drugą kwestią jest konsystencja tego cuda - niby płynna ale jest on zdecydowanie bogatszy w swojej formule niż typowe micele i zawartość olei jest w nim wyczuwalna. Aczkolwiek zdecydowanie nie pozostawia na skórze filmu jak i się nie lepi. Ot, jest odrobinę konkretniejszy.

   Właściwości oczyszczające są na poziomie miernym. O ile poradzi sobie ze zmyciem lekkiego podkładu czy jasnych cieni tak zmywanie nim produktów długotrwałych, gęstych, o tuszu do rzęs (niewodoodpornym) nie wspominając już upierdliwe i czasochłonne.

   A jednak się z nim polubiłam. Dlaczego? O ile z demakijażem sobie nie radzi tak okazał się być świetnym kosmetykiem w porannym oczyszczaniu. Przecieram nim twarz zamiast standardowego mycia produktem z wodą. I tutaj się do niego  nie przyczepię - z delikatnym oczyszczeniem skóry po nocy radzi sobie dobrze. Jednocześnie pięknie koi i odświeża skórę zapewniając jej uczucie komfortu i nawilżania. A świdrujący nos zapach całkiem nieźle budzi mnie do życia o nieludzkich godzinach.

   Nie zauważyłam żadnych negatywnych skutków w czasie jego używania - wysypu, podrażnień czy zaczerwienienia. Jest to dla mnie szczególnie ważne bo moja skóra (szczególnie okolic oczu) w ostatnim czasie niesamowicie kaprysi i reaguje nadwrażliwością.

   Koniec końców chętnie do niego w przyszłości wrócę ale do stosowania właśnie jako produkt-alternatywę do żeli do mycia twarzy niż jako typowy micel. Wcześniej jednak pewnie wypróbuję płyny Vianka i Sylveco - ot, dla porównania ;)

 


niedziela, 16 października 2016

Mincer Pharma | Vita C Infusion | Nawilżająca mikrodermabrazja NR 612

Mincer Pharma | Vita C Infusion | Nawilżająca mikrodermabrazja NR 612
Oferta Mincer Pharma wzbudza moje zainteresowanie już od jakiegoś czasu. Powoli chociaż systematycznie zaopatruję się w ich kosmetyki, które sprawdzają się u mnie raz lepiej, raz gorzej. Dziś o produkcie z najnowszej linii producenta czyli Vita C Infusion a konkretnie o ich nawilżającej mikrodermabrazji.



   Swój egzemplarz kupiłam w Rossmannie, przed podwyżką, za 20 zł. Na chwilę obecną i w R. i na stronie producenta należy za niego zapłacić 30 zł. Jednak jeśli po przeczytaniu recenzji poczujecie się nim zaciekawione dodam, że na allegro czy ezebra.pl można go dorwać zdecydowanie taniej. Pojemność to 75 ml.


    Peeling zapakowany jest w standardową, wygodną tubkę oraz kartonik, na którym znajdziemy wszystkie ważne dla użytkownika informacje.


   Produkt ten zawiera ogrom drobinek, są one niewielkie, praktycznie niewyczuwalne pod palcami jednocześnie bardzo ostre. Baza w postaci średnio-gęstego żelu łagodzi jednak uczucie drapania na skórze. Łagodzi na tyle, że trzeba z tym peelingiem uważać bo wrażenie 'on nic nie robi' jest złudne i może prowadzić do podrażnienia skóry przy zbyt mocnym lub długim masowaniu.

   Producent zachęca nas do stosowania go jako 'orzeźwiający element porannej toalety'. Nie do końca się z tym zgodzę. O ile sam zapach (słodkie cytrusy, ale nienachalne) faktycznie dobrze wpisuje się w klimat poranka tak peeling jest dla mnie na tyle mocny, że wystarczy chwila nieuwagi by skóra była lekko zaczerwieniona.

   Właściwości złuszczające są przednie. Skóra jest gładka jak pupa niemowlaka. Jednocześnie o ile nie zauważyłam różnic w jej kolorycie to po jego użyciu wygląda po prostu lepiej. Ale zastrzegam - wyczucie przede wszystkim. Mikrodermabrazja ma nam nawilżać skórę i o ile trudno jest mi stwierdzić, że zastąpi krem tak formuła bazy faktycznie pozostawia na skórze spory komfort.

   Dodam jeszcze, że nie polecałabym tego peelingu osobom z większymi problemami skórnymi - dużymi niedoskonałościami czy wszelkimi rankami na skórze. Po pierwsze jest to produkt z drobinkami a w tym przypadku zdecydowanie lepiej sięgnąć po produkty enzymatyczne a po drugie - potrafi zapiec.

    Podsumowując - u mnie sprawdza się świetnie aczkolwiek początkowo musiałam nauczyć się z nim obchodzić z należytą delikatnością. Myślę, że będzie to świetny produkt na posiadaczek 'grubych' skór tj. tłustej, mieszanej, normalnej. W przypadku skóry suchej raczej bym omijała. Sama chętnie za jakiś czas do niego wrócę bo o ile mam wrażenie, że sama recenzja brzmi odrobinę sceptycznie tak ja na prawdę uważam, że dla mnie to kosmetyki szyty na miarę i używam go z przyjemnością :)


 




Copyright © 2016 KOSMETYKOHOLICZKA , Blogger