poniedziałek, 26 września 2016

Miał być budyń, wyszedł sernik... | Przegląd żeli pod prysznic i płynów do kąpieli #1 | Palmolive, Isana, Yves Rocher, Cien, BeBeauty

    Kosmetyki kąpielowe to takie, których nie może zabraknąć u nikogo. Z drugiej strony nie są to rzeczy nad którymi warto się rozwodzić w dziesiątkach zdań ze względu na ich nikłe właściwości pielęgnacyjne. Dziś więc pokażę Wam co mieszka pod moim prysznicem i pokrótce opiszę po co warto sięgnąć (a po co niekoniecznie) stojąc przed drogeryjną półką.


***


PALMOLIVE GOURMET VANILLA PLEASURE BODY BUTTER WASH
   Egzemplarz z tytułu. Nie wiem czemu ale od żeli Palmolive stroniłam przez parę ostatnich lat. No dobra, wiem czemu. Ich zapachy były dla mnie takie... byle jakie. Niby ładne ale na tyle nieszczególne bym chciała je mieć. Gdy wprowadzili linię Gourmet jak na fankę zapachów spożywczych chciejstwo mi się włączyło i nabyłam dwa. Pierwsza w ruch poszła wanilia i wyszło to to mocno średnio. Nie wiem czemu zakodowałam sobie w głowie, że żel będzie pachniał budyniem. Byłam pewna, że to będzie słodki, waniliowy budyń :( A jest sernik. Słodko, wytrawny sernik z nutą wanilii. Tragedii niby  nie ma ale rozczarowałam się srodze. W opakowaniu pachnie lepiej niż w czasie mycia.
   Jeśli mowa o jego właściwościach jest jak najbardziej w porządku. Żel jest kremowy i gęsty (ale to nie kaliber żeli Dove), jednocześnie nie pieni się jak głupi i pozostawia lekko śliskie odczucie na skórze (jak ktoś używa standardowych żeli pod prysznic do golenia będzie zadowolony). Mojej suchej skórze nie robi najmniejszej krzywdy i o ile nawilżenia po jego użyciu nie czuję tak nie muszę bezpośrednio po kąpieli uskuteczniać biegów po balsam do ciała.


YVES ROCHER CULTURE BIO ALOE
   Miało być pięknie, wyszło jak zawsze. Żel w teorii jest bardzo przyjemny, przeźroczysty, lekko pieniący się, o przyjemnym składzie. W praktyce pięknie wysusza mi skórę. Nie podrażnia jej, nie powoduje pieczenia ale po prysznicu skóra jest sucha jak wiór. Zapach jest absolutnie nijaki, niby aloesowy ale sam aloes nie ma jakiegoś szczególnego zapachu, na szczęście nie utrzymuje się na skórze.



YVES ROCHER JADRDINS DU MONDE GRANAT Z HISZPANII
   Przyjemny. Gęsty (nie przesadnie), świetnie pieniący się żel o niespotykanym raczej zapachu owocu granatu. Jeśli mowa o Yves Rocher jednego nie mogę im odmówić - oddawanie zapachów z natury mają opanowane do perfekcji. Kolejny świetny produkt pod depilację. Jednak jak każdy jeden żel z tej serii zużywa się w nieprzyzwoicie szybkim tempie. No i te opakowania... niby ładne ale otworzenie ich mokrymi rękami jest upierdliwe. Jest dosyć łaskawy dla skóry. Czuję już lekki przesyt żelami z tej serii i póki co zostanę wierna tylko wersji o zapachu kwiatu tiare, który jest moim żelowym numerem jeden.



LE CIEN COCO BAHAMA
   Zapach kokosa raz kocham, raz nienawidzę. Nie zmienia to jednak faktu, że gdy w Lidlu ujrzałam tę oto wielką butlę pierwsze co zrobiłam to wzięłam ją pod pachę i poszłam dalej. Żel jest mleczny ale rzadki, marnie się pieni i nie do końca pasuje mojej skórze. Niby krzywdy większej nie robi jednak wysuszenie po kąpieli jest odczuwalne. Przypomina mi (bardzo!) żele z Isany lub Balea. To ten sam typ kosmetyku po który sięgnąć warto, gdy lubcie przyjemne zapachy i ładne opakowania w korzystnych cenach.
    Zapach jest w porządku. Nie porywa, nie chwycił mnie za serce i nie jest tak ładnie odwzorowany jak kokos z YR (mówię o poprzedniej odsłonie linii PN, obecnej nie wąchałam) jednak na pewno nie jest zły. W czasie mycia jest dosyć mocno wyczuwalny, na skórze jest ulotny.



LE ISANA TOTES MEER SALZ
   Żele peelingujące nie cieszyły się moją zbytnią sympatią bo ani to myje ani zdziera. Ostatnimi czasy jednak coraz łaskawszym okiem patrzę na żele z drobinkami. Nie są to typowe produkty o działaniu peelingu jednak przyjemnie masują skórę i tyle do szczęścia mi wystarczy. Isana przoduje w zakupach bo ich peelingi są tanie i dobre. Żele pod prysznic tej marki irytują mnie rzadką konsystencją i przesuszaniem skóry, warianty drobinkowe są gęściejsze i łagodniejsze. Nadal jednak są bajecznie tanie a i miło pachnące edycje limitowane pojawiają się co chwilę. Ta ma przyjemny, odświeżający jednak dosyć neutralny zapach i piękne opakowanie (moje trzecie ;)).



ISANA QUELLE DER ENERGIE PŁYN DO KĄPIELI
   Padłam ofiarą promocji i kupiłam trzy butle takich uprzyjemniaczy. Nie lubię płynów do kąpieli z Isany - są dosyć rzadkie, mają wielkie otwory przez co zużywają się w zastraszającym tempie a i zapach (ten niepodobny do niczego jednak całkiem przyjemny) wyczuwalny jest główne gdy włożycie nos do butelki. Mają jednak plusy - nieźle się pienią i nie przesuszają mi skóry na wiór. Nie zmienia to jednak faktu, że wcale nie jest to tak korzystny interes patrząc na ich wydajność i raczej do nich nie wrócę.



LE BE BEAUTY MALONOWA PANNA COTTA PŁYN DO KĄPIELI
   Używałam standardowej wersji tego płynu, używałam limitowanego czekoladowego rogalika i było wow! Używam malinowej panny koty i zdecydowanie nie jest dobrze. Nie przyczepię się do typowych walorów użytkowych - ten płyn jest łagodny dla skóry, pieni się jak szalony i ma wyczuwalny w wodzie zapach. Ale sam zapach właśnie... Z butelki pachnie miło, słodko, malinowo, ciut mdło ale tragedii nie ma. Po kontakcie z wodą ta woń zamienia się w obrzydliwy mdły i słodki ulep z wyraźną nutą śmietanki. Koszmar zabierający radość każdej kąpieli. Używam go, zużywam, jednak częściej w nim ręcznie piorę czy myję wannę niż go do niej wlewam.

Znacie któryś z tych produktów? :)


piątek, 23 września 2016

To już ostatni PROJEKT DENKO... w tym formacie || wrzesień 2016

    Denka to moje ulubione posty. I pod względem pisaniny własnej i pisaniny cudzej. Jednak od jakiegoś czasu coś mi zgrzyta. Systematyczność mi zgrzyta. Idea comiesięcznego denka była fajna, gdy co miesiąc przychodziłam do Was z zakupami. Wiecie, przybyło, ubyło, znowu jestem pięć sztuk na plusie, do zobaczenia za miesiąc. Weszło mi to w rutynę na tyle, że zaczynałam traktować go niejako obowiązek. A kolejne obowiązki w życiu z zasady są złe.
   Nie, to nie koniec. Ale ostatni raz (i to nie pod koniec miesiąca) pokażę Wam to wszystko na kupie. Kolejne tego typu posty zaczną pojawiać się częściej (lub rzadziej) by nie zanudzać ani Was ani siebie pisząc ten długi słowotok. Pokuszę się pewnie też o coś, co praktykuję na IG, czyli pokazywanie zamienników zużyć by dać pogląd co ciekawego w mojej pielęgnacji się dzieje. Mam nadzieję, że taka forma denka przypadnie Wam do gustu :)


TOŁPA GREEN OCZYSZCZANIE ŁAGODNY PŁYN MICELARNY TONIK 2w1
Łagodny i skuteczny jednak cena regularna i niewielka pojemność raczej skreślają go z listy moich potencjalnych zakupów.

NIVEA CREME CARE KREM DO OCZYSZCZANIA TWARZY
Niekoniecznie sprawdził się do mycia mojej mieszanej, skłonnej do zanieczyszczania się skóry. Pół opakowania zużyłam z gąbką konjac, pół jako zamiennik pianki do golenia i w tej roli sprawdził się bezbłędnie kojąc podrażnioną skórę.

TOŁPA DERMO FACE PHYSIO ŻEL DO MYCIA TWARZY I OCZU
Dawno temu przygarnęłam kilka takich maluchów w okazyjnej cenie. O ile niekoniecznie czuję potrzebę inwestycji w produkt pełnowymiarowy tak jako urozmaicenie pielęgnacji nadają się świetnie. Żel jest stosunkowo łagodny, nie pieni się, skutecznie oczyszcza. Dobry, chociaż nie wybitny.


VIANEK ODŻYWCZA MASECZKA PEELING DO TWARZY
Ani to dobry peeling ani dobra maska. Zużyć zużyłam - do ciała. I o ile powrotu zdecydowanie nie planuję tak zapach tej maski tak przypadł mi do gustu że seria odżywcza Vianka na pewno jeszcze u mnie zagości.

BIELENDA SUPER POWER MEZO MASK
Wymęczyłam. Resztki na problematyczną ostatnio skórę przedramion. Nie lubię się z migdałową serią Bielendy i nie zamierzam się po raz kolejny upewniać czy jest inaczej.

LIRENE DERMA MATT DŁUGOTRWALE MATUJĄCY KREM NAWILŻAJĄCY NA DZIEŃ SPF 15
Kremów Lirene w mojej pielęgnacji przewinęło się kilka. I nie potrafię przypomnieć sobie żadnej wtopy. Lubię ich konsystencję i przyzwoite działanie. Mam na celowniku krem z olejem babassu jednak weryfikacja moich zapasów sprowadza mnie niestety na ziemię i póki co zakup muszę odłożyć o co najmniej kilka miesięcy. Napisałam to ja, kosmetykoholiczka.

CIEN NATURE WILD ROSE KREM POD OCZY
Wierzę, że ten produkt ma szansę sprawdzenia się u osób z mało problematyczną skórą pod oczami. U mnie jednak nie dawał efektów żadnych i po miesiącu walki z czystym sumieniem zużyłam go do stóp.

STARA MYDLARNIA SERUM RETINOL
Czy tylko mnie drażni nazywanie serum kosmetyku, który jest olejkiem? Tak jest w tym przypadku. Kupiłam go z pełną premedytacją gdy poczułam potrzebę uzupełniania mojej pielęgnacji o retinol a na już tylko to to cudo stało na drogeryjnej półce. Po paru użyciach stwierdziłam po raz kolejny, że olejów w pielęgnacji twarzy nie lubię i zużyłam je do szyi i dekoltu. Baza z oleju ze słodkich migdałów sprawiała, że był to produkt mocno gęsty i obciążający. Miał też intensywny męski zapach, który nie do końca mi leżał. Zużyłam, z pożytkiem dla skóry ale wracać do niego nie zamierzam.


Nie wiem co na ten temat mogę napisać. Wyłącznie krem Vianka wydał mi się być na tyle interesujący żeby rozważyć zakup. Kiedyś.


YVES ROCHER DELIKATNY SZAMPON Z WYCIĄGIEM Z HAMMAMELISU
Z każdą zużytą butelką utwierdzam się w przekonaniu, że sięgnę po następną. Jest łagodny i dla włosów i dla skóry głowy, wydajny i niedrogi.

YVES ROCHER JARDINS DU MONDE ŻEL POD PRYSZNIC
Czekałam z jego użyciem praktycznie do samego końca terminu ważności bo o ile nowa zielona herbata YR mi nie leży tak zapach poprzedniej był cudny. Nie wiem czy coś niedobrego stało się z tym żelem (chociaż nie, bo kolejny funduje mi takie same atrakcje) czy moja skóra zaczęła na nie paskudnie reagować ale jak kiedyś nie powodowały u mnie przesuszenia tak teraz jest mały dramat.

DOVE PURLY PAMPERING KREMOWY ŻEL POD PRYSZNIC
Tutaj na odwrót. Kiedyś żele Dove robiły piękną masakrę na mojej skórze jednak zmiana formuły sprawiła, że mogę się cieszyć ich cudowną, gęstą konsystencją i pięknymi zapachami bez szkody dla skóry.


PERFECTA TOTAL REPAIR KREM-KOMPRES DO STÓP ZŁUSZCZAJĄCE SKARPETKI
Totalne nieporozumienie.

AA INTENSYWNIE ODŻYWIAJĄCY KREM DO RĄK
Nadrabiał zapachem jednak resztkę i tak zużyłam do wysmarowania ciała. Pozostawiał wyraźną powłokę, mimo wszystko nie nawilżał zbyt dobrze o odżywieniu już nie mówiąc.

LIRENE PERŁOWY MUS DO CIAŁA ORIENTALNA MAGNOLIA
Jak na produkt, który miał głównie pachnieć i dobrze wyglądać okazał się być jednocześnie całkiem przyjemnym kosmetykiem nawilżającym. Ok, znam lepsze balsamy, nie powiem, że nie ale za całokształt ma u mnie mocną czwórkę.

LIRENE OLEJEK ANTYCELLULITOWY DO MASAŻU (+ bańka chińska)
Bardzo przyjemny produkt. Olejek był dosyć konkretny jednak szybko się wchłaniał. Miał piękny zapach, dobre właściwości wygładzające i lekko napinał skórę. Jednak cały problem w tym, że ten maluch do kupienia jest tylko w zestawie z bańką chińską co ponosi jego cenę. A masaż bańką chińską nie jest dla mnie bo coraz więcej naczynek pojawia się na moich nogach.

AMADERM KREM NAWILŻAJĄCO REGENERUJĄCY 15% UREA
Taki krem uniwersalny. Do skóry w kryzysie. Używałam go do dłoni, stóp, na przedramiona a nawet do twarzy. I tak skutecznie go męczyłam, że wyszedł mi w zastraszająco szybkim tempie.


GREEN PHARMACY MYDŁO DO RĄK
Zachwyt. Ideał dla suchej skóry bo oprócz właściwości myjących wyróżnia się pozostawianiem na skórze delikatnego, ledwie wyczuwalnego filmu, który chroni przed przesuszaniem. Niebawem do nich wrócę. Bo zużyłam już trzy.

JOANNA SENSUAL PLASTRY DO DEPILACJI TWARZY
Najlepsze do pozbywania się nadmiaru brwi.

GARNIER INVISI COOL ANTYPERSPIRANT
Nie kupiłam go sama bo od antyperspirantów w sprayu stronię. Ani to nie jest wydajne, ani nie chroni szczególnie. Zużyłam większe pół butli bo wpadł mi w ręce w spadku ale powrotu nie planuję.


LISTERINE STAY WHITE PŁYN DO PŁUKANIA JAMY USTNEJ (jak to brzmi...)
Gdy tylko trafię na niego w promocji ląduje w koszyku. Niekoniecznie ten, sympatią darzę każdy jeden alkoholowy wariant. Świetnie odświeża jamę ustną i w sumie to nic więcej od tego typu kosmetyku nie wymagam.

DENTALUX PŁYN DO PŁUKANIA JAMY USTNEJ
Nie wiem skąd to to pochodzi bo go dostałam, ponoć kosztował jakieś śmieszne grosze. Koszmar. Męczony przeze mnie chyba z pół roku bo byłam w stanie przeżyć tylko sporadyczne stosowanie. Smak miał obrzydliwy. Bardzo.

SENSODYNE PRO SZKLIWO DELIKATNE WYBIELANIE PASTA DO ZĘBÓW
Wariant wzmacniający szkliwo (miętowa nakrętka) był tak udany, że zapragnęłam kolejnego egzemplarza. Jako, że w R. nie jest on już dostępny w sprzedaży wzięłam ten i jest klapa. Niby oczyszczał ale jakoś tak marnie, niby był mocno miętowy ale świeżość uciekała szybko. Nie planuję powrotu.

ELMEX SENSITIVE PASTA DO ZĘBÓW
Raczej się nie zdarza, żebym w domu Elmexa nie miała. Niegdyś ze względów smakowych szalałam za wersją sensitive, teraz częściej sięgam po klasyka. Pasty Elmex skutecznie myją i dbają o zęby ale niestety nie pozostawiają po sobie uczucia odświeżenia więc stosuję je zamiennie z innymi, szczególnie gdy wychodzę do ludzi ;)






wtorek, 20 września 2016

PIELĘGNACJA TWARZY | skóra mieszana | wrzesień 2016


   Cześć. Dziś zapraszam Was na post w którym pokrótce opowiem o mojej obecnej pielęgnacji skóry twarzy. Ostatni wpis o tej tematyce pojawił się na tyle dawno, że patrząc na ilość recenzji kosmetyków właśnie do pielęgnacji twarzy, których w najbliższym czasie pojawi się sporo, warto to usystematyzować i jednocześnie przedstawić jak wygląda to w całości.



  Ostatnio pojawiło się u mnie sporo nowości więc niekoniecznie będę w stanie napisać o poszczególnych kosmetykach coś więcej ale to dobra okazja na pierwsze wrażenia. Te zrecenzowane - podlinkuję.


DEMAKIJAŻ

Ostatnio najchętniej sięgam po mleczka, jako wstępny etap demakijażu. O ile kiedyś niekoniecznie podobała mi się kremowa formuła tego typu produktów tak obecnie wracam do nich z podkulonym ogonem i niemałym zachwytem. Obecnie stosuję delikatne mleczko do demakijażu twarzy i oczu Tołpy i z pewnością jest to rzecz, którą kupię ponowie. Nie zmienia to jednak faktu, że i tak bez micela obejść się nie potrafię.
Płyn micelarny Biolaven jest u mnie jeszcze nieprzetestowaną nowością (ok, użyłam go dwa razy do odświeżenia skóry) i jedyną rzeczą, którą mogę na jego temat powiedzieć to to, że zapach jest stanowczo zbyt intensywny.
Na koniec obdartus. Jakby ktoś pytał - samo się to złotko z opakowania zdarło a była na nim nazwa firmy - Mincer Pharma. Kojący olejek do mycia twarzy to u mnie produkt i do zmywania makijażu i do jej mycia w pielęgnacji porannej. Zachwycił mnie od pierwszego użycia i nie omieszkam napisać o nim czegoś więcej niebawem.


OCZYSZCZANIE

Lipidowa emulsja do mycia twarzy i ciała Tołpy to produkt idealny w przypadku większych podrażnień. Jest łagodna, koi skórę i błyskawicznie przywraca jej komfort.
Żeli micelarny Ziaji to coś na co polowałam czasu kawał długi, bo gdy zdecydowałam się na jej zakup, nie mogłam jej znaleźć absolutnie nigdzie. Gdy koniec końców udało mi się ją dostać w swoje łapy poszła w ruch mimo, że delikatny żel o mycia twarzy Green Pharmacy sprawdza się u mnie na prawdę dobrze.


TONIZOWANIE

Przez dłuższą chwilę używałam wyłączenie toniku ogórkowego Ziaji. Niestety, powrót po latach okazał się porażką i nadal mam wrażenie, że to cudo to wyłącznie pachnąca (i to nieszczególnie) woda, która z moją skórą nie robi absolutnie nic.
Więc z żalem i sporym bólem serca wyjęłam z zapasów ostatnie opakowanie toniku Rival de Loop. Nie mogę przeboleć, że nowa wersja jest totalnym nieporozumieniem i mimo niewielkiej zmiany w składzie w najmniejszym stopniu nie przypomina swojego poprzednika.


PODSTAWOWA PIELĘGNACJA

Jeśli mowa o porankach gdy wychodzę w domu staram się (a w słoneczne dni wcale nie się nie staram tylko to robię) używać kremów z filtrem. Krem-żel do twarzy Iwostin Solecrin SPF 50+ wcale nie jest kremem-żelem i tak zasadniczo to trochę mnie irytuje. Niby tragedii nie ma, ja też cierpliwy jestem człowiek i wiele wybaczam ale zdecydowanie powrotu nie będzie.
W pochmurne dni lenia (lub w ilości minimalnej na strefę T pod filtr) nakładam krem-żel zwężający pory Under 20. Nie pokładałam w nim jakichś szczególnych nadziei ale to naprawdę fajny kosmetyk. Mimo, że nie jestem under 20. Jeśli macie problem z kraterami na nosie i zależy Wam na ich wygładzaniu to rzecz warta uwagi.
Na koniec krem na noc czyli Lirene Derma Matt.


PODSTAWOWA PIELĘGNACJA i samoopalacz

Po co osobie bez większych (ale z mniejszymi) problemami z naczynkami łagodzący koncentrat wzmacniający Tołpy? Bo trafił się w bardzo korzystnej cenie a ja mam parę (trzy?) pajączki od wiecznego dmuchania nosa. Jestem w fazie testów więc póki co o działaniu nic nie powiem ale... to świetny produkt nawilżający, moja skóra (szczególnie odwaniająca się ostatnio na potęgę strefa T) pokochała go od pierwszego użycia więc stosuję go hojnie na całą twarz rano i wieczorem.
Krem pod oczy Yves Rocher Anti-age global odstał swoje w oczekiwaniu na premierę. Wpadł w moje ręce jako gratis do zamówienia a jako, że poprzedni krem z tej firmy mnie nie zachwycił niekoniecznie kusił do wypróbowania. Używam go zaledwie od dwóch tygodni ale od pierwszej aplikacji niemal pieję z zachwytu. I jak ta tendencja się utrzyma spłodzę mu z ogromną przyjemnością pozytywną recenzję - bo jest cudowny. Gęsty, treściwy, mocno odżywczy jednocześnie wchłania się błyskawicznie przez co nakładanie makijażu możliwe jest niemal od razu. Wow wow wow.
Do pielęgnacji szyi i dekoltu niezmiennie używam olejków maści wszelkiej. Tym razem padło na olejek do twarzy przywracający równowagę z L'Oreal. Uwielbiam jego zapach i suchą formułę, działanie też na plus.
A jako, że blada jestem to czasem sięgam po coś, co ma mnie pokolorować. Krem samoopalający Lirene to u mnie nowość i na jego temat się (jeszcze) nie wypowiem.


PEELINGI

Na uwagę zasługuje wyłączenie środkowy, czyli nawilżająca mikrodermabrazja Mincer Pharma. Ani peeling enzymatyczny z Perfecty ani peeling węglowy Beauty Formula nie przypadły mi do gustu.


MASECZKI

Mam wrażenie, że moje ostatnie zakupy w tej kategorii były kompletną porażką. Płatki Skinlite nie chcą trzymać się skóry, maska błotna Beauty Formulas powoduje (nie zawsze) pieczenie a maska fitoaktywna Bani Agafii nie opowiada mi ze względu na formułę ale to wrażenia po pierwszym użyciu, więc mogę zmienić zdanie.


Jestem ciekawa czy znacie któryś z tych produktów :)





poniedziałek, 19 września 2016

Projekt DENKO | kolorówka, zapachy, paznokcie

Poprzedni wpis o takiej tematyce pojawił się na blogu blisko pół roku temu [jeśli jesteście ciekawi co zużyłam zapraszam tu]. Pora więc podsumować pokrótce kosmetyki, które udało mi się zużyć w ostatnich miesiącach.


122 PURLES BAZA ROZŚWIETLAJĄCA SPF50+
Ni to baza, ni to krem. Miniatura tego produktu pojawiła się w Joyboxie i szybko zdobyła moją sympatię. Pozostawiała skórę gładką, świeżą i promienną. Była bardzo lepka, każdy jeden podkład przyklejał się do niej i trwał na niej zdecydowanie dłużej, niż nałożony na zwykły krem. Plus za wysoką ochronę przeciwsłoneczną. Plus za ciemny, beżowy kolor, który pięknie stapiał się ze skórą i w dni lenia robił za krem BB lekko tonując jej odcień. Trochę to drogi interes (72 zł/30 ml) ale nie mówię nie. Może kiedyś się na nią pokuszę.

KOREKTOR RIMMEL MATCH PERFECTION
Mój w niedostępnym u nas (a jakże) najjaśniejszym odcieniu 010. Który tak swoją drogą nadal był dość ciemny. O ile ładnie z moją skórą się stapiał tak nie dawał efektu rozjaśnienia. Jednak właściwości kryjące (porządne, średnie krycie) plus cudowny efekt odświeżenia, wygładzanie i odbicia światła sprawia, że to jeden z najlepszych korektorów jakie używałam. Widziałam, że Rimmel coś kombinował przy tym produkcie, mam nadzieję, że wprowadzili jaśniejszy odcień.

KAMUFLAŻ W PŁYNIE CATRICE
Ideał na zimę. Fundował mi świetne krycie i rozjaśnienie okolic pod oczami. Jednak ze względu na suchą, treściwą formułę potrzebuje bazy z postaci konkretnego, odżywczego kremu. Raz jeden nałożyłam go na suchą skórę co sprawiło, że już wiem dlaczego krążą o nim dziwne legendy że wysusza i ściąga ;)

PODKŁAD PIERRE RENE SKIN BALANCE COVER
Podkład na krótkie wyjścia, wcale na tak jasny jak to o uszy mi się obiło. Miał zbyt kremową formułę by utrzymywać się długo na skórze, jednocześnie lubił powodować na niej silny, niezdrowy blask. Z kryciem też nie było tak kolorowo jak się spodziewałam. Plus za porządne szklane opakowanie jednak pompka okazała się być awaryjna i gdy zostało w opakowaniu 1/3 kosmetyka zupełnie odmówiła współpracy.



TUSZ LOVELY CURLING PUMP UP
Jeden z moich ulubionych tuszy. Dobrze rozdziela, dobrze wydłuża i trwa na rzęsach przez cały dzień. Ten egzemplarz mimo, że niemacany podejrzanie szybko wysechł.

TUSZ 4D SMART GIRLS GET MORE
Nie mogę przeboleć tego, że po paru godzinach funduje pod oczami efekt pandy. Po za tym to praktycznie tusz ideał. Szczególnie dla fanek rzęs czarnych jak smoła, grubych i gęstych. Mam jeszcze jedno opakowanie i pewnie kupię kolejne bo fajnie chociaż raz na jakiś czas mieć wachlarz rzęs ;)

FLAMASTER DO BRWI CATRICE
Bałam się braku wydajności, niesłusznie. Jednak po 3 miesiącach (?) zaczął pisać na zielono :D Wcześniej odcień jasnego chłodnego brązu świetnie komponował się z moimi popielatymi brwiami. Precyzyjna końcówka dawała duże pole manewru a tusz trzymał się skóry do zmycia.



W7 MINI POWDER PUFF
Mini gąbki do nakładania korektora. Struktura i trwałość gąbki bliźniaczo podobna do Miracle Sponge RT jednak wygrywała z nią żywotnością. Zużyłam jedną, drugą mam w użyciu. Polecam bardzo.

W7 POWDER PUFF
Tutaj dla urozmaicenia totalna porażka. Gąbka była twarda, odbijała się od skóry niczym piłka. Nie ułatwiała nakładania podkładu, w praniu cały czas gubiła kolor a w pewnym momencie w trakcie mycia pękła na pół. Słabo.

I COLONIALI PLAYFUL LYCHEE
Zapach który tak skutecznie katowałam wiosną, że aż zużyłam cały 100 ml flakon. To zapach prostolinijny gdzie pierwsze skrzypce gra słodkie liczi jednocześnie odrobiny charakteru nadają mu ambra i kwiat pomarańczy. Trudno tu mówić o jakiejś niepowtarzalnej kompozycji czy wielogodzinnej trwałości ale dla fanek liczi to może być strzał w dziesiątkę.


TOP COAT INSTA DRI SALLY HANSEN
Katuję kolejne opakowanie. W sumie dwa, bo to kolejne kończące się zużywam do paznokci u stóp. Uwielbiam za szybkie wysychanie, za blask, za nieściąganie lakieru i trwałość. Geniusz.

ODŻYWKA LA SPECIALE (Eveline) 8 w 1
Pora na przerwę ale z pewnością do niej wrócę. Nic nie utwardza moich paznokci jak ta odżywka.

ODŻYWKA RIMMEL STRONGER
Świetna baza. Wydłuża trwałość lakieru, chroni przed przebarwieniami, delikatnie wzmacnia płytkę. Niedostępna w sprzedaży.

ESSENCE PRO WHITE GLOW
Nie wiem, kiedy Essence wycofało to cudo ale pluję sobie w brodę, że nie zrobiłam zapasów. Ze względu na różowy, pół transparenty odcień świetnie spisywał się solo, jako baza czy nawet top, gdy chciałam ochłodzić odcień lakieru.

SALLY HANSEN INSTANT CUTICLE REMOVER
Trzecie opakowanie w użyciu. Nie ma lepszego kosmetyku dla osób z problemem silnego narastania skórek ma płytę paznokcia.



LAKIER RIMMEL
Kupiony online, w Polsce odcień ten został (lose your lingerie) wypuszczony w kolekcji by Rita Ora. Piękny, kremowy pastelowy róż. Nie do końca dogadałam się z pędzelkiem - był dla mnie za szeroki i źle przycięty. Jednak sam kolor lakieru był piękny i mimo, że wymagał aż trzech warstw (bo lubił zostawiać smugi) sięgałam po niego często.

LAKIERY YVES ROCHER
Najlepsze lakiery na rynku. Moim zdaniem oczywiście. Cudowne płaskie, półokrągłe pędzelki. Idealne krycie po dwóch warstwach, dobra trwałość. Minus za małą pojemność (5 ml) przy wysokiej cenie regularnej ale od czego są promocje ;) Dwa egzemplarze odcienia Magnolia chyba najlepiej świadczą o mojej sympatii do tego koloru - ot, nudziak idealny.


Uh, a ponoć kolorówkę się używa a nie zużywa ;)

niedziela, 18 września 2016

Pielęgnacja stóp | Perfecta 'Złuszczające skarpetki' Krem-kompres o stóp i pękających pięt | Kolastyna Peeling do stóp

 


   Mam ochotę napisać, że nie wiem co mnie pokusiło, żeby kupić kolejny krem do stóp. Znalazłam już swojego ulubieńca i mimo, że minęło już sporo czasu od mojej recenzji kremu Lirene 30 % Urea nadal uważam go za niekwestionowanego lidera w tej kategorii. Na dodatek mam dwie tuby tego oto cudu w kremie w zapasach ale... jestem kosmetykoholiczką. Nowości mnie kuszą. Kuszą mnie też promocje. A Rossmann zafundował nam kolejne smarowidło rodzimej produkcji za oszałamiające 2,60 zł. Sami rozumiecie, nie mogłam go nie kupić. Nie planowałam pisać mu odrębnej recenzji ale jako, że sama przed wrzuceniem go do koszyka nie znalazłam na jego temat zbyt wielu informacji postanowiłam się podzielić z Wami moimi spostrzeżeniami.

    Krem zapakowany jest w średnio urodziwą, klasyczną plastikową tubę. Ma dziwną, gęstą ale nie kremową a kremowo-żelową konsystencję. I mocny, nijaki zapach. Producent zaleca używać go dwa razy dziennie w tym na noc grubą warstwą. Ze względów wiadomych (nie lubię używać tego typu produktów przed wyjściem z domu) zostawała mi tylko ta druga opcja. Średnio przyjemne to było doświadczenie. Krem się klei. Krem nałożony w większej ilości (pod skarpetki) zaczyna się rolować. Komfort użytkowania określam jako równy zeru. A efekty?

    Przywykłam do tego, że kremy do stóp to mocno specyficzne produkty i naprawdę trudno znaleźć coś, co działa. Ten nie działa. A raczej nie spełnia moich podstawowych wymagań wobec tego typu kosmetyku. Przeciętnie nawilża (mogłabym go zastąpić pierwszym lepszym balsamem do ciała), nie zmiękcza zgrubiałych obszarów, nie wygładza.

   Ale producent określa ten krem mianem 'złuszczających skarpetek'. I o dziwo, coś w tym jest. Wysoka (chociaż nie spektakularnie) zawartość mocznika sprawiła, że moja skóra zaczęła delikatnie łuszczyć się na podeszwie. Nie było to łuszczenie tak ordynarne jak w przypadku typowych skarpetek jednak było widoczne. Tylko, że co mi po łuszczeniu skoro składniki tego kremu nie zapewniły odpowiedniego nawilżenia? No nic. Drobne płaty skóry były suche, stopy szorstkie a ja mam wrażenie że zamiast efektu pielęgnacyjnego osiągnęłam stopy wyglądające gorzej niż przed.




   Z peelingami do stóp jest problem. Nie zastąpią nam pumeksu czy tarki a na dodatek teoretycznie można je zastąpić peelingiem dedukowanym skórze ciała. Tylko, że ja gustuję w ostrych (bardzo bardzo ostrych zdzierakach) bo te gwarantują mi widoczny efekt pielęgnacyjny i zdecydowanie wzmacniają działanie stosowanych kremów. Lata świetlne temu Biedronka miała w swojej ofercie ideał w tej kategorii - peeling Be Beauty w pomarańczowym opakowaniu. Drobiny były twarde, grube i ostre a baza w jakiej były zatopione sprawiała, że nie robił skórze krzywdy. Odkąd został wycofany szukam mu godnego zastępcy i mimo, że prawie się to udało (peeling lawendowy Yves Rocher) to jednak stosunek wydajności do ceny odrobinę mi zgrzyta.

  Peeling Kolastyny mogliśmy kupić parę tygodni temu w Lidlu  w cenie niespełna 5 złotych za standardowe 75 mililitrów pojemności. Pojawia się też w mniejszych drogeriach czy jako dodatek do zapachów C-True w Rossmanie. Gdzie nie jest notabene dostępny w regularnej sprzedaży.

   Bardzo podoba mi się jego półprzeźroczyste opakowanie, dzięki czemu mam naoczną kontrolę na ilością pozostającego nam produktu. Sam kosmetyk to drobiny różne zatopione w kremowej bazie. Warto zwrócić uwagę, że zawiera nieszczęsne mikrogranulki. Ja nie jestem osobą poprawną politycznie kosmetycznie. Kupiłam go z pełną premedytacją po spojrzeniu na skład. I mimo, że nie jestem eko-ludkiem to ten poliuretan jednak trochę mnie drażni a świadome przykładanie ręki do degradacji środowiska nie sprawia mi radości żadnej.

   Działanie? Ten peeling jest świetny. Jest wystarczająco ostry by po użyciu pozostawić przyjemne uczucie wygładzenia. Jednocześnie jego baza zapewnia nam delikatne nawilżenie i odświeżenie skóry. Ma wyraźnie kremowo-miętowy zapach (olej miętowy w składzie). Świetnie przygotowuje stopy na przyjęcie wieczornej porcji kremu a używany systematycznie (zgodnie z zaleceniami producenta 2-3 razy w tygodniu) sprawia, że stopy może i nie wyglądają lepiej ale są o niebo przyjemniejsze w dotyku.

 Czy do niego wrócę? Nie wiem. Mam mocno mieszane uczucia i pewnie po zużyciu zapasowej tuby poszukam czegoś innego. I mam szczerą nadzieję, że trafię na produkt o tak samo świetnych właściwościach.


sobota, 17 września 2016

Green Pharmacy | Herbal Cosmetics | Delikatny żel do mycia twarzy dla suchej i wrażliwej skóry

    Na co dzień do mycia twarzy sięgam zazwyczaj po dwa produkty. Pierwszy, łagodny i kojący gdy skóra potrzebuje dodatkowego złagodzenie (docelowo do pielęgnacji porannej) i drugi, który ma moją szybko zanieczyszczającą się skórę porządnie domyć i zapewnić gruntowne oczyszczenie porów (pielęgnacja wieczorna). Dziś o produkcie z drugiej kategorii, który okazał się być kosmetykiem bardzo przyzwoitym i wartym uwagi. Ale o tym za chwilę.


   Green Pharmacy zafundowało wygodne opakowanie z pompką. Ciemny plastik i szata graficzna spójna z resztą ich kosmetyków wygląda estetycznie. Pojemność - 270 ml - nie należy jednak do standardowych. Cena? Jest śmieszna. Swój egzemplarz dorwałam w naturze za piątkę, jednak w cena regularnej i tak nie należy do wygórowanych i nie przekracza 8 zł.

   Żel jest dosyć rzadki, jednak nie na tyle by przelewać się przez palce. Początkowo miałam problemy z ujarzmieniem pompki, która dozowała produkt wszędzie tylko nie na moją dłoń ale po kilku użyciach doszłyśmy do porozumienia. Zapach nie zachwyca. Na pewno nie jest męczący czy zbyt intensywny, nie utrzymuje się też na skórze jednak odrobinę mnie drażni. Pachnie trochę aloesem, trochę plastikiem, no, generalnie nie zachwyca.

   Jeśli mowa o właściwościach oczyszczających jest dobrze. Nawet bardzo. Produkt ten jednocześnie nie powoduje nadmiernego ściągnięcia czy przesuszania skóry, nawet używany kilka dni pod rząd więc na upartego mógłby być jedynym w mojej pielęgnacji. Nie koi, nie nawilża, nie robi cudów ale.. to tylko żel. Z niskiej, drogeryjnej półki. Który w porównaniu do ogromnej większości tego typu kosmetyków i tak pozytywnie na ich tle się wyróżnia nie czyniąc skórze najmniejszej krzywdy. Z okolicami oczu (u mnie wiecznie nadwrażliwymi) włącznie.

   Zaskoczyła mnie też jego wydajność. Fakt, używam go zamiennie z innymi ale lądował na mojej twarzy już tyyyle razy a ja dopiero powoli dobijam do zużycia na poziomie 1/3 opakowania. Pełna pompka to aż nadto, żeby dokładnie oczyścić skórę więc zazwyczaj używam jej połowę. Żel ten też nie pieni się szczególnie, ba, pieni się tyle co i nic dzięki czemu zmywanie go z twarzy nie trwa wieczności (nienawidzę).



 Podsumowując. Nie trzeba wydawać majątku, żeby kupić godny uwagi produkt. Produkcji rodzimej na dodatek, co zawsze cieszy mnie podwójnie. Polecam. I skórze wrażliwej, skórze mieszanej i odwadniającej się - jak moja.


czwartek, 15 września 2016

Lirene Flower Collection | Orientalna magnolia | Perłowy mus do ciała |

   Pamiętam te czasy (swoją drogą, nie tak odległe jak mogło by się wydawać) gdy kremy do rąk czy stóp były dla mnie abstrakcją a po balsamy sięgałam okazjonalnie, przy zakupie kierując się wyłącznie zapachem. Piękne czasy gdy jedyną suchą partią mej skóry była ta na łydkach. Czasem. Od paru ładnych lat jest coraz gorzej a ja nie dość, że nauczyłam się te wszystkie nawilżające cuda systematycznie stosować to jeszcze na dodatek walor zapachowy stał się kwestią drugorzędną. Dziś o produkcie wobec którego nie pokładałam zbyt wielkich nadziei a który koniec końców zużyłam z przyjemnością.


   Mus Lirene pochodzi z ich kwiatowej linii w której oprócz tego cuda dostaniecie też klasyczny balsam oraz produkt w formie sprayu. To to kosztuje w Rossmanie 20 zł w cenie regularnej za 200 ml pojemności. Opakowanie to klasyczna plastikowa tuba. Plus za szatę graficzną.


    Patrząc na rozmaite nazewnictwo producentów nie do końca wiedziałam jakiej konsystencji się spodziewać. Dostałam coś przyjemnie puchatego jednak zdecydowanie nie jest to produkt bardzo lekki. Tworzy na skórze delikatną, wyczuwalną powłoczkę. Małym minusem jest jego aplikacja, nie mam zielonego pojęcia od czego to zależy (bo za każdym razem nakładałam go równie hojnie) jednak czasem potrafił mi się po skórze mazać przez co sam proces wsmarowywania trwał odrobinę dłużej niż w przypadku innych smarowideł.

   Jeśli mowa o jego działaniu nie spodziewałam się zbyt wiele. Skład nie wygląda szczególnie zachęcająco (chociaż niacynamid, olej babassu czy masło shea w moich oczach go ratują) więc i takiego działania, mocno przeciętnego się spodziewałam. O dziwo, nie jest źle! Nie żeby był to jakiś odżywczy killer, bo tak nie jest. Ale producent wcale jakichś cudów wianków nam nie obiecuje. Balsam ma wygładzać, nawilżać i łagodzić. I to robi. Może nie do końca skórę łagodzi ale nałożony po depilacji, gdzie często wszelakie specyfiki (za wyłączeniem oliwek) powodują że skóra pali mnie żywym ogniem, nie powoduje najmniejszego dyskomfortu.

    Jednym z głównym walorów tego musu ma być jego zapach. Zapachy to kwestia indywidualna jednak ten zdobył moje serce. Nie jest słodki, jest za to intensywny ale nie męczący. Używając go gdzieś na końcu nosa czułam delikatne powinowactwo do See by Chloe. To absolutnie nie ten sam zapach, śmiem twierdzić że może nawet nie mają wspólnej nuty ale oba są nieoczywiste i kojarzą mi się podobnie.

    Drobiny rozświetlające nie są dla mnie problemem (mimo, że ich nie cierpię) bo balsamy stosuję wyłącznie na noc. Te były drobne, perłowe, przypominały raczej delikatne iskierki niż chamski, nigdyniewyglądającydobrze brokat.

    Podsumowując. Jak na produkt, który ma głównie wyglądać (formuła, drobiny) i pachnieć (magnolia, orientalna nawet) Lirene zafundowało nam przyjemny, wydajny i dobrze nawilżający balsam. Zdecydowanie nie jest to kosmetyk dla osób z bardzo suchą skórą, szczególnie jako jedyny produkt pielęgnacyjny, szczególnie (celowo się powtarzam żeby nie było) na zbliżającą się zimę i sezon grzewczy. Ale jako produkt upiększający na dzień lub dla posiadaczek skór niewymagających - czemu nie.


środa, 14 września 2016

Bielenda | Super Power Sleeping Mezo Mask | Aktywna maska korygująca

    Czasami zastanawiam się co motywuje mnie do zakupu danego kosmetyku. Sympatia do firmy? Niska cena? Obietnice producenta? W tym przypadku chyba wszystko po trochu. To nie pierwsza moja przygoda z linią Skin Clinic Proffesional, ba, recenzja serum korygującego jest jedną z najchętniej czytanych na blogu. Nie zmienia to jednak faktu, że owe serum nie do końca przypadło mi do gust. Jak sprawdziła się maska z tej serii? Zapraszam do recenzji.


   Opakowanie to klasyczna miękka tuba, dzięki której nie mamy problemu z wydobyciem kosmetyku. Produkt zapakowany jest w zafoliowany kartonik. Cena oscyluje w granicach 20 złotych za pojemność 50 mililitrów. Na chwilę obecną pojawia się problem z dostępnością. Niby nie jest wycofana ze sprzedaży ale Rossmann tę sprzedaż zakończył, w Naturze nie pojawiła się wcale więc ewentualne poszukiwania zaczynałabym albo od sklepów online albo niesieciowych drogerii.


    Kosmetyk ma formę dosyć lekkiego żelu. Jednak jego lekkość jest złudna. Po nałożeniu na twarz pozostawia konkretny film, na dodatek bezpośrednio po aplikacji mocno się lepi więc położenie się do łóżka sprawi, że przykleicie się do poduszki. Potrzeba dłuższej chwili, żeby kosmetyk zastygł na skórze jednak i ten moment nie należy do zbyt przyjemnych - powłoka jest wyczuwalna a skóra ściągnięta. Produkt powinniśmy aplikować (w zależności od potrzeb skóry) 1 - 3 razy w tygodniu.
 
   Obietnice producenta są duże. Dzięki zawartości kwasu migdałowego, laktobionowego i witaminy B3 mamy stać się posiadaczkami skóry młodszej - gładkiej, zdrowej, jędrnej. Jednocześnie pozbyć się problemu z rozszerzonymi porami, niedoskonałościami i przebarwieniami. Brzmi to pięknie ale...

    Moją przygodę z tą maską zaczęłam dość dawno temu. Na tyle dawno, że gdy zbliżał się termin jej zużycia pozostał mi w opakowaniu dobre 1/3 zawartości. Jeśli chodzi o działanie u mnie niestety wrażenia nie są najlepsze. Jeśli mowa o plusach: skóra faktycznie była matowa, pory były lekko zwężone a skóra była zdecydowanie gładsza w dotyku. Minusy: efekt pielęgnacyjny utrzymywał się krótko, miej więcej przez kolejny dzień po jej użyciu. Dnia kolejnego wyczuwalne było spore odwodnienie, szczególnie strefy T. Żegnałam się więc z matem na rzecz szybszej nadprodukcji sebum. Ok, nie było tragedii, znam produkty, które potrafią zrobić mojej skórze gorzej ale zdecydowanie nie na takie efekty liczyłam.

   Kwestia redukcji niedoskonałości. Nie mam trądziku aczkolwiek uparcie na mojej skórze pojawiają się pojedyncze niedoskonałości, czy to zaskórniki zamknięte w okolicach policzków czy piękne ropne buby na czole czy brodzie (kwestia cyklu). Przy okazji recenzji serum pisałam Wam o przedziwnej prawidłowości, że teoretycznie w czasie stosowania tego preparatu było ich mniej ale okres ich gojenia był zdecydowanie dłuższy. I tutaj historia niestety się powtarza. Nie chcę być tutaj zbyt szczegółowa i drobiazgowa (bo to niesmaczne) ale szczególnie podskórne niedoskonałości za chorobę nie chcą znikać. Ani się nie wchłaniają ani nie wychodzą na wierzch. Żyją sobie pod skórą dopóki nie rozprawię się z nimi sama.


   Po pierwszej turze systematycznego używania tego kosmetyku bez żalu zafundowałam sobie kurację wybielającą linią Pharmaceris W. Później, gdy stwierdziłam, że pora do niego wrócić okazało się być to na tyle frustrujące, że maskę postanowiłam zużyć na skórę przedramion. Dopadło mnie jakieś cholerstwo, jak podejrzewam zapalenie mieszków włosowych więc wyszłam z założenia, że delikatny efekt złuszczający powinien pomóc (a przynajmniej nie zaszkodzić). O ile w przypadku skóry twarzy, przyzwyczajonej do działania kwasów, nie zauważyłam najmniejszego łuszczenia tak zgodnie z moimi przypuszczeniami już po kilku dniach nastąpiło ono na skórze ciała. I dało oczekiwany efekt - jest zdecydowanie lepiej.

   Podsumowując. Dla mnie ta maska okazała się być niewarta uwagi. Zużyć zużyłam (chociaż podejrzewam, że gdybym miała używać ją wyłącznie na twarz nie było by tak różowo) jednak podobnie jak w przypadku serum z tej linii powrotu nie planuję.

piątek, 9 września 2016

ZAKUPY z ostatniego miesiąca | Essie, Beauty Formulas, AA i inne

    Osoby śledzące mojego bloga od dłuższego czasu mogą po raz kolejny być zdziwione wielkością moich zakupów. Nie wiem czy to kwestia lekkiego znudzenia rynkiem czy starość ale zdecydowanie mniej ciągnie mnie ostatnio do szaleńczych kosmetycznych zakupów. Nie to, że nowości mnie nie kuszą. Kuszą. Ale zazwyczaj gdy już trzymam je w ręku stwierdzam, że to nie to i odkładam je znów na półkę. Przesyt.



***


   Rossmann ostatnio mocno mnie wkurza. Windowanie cen (peeling, który kupiłam miesiąc temu w cenie regularnej na dzień dzisiejszy jest 50% droższy!) i promocje udające promocje (wiecie, 50 groszy to też pieniądz ale w przypadku takiego molocha to już żenada) nie zachęcają mnie do zakupów. Nie zmienia to jednak faktu, że czasem można trafić na faktyczne obniżki. I tym sposobem w moje ręce wpadły żel oczyszczający i nawilżający z linii hydro algi AA [8.99 zł/2 sztuki]. Żeli do mycia twarzy nigdy dość a że terminy ważności mają długie, to niech leżą i czekają na swoją kolej.


   A jako, że oferta obejmowała produkty do demakijażu, oczyszczania i tonizacji przygarnęłam też płyn dwufazowy i tonik odświeżający [8.99/2 sztuki].


   Drogerie Natura wprowadziły do swojej oferty kosmetyki Beauty Formulas. Mimo, że dostępna jest również linia tea tree (którą pewnie z czasem będę chciała wypróbować) tak mój wybór padł na peeling i maseczkę z aktywnym węglem [11.99 zł/sztuka].


   Płyn do higieny intymnej rzecz niezbędna, po dłuuuugiej przerwie w ruch pójdzie Facelle Sensitive [4.29 zł]. A w Lidlu przygarnęłam z wyprzedaży kolejny peeling do stóp Kolastyna [3.59 zł].


   A na koniec kolorowy akcent. Lakiery Essie cieszą się sporą popularnością. Niekoniecznie widziało mi się jednak kupowanie w cenach regularnych. Jednak w CND Rossmanna [9.99 zł/sztuka] w końcu przygarnęłam swój pierwszy egzemplarz (odcień Bordeaux). I nie wiem czy to zbieg okoliczności czy to jego wina ale moje paznokcie są w stanie takim, że wstyd pokazać je światu. Na chwilę obecną nie zamierzam sięgać po niego ponownie, może kiedyś, jak doprowadzę je do stanu używalności. A Good to go czeka w zapasach. Dam Wam znać jak się sprawdzi. Przy okazji.

Tyle.

czwartek, 8 września 2016

Demakijaż z Tołpą | Tołpa Green Oczyszczanie | Łagodny płyn micelarny-tonik 2w1 i delikatne mleczko do demakijażu twarzy i oczu

    Tołpa to jedna z firm, które darzę sporą sympatią. Nie to, że wszystkie ich produkty się u mnie sprawdzają bo tak nie jest. Trafiłam na sporo bubli jak i mocno przeciętne kosmetyki jednak jak tylko trafi się dobra okazja nie umiem oprzeć się zakupom i przetestowaniu kolejnego produktu z ich asortymentu.
    Tym razem pokusiła mnie Biedronka oferując drugi produkt za grosz przy zakupie kosmetyków do demakijażu z ich zielonej linii. Kosmetyki te dostaniecie jednak również w Naturze czy ich sklepie internetowym.



    Oba te kosmetyki zapakowane są w standardową plastikową butelkę z otwarciem na klik o pojemności 200 mililitrów. Szata graficzna jak na Tołpę przystało jest przyjemna dla oka. Cena regularna oscyluje w granicach 15 zł za sztukę.
   Producent obiecuje nam delikatne i łagodne oczyszczenie skóry a każdy z kosmetyków określa jako hypoalergiczny i dedykuje go skórze wrażliwej.


    Po porażce z wodą micelarną z linii Baby miałam lekkie opory wobec tego kosmetyku. Ale kto nie ryzykuje ten nie ma. No i mam. Tym razem się nie zawiodłam. 
    Ten płyn łączy w sobie wszystko co lubię i czego oczekuję wobec płynu micelarnego. Faktycznie jest łagodny, nie zauważyłam najmniejszego podrażnienia czy to skóry twarzy czy oczu. Bardzo dobrze radzi sobie ze zmywaniem makijażu nawet ciemniejszego, z użyciem kredki. Nie pozostawia na skórze klejącej warstwy, świetnie nadaje się do odświeżania skóry w ciągu dnia czy do porannego oczyszczania jeśli wyeliminowałyście ze swoje pielęgnacji preparaty do użycia z wodą. Nie zauważyłam jednak nawilżenia skóry, które producent nam obiecuje jednak do takich obietnic podchodzę z dużym dystansem.
    Czy do niego wrócę? Nie wiem. Przyznam szczerze, że w przypadku miceli nie lubię rozdrabniać się w niewielkie pojemności i na obecną chwilę butla 400 ml to dla mnie taka pojemność standardowa. Dodatkowo mimo, że cena nie należy do zbyt dużych tak przy kosmetykach, które zużywam szybko czuję lekki zgrzyt. Póki co testuję i próbuję dalej ale jeśli znowu pojawi się jakaś dobra promocja czy większe opakowania (dobrze mi świta że pojawiło się jak limitka w Biedronce?) to w sumie czemu nie.



   Ostatnio coraz chętniej sięgam po mleczka do demakijażu. Płyny micelarne mi się już trochę przejadły a w przypadku podrażnień czy nadwrażliwości skóry tego typu produkt jest najzwyczajniej w świecie bardziej komfortowy w użytkowaniu. Mleczko Tołpy ma bardzo przyjemną lekką i płynną konsystencję. Ze względu na delikatną formułę nie pozostawia na skórze nieprzyjemnego lepkiego filmu jednocześnie nie jest na tyle rzadkie by spływać z wacika.
   Jeśli mowa o właściwościach oczyszczających nie mogę się do niego przyczepić. Świetnie radzi sobie z makijażem twarzy i oczu. Nie rozmazuje tuszu do rzęs czy kredki a sam makijaż rozpuszcza szybko i bezboleśnie. No właśnie. Faktycznie zgodnie z obietnicą producenta jest to produkt łagodny, nie zauważyłam najmniejszego podrażnienia ba, w przypadku nadwrażliwości skóry przepięknie ją koi i pozostawia po sobie uczucie komfortu.
   Jako, że do tej pory po mleczka sięgałam raczej sporadycznie jedynym produktem do którego na szybko mogę go porównać jest mleczko oczyszczające z Sylveco i wierzcie mi lub nie - wolę Tołpę. Po pierwsze ze względu na przyjemniejszą konsystencję a po drugie ze względu na lepszą dostępność. Może i skład nie jest tak piękny jak w przypadku poprzednika jednak jest to kolejny kosmetyk bez parafiny a jeśli mowa o produkty tego typu na naszym rynku (mówię tu o mleczkach dostępnym od ręki w drogeriach) nadal o to trudno.



Podsumowując. Tołpa spisała się naprawdę nieźle. To kolejne kosmetyki z linii Green, które wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Nie wiem czy pamiętacie moją recenzję ujędrniającego kremu przeciwzmarszczkowego pod oczy? Minął rok a mimo, że używam kremy różne nie udało mi się jeszcze znaleźć mu godnego zastępcy ;)

środa, 7 września 2016

Cien nature | krem pod oczy Wild Rose

   Gdy na zagranicznych Instagramowych profilach pojawiły się kosmetyki Cien Nature po cichu trzymałam kciuki żeby pojawiły się i u nas. Lidl na szczęście mnie nie zawiódł i z małym opóźnieniem względem świata ale jednak, cały stand stanął w dyskoncie. Niestety w moim sklepie zabrakło jednego interesującego mnie produktu czyli kremu pod oczy z granatem. A jako, że kursowanie za kremidłem za parę złotych nawet jak na moje możliwości jest absurdem do koszyka wpadła wersja z różą.


   Cena regularna tego kremu wynosiła zaledwie 7 złotych za standardową pojemność 15 mililitrów. Na obecną chwilę spokojnie kupicie go za złotych trzy bo cała linia jest wyprzedawana. W ofercie znajdziecie też kremy do twarzy na dzień i na noc oraz olejek do ciała. Wszystko w równie śmiesznych cenach za kosmetyki o całkiem dobrych i prostych składach.

   Opakowanie to standardowa tubka wykonana z miękkiego plastiku. Mój krem miał praktycznie dwuletni termin ważności więc to całkiem dobra opcja dla kosmetycznych zbieraczy i osób, które toną w zapasach. Ale pojawia się lekki zgrzyt - ani na papierowym kartoniku ani na tubce nie ma oznaczenia terminu przydatności od otwarcia. Dla osób z wrażliwymi oczami (i nie tylko) używanie kosmetyków w terminie powinno być priorytetem a tutaj zgaduj czy krem jest ważny 3 czy 12 miesięcy.


    Jeśli mowa o kremach pod oczy jestem wymagająca. Niezależnie od tego czy kupuję produkt za złotych kilka czy kilkadziesiąt, czy sięgam po niego w drogerii czy dyskoncie ze względu na problematyczną okolicę oczu liczę na widoczne efekty. Nie dość, że moje oczy są nadwrażliwe (kiedyś okresowo, na chwilę obecną dzień w dzień) to jeszcze skóra pod oczami jest cienka, skłonna do wysuszenia i powstawania zmarszczek. Najlepiej sprawdzają się u mnie kremy mocno nawilżające i odżywcze o bogatej formule.
    Producent był bardzo skromny jeśli mowa o opisie tego kosmetyku. Pojawiły się informacje o braku substancji zapachowych (plus!), możliwości używania go przez osoby z soczewkami, badaniach dermatologicznych i efekcie wygładzenia. 



   Konsystencja tego produktu jest bardzo lekka, przez co szybko się wchłania. Nie powoduje podrażniania okolic oczu jednak nie zauważyłam właściwości łagodzących. Jeśli mowa o działaniu pielęgnacyjnym jest słabo. To typowy lekki krem, który ma szansę sprawdzić się u nastolatek czy młodych kobiet (nie żebym była stara), które chcą profilaktycznie zadbać o skórę, oczekując od kremu lekkiego nawilżenia i braku filmu na skórze.
   W moim przypadku czuję, że wydając te 7 zł miałabym większy pożytek z zakupu jakiejś dobrej czekolady. Stosowałam do lekko ponad miesiąc i nie był do miesiąc dobry. Nawilżenie jakie odczuwałam było chwilowe, na tyle że często w pielęgnacji wieczornej nakładałam na niego olejek, żeby wzmocnić działanie. I generalnie to by było na tyle. Nie zaobserwowałam ani odżywienia skóry ani obiecanego wygładzenia. 
   To zdecydowanie nie jest kosmetyk dla mnie. Nie zamierzam też bawić się w jego zużywanie bo nie widzę w tym najmniejszego sensu. Pewnie skończy jako krem do rąk i z czystym sumieniem o nim zapomnę.


   Skusiłyście się na jakiś produkt z linii Cien nature? Jestem bardzo ciekawa waszych opinii.