poniedziałek, 29 sierpnia 2016

PIELĘGNACJA WŁOSÓW cienkich i zniszczonych

PIELĘGNACJA WŁOSÓW cienkich i zniszczonych
Cześć. Zapraszam Was na post na temat mojej obecnej pielęgnacji włosów. Zgodnie z tytułem ku mej lekkiej rozpaczy jestem posiadaczką włosów bardzo cienkich, jednocześnie dosyć mocno zniszczonych na końcach. Dziś o produktach, które u mnie goszczą w krótkich recenzjach.



***



Szampony



Włosy myję codziennie. Na upartego mogłabym to robić rzadziej bo nie przetłuszczają się one mocno jednak ze względu na ich nędzną objętość na drugi dzień nie wyglądają już szczególnie korzystnie. Dodatkowo ja po prostu lubię mieć czyste i świeże włosy oraz wychodzę z założenia, że skoro każdą inną partię mojej skóry oczyszczam systematycznie tym bardziej ta owłosiona potrzebuje codziennego mycia. Jednak podchodzę do tematu zdroworozsądkowo - na co dzień sięgam po kosmetyki z łagodnymi detergentami, te mocno oczyszczające używam sporadycznie.

Na chwilę obecną używam zamiennie trzech produktów do mycia głowy. Pierwszym, po który sięgam najczęściej, jest delikatny szampon z wyciągiem z hamamelisu Yves Rocher. Wróciłam do niego po dłuższej przerwie i nadal uważam, że to produkt niemal idealny. Skutecznie choć delikatnie oczyszcza skórę głowy oraz włosy jednocześnie nie plącze ich na potęgę co jest moją zmorą. Plus za dobre pienienie się, sporą wydajność i ładny zapach. Szamponów tego producenta stosowałam już kilka i ten wydaje mi się być zdecydowanie najbardziej warty zainteresowania. Plus za cenę - 300 ml kosztuje w cenie regularnej 12 zł a dodatkowo można upolować go w ich sklepie internetowym za połowę ceny.

Drugim kosmetykiem jest nowość z oferty Isany czy szampon z solą morską. Padłam trochę ofiarą marketingu, trochę własnej spontaniczności w zakupach. Sól w szamponie nie jest niczym niebywałym, nie ma się co oszukiwać. Kupując go spodziewałam się czegoś silnie oczyszczającego a dostałam produkt bardzo przeciętny. Z pewnością nie jest to typowy rypacz, ba, jest podejrzanie delikatny mimo zawartości mocnego detergentu. Na tyle delikatny, że używany przez kilka myć z rzędu powoduje nieprzyjemne uczucie niedomycia skóry głowy i jednoczesnego obciążania ich od nasady. Zużyć zużyję bo używany co jakiś czas większej krzywdy mi nie robi ale nie będę do niego wracać.

I na koniec mydło miodowe Bani Agafii, które długo czekało na swoją premierę. Kupiłam je jednocześnie z wariantem cedrowym, który zużyłam z przyjemnością tak dużą, że kupiłam i zużyłam kolejne opakowanie. Wariant miodowy aż tak mnie nie zachwycił. Na pewno nie jest to kosmetyk, na którym byłabym w stanie oprzeć codzienne oczyszczanie. Bo jego właściwości to loteria - raz skórę głowy oczyszcza pięknie dając jednocześnie wrażenie odbicia ich od skóry głowy, drugi powoduje delikatne obciążenie i oblepienie. Używam go głównie do ciała i w dni gdy olejuję włosy do pierwszego mycia.


Produkty do spłukiwania



Nie wyobrażam sobie mycia bez nałożenia choćby na minutę odżywki. Głównie ze względu na mocno plączące się włosy. Nie oczekuję jednak od tych produktów cudów. Miło jeśli włosy nawilżą jednak głównie zależy mi na ich mocnym wygładzeniu. 

Obecnie wróciłam do Kallosa. Wiem, że teoretycznie są to maski jednak od zawsze traktuję je właśnie jako typowe odżywki. Tym razem sięgnęłam po wersję Color. Mam wrażenie, że jest konkretniejsza niż pozostałe warianty, ma też zdecydowanie najbrzydszy, wyrazie olejowy zapach. Używam jej zbyt krótko by mówić o jakichkolwiek długofalowych efektach pielęgnacyjnych jednak moje podstawowe wymagania spełnia - włosy po jej użyciu są miękkie i wygładzone co ułatwia ich rozczesywanie.

Jakiś czas temu skusiłam się też na nowości w ofercie Pantene czyli odżywki w formie pianki. Zużyłam już wariant Volume teraz męczę Aqua Light. Wierzę, że ten kosmetyk sprawdza się u innych u mnie nie daje żadnych, najmniejszych efektów pielęgnacyjnych. Jedyne co robi to delikatne usztywnienie włosów dlatego gdy zależy mi na większej objętości nakładam je od skalpu do ucha. Robię to jednak sporadycznie bo boję się buntu mojej skóry głowy. Między oboma wariantami nie widzę najmniejszej różnicy w działaniu. Składy wszystkich pianek są identyczne.


Produkty bez spłukiwania



Na chwilę obecną moim bazowym produktem nawilżającym jest mgiełka do włosów Wax marki Pilomax, która to zastąpiła mi olejek w kremie Elseve. Pojawiła się ona w pudełku Joybox, mi trafił się wariant do włosów ciemnych mimo, że jestem blondynką. Używam jej od niedawna więc trudno mi powiedzieć czy przyciemni włosy jednak nawet jeśli tak się stanie płakać nie będę. Używam ją na skórę głowy oraz włosy - zgodnie z zaleceniami producenta. Pierwsze wrażenia mam pozytywne ale nie chcę też chwalić jej na wyrost.

Do zabezpieczania końców obecnie używam zamiennie dwóch kosmetyków. Pierwszy to eliksir odżywczy Elseve. Nie jest zły jednak nie zrobił na mnie większego wrażenia o czym pisałam wam w jego recenzji. Drugim produkt o którym cicho w blogosferze czyli płynny jedwab do włosów Eveline, który parę miesięcy temu wpadł w moje łapy dzięki pudełku Joybox. Jest świetny. Początkowo podchodziłam do niego nieufnie bo jest bardzo gęsty i bałam się obciążenia jednak niesłusznie. Pięknie wygładza włosy jednocześnie idealnie je dociąża i ujarzmia. Trudno wypowiedzieć mi się na temat jego właściwości ochronnych bo na własne życzenie moje końcówki nie są w zbyt dobrej formie - rozjaśnianie górą ;)


Kosmetyki do włosów blond



Kto chociaż raz rozjaśniał włosy wie, jak upierdliwe jest utrzymanie na włosach pożądanego odcienia. Nie przekonują mnie do siebie płukanki więc z żółcią walczę głównie przy pomocy szamponów. Śledząc w sieci recenzje natrafiłam na szampon Mila Profesional i jestem z niego szalenie zadowolona. W porównaniu do szamponów drogeryjnych czy chociażby profesjonalnej Joanny, którą używałam wcześniej ma w sobie niesamowicie dużo pigmentu. Widać to nie tylko w efekcie na włosach ale i na dłoniach - są wyraźnie zafarbowane i jeśli zapomnę porządnie umyć ręce czekając kilka minut gdy pozostawiam go na moich włosach mam je wyraźnie niebieskie ;) Nie jest to jednak produkt bez wad. Ma jedną i poważną - bardzo mocno wysusza włosy.

Z tego powodu postanowiłam przetestować odżywkę z niebieskim pigmentem. Skusiłam się na produkt Garnier Fructis Color Resist Blond Booster. Używany solo nie daje efektów wcale, na dodatek to dość słaby kosmetyk jeśli mowa o właściwościach pielęgnacyjnych. Jednak dzięki niemu znalazłam dobry sposób na złagodzenie wysuszania przez szampon Mila. Po pierwszym myciu włosów gdy są lekko wilgotne nakładam mieszankę tej odżywki i szamponu na końce na około 10 minut dzięki czemu szampon działa równie dobrze jak nałożony solo a jednocześnie nie sieje na włosach spustoszenia. Jednak gdy ją wykończę zamienię ją na standardową codzienną odżywkę bo nie widzę sensu kupowania kolejnego produktu, który nie do końca spełnia swoje zadanie. 


Olejowanie



Boom na olejowanie chyba już minął. Sama zresztą po oleje sięgam zdecydowanie rzadziej niż kiedyś. Jednak całkiem o nich nie zapomniałam. Obecnie stosuję jakże luksusowy olejek do ciała Nacomi. Nie jest zły ale zamiast używać go solo wolę na suche włosy na pół godziny przed myciem nałożyć go na włosy w połączeniu z odżywką.


Skóra głowy



Woda brzozowa z Isany jest całkiem ciekawym kosmetykiem. Używałam ją codziennie przez około miesiąc co zaowocowało wysypem nowych włosów. Obecnie zrobiłam sobie od niej przerwę, jednak na dniach planuję do niej powrócić. Przerwa była konieczna bo w pewnym momencie zauważyłam delikatne wysuszenie skóry głowy.

Glinki. Na chwilę obecną mam w domu wersję różową i błękitną. Przyznaję, że nie widzę między nimi większej różnicy. W miarę możliwości czasowych i walki o motywację staram się raz na tydzień nałożyć glinkę na skóry głowy w formie maseczki. Taki zabieg ma świetny wpływ na kondycję skóry głowy, bardzo ją uspokaja i jednocześnie zmniejsza produkcję sebum.


Stylizacja



Sporadycznie zdarza mi się z włosami robić coś. Z tego też względu od dwóch miesięcy nie udało mi się kupić lakieru ;) Jednak w dni, gdy moje włosy absolutnie odmawiają współpracy nie potrafię się obyć bez pudru Taft. Wsypuję go na skórę głowy dzięki czemu włosy są mocno odbite od nasady jednocześnie produkt oblepiając je trzyma w ryzach baby hair. W przypadku włosów dłuższych nie lubię go używać na włosy rozpuszczone więc po prostu je związuję. Fryzura trzyma się przez cały dzień bez najmniejszego uszczerbku. 


Znacie któryś z tych produktów? A może trafiłyście ostatnio na jakiś ciekawy kosmetyk do pielęgnacji włosów?


niedziela, 28 sierpnia 2016

Projekt DENKO | sierpień 2016

Projekt DENKO | sierpień 2016
Cześć. Jak co miesiąc pora podsumować kosmetyczne zużycia. Sierpień jak na moje możliwości był może i nie skromny ale jednak skromniejszy niż zazwyczaj. Pokusiłam się też o pokazanie Wam trochę innych produktów ale o tym za chwilę ;)


***


Produkty do włosów

   Na największą uwagę zasługuje zdecydowanie emulsja zakwaszająca Stapiz, która przez ponad dwa miesiące była u mnie codzienną odżywką do włosów i w tej roli sprawdziła się znakomicie. Była lekka, nie obciążała włosów, lekko je nawilżała, ułatwiała rozczesywanie i miała przyjemny, winogronowy zapach. Ogromny plus za opakowanie z pompką i niewygórowaną cenę. Bałam się trochę, że przesuszy mi włosy przy tak częstym użytkowaniu jednak nic takiego się nie stało. Polubiłam ją tak bardzo, że korzystając z wyprzedaży przygarnęłam dwie kolejne butle na zapas.
   Drugim kosmetykiem który szybko i skutecznie podbił moje serce jest olejek w kremie Elseve, który opisywałam w poprzedniej recenzji. Mimo chwilowego kryzysu koniec końców zużyłam go z przyjemnością i chętnie do niego wrócę.
   Na koniec duet mini kosmetyków obcej mi marki Eleven Australia z serii Hydrate my hair, który pojawił się w ostatniej edycji Joyboxa. O ile odżywka była przeciętna aż do bólu (zabrakło mi w niej wygładzenia i ułatwiania rozczesywania moich plączących się na potęgę włosów) tak szampon jest zdecydowanie wart uwagi. Świetnie się pieni, pięknie oczyszcza, nie podrażania skóry głowy, nie wysusza włosów a na dodatek ma piękny bananowy (?) zapach. Niestety oba produkty w cenach regularnych kosztują zbyt wiele jak na moje możliwości i o ile wracać do nich nie zamierzam, tak cieszę się, że mogłam je wypróbować.


Oczyszczanie i maseczki

   Krem myjący-maskę Perfcety używałam wyłącznie do mycia twarzy i był to produkt przedziwny. Przyzwyczajona jestem, że delikatne z założenia produkty myjące są... delikatne. To myjało jednak oczyszczało skórę świetnie, nie pozostawiało na niej najmniejszej choćby warstewki (ma parafinę w składzie) wręcz delikatnie ją matowiło. Krem ten był bardzo rzadki, wylewało się go z tuby zbyt dużo przez co był niezbyt wydajny. Mimo, że i cena i działanie są u mnie raczej na plus tak niekoniecznie będę chciała sięgnąć po kolejną tubę. Czegoś zabrakło.
   Toniki to u mnie rzecz niezbędna a i moja sympatia do AA jest spora więc jakiś czas temu zdecydowałam się na zakup toniku łagodzącego. Pierwsze użycia nie były złe jednak z każdym kolejnym moja skóra reagowała na niego coraz większą nadwrażliwością. Szczególnie w okolicach oczu. Zużyć zużyłam ale moim zdaniem ani to produkt do skóry wrażliwej ani to produkt łagodzący. Jestem na nie.
   Woda micelarna z Auchan pokusiła mnie niewielką ceną i wielką pojemnością. Ok, może i nie jest to najlepszy płyn micelarny jaki jest na rynku (pod względem skuteczności demakijażu) ale... jest tani (8 zł), jest duży (500 ml) i nie podrażnia mi oczu. I mimo, że delikatnie drażnił mnie jej zapach to w chwili kryzysu finansowego chętnie do niej wrócę.

   Czystka w maseczkach. O maseczce drożdżowej Bandi i rozświetlającej Mincer Pharma pisałam Wam w tym poście. I zdania o nich nie zmieniłam. Zużyłam je z przyjemnością i dobrym pielęgnacyjnym skutkiem jednak koniec końców chyba do nich nie wrócę. Przynajmniej obecnie - za dużo rzeczy mnie kusi.
   Nie pisałam za to o maseczce z linii Tradition de Hammam Yves Rocher. Mimo, że to drugie zużyte przeze mnie opakowanie. Ale fakt faktem, trafiło do mnie przypadkiem i średnio byłam z tego powodu zadowolona. Jedynym plusem tej maski jest jej genialny zapach. Pachnie mieszanką gliny, ziemi i czegoś orientalnego - mogłabym mieć takie perfumy. Jednak działanie... słabo. Jak podejrzewam zawartość alkoholu powodowało na mojej twarzy silne pieczenie a i na włosach (a raczej skórze głowy) wolę działanie zwykłej glinki bez dodatków procentów. Nigdy więcej. 



Maski, rzęsy, usta i paznokcie

   Maskę w płacie Conny z węglem drzewnym ostatnio trochę skrytykowałam za wygórowaną cenę a tu niespodzianka - podobno można ją dorwać w Carrefourze za +/- 3 zł. Nie była zła, ba, była całkiem przyjemna. Jak będę w okolicach C. chętnie przygarnę następną.
   Jak na Rossmanna się obraziłam za wycofanie mojego ulubionego toniku Rival de Loop tak szybko i skutecznie w moich oczach zrehabilitowali się wprowadzając do oferty maskę naprawczą tej samej marki. Jest świetna. Bardzo kremowa i treściwa a dzięki zawartości mocznika robi cuda z moim problematyczną, odwadniająca się na potęgę strefą T. Przez krótką chwilę po nałożeniu powoduje nieprzyjemne pieczenie ale jestem w stanie się tę minutę przemęczyć dla dobrego efektu pielęgnacyjnego. 
   Płatki pod oczy Skin Lite to tania alternatywa wszelakich żelowych płatków, które mają doraźnie ukoić skórę. Jak gdzieś je spotkam to kupię kolejne.

   Wazelina Floslek jak i serum do rzęs Realash to dwa nieporozumienia i wcale nie zdenkowane kosmetyki w tym denku. Ale przed wizytą w koszu postanowiłam o nich wspomnieć. Wazeliny nienawidzę od zawsze i mimo, ze czasem zdarza mi się do niej wrócić tak zawsze kończy się to tak samo - porażką. Nie widziałam żadnych właściwości pielęgnacyjnych a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że powoduje to to u mnie wysuszenie ust. I nie, nie zabierałam jej na randkę. Serum do rzęs za to bardzo podrażniało mi skórę w okolicach linii rzęs, na którą nakładałam ten oto preparat. Podejść było kilka. Czasem szczypanie/pieczenie pojawiało się od razu, czasem po kilku dniach. Nie jestem w stanie zweryfikować właściwości a szkoda, że moim rzęsom przydałoby się wzmocnienie.
   Serum do paznokci Evree Max Repair jest za to moim olbrzymimi ulubieńcem i już niebawem do niego wrócę. Pazury rosły mi po nim jak na drożdżach jednocześnie były wyraźnie wzmocnione i elastyczne. Cudo.


Produkty do ciała

   Niby pisałam tu kiedyś, że płynów do kąpieli Isany więcej nie kupię bo są rzadkie, niewydajne, słabo się pienią i mają mało wyczuwalne zapachy ale koniec końców promocja mnie pokonała. Mam jeszcze dwie butle i... więcej ich nie kupię bo jw. Kupię za to któryś z olejków do kąpieli Farmony bo ten dla urozmaicenia chociaż wcale olejkiem nie był zużyłam z przyjemnością. Dawał sporo piany i intensywny, trwały zapach w czasie kąpieli. Używany do mycia ciała mnie wysuszał ale wlewany do wanny krzywdy nie robił. Szkoda jednak, że Farmona poszła tylko w stronę zapachów owocowych bo te ostatnio niekoniecznie mnie do siebie przekonują. Chętnie wrócę też do soli do kąpieli Cien bo ładnie pachnie i zmiękcza wodę a kosztuje niewiele.

   Peeling do stóp Yves Rocher przez długi czas był moim ulubieńcem i o ile nadal uważam, że to produkt świetny (ładnie pachnie, ma ostre drobinki) tak udało mi się mu znaleźć godnego zastępce. O balsamie rozświetlającym Lirene nie mam jednak tak dobrego zdania i praktycznie nieużywany ląduje w koszu. Kojarzycie z czasów zamierzchłych żele w brokatem do nakładania do ciała? To właśnie to. Drobiny były spore, nie trzymały się skóry a sam żel nie posiadał żadnych właściwości pielęgnacyjnych. Zupełnie nie moja bajka. Krem-żel do rąk i stóp Florina dorwałam z CND w Rossmannie i mimo, że od zachwytów jestem daleka tak też marudzić szczególnie nie będę. Ze względu na lekką formułę i szybkie wchłanianie fajnie sprawdzał się w upały. Tak samo fajnie jak suchy olejek Dove, mimo, że ten zapach miał niekoniecznie letni. Ale piękny, otulający i intensywny. Ubolewam, że zostały wycofane zanim upolowałam wariant o zapachu masła shea :( Na koniec próbki delikatnego balsamu do twarzy i ciała Tołpy. Totalnego koszmaru (podobnie zresztą jak w przypadku ich wody micelarnej z tej samej linii). Użycie go po depilacji kończyło się diabelnie podrażnioną skórą a i sam efekt nawilżania mimo dość przyjemnego składu był raczej mizerny.


Produkty higieniczne

   Zazwyczaj opakowania po produktach pierwszej potrzeby wyrzucam nie biorąc ich pod uwagę przy projekcie denko. Sama jednak oglądając Wasz posty (uwielbiam) łapię się na tym, że szukam informacji na temat tego typu kosmetyków i nie tylko. Nie wiem czy to tylko jednorazowy epizod, czy będą pojawiać się systematycznie ale dziś i one dla urozmaicenia w poście goszczą. Jestem ciekawa waszego zdania - zostawić ten element, chcecie poczytać o rzeczach błahych?

   Jeśli mowa o mnie i moich zębach jest słabo. Lubię je, cenie, mam nadzieję, że będą ze mną jak najdłużej (:D) ale niestety dbać o nie muszę szczególnie. Z tego względu rzadko się zdarza, żebym na stanie nie miała pasty przeciwpróchniczej Elmex. Kiedyś wolałam wersję Sensitive, teraz chętniej sięgam po klasyka bo udało mi się zaakceptować jego smak - chociaż też nie na tyle, by używać wyłącznie tej pasty, szczególnie rano i przed wyjściem z domu gdy zależy mi na mocnym odświeżeniu jamy ustnej. Nie mogę jej jednak odmówić dobrych właściwości oczyszczających a i moja ostatnia wizyta u dentysty zakończyłaby się wyłącznie kawą gdyby miła pani doktor mi ją zaproponowała ;) Działa, szczególnie stosowana z ich żelem z aminofuorkiem. I chwała jej za to. Pasta Colgate Sensitive Pro-relief to nowość w podejrzanie wysokiej cenie jak na pastę drogeryjną. Korzystając z promocji kupiłam no i jest słabo. Niby odświeża ale nie tak jakbym chciała, niby myje ale mam wrażanie, że Elmex radzi sobie lepiej no i niby zmniejszać ma nadwrażliwość ale jak moje zęby bardzo nadwrażliwe nie są tak całkowicie nadwrażliwe być nie przestały. Ot, przeciętniak. W tej kategorii na koniec nić dentystyczna niewoskowana Prokudent słaba jak sto nieszczęść.Nie wiem co mnie podkusiło do zakupu ale nić bez wosku w przypadku wąskich szczelin międzyzębowych to nie był dobry pomysł. Wymęczyłam, nie wrócę.

   Mydła do rąk Green Pharmacy są genialne. Mam dłonie bardzo suche a te myjadła nie dość że myją (wow) to jeszcze pozostawiają skórę w całkiem fajnej formie, bez najmniejszego wysuszenia. Warto jednak przed zakupem zwrócić uwagę na partię z której pochodzą bo... partia B zawiera sodium tallowate. Żel antybakteryjny Carex nie jest u nie produktem pierwszej potrzeby ale lubię go mieć w torebce. Wysusza na potęgę ale pozwala zachować mi spokój ducha. Mokre chusteczki 'do torebki' to tym razem: Go Pure, Clea i Isana. Pierwsze (Biedronka) wygrywały pięknym zapachem, który jednak okazał się być zbyt słodki i męczący, drugie zapachem mnie rozczarowały bo miał być kokos a kokosu nie było, trzecie wygrały wygodnym zamknięciem i nutą jabłka.

   Odkąd Biedronka wycofała mój ukochany zmywacz o paznokci o zapachu kokosa po kilku próbach pozostałam przy zmywaczu Isana. Ideałem nie jest bo jednak odrobinę za mocno wysusza mi płytkę ale chociaż jest skuteczny. Nie do końca skuteczne okazały się być plastry do depilacji ciała Joanna. Jak mocno bym tego plastra w dłoniach nie rozgrzała tak cały czas miałam wrażenie, że mógł być bardziej plastyczny. Ale tragedii nie było i pewnie jeszcze do nich wrócę. I na koniec krople o oczu Starazolin Hydrabalance o których postanowiłam wspomnieć. Może i nie są to krople działające cuda (jak większość na rynku) jednak jako ratunek dla suchych oczu sprawdzają się całkiem nieźle. Dodatkowo są ważne przez 8 tygodni od otwarcia co jest dla mnie plusem bo staram się ich nie stosować codziennie więc wykończenie całego opakowania jest dla mnie zazwyczaj niewykonalne a część pieniędzy wyrzucam do kosza. Warto więc na nie zwrócić uwagę - dwupak w cenie porównywalnej do innych.


Ufff. Tyle. Jak ktoś to przeczytał zasługuje na order z ziemniaka :D

środa, 24 sierpnia 2016

L'Oreal | Elseve | Magiczna moc olejków | Olejek w kremie i Eliksir odżywczy do włosów

L'Oreal | Elseve | Magiczna moc olejków | Olejek w kremie i Eliksir odżywczy do włosów
Jakiś czas temu Joybox w ramach w współpracy z firmą L'oreal wypuścił bardzo ciekawe pudełko z produktami do pielęgnacji twarzy oraz włosów. Produkty do twarzy niekoniecznie spotkały się z moim zainteresowaniem (zostawiłam sobie tylko olejek) jednak te do włosów zaciekawiły mnie na tyle, że zaraz po rozpakowaniu poszły w ruch.



L'Oreal Elseve Magiczna moc olejków Olejek w kremie
   Ciekawa byłam jaki produkt został ukryty pod tą niejednoznaczną nazwą jednak moje przypuszczenia się potwierdziły - to klasyczna kremowa odżywka z olejkami w składzie. O ile w czytaniu składów specjalistką nie jestem tak oko laika widzi nim w sporo dobroci i coś, co sprawiło, że mimo zaciekawiania miałam koniec końców wobec niego spore wątpliwości - olej kokosowy. Moje włosy z kokosem albo się nie lubią albo reagują na niego całkiem obojętnie.
   Producent twierdzi, że możemy aplikować go na suche i mokre włosy. Podejść z włosami suchymi miałam kilka i o ile nie widziałam żadnego na nie negatywnego wpływu tak nie do końca opowiadała mi taka forma aplikacji więc szybko ją porzuciłam, stosując go wyłącznie na włosy mokre, bezpośrednio po umyciu.
   Pierwsze wrażenia - wow. Moje włosy były cudownie miękkie, gładkie, lejące, nawilżone, dociążone i błyszczące. I tak przez kilka pierwszych użyć. Potem pojawiły się lekkie schody - końce były nieprzyjemnie suche mimo braku zmiany pozostałej pielęgnacji. A jakże, winę zrzuciłam na kokosa a olejek odstawiłam na dni kilkanaście.
   Podejście drugie. Mam wrażenie, że działanie pielęgnacyjne nie było już tak intensywne. Włosy nadal były miękkie, moje kołtuny rozczesywały się pięknie ale zabrakło tej gładkości i blasku jakie zauważyłam na początku. Niby powinnam narzekać ale... mam włosy bardzo suche i bardzo cienkie. Średnio raz na ruski rok w moje ręce trafia odżywka bez spłukiwania, którą jestem w stanie używać bo nie obciąża mi włosów. I ta właśnie taka jest. Jest też wybawieniem dla moich kołtunów. A samo używanie jest przyjemnością ze względu na barrrdzo przyjemny zapach.
   Opakowanie o pojemności 150 ml kosztuje w cenie regularnej w granicach 20 zł. Przy świetnej wydajności to tyle co i nic. Jak zużyję zapasy kosmetyków do włosów z pewnością zagości u mnie ponownie.

L'Oreal Elseve Magiczna moc olejków Eliksir odżywczy
   Szata graficzna spójna z wcześniejszym kosmetykiem. Olejek otrzymujemy w wygodnym, plastikowym opakowaniu z (odpukać) nieawaryjną, bardzo wygodną pompką.
   Teoretycznie kosmetyk w sam raz dla mnie. Jest bardzo lekki i satynowy, ma konsystencję typowego suchego olejku. Sposób użytkowania podobny jak w przypadku produkty kremowego - i na sucho i na morko. Zapach zbliżony choć moim zdaniem jeszcze ładniejszy, na nutę orientalną.
   Działanie? Przyznaję się bez bicia, że używam go sporadycznie. Po pierwsze dlatego, że katowałam olejek w kremie, po drugie bo nie do końca odpowiadają mi jego właściwości. Używany na mokro nie daje efektów praktycznie żadnych. Mam nieodparte wrażenie, że zanim włosy wyschną silikon w nim zawarty najnormalniej w świecie zdąży wyparować. W przypadku aplikacji na sucho jest trochę lepiej. Większych efektów pielęgnacyjnych brak jednak włosy są gładkie, nieobciążone i ładnie pachną. Nie zmienia to jednak faktu, że znam inne, tańsze kosmetyki, które zapewnią mi podobne działanie.
   Cena regularna oscyluje w granicach 30 zł dla pojemności 100 ml ale mnie osobiście wybór nowości na rynku nie zachęca do powrotu.



Znacie te produkty albo inne z olejkowej serii L'Oreal?

 

wtorek, 16 sierpnia 2016

JOYBOX Summertime | dlaczego ta edycja nie do końca przypadła mi do gustu?

JOYBOX Summertime | dlaczego ta edycja nie do końca przypadła mi do gustu?
Dziś o tym:


Joybox ostatnią, naturalną edycją o której pisałam Wam TU postawił sam sobie bardzo wysoką poprzeczkę. Miałam obawy że nie podołają ale zdjęcia z zapowiedziami trochę mnie uspokoiły. Jednak dziś trochę pomarudzę bo parę rzeczy niestety nie do końca mi się podoba.

Produkty na TAK i te neutralne:


AA Sun Łagodzący balsam po opalaniu - na funpagu zwróciłam uwagę, że część osób niekoniecznie było zadowolonych z pojawienia się tego typu kosmetyku pod koniec wakacji. Fakt, część osób wakacje ma już dawno za sobą a sugerując się nazwą balsamu można być trochę zniechęconym ale... po pierwsze termin ważności kosmetyku jest długi /u mnie maj 2019/ a po drugie ja jako, że się nie opalam tego typu kosmetyki używam jako zwykłe balsamy bo krzywdy nie robią i wcale się nie obrażają, że nie używam ich niezgodnie z przeznaczeniem ;) Ale na upartego balsam po opalaniu mógł się w pudle pojawić przed sezonem urlopowym  i wilk by syty i owca cała.

Biolaven Płyn micelarny - nie jestem w stanie się tu do niczego przyczepić. Bardzo się cieszę, że będę miała okazję go wypróbować. Mimo, że to kosmetyk naturalny jest świeży, ważny jeszcze blisko rok. Myślę, że dla przeciętnego użytkownika nie jest to aż tak ważne ale kosmetykoholiczki wiedzą o czym mówię ;)

Pilomax Odżywka w sprayu - super, że Joybox pozostawił nam możliwość wyboru wariantu jednocześnie sam kosmetyk jest dla mnie interesujący. Producent obiecuje nam pozytywny wpływ na na skórę głowy /łagodzenie podrażnień/  i właściwości nawilżające włosów. Przyda się, już za moment pójdzie w ruch i nie omieszkam dam Wam znać jak się sprawdzi. Na blond włosach ;))

Eleven Australia Hydrate my Hair szampon + odżywka - duet zupełnie mi obcych kosmetyków o włosów z wyższej półki, z przyjemnością spróbuję jak sprawdzą się na moich włosach.

Cleanic Chusteczki do higieny intymnej - przetestuję bo tego konkretnego wariantu nie znam ale.... opakowanie potargało się w podróży i podejrzewam, że nawet jak za moment skleję je taśmą to i tak nie będą tak wilgotne jak powinny. Szkoda :<

Amaderm Krem nawilżająco-regenerujący - sam krem zapowiada się super i będę używać z przyjemnością ale... data ważności to luty 2017 gdzie data ważności tego kosmetyku zgodnie z PAO to 12 miesięcy. Trochę słabo wysyłać w takiej sytuacji wysyłać produkt z terminem ważności od PAO krótszym. Chociaż nie podejrzewam, że będę go używać dłużej niż 2 miesiące więc chyba marudzę na wyrost. 

Vianek Krem do stóp - jestem na tak - ani Vianka ani kremów do stóp nigdy dość :D

Cuccio Lakier do paznokci - trafił mi się piękny odcień kakao z mlekiem, jestem zadowolona.

Yasumi Ampułka z wit.C - super, super, super.


Produkty na NIE:


Cuccio Lotion do dłoni - piękny zapach i skład, fajna formuła ale na opakowaniu nie uświadczyłam ani daty ważności ani słowa po polsku. Hm....

Silver tattoo - zmywalne tatuaże, serio? To absolutnie nie moja bajka, może chłopu zrobię na czole jak mi podpadnie :D

Delia Podkład kryjąco-wygładzająco-matujący - odcień trafił mi się chyba jaśniejszy ale... pomarańczową brzoskwinią to ja nie jestem. Leci do mamy.

Wibo Juicy Color Pomadka - formuła i pigmentacja wow, kolor wow ale ja w czerwieniach wyglądam jak osioł :( A Joy w podstawie zaoferował trzy odcienie. Czerwieni. 

Eveline Matowa pomadka - kij, że osioł ale sama formuła nie zachwyca. Pigmentacja słaba, mat to raczej satyna, niewygodny aplikator. No nie.



Cóż. Przyznam szczerze, że patrząc na cenę - 59 zł - nawet przy moim marudzeniu to pudło to całkiem niezły biznes. Mamy też pudło, kocham pudła. Jednak nie będę oszukiwać, nie zachwycam się tak jak przy poprzedniej edycji. A Wy jak tam, skusiłyście się? ;))





wtorek, 9 sierpnia 2016

ZAKUPY | zdrowy rozsądku w końcu mnie znalazłeś ;)

ZAKUPY | zdrowy rozsądku w końcu mnie znalazłeś ;)
Cześć. Minął miesiąc od publikacji mojego postu z nowościami więc pora na małą aktualizację. Małą - o dziwo. Nie żebym jakoś na siłę ograniczała moje zapędy do gromadzenia ot, chyba powoli się starzeję.  Kupiłam kilka ciekawych dla mnie produktów a jako, że część z nich jest już w użyciu na pierwsze wrażania Was zapraszam :)


Tołpa Green Oczyszczanie a konkretnie płyn micelarny-tonik 2w1 i delikatne mleczko do demakijażu twarzy i oczu kupiłam bo raczej się z Tołpą dogaduję a Biedronka zaproponowała jakąś śmieszną łączoną promocję, że za oba te kosmetyki zapłaciłam 14.80 zł. Oba produkty są już w użyciu i o ile micel wydaje mi się być mocno przeciętny i niewarty ceny regularnej tak mleczko zapowiada się świetnie. Pokuszę się o odrębną recenzję.

Ziaja. Generalnie nie lubię się z tą firmą i od dawna od ich kosmetyków stronię jednak postanowiłam wrócić do starego, dobrego toniku ogórkowego [6.99 zł], który lata temu zdobił moją łazienkową półkę. Udało też mi się w końcu dorwać ich żel micelarny [8.99 zł], który mimo, że na chwilę obecną jest mi zbędny to jednak ciekawość mnie zżera i pewnie niebawem pójdzie w ruch.

Cien Nature. Podjarałam się jak głupia gdy na zagranicznych profilach na IG pojawiły się produkty tej marki i klepałam ciche modły, żeby dotarły i do naszych Lidlów. Planowałam zakup kremu pod oczy z granatem ale oczywiście nie było. Więc sięgnęłam po wariant różany [6.99 zł]  Jest mocno średnio. Krem na szczęście nie podrażnia mi oczu jednak jest bardzo lekki i oprócz nawilżenia nie daje większych efektów. Nie zmienia to jednak faktu, że w moim sklepie te produkty zaczynają być wyprzedawane więc może po taniości coś sobie jeszcze z tej linii dokupię.

Mincer Pharma Vita C Infusion. Nie wiedzieć czemu darzę tę markę sympatią sporą mimo, że z ich produktami nie zawsze się dogaduję. Jednak odkąd pojawiły się zapowiedzi linii z witaminą C wiedziałam, że raczej nie uda mi się czegoś nie kupić. Na pierwszy ogień poszła nawilżająca mikrodermabrazja [19.99 zł], która po pierwszym użyciu wydaje się być całkiem całkiem... Mam ogromną ochotę na serum z tej serii jednak chwilowo 50zł za 15 ml produktu to dla mnie cena zaporowa.



Odkąd okryłam, że żele pod prysznic Dove po zmianie formuły przestały mnie podrażniać/uczulać mam problem żeby ich nie kupować. Mają świetne, gęste formuły i przyjemne zapachy. Tu wariant z piwonią i słodkim kremem [13.99 zł]

Lidl pokusił mnie za to żelem Coco Bahama by Cien [4.99 zł] Duże to to i tanie, ładnie pachnie ale jest strasznie rzadki przez co niewydajny i nie jest zbyt łaskaw dla mojej suchej skóry. No ale brałam to pod uwagę ;)

Intensywnie nawilżający krem do rąk Oillan [3.49 zł] przygarnęłam w aptece przy okazji zakupu pasty do zębów :D Ponoć dobrze nawilża i szybko się wchłania no i muszę się z tym zgodzić. Mała pojemność plus wcześniejsze właściwości - idealny produkt do torebki.

Peeling o stóp Kolastyna [4.99 zł]. Owoc wyprzedaży w Lidlu. Tanie to to było, w razie wtopy stwierdziłam, że nie będę płakać a znalezienie dobrego peelingu do stóp to dla mnie nie lada wyzwanie. I jestem z niego na tyle zadowolona, że jak ostanie się do mojej kolejnej wizyty to przygarnę jeszcze tubę lub dwie na zapas.


Tyle. Dacie wiarę? :D

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

LIRENE | Bronze Collection | balsam brązujący pod prysznic

LIRENE | Bronze Collection | balsam brązujący pod prysznic
   Patrząc na rynek kosmetyczny mam wrażenie, że mamy już na nim przesyt. O jakim produkcie bym nie pomyślała on w sprzedaży już jest ;) Tym bardziej cieszę się, gdy firmy próbują zrobić coś ponad. Dziś o innowacji jaką zafundowała nam marka Lirene czy balsamie brązującym pod prysznic.

   Sprawa o tyle ciekawa co i dla mnie niezmiernie kusząca. Bo opaleniznę lubię ale... ani się nie opalam ani wszelkiej maści samoopalacze i produkty brązujące ze względu na moją niechęć do  trwonienia czasu niekoniecznie się u mnie sprawdzają. Zazwyczaj tego typu produkt gości u mnie na stanie z czego gdy kończy się jego termin ważności ląduje w koszu po dwóch czy trzech symbolicznych aplikacjach gdzie po każdej stwierdzam, że za dużo z tym zachodu.




   Balsam Lirene zapakowany jest w klasyczną tubę o pojemności 200 ml, w cenie regularnej zapłacimy za niego 20 zł. I dużo i mało. Bo wydajnością nie grzeszy. Nie wiem, czy to ja mam dużą powierzchnię ciała [chociaż chyba nie], czy nakładałam go zbyt szczodrze ale wystarczył mi na równych 10 aplikacji od stóp do głów. Tak, aplikowałam go również na twarz. Z lenistwa. Nie zrobił mi najmniejszej krzywdy mimo, że dedykowany jest skórze ciała.

   Założeniem producenta jest nakładanie tego produktu na jeszcze wilgotną skórę. Sprzyja temu lekka, kremowa konsystencja, która nie spływa ze skóry. Po trzech minutach należy go zmyć a efekt opalenizny powinien się pojawić po około pięciu aplikacjach. U mnie pojawił się po trzech. Skóra była złoto-brązowa, wyglądała bardzo naturalnie, jednak faktycznie widać było działanie tego kosmetyku. Nie cierpię sztucznej, ciemnej opalenizny w sztucznym odcieniu więc tutaj nie jestem w stanie się do działania przyczepić.

   Szybko udało mi się wypracować odpowiednią dla mnie częstotliwość użytkowania kosmetyku. Użyłam go trzy dni z rzędu, następnie dwa razy z jednodniowymi odstępami. Cały manewr powtórzyłam po tygodniu co pozwoliło mi cieszyć się brązową skórą przez około 3 tygodnie.

   Mówiąc o produkcie brązującym nie mogę nie wspomnieć o kwestii charakterystycznego zapachu. Był. Ale był dosyć subtelny a dzięki temu, że jest to produkt, który zmywamy mogłam potraktować skórę dodatkowo balsamem o przyjemnym zapachu by go złagodzić. Sama inicjatywa zmywalnego balsamu będzie też błogosławieństwem dla osób z bardzo suchą skórą, które bez konkretnego, pielęgnacyjnego balsamu nie wyobrażają sobie życia [jak ja ;)].

   Smugi? Absolutnie nie. A ja mam niezwykły talent do nierównomiernego nakładania tego typu kosmetyków. Ba, używałam go bez wcześniejszego peelingu a efekt był równomierny. Podobnie było z jego wyparowywaniem ze skóry. Żadnych smug, żadnych plam.



   Nie pozostaje mi nic innego niż polecić Wam wypróbować ten balsam, jeśli lubicie naturalną opaleniznę a macie problem z tego typu produktami z powodów różnych. Niby można się przyczepić do wydajności ale... to pierwszy balsam tego typu jaki udało mi się zużyć w całości na przestrzeni kilku[nastu] ostatnich lat, który używałam z przyjemnością i do którego z przyjemnością wrócę, gdy tylko uda mi się [chociaż częściowo] uporać z zapasami w tej kategorii.









poniedziałek, 1 sierpnia 2016

DENKO | lipiec 2016 | Garnier, U20, Lirene, Pharmaceris, Ava, Oeparol, Rival de Loop, Babyderam, Alterra, Yves Rocher, Dr Irena Eris, Vaseline i inni

DENKO | lipiec 2016 | Garnier, U20, Lirene, Pharmaceris, Ava, Oeparol, Rival de Loop, Babyderam, Alterra, Yves Rocher, Dr Irena Eris, Vaseline i inni
Cześć. Wraz z kolejnym miesiącem przychodzę do Was podsumować moje ostatnie śmieci. Jest tego duuużo ale tak to jest, gdy otwiera się piętnaście rzeczy na raz. Trafiło się parę produktów wartych uwagi, trafiły się też przeciętniaki. Ciekawych zapraszam na ciąg dalszy....


Garnier Płyn micelarny z olejkiem
Bardzo przyjemny produkt. Był lekki, satynowy. Dobrze zmywał makijaż jednocześnie nie robiąc skórze i oczom najmniejszej krzywdy. Miał rewelacyjny, orientalny zapach. Ale... zostawiłam go w upał na parapecie i wytrąciły się z niego farfocle więc nie ryzykując resztkę wylałam. Chętnie do niego wrócę.

Under 20 Pianka oczyszczająca pory do mycia twarzy o działaniu antybakteryjnym 1% kwasu migdałowego
Ulubieniec. Piękny zapach,  lekka formuła, świetne właściwości oczyszczające połączone z łagodnym działaniem na skórę.

Lirene Tonik nawilżająco-oczyszczający
Przyjemny, mocno odświeżający tonik, które świetnie sprawdził się w upały. Lekko rozjaśniał i napinał skórę. Nie przesuszał, nie ściągał, miał przyjemny zapach. Rzecz warta powrotu ale chyba go wycofali :(

Ava Professional Maska enzymatyczna
Zła nie była ale... nie zachwyciła. Lekko złuszczała, lekko wygładzała, lekko napinała i oczyszczała skórę ale mam już swojego ulubieńca w dziedzinie produktów enzymatycznych i zdecydowanie wolę wrócić do niego niż do tej maski.

Pharmaceris W Krem na dzień SPF 50 + / Krem wybielający na noc
Bardzo udany duet, który robił swoją robotę. W linku recenzja. W recenzji odnośnik do recenzji mojego pierwszego opakowania kremu na noc ;)

Oeparol Krem pod oczy z ceramidami
Nie zachwycił. Po zużyciu 2/3 opakowania resztę zużyłam do stóp bo nie chciało mi się już z nim męczyć. Konsystencja na tak, działanie na dłużą metę na nie.

Rival de Loop Maseczka rozświetlająca
Przeciętniak. Lekka maska na bazie białej glinki, która lekko oczyszczała i napinała skórę. Rozświetlenia nie zauważyłam. Krzywdy nie robiła ale na rynku jest tyle fajnych produktów, że powrotu nie planuję.

Rival do Loop Maseczka naprawcza
Cudo. Jedynym jej minusem jest szczypanie po aplikacji, które na szczęście szybko mija. Działanie? Totalna dawka nawilżenia i odżywienia skóry. Polecam, muszę się zaopatrzyć w kolejne saszetki.




Taft Lakier do włosów
Jestem w stanie przeżyć sklejanie włosów jeśli lakier funduje mocne utrwalenie. Ten niestety tego nie robił. Męczyłam się z nim trochę, każdorazowo uśmiechając się na ten ich efekt 'mega strong'. Powrotu nie planuję.

Babydream Szampon dla niemowląt
Najlepszy przykład tego, że czasem wracać nawet i do bubli ;) Uwielbiam świetne właściwości oczyszczające i widoczne zmiękczenie włosów po jego użyciu. Plątać plącze i bez odżywki się nie obejdzie ale mam wrażenie, że ja po prostu na przestrzeni lat udoskonaliłam technikę mycia włosów i dlatego nie robi moim włosom krzywdy.

Alterra Szampon dodający objętości.
Zapach, zapach i jeszcze raz zapach. Dla mnie to któraś z limitowanych gum Mamba ;) Po za tym świetne działanie. Szampon mył, był łagodny dla skóry głowy i włosów. Spotkałam się z opiniami, że szampony tej firmy są bardzo niewydajne z czym się nie zgodzę. Jak pojawi się w promocji pewnie poczynię zapasy ;)

BeBeauty Sól do kąpieli
Nie mam jej nic do zarzucenia. Ładnie pachnie i zmiękcza wodę.

Yves Rocher Jardind du Monde Żele pod prysznic
Małe, niewydajne i niezbyt tanie jednak gęsta piana i zapachy spokojnie mi to rekompensują. Kocham zapach tiare jednak pomarańcza była też niczego sobie.

Divus Żel pod prysznic
Rzadki i niewydajny ale zapach... Niczym ukochany, wycofany żel Kamill o zapachu kokosa i czekolady.



Balea Lotion do rąk
Zapach... Jestem monotematyczna ale aromat liczi i róży był wręcz fenomenalny. I co z tego... Średnio to to nawilżało, było pozornie lekkie jednak wchłaniało się wieki. Próbowałam zużyć o ciała - nie dało się bo mazał się po skórze. Skończył jako balsam pod prysznic, gdzie zużył się w tempie zastraszającym. Uh.

Dr Irena Eris Spa Resort Japan Ujędrniające serum z pyłkiem opalizującym na dzień
Luksus wkroczył pod strzechy dzięki uprzejmości Pan Erisek. A że człowiek do luksusu nieprzyzwyczajony zawiódł się srodze. To serum było koszmarne i aż dziw bierze, że zapomniałam Wam o nim wspomnieć pisząc ostatnio o bublach ;) Miał konsystencję gęstego żelu napakowanego świńsko różowym pyłkiem i złotymi drobinkami. Na mojej ciepłej [o kolorycie piszę] skórze wyglądało to bardzo sztucznie. Zresztą odpadało to to jako produkt do użytku na dzień bo wchłaniało się wieki i lepiło tak, że każdy jeden koci kłak jaki mój kot zrzucił przylepiał się do mnie w tempie błyskawicznym. Nie, nie i jeszcze raz nie. Chociaż przyjemnego zapachu odmówić mu nie mogę.

Dr Irena Eris Spa Resort Japan Jedwabisty balsam nawilżający do ciała na noc
Krytykowałam, narzekałam, to teraz będę chwalić. Balsam miał cudowną konsystencję, niby był lekki jak mleczko jednak w kontakcie ze skórą robił się konkretniejszy, jedwabisty, przez chwilę nawet pozostawiał uczucie lekko wilgotnej skóry. Nie kleił się nic a nic. Pięknie nawilżał, zapach był intensywny ale niemęczący i utrzymywał się na skórze do kolejnego mycia. Gdyby nie cena pewnie zagościłby u mnie ponownie. Plus za opakowania obu tych produktów, wygodne słoiki i estetycznymi, lustrzanymi nakrętkami. Aż miło było było ich używać.

Lirene Brązujący balsam do ciała pod prysznic
Jakie to było fajne! Spłodzę mu odrębną recenzję, obiecuję!

Vaseline Intensive Care Balsam do ciała
Killer. Dawno nie miałam takiego produktu, który potrafił skórę w stanie mocno złym błyskawicznie doprowadzić do stanu używalności. Trochę upierdliwy ale niezastąpiony dla osób z bardzo suchą skórą. Będę wracać.

Evree Instans Help Krem ratunek dla stóp
Ratunek piszą, ratunku nie było. Mocno przeciętny krem, który ze stopami nie zrobił nic poza pozornym uczuciem nawilżania. Do tego ta tubka... Jakby ją czołg przejechał a nie pastwiłam się nad nią jakoś szczególnie. Jestem na nie

Oxedermil Krem na pękające pięty 30% Urea /próbka/
Trudno mi go oceniać po jednorazowej aplikacji ale... ma potencjał. Spodobała mi się jego bogata konsystencja i uczucie miękkich stóp o poranku ;) Jak wyjdę z zapasów to kupię opakowanie i zobaczę jak sprawdzi się na dłuższą metę.

Tyle dobrego. Używałyście, któryś z tych produktów? Jak się sprawdziły? :)

Copyright © 2016 KOSMETYKOHOLICZKA , Blogger