poniedziałek, 29 lutego 2016

Kneipp / płyny, sole, perełki i esencja / czy warto?

Kneipp / płyny, sole, perełki i esencja / czy warto?
 Dziś będzie kolorowo i... pachnąco. Produkty marki Kneipp podbiły blogosferę szybko i skutecznie ;) Nie mogłam więc /a jakże.../ odpuścić sobie ich zakupu. Główną kusicielką bezsprzecznie była dla mnie Ewa, która raz po raz pokazuje na swoim blogu wszelkiej maści pachnące cuda.


   Kneipp zdecydowanie nie należy do marek najtańszych. Nie należał też do tych dobrze dostępnych dopóki Hebe i Natura nie postanowiły wprowadzić ich produkty do swojego stałego asortymentu. Do pierwszej jest mi zdecydowanie nie po drodze jednak druga drogeria jest stałym punktem moich kosmetycznych wypraw ;)

   Ceny regularne oscylują w granicach 20 zł /400ml - 8 użyć/ za płyny do kąpieli, 20 zł /100 ml - 10 użyć/ za esencje i 5/6 zł /60 i 80 gramów - jedno użycie/ za sole i perełki do kąpieli. Od czego są jednak promocje - na szczęście wcale nie tak rzadkie.

    Zaczniemy od płynów do kąpieli. W moje łapy wpadły do tej pory trzy warianty: Na dobranoc, Przytulna kąpiel i Radosna chwila relaksu. Co zaoferowała nam marka? Piękna opakowania. Przyjemną, puszystą i bardzo trwałą pianę. Ciekawe składy bogate w ekstrakty. I rewelacyjne zapachy. Moje serce zdobyły wszystkie trzy ale najmocniej serce bije mi do Przytulnej kąpieli. Wyważona słodycz z lekką nutą kardamonu uprzyjemniała mi kąpiele jak nic innego. Zapachy są niezwykle inne, kompozycje spójne i bardzo perfumeryjne.
   Co robią płyny Kneipp czego nie robią inne płyny? Barwią wodę! Nie wiem czemu inni producenci jeszcze na to nie wpadli. Mała rzecz a cieszy. Za wyłączeniem płynu makowego - czerwona woda do kąpieli mnie osobiście nie zachęca.

   Esencja do kąpieli ku mej wielkiej radości wpadła w moje łapy z pudełku Joybox. Radość wielka bo już ją znałam z próbki i wiedziałam, że prędzej czy później skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie. Totalny relaks to bardzo intensywny zapach melisy. Świerzej, nie z suszu. Jest idealna po ciężkim dniu żeby odpłynąć w błogostan i ukoić nerwy. Zapach jest bardzo intensywny, wyczuwam go w łazience jeszcze rano ;) Esencja jest gęstym, oleistym płynem, który barwi wodę na wściekle żółty kolor. Nie pieni się.
   Wierzcie lub nie, już zacieram ręce na wariant  Głęboki odpoczynek i pewnie już niebawem wpadnie w moje łapy.

   Na koniec perełki i sole. O ile płyny i esencję uważam za produkty warte zainteresowania tak te oto saszetkowe maluchy tyłka mi nie urwały zupełnie. Sole/perełki barwią i zmiękczają wodę. Dają przyjemny jednak o wiele mniej intensywny zapach, na dodatek po kilkunastu minutach znika z wanny.... Stosunek ceny do wydajności też nie powala - zapachy w dużej mierze się powielają więc lepiej zainwestować po prostu w płyn. A z soli kupić te z BeBeauty ;)

 
Płyny

Jakie jest Wasze zdanie na temat tych produktów? :))

sobota, 27 lutego 2016

DENKO | luty 2016

DENKO | luty 2016
Po dużych zakupach pora na równie duże denko. Przyznaję się - zużycia w ostatnich tygodniach mam wprost zdumiewające ;)

Emulsja oczyszczająca Alterra - miałam wobec niej mocno mieszane uczucia. Niby działanie miała w porządku, niby krzywdy nie robiła ale irytował mnie jej intensywny zapach i kiepska wydajność. Nie planuję powrotu.
Tonik Rival de Loop - uwielbiam. Zdradzam go od czasu do czasu jednak wracam do niego z podkulonym ogonem. Tonizuje, oczyszcza, ma wpływ na dobrą kondycję mojej skóry.
Płyn micelarny i płyn dwufazowy Lirene - trudno doszukiwać mi się w nich wad. Fundują skuteczne oczyszczenie jednocześnie są łagodne dla mojej skóry. Chętnie do siebie wrócimy.
Woda micelarna Tołpa Baby - porażka. Totalna. Piecze, szczypie, podrażnia. Mam jeszcze pełnowymiarowe opakowanie do zużycia i wcale mnie to nie cieszy...

Krem przeciwko pierwszym zmarszczkom Tołpa Futuris 30+ - wobec marki mam mocno mieszane uczucia jednak każdy jeden krem do twarzy jaki używałam sprawdzał się na mojej skórze świetnie. Ten oto pięknie odżywiał i nawilżał skórę a ostatnimi czasy dosyć mocno dałam jej w kość. Chętnie do niego wrócę.
Krem wybielający Pharmaceris W -  świetny, chociaż wymagał cierpliwości i systematyczności.
Krem Vichy Idalia - miniaturka z Joyboxa. Porażka totalna. Śmierdziało alkoholem na kilometr i podrażniało mi to to skórę. Zużyłam do szyi i dekoltu. Powrotu zdecydowanie  nie planuję.
Krem pod oczy Creme Riche Yves Rocher - zły nie był ale większego wrażania na mnie nie zrobił. Zdecydowanie nie odpowiadała mi jego formuła.
Serum z wit. C Bielenda - tak się z nim polubiłam, że kupiłam i otworzyłam kolejne opakowanie. Dobre działanie i niewygórowana cena sprawiły, że pewnie nie ostatnie.
Olejek różany Vis Plantis - niby różany, a ponad 90% zawartości to olej macadamia. Którego jak się okazało nie zostałam fanką. Moja skóra się z nim nie polubiła więc zużyłam go do olejowania włosów. Minus za opakowanie - pompka była bardzo awaryjna i wiecznie wylewał się z niej produkt.
Stymulator wzrostu brwi i rzęs Bandi - zwlekam z jego recenzją... długo. Na pewno pojawi się już wkrótce a jej napisanie będzie męczące niczym kopanie rowów. Bo trudno krytykować produkt za blisko dwie stówy, który jak na złość dostałam. Eh.
Pomadka rokitnikowa Sylveco - wersję peelingującą krytykowałam mocno, w tej praktycznie nie widzę wad. Świetnie pielęgnuje, działa anty-opryszczkowo /dziadostwo nie przypałętało mi się ani razu z okresie użytkowania a miałam spore spadki odporności/ jednak dobijał mnie jej żółty kolor. Teraz spróbuję wersję zieloną - bezbarwną.
Kuracja normalizująca Sayen - 1/3 pełnowymiarowego opakowania z Joyboxa. Co Wam powiem to Wam powiem ale tyłka mi to to nie urwało. Niby peeling peelingował, niby maska uspokoiła skórę, niby krem cośtam robił ale efekt zdecydowanie nie wart ceny regularnej /bodajże 100 zł/.


Szampon stymulujący Yves Rocher - kolejny kosmetyk wobec którego mam bardzo skrajne uczucia. Opiszę je niebawem w rencenzji.
Pasta oczyszczająca Liście Manuka Ziaja - do skóry głowy jako peeling/maseczka sprawdza się na piątkę z plusem.

Płyn do kąpieli Malizia - pięknie się pieni, nie wysusza skóry i miał przyjemny zapach. Rzecz warrta powrotu.
Sole do kąpieli Be Beauty - pachną, barwią i zmiękczają wodę. Na dodatek są tanie jak barszcz.
Sole do kąpieli Kneipp - pachną, barwią i zmiękczają wodę. Tylko cena, nawet ta promocyjna to nieporozumienie. Sole z Biedronki zupełnie w niczym im nie ustępują więc są dla mnie zbędnym wydatkiem.
Sól do kąpieli Isana - idealna na katar. Zapach świeżych ziół jest tak intensywny że znacząco ułatwia oddychanie. Będziemy do siebie wracać.

Peeling do stóp Yves Rocher - świetny zdzierak o przyjemnym lawendowym zapachu. Zdecydowanie mój ulubiony peeling do stóp, mam kolejne opakowanie w użyciu.
Peeling ujędrniający Lirene - najsłabszy z trzech peelingów tego producenta jakie używałam. Pojawi się recenzja.
Żel pod prysznic z drobinkami kawy Perfecta - ulubieniec od pierwszego użycia. Drobiny cukry i kawy przyjemnie zdzierały a zapach /pomarańczowo-waniliowy/ uprzyjemniał kąpiel.
Micelarny żel do higieny intymnej Lirene - świetny produkt, niebawem recenzja.
Olejek myjący Wellnes&Beauty - zużyłam go do prania gąbki RT i sprawdził się w tym celu rewelacyjnie. Kupię kolejne opakowanie.

Balsam witaminowy Vital Code Lirene - pięknie pachniał i dobrze nawilżał. Bardzo miło mnie zaskoczył.
Krem-nektar do rąk Tołpa - bardzo przyjemy krem. Lekki, szybko się wchłaniał jednak bardzo dobrze nawilżał moją skuchą skórę. Wart uwagi.
Koncentrat do rąk Cien /Lidl/ - dziwadło. Niby nie pielęgnował szczególnie jednak był idealny do ochrony skóry bez mrozem. Był szaaalenie wydajny.
Krem do stóp Avon - nie sprawdzał się na noc bo nie nawilżał, nie sprawdzał się na dzień bo się rolował. Totalne nieporozumienie. O miłym, wiśniowym zapachu ;))

Znacie. lubicie?

sobota, 20 lutego 2016

BUBEL: Oczyszczająca woda micelarnaTołpa Baby

BUBEL: Oczyszczająca woda micelarnaTołpa Baby
Od produktów do demakijażu wymagam przede wszystkim delikatności. Wybór poniższego produktu wydał mi się wręcz oczywisty bo czy produkt dla dzieci może zrobić krzywdę? Jak się okazało - może.


   Kwestie estetyczne będę sobie chwalić. Butla jest po prostu piękna. Przyczepię się jednak do otwierania - jest problematyczne niczym w moich 'ulubionych' kosmetykach Yves Rocher. Uwaga na paznokcie!
   Produkt ten występuje w dwóch pojemnościach: 200 ml /29.99 zł/ oraz 75 ml /9.99 zł/. Uwielbiam Tołpę za wersje mini!  Opcja idealna na wyjazdy, dla osób z nadwrażliwością, które potrzebują przetestować produkt przed zakupem czy najzwyczajniej w świecie szybko nudzą się kosmetykami ;)
    Woda ta teoretycznie przeznaczona jest do pielęgnacji skóry niemowląt jednak jak dobrze przyjrzymy się opakowaniu dedykowana jest również mamom ;) Mamą nie jestem ale cóż. Wizja łagodzenie podrażnień i jednoczesnego oczyszczania wydała mi się być na tyle kusząca, że w sumie czemu by w nią nie zainwestować.
    Do działania oczyszczającego nie mogę się przyczepić. Zmywa świetnie tylko... jest diabelnie agresywna dla skóry! Producencie, dałeś dupy. Totalnie. Używam jej obecnie do demakijażu skóry twarzy /kupiłam to i zużyję/. Nie jest to najprzyjemniejsze uczucie bo mrowienie i lekkie pieczenie sprawia całkiem niezły dyskomfort. Ale jest to do przeżycia. Za to oczy... Borzezielony. To już nie dyskomfort. To ból najzwyczajniej w świecie. Skóra wokół oczu czerwienieje jak nieszczęście, piecze, szczypie i pali ogniem żywym.
    Takie cudo dla niemowląt? Serio? Nigdy więcej....
 


piątek, 19 lutego 2016

Sekrety urody Koreanek / Elementarz pielęgnacji Charlotte Cho / czyli o książce, która zrobiła na mnie wrażenie

Sekrety urody Koreanek / Elementarz pielęgnacji Charlotte Cho / czyli o książce, która zrobiła na mnie wrażenie
   Dziś odbiegniemy trochę od tematu kosmetyków. Ale tylko trochę. Nie skupimy się na produktach, nie skupimy się na efektach a skupimy się za to na szeroko pojętej pielęgnacji według kobiety, którą miałam okazję poznać właśnie dzięki Elementarzowi pielęgnacji - Charlotte Cho.
   Mowa o książce w której ekspertka od koreańskiej pielęgnacji, kosmetyczka i właścicielka sklepu z azjatyckimi kosmetykami dzieli się z nami tajnikami koreańskiej kultury piękna, do której /mam wrażenie/ trochę nam jeszcze daleko.
   Pozycja o której mowa była dla mnie po pierwsze możliwością poznania czegoś nowego, po drugie usystematyzowania posiadanych już przeze mnie informacji. Nie jestem może najlepszą osobą do recenzowania książek bo do tej pory co najwyżej czytałam je i polecałam innym mówiąc 'bierz, świetna, czytaj!'. A i sama stronię od czytania recenzji bo uwielbiam kupować książki w ciemno sugerując się chociażby ładną okładką. Ale człowiek podobno całe życie się uczy więc... do dzieła :)
 



   Pierwsze wrażenie
   Okładka jest... pocieszna i trochę infantylna. Niczym książki dla nastolatek, które lubują się w różu. Uwierzcie jednak, że czytając Charlotte szybko zrozumiałam, że ta książka nie mogła wyglądać inaczej :) Niewielki format zdecydowanie ułatwia czytanie w łóżku co osobiście uwielbiam, jednak mam zastrzeżenia co do jakości papieru - jest dosyć cienki i bury. Ma to jednak swój urok szczególnie w połączeniu z zabawnymi ilustracjami. Książka jak na elementarz przystało podzielona jest na podrozdziały a część treści podkreślona jest niczym w moich studenckich notatkach.
 




Treść
   Nie będę ukrywać. Książkę pożarłam w jeden wieczór. Od pierwszego do ostatniego zdania nie mogłam się od niej oderwać. Język jakim operuje autorka jest przyjemnie prosty patrząc na fakt, że część poruszonych tematów była dla mnie nie do końca znana i oczywista. Zabrakło w tej pozycji jednak podręcznikowego moralizatorstwa a przejście przez kolejne terminy były raczej rozmową z lepiej doświadczoną koleżanką a nie nudnym wykładem. I chwała za to.
   Autorka przestawiła nam podstawy koreańskiej pielęgnacji jednocześnie opowiadając o przeskoku kulturowym po wyjeździe do Seulu. I przyznam szczerze, nie wiem co było dla mnie ciekawsze. 
   
   Koreańska pielęgnacja nie była mi jednak zupełnie obca. Swoją wiedzę czerpię przede wszystkim z dobra jakim jest You Tube. Brzmi to może śmiesznie ale wszelakie filmy typu Skin routine, szczególnie w wykonaniu Azjatek ciekawią mnie niesamowicie i często w wolnych chwilach potrafię trwonić czas podziwiając po pierwsze - niedostępne dla mnie produkty i po drugie - nieznane mi metody pielęgnacji.

   Elementarz zdecydowanie jest zbiorem cennych informacji. Od przestawienia nam kosmetyków używanych przez autorkę, po możliwość poznania skóry na nowo i identyfikacji jej typu. Przedstawia też charakterystykę poszczególnych produktów, których na naszych półkach trudno uświadczyć. Znajdziemy w nim również słownik pojęć który może okazać się być cenną wskazówką dla kosmetycznych laików oraz wypowiedzi osób z szeroko pojętej koreańskiej branży urodowej.

  Nie zabrakło także  informacji na temat makijażu /mniej znaczy więcej/, k-spa będącego  dla mnie czymś orientalnym czy anegdot związanych z życiem i podporządkowaniu go pędem za skórą idealną. Początkowo wydało mi się przesadą jednak z każdą kolejną stroną myślałam ' a może to ma sens?' Koreańska kultura piękna sprawia, że kobiety /i mężczyźni!/ czują się dobrze w swojej skórze i co najważniejsze czuja się w niej dobrze przez naprawdę długie lata. Też tak chcę.

Wnioski

  • Moja pielęgnacja ma sens. Minimalizm nie jest jedyną skuteczną metodą w walce o piękną cerę. I skoro moja skóra lubi na bogato to znaczy, że ma rację.
  • Robienie z pielęgnacji codziennego rytuału i traktowanie jej jako przyjemności a nie obowiązku to nie wymysł znudzonego człowieka jakim bywam. I niech tak zostanie.
  • Filtry, filtry, filtry. Życzę sobie, żeby pozostały w mojej pielęgnacji na stałe a nie od wielkiego dzwonu.
  • Wcale nie planuję zmieniać kosmetyków na koreańskie. Wcale a wcale. Chociaż może skuszę się kiedyś na prawdziwy krem BB...



Dla Was
Wydawnictwo ZNAK ma dla Was trzy egzemplarze tej pozycji.
Będzie mi miło, jeśli będziecie obserwatorami mojego bloga i polubicie FunPage Wydawnictwa.
Osoby zainteresowane poproszę o zostawienie swojego adresu mailowego pod treścią komentarza. O dowolnej treści. Jednak chętnie przeczytam, dlaczego chciałybyście się z tą pozycją zapoznać.
Rozdanie zakończy się z końcem lutego o wynikach poinformuję osobiście na adres podany w treści Waszej wiadomości w terminie 7 dni. Wysyłka na terytorium PL, w rozdaniu mogą wziąć udział osoby pełnoletnie/lub za zgodą rodziców.
P.S majle już wysłane ;)




środa, 17 lutego 2016

ZAKUPY | od groma pielęgnacji twarzy i no, nie tylko ;)

ZAKUPY | od groma pielęgnacji twarzy i no, nie tylko ;)
Jak napisałam, tak też czynię. Zapraszam Was dziś na drugą część zakupów z ostatnich tygodni. Dwóch. Nie pytajcie, bo sama nie wiem jak to zrobiłam. Dziś skupimy się na produktach do twarzy ale... nie tylko. Jakby inaczej - w międzyczasie wpadły w moje łapy również produkty do ciała ;)

   Cóż. Pozycja numer jeden to maska enzymatyczna Ava. Moja w trochę brzydszym opakowaniu niż to, które być może już znacie z blogów jednak stwierdziłam, że aż taką estetką nie jestem żeby płacić prawie dwa razy tyle za ten sam produkt tylko dlatego, że opakowanie bardziej cieszyło by moje oczy. Maska ta miała już swoją premierę i powiem jedno - wow.  Pozycja numer dwa to maska rozświetlająca Mincer. Od jakiegoś czasu patrzyłam na te produkty tęsknym wzrokiem w Naturze ale rozsądek krzyczał nie. Koniec końców zamówiłam ją /i inne rzeczy o których za chwilę/ w jednej z drogerii internetowych nie dość, że taniej to jeszcze załapałam się na gratisy. Jeszcze jej nie używałam ale recenzja z pewnością na blogu za jakiś czas się pojawi.
   Przeczytałam ostatnio książkę. Nie żeby było to jakieś wydarzenie ale książka ta była elementarzem. Pielęgnacji. Napiszę Wam o niej więcej już niebawem, ba będę miała egzemplarze do rozdania. Ale ale ale zainspirowana mądrymi słowami postanowiłam jednak nie porzucać mojej systematyczności w chronieniu skóry przed słońcem a jako, że kończy mi się filtr Pharmaceris dać szansę zdecydowałam kremowi-żelowi SPF 50 z Iwostin, po przeczytaniu jego bardzo kuszącej recenzji. Krem-maska Bielenda w wariancie korygującym zbiera raczej dobre opinie w sieci więc gdy wpadła mi w oczy w którejś z babskich gazetek postanowiłam wrócić z nią do domu. A olejek Retinol ze Starej Mydlarni patrzył na mnie z półki w Naturze. A że retinol jako taki ciekawi mnie bardzo od dziś zagości w mojej pielęgnacji.


   Pierwszy raz od niepamiętamkiedy zdarzyło się, że nie miałam ani jednego produktu do demakijażu w zapasie. Same rozumiecie że w moim przypadku to otwarta furtka do zakupu sterty nowości ;) W przypadku marki Micer Pharma zdecydowałam się na zakup płynu micelarnego oraz dwufazy. Tołpa pokusiła mnie skutecznie wodą micelarną z linii Baby że oprócz pełnowymiarowego opakowania przygarnęłam też trzy urocze maluchy. Nie była to najlepsza decyzja ale napiszę Wam o tym przy okazji recenzji już niebawem. Żel micelarny AA z serii z algami kupiłam po zachwycie podobnym produkcie z linii Oil Infusion i był to kolejny strzał w dziesiątkę. A płyn micelarny Garnier zebrał już tyle pozytywnych opinii w sieci, że w końcu musiał zagościć i u mnie.


    Nie to, żebym nie miała już toników ale miałam chęć na coś delikatnego na zbliżające się ciepłe miesiące więc przygarnęłam nawilżający tonik Mincer Pharma, tonik łagodzący AA oraz dwie wody Rabka Spa Minerale. Pisałam kiedyś recenzję poprzedniej wersji /KLIK/ jednak nie boję się delikatnej zmiany składu więc stwierdziłam, że nie ma się co bawić w jedno opakowanie :D

   Z produktami oczyszczającymi za to nie poszalałam. Postawiłam na Tołpę, konkretnie na łagodny żel piankę z linii Simply oraz dwa maluchy w postaci lipidowego żelu po mycia twarzy i ciała. Zdecydowałam się na wersję mini bo wyszły taniej niż opakowanie pełnowymiarowe - czary mary.


   Na sam koniec nowości żelowe z Biedronki czyli żele Ocenia. Mają piękne opakowania i w sumie jakie by nie były pod względem działania - musiałam mieć.
   Trzy kremy do rąk Instat Help marki Evree. Kojarzycie sklep superkoszyk.pl? Z okazji walentynek wysłali mejla z pytaniem jak oceniam realizację ich zamówień, które kiedyś tam poczyniłam. Uważam to za całkiem przyjemny marketing więc postanowiłam stracić cenną minutę życia i napisać, że są na prawdę spoko. W zamian dostałam podziękowanie i informację, że jeśli zdecyduję się na jakieś zamówienie w ciągu dwóch tygodni jako 'prezent' dostanę powyższy krem. Miło. Wlazłam więc pooglądać co tam ciekawego mają z nowości, zauważyłam produkty Mincer nie dość, że w cenie niższej niż w Naturze to jeszcze w promocji kup dwa - krem do rąk Evree gratis. To kupiłam od razu cztery. Dokliknęłam maseczkę, żeby załapać się na próg 50 zł od którego dostępna była darmowa dostawa z okazji walentynek i tak oto ich pochwalę na forum bo zadowolona jestem i to bardzo.

Znacie, lubicie?

niedziela, 14 lutego 2016

ZAKUPY | napadłam na Biedronkę, obcięłam włosy i w końcu kupiłam rozświetlacz /oraz piętnaście innych rzeczy/

ZAKUPY | napadłam na Biedronkę, obcięłam włosy i w końcu kupiłam rozświetlacz /oraz piętnaście innych rzeczy/
Najwyższa pora zmienić stare zwyczaje. Bardzo polubiłam pokazywanie nowości z danego miesiąca hurtem ale... robiła się z tego epopeja na piętnaście tysięcy słów a i kosmetyki czekające na zdjęcia albo irytowały mnie swoją obecnością na wierzchu albo chowając je o poszczególnych zapominałam. Zdolna jestem niesłychanie. Spróbuję więc pokazywać nowości względnie na bieżąco a jako, że produktów do włosów i ciała kupiłam od groma od nich zaczniemy. Wpadło też co nieco kolorówki a poszukiwania rozświetlacza uważam za zakończone :)


   Napadłam na Biedronkę, gdy tylko na blogach pojawiły się linki do gazetki kosmetycznej. Ostatnio mam słabość do wszelkich umilaczy kąpielowych więc... no. Płyny do kąpieli Be Beauty pachną nieziemsko i sama nie wiem czy bardziej podoba mi się czekoladowy rogalik, waniliowe praliny czy malinowa pannacota. Używałam płyn ze standardowej serii, który sprawdził mi się całkiem nieźle więc rozsądek się schował. Może Kneipp to to nie jest ale za tę cenę /5.99 zł 1,5 litra/ są zdecydowanie warte uwagi.
   Sole do kąpieli /3.55 zł/ przez długi czas traktowałam po macoszemu ale i do nich się przekonałam. Te z Be Beauty skusiły mnie niską ceną i przyjemnymi opakowaniami. Sięgnęłam po wszystkie warianty dostępne w mojej Biedronce, niestety nie udało mi się dorwać lawendy. Swoją drogą orientujecie się czy wejdą do stałej oferty? Mam nadzieję, są świetne!


   Tutaj miszmasz. Peelingi z Lirene sprawiły, że polubiłam się z delikatniejszymi peelingami w formie żeli peelingujących. Człowiek to się jednak starzeje a tylko krowa zdania nie zmienia. Peeling solny z Isany zdobył moje serce ładnym opakowaniem. Dlatego mam aż dwa. A co sobie będę żałować. Mam też żel pod prysznic Isana z uroczą pandą. Kij z tym, że i kurczak i sówka jeszcze goszczą w moim zapasach a póki co używam limitowane żele wiosenne. Zeszłoroczne oczywiście. Panda musi być :D
   Pokusiłam się też na wielkie testowanie z Dove, gdzie po zakupie ich produktu mają nam oddać za niego pieniądze. I z pełną premedytacją sięgnęłam po ich żel pod prysznic. O premedytacji mówię ponieważ każdy jeden, który używałam do tej pory robił kuku mojej skórze i nie planowałam testować czy aby kolejny będzie dla niej bardziej łaskawy. Ale za niemojepieniądze to w sumie mogę. Wariant oczywiście magnoliwo-pistacjowy. Mam olejek do ciała z tej linii z Joyboxa i kocham jego zapach *-*
   Stwierdziłam też, że mało mi smarowideł do ciała dlatego na promocji skusiłam się na emulsję Nautrogeny. Obietnica zwiększenia produkcji kolagenu i niska cena /14.99 zł 400 ml/ przekonały mnie do wypróbowania smarowideł do ciała tej firmy. Dacie wiarę, że nigdy żadnego nie miałam? Wpadła też oliwka Tołpa Baby. Droga jak sto nieszczęść i w sumie to mogłam kupić Babydream ale... robiłam twarzowe zamówienie na stronie Tołpy więc same rozumiecie. Krem do rąk SOS Tołpa to efekt tego samego zamówienia. A krem do stóp Garnier przygarnęłam w Naturze.


   Włosy obcięłam. W końcu i nareszcie. Nie lubię chodzić do fryzjera bo nigdy nie wiem czy nie będę wyglądać gorzej niż przed wizytą ale tym razem zadowolona jestem bardzo bardzo bardzo. I jak zawsze po obcięciu włosów przez pierwsze dni mam fisia na punkcie układania nowych włosów. Szybko mi przechodzi ale to nieważne :D Kupiłam puder z Taft. A potem drugi. Bo znalazłam taniej. Uwielbiam dziada. Jednak sprawdza się u mnie wyłącznie na krótkich włosach - przy długich nie daje praktycznie żadnego efektu. Kupiłam też lakier Taft. No.


   A zanim włosy obcięłam kupiłam litrę kawiorowego Kallosa. I nie mam pojęcia zielonego kiedy go zużyję... Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo cieszy mnie obecność tej marki w Naturze bo do Hebe mi totalnie nie po drodze. Kupiłam też dwie piankowe odżywki Pantene. Sama formuła podoba mi się bardzo, działanie mniej a fakt, że obie posiadają identyczne składy na opakowaniu przemilczę.
   Wypadanie włosów to moja zmora. Ostatnio miałam sporo stresów więc zmuszona byłam pomyśleć nad czymś co ograniczy włosowy wysyp. Wybór padł znowu na produkt Pantene, konkretnie na tonik przeciwko wypadaniu włosów. O działaniu nie jestem w stanie na obecną chwilę zbyt wiele napisać, jednak formuła produktu jest przyjemna a i krzywdy skórze głowy nie póki co nie robi.



   I na sam koniec kolorówka. No, nie tylko. Poszłam do Natury po jakiś puder, przy okazji postanowiłam zmacać polecane przez Was rozświetlacze z KOBO i My Secret. Ten drugi niestety nie posiada testera więc odpadł w przebiegach. Po za tym wydawał mi się podejrzanie ciemny i podejrzanie złoty.  Zmacałam więc KOBO i z wersją Moonlight wróciłam do domu. Po pierwszych testach stwierdzam, że to chyba to i póki co nic innego nie chce. Chociaż mam wrażenie, że na opalonej skórze będzie się odznaczał. Ale będę się martwić jak się opalę ;))
  Mimo, że planowałam wrócić do domu z wodoodpornym pudrem Catrice tak z zakupami trafiłam na moment gdzie nie było na niego najmniejszej promocji i skąpstwo się we mnie odezwało. Z tego też względu wróciłam do domu z matującym pudrem KOBO.
   A na koniec wracamy do początku czyli zakupów w Biedronce. Odżywka 8w1 pod marką La Speciale to sprawdzony przeze mnie nie raz produkt Eveline. W związku z tym,  że wykończyłam poprzednie opakowanie kupiłam dwa następne w obniżonej cenie.


   Co gorsza mam w planach mniej obfity w produkty post o nowościach do twarzy ale czekam jeszcze na ostatnią paczuchę....



piątek, 12 lutego 2016

YVES ROCHER / krem pod oczy RICHE CREME

YVES ROCHER / krem pod oczy RICHE CREME
Zapraszam Was dziś na recenzję jednego z flagowych produktów marki Yves Rocher, którego nie mogło u mnie zabraknąć.  Mowa oczywiście o ich kremie pod oczy z trzydziestoma (!) olejkami, który zbiera ogrom pozytywnych recenzji. Ja z zachwytu piać nie będę ale o tym za chwilę...


   Zaczniemy od ceny. Standardowa pojemność 15 ml kosztuje bagatela 92 zł w cenie regularnej. Kupiłam go /a jakże by inaczej/ za połowę tejże co nadal uważam za kwotę sporą więc moje oczekiwania wobec tego kremidła były spore.
   Krem posiada BARDZO lekką konsystencję. Byłam tego świadoma jednak osoby, które nie śledzą recenzji przez zakupem patrząc na jego nazwę mogą być mocno zdziwione. Dzięki lekkiej formule jest to produkt wchłaniający się w skórę błyskawicznie, dlatego nie mam najmniejszego problemu by używać go rano, przed makijażem. Nie pozostawia praktycznie żadnej warstwy dzięki czemu pięknie trzyma się na nim korektor.
   Jeśli mowa o działaniu nie jest źle. Ten krem całkiem porządnie nawilża skórę pod oczami. Delikatnie ją też wygładza. Nie podrażnia, nie szczypie, nie piecze. Przypomina mi pod względem działania i komfortu użytkowania klasyczny krem All About Eyes marki Clinique. I moim zdaniem jest świetną dla niego alternatywą. Może nawet wygrywa z nim składem ale...
   Z pełną premedytacją kupiłam ten krem zdając sobie sprawę, że to produkt lekki. I wiem, że czepiam się w tym momencie i może trochę przesadzam ale to nie jest krem dla mnie. Moja skóra pod oczami jest cienka jak papier, jest sucha, tworzą mi się zmarszczki mimo względnie młodego wieku /26 lat/ i o wiele bardziej cenie sobie kremy, które otulają skórę przyjemną, kremową kołderką. Chyba dlatego właśnie tak bardzo polubiłam krem ujędrniający Tołpa Green. I gdy miałabym do któregoś wrócić to zdecydowanie sięgnę po Tołpę właśnie. 




czwartek, 11 lutego 2016

ZBIORY 2016 | lakiery, odżywki i inne

ZBIORY 2016 | lakiery, odżywki i inne
Cześć. Pora pokazać ostatnią już część moich zbiorów. Tym razem pokrótce o produktach do paznokci.


Zmywacz Isana - po długiej przerwie znów dałam mu szansę i chyba przy nim zostanę. Całkiem nieźle radzi sobie ze zmywaniem lakierów i przesusza mi płytki. Na dodatek nie śmierdzi i można go dorwać w promocji /zauważyłyście jak zdrożały na przestrzeni ostatnich lat zmywacze?/
Sally Hansen Instant Cuticle Remover - dzięki niemu przestałam wycinać skórki.
Rimmel Stronger - produkt o działaniu bazy i odżywki. Używałam go lata temu, dopóki producent nie wycofał go z oferty w naszym kraju. Ale od czego są drogerie internetowe ;)
La Speciale /Eveline/ 8 w 1 - albo się ją kocha albo nienawidzi. Zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy.
Essence Pro White Glow - różowy, transparenty lakier upiększający optycznie odcień płytki paznokcia.
Allepaznokcie Diamond Gloss - top coat awaryjny. Nie jest zły ale zdecydowanie bardziej wolę...
Sally Hansen Insta Dri - zastąpił mi Poshe i Seche Vite. Może wysycha odrobinę dłużej ale nie ściąga lakieru. Geniusz za niewielkie pieniądze.
Opi top coat ombre - taki oto wynalazek. Kiedyś Wam go pokażę w akcji :D

Chyba się zestarzałam...
* Eveline Mini Max
* Yves Rocher 21 baie rose
* Yves Rocher 01 magnolia
* Yves Rocher 01 magnolia
* Yves Rocher 02 bois de bahia
* Rimmel Lose your lingerie

* Yves Rocher 53 capucine
* Yves Rocher 41 garance
* Yves Rocher 41 garance
* Estetic 286
* Rimmel Rita Rouge

Tyle.

środa, 10 lutego 2016

ROZŚWIETLACZE, które nie zrobiły na mnie wrażenia / WIBO Diamond Illuminator / Make Up Revolution Blushing Hearts

ROZŚWIETLACZE, które nie zrobiły na mnie wrażenia / WIBO Diamond Illuminator / Make Up Revolution Blushing Hearts
Idąc za ciosem, przychodzę dziś do Was z recenzją rozświetlaczy. Zgodnie z tytułem - z recenzją rozświetlaczy, które nie wywarły na mnie większego wrażenia.
   Co zabawniejsze mowa o dwóch dosyć popularnych i chwalonych produktach w blogosferze mianowicie o rozświetlaczu WIBO Diamond Illuminator oraz... różu Make Up Revolution Blushing Hearts.



Make Up Revolution Blushing Hearts
   Zaczniemy od różu. Chociaż kogoś ewidentnie poniosła tutaj fantazja bo nie chciałabym zobaczyć kobiety, która nałoży produkt o wykończeniu tafli na środek kości policzkowych. Odcień jaki posiadam to Iced Hearts czyli trio: chłodnego ultrajasnego różu, jasnego różu w tonacji chłodnej oraz jasnego ciepłego odcienia typu 'rose gold'. Ostatni z nich jest przepiękny jednak używam go wyłącznie jako cienia do powiek, na twarzy taki odcień wygląda koszmarnie. Na zdjęciach zobaczycie więc mieszankę dwóch najjaśniejszych odcieni.
  Opakowanie jest dosyć sympatyczne jednak ja nie jestem fanką kartonowych opakowań i śmiesznych form. Produkt jest bardzo suchy, zbity i piekielnie napigmentowany. Z pewnością potrzebuje on 'łaskawego' pędzla do aplikacji - w moim przypadku jest to nieodmiennie ten z Sence&Body /duofibre/.
   Efekt jaki pozostawia na skórze to piękna, czysta tafla w chłodnym odcieniu. Dlaczego go więc nie lubię? Bo jest zbyt intensywny. Bardzo mocne odbicie świata sprawia, że niezależnie od nałożonej ilości ten produkt najzwyczajniej w świecie nie będzie wyglądał naturalnie i ze skórą się nie stopi. Przykro mi ale jestem na nie.




WIBO Diamond Illuminator
   Czy jest tu ktoś kto go nie zna? Chyba nie. Znam go i ja. Pierwsze opakowanie kupiłam, drugie wpadło w moje łapy /podobnie zresztą jak i wcześniejszy kosmetyk/ w pudełku Joybox. Spodziewałam się cudów. Nie powiem, że nie. Więc tym większe było moje rozczarowanie gdy w końcu wpadł w moje ręce.
   Zacznijmy od opakowania. Wibo raczej nie kojarzy mi się z opakowaniami dobrej jakości jednak w przypadku tego rozświetlacza nie będę się na siłę doszukiwać jego słabych punktów. Jest małe, zgrabne, do tej pory w całości a to w moich rękach niemały wyczyn. Produkt ma dobrą, chociaż nie przesadną pigmentację. Jest dosyć miałki przez co lubi się lekko osypywać.
   Efekt? Choroba. Gdzie ta tafla? Gdzie ten uniwersalny odcień? Tafli nie ma. Drobne drobinki /masło maślane/ ładnie odbijają światło jednak do tafli trochę mu brakuje. Odcień jest ewidentnie ciepły w opakowaniu, na skórze wydaje się być ciepło-neutralny a z moją skórą się gryzie. Nie wygląda tragicznie, używam go od dłuższego czasu i ludzi nie straszę jednak zdecydowanie kolejny kupiony przeze mnie rozświetlacz będzie bardziej neutralny niż on. No właśnie, coś polecacie?


MUR * WIBO

Nie chcę Mary Lou. Chcę coś neutralnego w kolorze i subtelnego w wykończeniu za niewygórowaną cenę. Pomóżcie proszę :)

wtorek, 9 lutego 2016

POMADKI Long Lasting Love SMART GIRL GET MORE / 01 Good Girl / 02 In the Bath / 03 First Date

POMADKI Long Lasting Love SMART GIRL GET MORE / 01 Good Girl / 02 In the Bath / 03 First Date
Przy okazji ostatnich zakupów pokazywałam Wam kilka nowości z kolorówki na jakie się skusiłam. Między innymi były to raczej nieznane pomadki marki Smart Girl Get More. Szafa tej marki dostępna jest od paru miesięcy w Naturze i z tego co zauważyłam nie cieszy się dużym powodzeniem. Dla mnie ma dwa produkty godne zainteresowania - przedstawione dziś pomadki oraz tusz do rzęs o którym też prędzej czy później napiszę kilka słów.


   Pomadki o których dziś mowa w cenie regularnej kosztują oszałamiające 9.99 zł. Opakowanie to zwykły plastik w kolorze czarnym z różowym akcentem. Raczej dla nastolatki niż dorosłej kobiety ale pewnie taki jest target producenta albo ja się po prostu nie znam ;)
   Producent w nazwie obiecuje nam ich długotrwałość jednak tę obietnicę można włożyć między bajki. Wszystkie pomadki mają niesamowicie kremową formułę przez co niestety, nie zapewnią nam wielogodzinnej trwałości. Posiadają za to dobrą pigmentację dzięki czemu nie ma problemu z pokryciem ust jednolitym kolorem. Smak i zapach określiłabym jako neutralne.
  Są idealną opcją dla osób które borykają się z przesuszającą się skórą ust ponieważ nie dość, że nie podkreślają suchych skórek to jeszcze zachowują się jak balsam dając przyjemne uczucie nawilżenia.


 01 Good Girl
Odcień w opakowaniu wygląda na bardzo jasny odcień beżu. Już na dłoni wychodzą z niego lekko różowe nuty. Na ustach wygląda niezwykle naturalnie, nie tworząc efektu trupich ust.
02 In the Bath
Widzicie jakąkolwiek różnicę? No właśnie. Pomadka w opakowaniu wygląda na ciemniejszą, bardziej różową i zgaszoną. Na dłoni widać że różnica z odcieniem 01 zaledwie pół tonu a na ustach jest tylko odrobinę bardziej zgaszona przy tym samym, naturalnym poziomie jasności.
03 First date
Kolor groźny tylko w opakowaniu. Niby fioletowa ale już na dłoni widać, że fiolet gdzieś znika a zastępują go szar-bure tony. Idealna opcja dla osób, którym zbrzydły nudziaki czy róże a nie mają odwagi na intensywne barwy. Trochę beżowa, trochę szara z odrobiną zgaszonego fioletu. Uwielbiam.
Znacie te pomadki? A może miałyście jakiś inny produkt tej marki?

poniedziałek, 8 lutego 2016

BIELENDA Super Power Mezo Serum Aktywne serum rozjaśniające / PHARMACERIS W Intensywny krem wybielający na noc

BIELENDA  Super Power Mezo Serum Aktywne serum rozjaśniające /  PHARMACERIS W Intensywny krem wybielający na noc
Walka z przebarwieniami jest zajęciem i trudnym i żmudnym. Dziś zapraszam Was na recenzję dwóch produktów, które bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły swoim działaniem i przyjemnością aplikacji. Obu używam od kliku ładnych tygodni więc zdążyłam już je dobrze poznać :)


BIELENDA  Super Power Mezo Serum Aktywne serum rozjaśniające

   Mimo, że moją przygodę z Aktywnym serum korygującym tej samej marki uważam za średnio udaną, nie zniechęciło mnie to jednak do zakupu wariantu rozjaśniającego. Podobnie jak swój poprzednik serum zapakowane jest w transparentną szklaną butelkę z wygodną pipetą. O ile same funkcje użytkowe są jak najbardziej w porządku tak  warto wspomnieć fakt, że witamina C by zachować swoje cenne właściwości powinna być przechowywana w ciemnym, chłodnym miejscu. Producent zawarł taką informację na opakowaniu, jednak uważam, że ciemna butelka sprawdziła by się tutaj zdecydowanie lepiej i można to uważać za czepialstwo z mojej strony.
  Konsystencja produktu przypomina mi wszystkie sera marki Bielenda, jakie do tej pory miałam a oprócz wersji korygującej było to świetne serum z serii Laser Xtreme. Lekka konsystencja szybko wchłaniającego się kosmetyku zdecydowanie podnosi komfort użytkowania. Produkt nie posiada wyczuwalnego zapachu.
 Obietnice producenta są naprawdę spore więc i sporo od kosmetyku oczekiwałam. Miał on mieć działanie depigmentacyjne, chronić przed skutkami działania promieniowania i działać antyoksydacyjnie. Przez pierwsze dwa, trzy tygodnie serum stosowałam rano, pod filtr przeciwsłoneczny, później wieczorem, pod krem, który opiszę Wam poniżej. Jeśli mowa o działaniu zauważyłam je praktycznie od razu. Faktycznie po użyciu skóra zyskiwała sporo. Była promienna, lekką nawilżona i wygładzona. Działanie długofalowe jest jeszcze lepsze. Efekt promiennej skóry został utrzymany, podobnie jest w efektem wygładzenia. Niestety  co do nawilżenia muszę polemizować - na dłuższą metę wcale się do niego nie przyczynia.  Aczkolwiek obecna aura nie sprzyja mojej skórze więc jestem w stanie mu to wybaczyć. Działanie depigmentacyjne opiszę przy okazji produktu z Pharmaceris.
   Dwa niewielkie minusy, o których muszę wspomnieć to delikatny efekt szyczypania, który często pojawiał mi się bezpośrednio w trakcie aplikacji - ale moja skóra na witaminę C tak reaguje więc nie winię tu Bielendy. No i problem z gojeniem się niedoskonałości - mimo, że nie jest to jedyny kosmetyk jaki używałam w tym czasie mam prawie 99% pewności że podobnie jak wersja z kwasem migdałowym i wersja w wit. C niestety spowalnia gojenie się ewentualnych wykwitów.
   Koniec końców - za cenę ok. 30 zł /ja kupiłam kolejne opakowanie za 22 zl/ przy pojemności 30 ml i dobrej wydajności oraz działaniu jest to produkt wart przetestowania a dla mnie powrotu :)



***



PHARMACERIS W Intensywny krem wybielający na noc

   Przyznaje się bez bicia. Ten krem przeleżał w pudle z zapasami ponad rok bo napis 'wybielający' nie wiedząc czemu brzmiał dla mnie trochę złowrogo. Jednak obietnice rozjaśnienia przebarwień i wyrównania kolorytu skóry koniec końców mnie skusiły i zagościł on na mojej skórze.
   Produkt ten zawiera zaledwie 30 ml /cena poniżej 40 zł/ bałam się więc, że nie wystarczy mi na przeprowadzenie pełnej, 10 tygodniowej kuracji. Nic bardziej mylnego. Okazał się być wydajny. Dzięki bardzo lekkiej konsystencji, wystarcza zaledwie odrobina, by pokryć nim całą twarz. Krem na neutralny zapach.
   Produkt ten dedykowany jest osobom borykającymi się z przebarwieniami, nierównym kolorytem oraz narażonym na powstawanie przebarwień w wyniku ekspozycji na słońce, przy przyjmowaniu antykoncepcji, w czasie ciąży czy po zabiegach dermatologicznych. Działać ma na trzech poziomach zmniejszając produkcję melaniny w melanocytach, hamując aktywność tyrozynazy i blokując transport melaniny do naskórka. Działanie rozjaśniające i wybielające intensyfikować ma papaina, która przyspieszać na złuszczanie zewnętrznych warstw naskórka i umożliwiać penetrację wit. C  /działanie depigmentacyjne/ i wit. E /działanie odmładzające/. W czasie kuracji powinniśmy pamiętać o filtrze przeciwsłonecznym SPF 50 /używałam SPF 30 lub bazę z SPF 50/ oraz unikać słońca. Efekt wybielający powinien pojawić się pomiędzy 3 a 8 tygodniem stosowania kremu. Tyle z teorii, pora na praktykę...
   Mimo chęci najszczerszych, nie byłam w stanie stosować tego kremu codziennie. Z bardzo prozaicznej przyczyny - krem złuszczał i powodował przesuszanie się skóry. Najpierw dołączyłam do niego powyższe serum, które aplikowałam pod niego, później dodatkowo co 3-4 dni zastępowałam go typowym produktem nawilżającym. Przynosiło to dość satysfakcjonujący mnie efekty jak na obecną porę roku.
   Działanie. Trudno jest mi tutaj rozpatrywać jego działanie samodzielne, bo używałam go w duecie z innym produktem o podobnym działaniu. Jednak efekty faktycznie pojawiły się po kilku tygodniach i są świetne! Przebarwienia, które posiadam są przebarwieniami posłonecznymi. Po kuracji zbladły o jakieś 50-80% co jest dla mnie wynikiem w pełni satysfakcjonującym. Bałam się trochę tego kremu ponieważ zawiera w składzie parafinę, której moja skóra nie lubi. Na szczęście, pewnie dzięki efektowi złuszczającemu parafina nie wyrządziła mi większej krzywdy. Nie jestem w stanie określić czy faktycznie pojawiło się działanie odmładzające ale moja skóra jest przyjemnie gładka i napięta.
   Podsumowując - ten krem wymaga sporej cierpliwości. Przez pierwszy miesiąc nie widziałam absolutnie żadnego efektu wybielenia a tylko męczyłam się z delikatnym łuszczeniem i przesuszaniem skóry co nie oszukujmy się - raczej zniechęcało. Efekty pojawiły się własnie po miesiącu, po dwóch / tyle go używam / mam wrażenie, że osiągnęłam już całkowity efekt pielęgnacyjny jaki może mi ten kosmetyk zaoferować. A efekt wcale nie jest zły. Ba, jest na prawdę dobry. Jeśli borykacie się z przebarwieniami polecam.



Znacie, któryś z tych kosmetyków? Jak się sprawdziły? :)



niedziela, 7 lutego 2016

Bronzer idealny do konturowania / SENSIQUE Bronzing Powder w odcieniu Ultra Bronze

Bronzer idealny do konturowania / SENSIQUE Bronzing Powder w odcieniu Ultra Bronze
Bronzer to jeden z kosmetyków, bez których nie wyobrażam sobie mojego codziennego makijażu. Mogę zrezygnować z różu, mogę zrezygnować z roświetlacza, jednak odkąd nauczyłam się konturować twarz skóra bez bronzera wydaje mi się być płaska a makijaż niepełny. 
Dziś o produkcie, który niedawno pojawił się w ofercie taniej marki Sensique dostępnej w Drogerii Natura.



   Za puder o pojemności 12 gramów producent w cenie regularne życzy sobie oszałamiające 7.99 zł co jest ceną wręcz śmieszną jak za tak rewelacyjny kosmetyk. Ale zanim zacznę go chwalić - będą też i jego minusy. Opakowanie - tandetne, z marnej jakości plastiku, które pewnie jak w ich pudrze szlag trafi szybko i na amen. Konsystencja. Miałam puder z tej firmy nie raz i dwa. Nie jest on moim faworytem jednak w chwili kryzysu nie zawaham się go zakupić bo primo jest jasny i secudno jest pięknie drobno zmielony. W przypadku bronzera niestety tak nie jest. Ma dziwaczną ni to tępą ni suchą konsystencję. Na swojej powierzchnie tworzy nieestetyczne i irytujące choć niegroźne grudki. Koniec wad.
  Kolor. Moja skóra posiada ciepły odcień, który mocno wybija wszelkie ziemistości czy szare tony w produktach. Przejechałam się już na 'chłodych' bronzerach, które u wszystkich wyglądają pięknie a u mnie dają efekt gojącego się... siniaka. Takie cuda robił mi bronzer z E.l.fa, Essence a i popularny puder Honululu W7 nie wyglądał na mojej skórze tak jakbym sobie tego życzyła. Z tym jest inaczej. Jest chłodny jednak to nadal dosyć ciemny odcień czystego brązu nie podbitego szarością, który ma skórze tworzy naturalny cień, pięknie się stapiając i nie wyróżniając na twarzy.
   Aplikacja nie należy może do najprzyjemniejszych ze względu na jego formułę ale dosyć łatwo opanować jego nakładanie i rozcieranie. Mi udało się to praktycznie przy drugim użyciu /za pierwszym zrobiłam sobie urocze brązowe pasy startowe :D/. Pigmentacja jaką zaoferował nam producent może być problematyczna dla osób z niewprawioną ręką jednak dosyć łatwo rozetrzeć go na skórze do efektu lekkiej mgiełki.
  Trwałość mogę określić jako standardową. Puder nie blednie ani nie znika ze skóry w niewyjaśnionych okolicznościach w ciągu dnia i pozwala cieszyć się swoją obecnością przez długie godziny.

Na twarzy podkład Pierre Rene Skin Balance w odcieniu Champagne, najjaśniejszy puder Zero niedoskonałości Yves Rocher i róż/rozświetlacz Lily Lolo Tickled Pink. No i bronzer Sensique w odcieniu Ultra Bronze.
Zdjęcie bez obróbki.


sobota, 6 lutego 2016

Demakijaż z Lirene | Physio-micelarny żel do oczyszczania, nawilżająco-rozśwetlający płyn micelarn, płyn dwufazowy

Demakijaż z Lirene | Physio-micelarny żel do oczyszczania, nawilżająco-rozśwetlający płyn micelarn, płyn dwufazowy
Czas najwyższy podsumować moją przygodę z kosmetykami do demakijażu marki Lirene, które jakiś czas tamu pojawiły się na rynku. Cała gama produktów została odświeżona, pojawiły się też nowości a w nich m.in. te o których dziś mowa. Wszystkie trzy okazały się być przyjazne dla mojej skóry więc jeśli pochłonięcie całej pisaniny okaże się być dla Was zbyt męczące napiszę w skrócie: warto.



DWUFAZOWY PŁYN DO DEMAKIJAŻU OCZU
   Jakiś czas temu pisałam Wam o bardzo dobrym a jednocześnie stosunkowo drogim płynie dwufazowym marki Dr Irena Eris. Był skuteczny, nie podrażniał mi oczu a jednocześnie zadziwiał bardzo lekką jak na tego typu produkt formułą. Odczucie jakie pozostawiał na skórze było satynowe, wręcz jedwabiste i.... produkt tańszej marki działa zupełnie tak samo. Z ciekawości sprawdziłam składy - różnią się. Jednak dla mnie komfort użytkowania i jednego i drugiego jest bardzo podobny. Przypomina mi jednocześnie inny, bardzo popularny i równie udany kosmetyk, tym razem płyn dwufazowy Yves Rocher.  Tę walkę marka Lirene wygrywa dostępnością i ceną.
   Trudno jednak jest mi odnieść się do obietnicy wydłużenia rzęs o 15% bo używałam go zamiennie z innymi produktami a na dodatek testuję odżywkę, której zadaniem jest zrobienie w moich lichych rzęs czegoś co zdecydowanie lichym nazwać się nie da. Wybaczcie.

NAWILŻAJĄCO-ROZŚWIETLAJĄCY PŁYN MICELARNY
   Ile litrów miceli w moim życiu zużyłam nie zliczę. Dla mnie, mimo chwilowych zdrad to nadal produkt numer jeden jeśli mowa o demakijażu. Nie wymagam od nich cudów-wianków. Mają oczyszczać i nie podrażniać. Ten oczyszcza i nie podrażnia. Znaczy się lubimy. Nie będę się wypowiadać o jego właściwościach nawilżających bo po użyciu zazwyczaj myję jeszcze skórę i nakładam na nią krem. Nie będę się też wypowiadać o rozświetlaniu. Micel? Serio? Powiem tylko, że z bardzo trudnym do zmycia tuszem /pieruńsko czarny Smart Girl Get More/ radzi sobie przy drugim waciku co uważam za naprawdę dobry wynik. Plus za zapach, mi podpasował.

PHYSIO-MICELARNY ŻEL DO OCZYSZCZANIA TWARZY Z BŁĘKITNĄ ALGĄ
   Do żeli micelarnych podchodziłam mocno sceptycznie po nieudanym produkcie marki BeBeauty. Wiem, że spora część użytkowniczek tego produktu bardzo go sobie chwali jednak u mnie nie sprawdził się zupełnie. Porzuciłam tego typu produkty również dlatego, że na rynku było ich tyle co kot napłakał. Rynek się zmienił, żele jak grzyby po deszczu wyskakiwały w ofertach firm różnych i kusiły... W moje łapy wpadły m.in. ten z marki Vis Plantis, Go Cranberry, Under Twenty czy genialny żel AA. Wpadł również i produkt z Lirene.
   Zamysłem producenta było stworzenie produktu dwa w jednym - do używania solo, jako typowy produkt do demakijażu przy użyciu wacika oraz jako lekki żel oczyszczający. W drugiej swojej roli sprawdzał się genialnie i gdyby nie moja chęć kupowania i testowania coraz to nowych kosmetyków z pewnością zamieszkał by na mojej półce na stałe. Był łagodny, pozostawiał skórę przyjemnie wygładzoną i zmatowioną jednak nie pojawiało się na niej uczucie ściągnięcia czy przesuszenia. Jako produkt do demakijażu niestety nie było już tak pięknie jak bym chciała. O ile z makijażem skóry twarzy radził sobie dobrze, tak niestety z mocniejszym makijażem oczu lub mocno czarnym tuszem /niewodoodpornym/ miał problem. Z tego względu nada się dla osób, które zmywają najpierw oczy dwufazą czy micelem a potem sięgają po kosmetyk, który rozprawia się z resztą makijażu.
   Konsystencja tego produktu była faktycznie żelowa. Był to żel bardzo lekki, jednak nie na tyle by przelewać się miał przez palce czy spływać z wacika. Producent zapakował go w estetyczne, plastikowe opakowanie o pojemności 200 ml z wygodną pompką. Nie spowodował on u mnie żadnych nieprzyjemnych dolegliwości typu pieczenie czy inne podrażnienia a mojej skórze niestety zdarza się ostatnio niezbyt dobrze reagować na produkty oczyszczające. Wart uwagi jest też zdecydowanie jego niezwykle przyjemny świeży choć odrobinę słodki zapach.

W Rossmanie każdy z tych produktów kosztuje 14.99 zł. Jak wiadomo, trafiają się na nie promocje.

Składy w kolejności opisów.

Używałyście? Jak wrażenia?


piątek, 5 lutego 2016

Podkład Lirene MY COLOR CODE /odcienie wiosna i zima/

Podkład Lirene MY COLOR CODE /odcienie wiosna i zima/
Nie przepadam za recenzjami kosmetyków kolorowych. Nie to, że ich nie używam bo należę do tych osób które bez makijażu pokazują się rzadko. Należę jednak do tej grupy blogerek /jeżu, nazwałam się blogerką :O/ które zdecydowanie lepiej czują się w temacie pielęgnacji. Co zresztą widać po ilości postów jakie na jej temat tworzę. Z przyjemnością.
Dziś zrobimy wyjątek i mam nadzieje, że będą się one pojawiać częściej bo przecież nie taki diabeł straszy jak go /notabene/ malują.
Cała gama odcieni podkładów Lirene mycolor CODE wpada w moje łapy już jakiś czas temu, dzięki uprzejmości pani Ani. Zdążyłam już praktycznie do cna zużyć dwie tubki więc czas najwyższy napisać o nim słów kilka.


Zacznę do przestawienia Wam ciut trafionego, ciut chybionego zamysłu producenta na gamę kolorystyczną dla tego podkładu. Każdy z czterech dostępnych odcieni przypisany jest do jednego z typów urody. Teoretycznie ma to sens - osoba z ciepłą karnacją dostanie podkład w odcieniu ciepłym, osoba z chłodną - w chłodnym. Schody zaczynają się w momencie gdy okazuje się że dla danego typu dostępny jest tylko jeden odcień i okazać się może że będzie on za ciemny/jasny.

Nigdy mistrzem w analizie kolorystycznej nie byłam ale podczytując informacje na pudełkach stwierdziłam, że najprawdopodobniej jestem wiosną. Mam skórę z ewidentnie żółtym odcieniem i po podejrzeniu słoczy w internetach stwierdziłam, że tę wersję otwieram i będę testować. Było to dawno temu gdy na mojej skórze gościła jeszcze opalenizna przywieziona znad Bałtyku. Podkład po względem odcienia wpasował się w nią idealnie. Znaczy to mniej więcej tyle, że sam kolor jest dosyć ciemny a jest najjaśniejszym z odcieni ciepłych. Trochę słabo.  Odcień zima, który używałam później jest od niego zdecydowanie jaśniejszy, dobrze dopasowany do typowej bladości polek ale jest to odcień zupełnie neutralny/ani grama w nim żółci jednak nie posiada też różowych tonów/ więc sama najpierw mieszałam go z wersją wiosenną a później kremem BB.

Jeśli chodzi o konsystencję jest ona bardzo lekka. Bardzo. Przypomina mi trochę Affinitona z Maybelline ale podkład jeden a drugi to niebo a ziemia /bardzo się nie lubiliśmy/ a firma pięknie wybrnęła z kłopotu jaki sprawia wylewający się z tubki produkt kończąc ją cienkim dziubkiem. Dzięki niemu możemy dozować odpowiednią ilość podkładu nie boląc się, że całe będzie upaćkane /ja jestem w tym mistrzem/.  Estetyka opakowań może nie jest zachwycająca ale mojego poczucia estetyki nie zraniła. Plus za kartonik.

Jeśli mowa o działaniu to początkowo mnie ono zachwyciło. Pokład ma mocne średnie krycie, świetne właściwości wygładzające, matuje skórę a dodatkowo trzyma się na niej przez długie godziny. Idealnie sprawdził mi się w największe letnie upały gdy chciałam wyglądać jak człowiek i nie rezygnowałam z wyrównania kolorytu skóry. Współpracował ze wszystkimi kremami które nakładałam pod niego i pudrami, którymi go utrwalałam. Bajka, nie? No nie. Przypasował mi bardzo więc sięgnęłam po drugą tubkę jesienią i... ten podkład zupełnie nie dogaduje się z przesuszoną skórą. Sezon grzewczy jest chyba najgorszą rzeczą dla mojej skóry twarzy, skóra potrafi schodzić mi płatami a podkład Lirene  każdy ten jeden płat pięknie podkreślał. Nieodłączne są mi więc peelingi i aplikacja pudru ruchem wciskającym by brońboże skóry nie zaczęły żyć własnym życiem. Trochę to upierdliwe, nie powiem. Z tego też względu po wykończeniu tuby chwilowo odpuszczam i skusiłam się na coś innego a do Lirenka pewnie wrócę wraz z nadejściem lata.

Czy polecam? Zdecydowanie. Posiadaczkom skóry normalnej, mieszanej, może i tłustej. Osobom z suchą skórą odradzam serdecznie. Podkład należy do dosyć tanich - cena regularna ok. 25 zł za standardową 30 ml pojemność.



Znacie? Lubicie?


czwartek, 4 lutego 2016

Walentynki z Joybxem

Walentynki z Joybxem
Nie jestem fanką tego święta. Wychodzę z tego założenia /jak spora część społeczeństwa/ że miłość trzeba sobie okazywać na co dzień a nie od święta. Nie zmienia to jednak faktu, że przed momentem w radością odebrałam od kuriera walentynkową edycję pudełka Joybox. Obecną edycję uważam za udaną jednak nie każdy z produktów przypadł mi do gustu ;))
Jeśli jesteście ciekawe zawartości, mojego pierwszego wrażenia oraz powodu mojej frustracji zapraszam Was serdecznie na ciąg dalszy.


PODOBA MI SIĘ:
 W tej edycji pojawiły się aż dwa produkty marki Perfecta. Mnie to cieszy bardzo bo ostatnio coraz częściej zerkam w ich stronę w drogerii /niedawno skusiłam się na tonik-esencję/. W pudełku trafił mi się mineralny krem myjący-maska 2w1 oraz mineralny peeling gruboziarnisty. Lubię i peelingi i delikatne myjadła więc jestem mocno na tak ;)
 Od dłuższego czasu kusiła mnie marka Debby jednak do Hebe jest mi totalnie nie po drodze więc błyszczyk w pudle również mi się podoba, na dodatek dobrany losowo kolor jest bardzo mój. Wazelinka na randkę FlosLeku mnie rozbawiła. Cóż, na randkę wolę coś innego niż wazelinę ale... smarowidło do ust mi się przyda. Szczególnie o tak przyjemnym zapachu.
 Jedna z dwóch najbardziej interesujących mnie rzeczy to zdecydowanie Zestaw kosmetyków do pielęgnacji twarzy nieznanej mi marki Sayen. Składa się z peelingu enzymatycznego, maski oraz dwóch saszetek kremu. Pełnowymiarowe opakowanie składa się z trzech takich zestawów i kosztuje bagatela 99 zł. Trafiła mi się wersja normalizująca chociaż przyznam, że gdybym miała wybierać sama chyba jednak wolałabym tę odmładzającą ;))
 Drugą jest oczywiście esencja Kneipp. Bardzo polubiłam się z płynami do kąpieli tej marki a i samą esencję miałam okazję już przetestować dzięki próbce. Spodobała mi się na tyle że czekałam na promocję w Naturze ale na szczęście pojawiła się w Joyboxie :)
 Na koniec żel antybakteryjny marki Carex w wersji owocowej. Takie niby nic ale warto mieć tego typu produkt w torebce na wszelki wypadek

PODOBA MI SIĘ MNIEJ:
 Żel pod prysznic Original Source ani mnie ziębi ani grzeje. Mam bana na żele pod prysznic a tu kolejny w pudle. Do tego marki drogeryjnej, dobrze mi znanej. Wolałabym coś innego albo przynajmniej coś mniej znanego co wypróbowałabym z przyjemnością.
 Fluid kryjący Bielenda. Będę się czepiać. Nie dlatego, że ten produkt się w boxie znalazł a dlatego, że najjaśniejszy odcień jest dla mnie o dwa tony za ciemny i muszę się ze trzy razy posmarować balsamem brązującym by móc się w nim pokazać ludziom i go poużywać. Coś mnie już trafia na kolorystykę podkładów producentów rodzimych bo chyba w tych firmach pracują polki i nie wierzę, że każda z nich ma oliwkową czy brązową skórę albo jest fanką solarium. No kurde. No. Nie mam najjaśniejszej skóry na świecie, ba mimo jasnego jej odcienia ma wyraźnie żółte tony przez co nawet odrobinę ciemniejsze podkłady potrafią się z nią nieźle stopić tak zdaje sobie sprawę, że ogrom kobiet z porcelanową karnacją może se co najwyżej wybierać spośród minerałów - tam odcieni jakoś od groma może być - czyli się da. Dobra, wylałam żale. Sam podkład zapowiada się ok - jest kremowy, lekki, całkiem przyjemnie kryje aczkolwiek coś więcej na jego temat napiszę za jakiś czas, same rozumiecie.
Matowa pomadka Wibo w pięknym odcieniu czerwieni na ustach wygląda wow aczkolwiek czerwień na ustach noszę średnio raz na rok. Smuteczek. Chociaż sam produkt wydaje się być na tyle interesujący, że może pokuszę się na samodzielny zakup jakiegoś dziennego odcienia.

Joybox wrócił w tej edycji do możliwości produktów z dwóch grup. Plus. Minus za praktycznie same produkty drogeryjne. Pojawiła się też opłata za wysyłkę. Jednak koniec końców dla mnie to i tak najlepszy box /ok. Face&Look też/ ze względu na fakt, że nie oferuje kota w worku. Pudełko możecie zamówić TUTAJ. Amen ;)


środa, 3 lutego 2016

PIELĘGNACJA TWARZY czyli o tym co gości na mojej skórze.

PIELĘGNACJA TWARZY czyli o tym co gości na mojej skórze.
Zanim zabiorę się za recenzję produktów pielęgnacyjnych jakie goszczą i gościły na mojej skórze w ostatnich tygodniach, stwierdziłam, że na początek zaktualizuję Wam moją pielęgnację w całości. Muszę przyznać, że jak zawsze jest tego sporo, jednocześnie spora część kosmetyków uważam za zdecydowanie warte polecenia.

Jestem posiadaczką skóry mieszanej, ciut wrażliwej, delikatnie problematycznej aczkolwiek z każdym miesiącem widzę spory progres. Powoli dojrzewam do konkretnej pielęgnacji przeciwzmarszczkowej bo /kto by pomyślał/ czas leci nieubłaganie i sama nie wiem kiedy /no dobra, w grudniu/ skoczyło mi na liczniku dwadzieścia sześć lat.

Oto i przyczyna całego zamieszania:

Standardowo - w szczegółach:


DEMAKIJAŻ: rzecz do szczęścia niezbędna, do której przykładam naprawdę dużą uwagę. Jak widzicie zapanowała u mnie pełna monotematyczność za sprawą przesyłki z nowościami marki Lirene. Uwielbiam wszelkiej maści produkty do demakijażu: micele, żele, płyny dwufazowe, olejki, ba! ostatnio ciągnie mnie nawet  w stronę mleczek. Z  pokazanych tu produktów każdy jak jeden mąż przypadł mi do gustu przede wszystkim ze względu na fakt, że okazały się być bardzo delikatne a ostatnio moja skóra a głównie okolice oczu reagują paskudną nadwrażliwością na ogrom kosmetyków. Opiszę je pokrótce w odrębnej recenzji jednak jeśli potrzebujecie produktu do demakijażu i któryś z nich wpadnie Wam w oczy - bierzcie ;)


OCZYSZCZANIE: minęły już czasy, kiedy za umytą skórę uważałam taką trzeszczącą a wręcz ściągniętą. Od czasu do czasu zdarza mi się po takie kosmetyki sięgać jednak na co dzień wolę gruntowne oczyszczanie zostawić maseczkom a sięgać po łagodne, codzienne produkty oczyszczające. Aktualnie w mojej pielęgnacji goszczą dwa produkty drogeryjne, jeden uderzający w naturalną nutę. Wierzcie lub nie - z żadnego nie jestem w pełni zadowolona. Mają swoje plusy, nie powiem, że nie jednak do żadnego z nich powrotu nie planuje. Dziwi mnie to tym bardziej że i o emulsji Alterry i o kremie-żelu Eveline czytam raczej pozytywne opinie. Mam wrażenie, że emulsja micelarna Anidy - mój wielki ulubieniec - rozpieściła mnie na tyle, że trudno mi będzie znaleźć dla mniej godne zastępstwo. Ale jak widać - próbuję.


TONIZOWANIE: tonik rzecz niezbędna. Chociaż trochę czasu zajęło mi odkrycie potencjału tego typu produktów. Aktualnie sięgam po mojego ulubieńca czyli tonik Rival de Loop oraz produkt z Perfecty. Jeśli mowa o tym pierwszym - mieliśmy od siebie dłuższą przerwę jednak powrót uważam za szalenie udany. Perfecta jest u mnie nowością i depcze po piętach temu z RdL jednak potrzebuję jeszcze trochę czasu by móc w całości poznać jego właściwości.


PIELĘGNACJA: tak wiem, cały arsenał ;) Zacznę od produktów, których używam w ciągu dnia. Czyli od jednego. Konkretnie mowa tu o kremie nawilżającym z ochroną SPF 30 marki Pharmaceris. Zdobył moje serce od pierwszego użycia i moja sympatia do niego trwa nadal. Pokusiłam się też o otworzenie kremu rozświetlającego z Vichy jednak tak wali od niego alkoholem, że zużywam go na szyję i dekolt. Moja skóra alkoholu nienawidzi i jestem wręcz pewna, że po zużyciu tejże miniatury miałabym ogrom niedoskonałości do ogarnięcia. Pielęgnacja wieczorna to już wersja na bogato. Zaczynam od serum ze stabilną witaminą C, po jego aplikacji stosuję krem wybielający Pharmaceris W /walczę z przebarwieniami, z powodzeniem!/ zamiennie z kremem Tołpy, gdy skóra domaga się nawilżenia. Ląduje on również na skórze szyi i dekoltu zamiennie z olejkiem różanym marki Vis Plantis. Pielęgnację skóry pod oczami zostawiam Riche Cream z Yves Rocher. Dla mnie idealny odpowiednik lekkiej formuły kremu z Clinique - znaczy nie polubiliśmy się szczególnie i po zakończeniu opakowania nie planuję doń powrotu.


USTA, RZĘSY, BRWI: miszmasz znaczy. W torebce noszę limitowaną pomadkę z Yves Rocher o pięknym zapachu aromatycznej wanilii. Niestety, mam wrażenie, że pomadki ze stałej oferty wygrywają z nią działaniem. W domu /tylko i wyłącznie, barwi usta na żółto!/ używam świetnego produktu z Sylveco. Po porażce z wariantem peelingującym nie spodziewałam się po niej zbyt wiele  jednak zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Brwi zagęszczam skuteczną i pieruńsko droga odżywką z Bandi a rzęsy produktem z Realash o którym nie jestem z stanie zbyt wiele powiedzieć.


PEELINGI: uwielbiam. Korund i peeling enzymatyczny Bandi to moi wielcy ulubieńcy, do których wracam z przyjemnością. Na produkty Evree pokusiłam się po udanej przygodzie z olejkami tej marki i mam wobec niech mieszanie uczucia. Wersja różowa sprawdza się zdecydowanie lepiej niż zielona jednak nadal mam wobec niej kilka obiekcji.


MASECZKI: cóż... Płatki kolagenowe pod oczy Skin Lite goszczą u mnie od dłuższego czasu - nie będę się powtarzać - lubimy się. Glinka błękitna za to większego wrażenia na mnie nie wywarła. W samych superlatywach na chwilę obecną wypowiedzieć się mogę o drożdżowej masce oczyszczającej z Bandi /jedna dam sobie na to jeszcze trochę czasu/ oraz tej odświeżającej z Banii Agafii, której żelowa formuła bardzo przypadła mi do gustu.

Jestem ciekawa czy znacie wymienione przeze mnie produkty i jak sprawdziły się u Was?








Copyright © 2016 KOSMETYKOHOLICZKA , Blogger