sobota, 31 grudnia 2016

Projekt DENKO | grudzień 2016

  To już ostatni projekt denko w tym roku. Chwilowo wracam do starej formy pokazywania moich zużyć jednak od nowego roku zdecydowanie w tym temacie nastąpią zmiany. Tylko sama jeszcze nie wiem jakie ;) Aaaale trochę czasu przede mną. Dziś za to pokaźna gromadka grudniowych zużyć :)




***

Przyjemna, delikatna, neutralna dla skóry ale nie wyróżniająca się. Cena ciut wygórowana ale wydajność zdecydowanie ją rekompensuje. Kupię bez większego wahania ale nie jest to dla mnie produkt pierwszej potrzeby.

To moja druga zużyta butelka. Uwielbiam jego działanie, uwielbiam jego formułę i zapach. Powrót na pewno prędzej czy później nastąpi. Ta butelka pojawiła się w Joyboxie co bardzo mnie cieszy bo na śmierć o jego istnieniu zapomniałam.

Zużyłam z przyjemnością. Był skuteczny i łagodny a na dodatek na boski zapach. Powrotu nie wykluczam, ba, ledwie się powstrzymuję przed zakupem kolejnej butli.

Słabo. Ani nie było skuteczne, ani nie było delikatne. Odpowiadała mi jego formuła jednak komfortu użytkowania był żaden. Szkoda. Powrotu nie planuję i cieszę się, że nie zapłaciłam za niego pełnowymiarowej ceny (pojawiło się w JB).

Nie mogę przeboleć, że Rossmann go wycofał. Na chwilę obecną (moja skóra jest mocno nadwrażliwa) był chybionym wyborem ale generalnie był świetny - oczyszczał, trzymał sebum w ryzach i systematycznie stosowany zmniejszał ewentualne niedoskonałości. Dobry produkt w jeszcze lepszej cenie.

***


BLISTEX INTENSIVE LIP RELIEF
Cudo. Nawilża, odżywia, regeneruje. Ma konsystencję kremu Nivea i delikatnie chłodzi usta. Jest niesamowicie wydajny i niedrogi. Będę do niego wracać.

Przez parę miesięcy moja niezastąpiona baza pod makijaż. Treściwy żel, który świetnie wygładzał skórę twarzy. Stosowałam go w strefie T na krem.

Przeciętny. Raz działał, raz nie. Nie odpowiadał mi sposób aplikacji. Powrotu nie będzie.

***


O nienawiści do sympatii. Jest łagodny jednak jednocześnie świetnie oczyszcza włosy i skórę głowy. Ma przyjemną formułę, zapach i właściwości zmiękczające. 

Od nienawiści do nienawiści ;) Nie domywał, obciążał, powodował problemy ze skórą głowy. Nigdy więcej.

Świetna lekka odżywka o dobrych właściwościach nawilżających i wygładzających. 

***


DOVE ANTYPERSPIRANT ORGINAL
Skuteczny i łagodny. O ile nie za bardzo wierzyłam w właściwości pielęgnujące tak miło się rozczarowałam. Nie przesuszał skóry, ba, lekko ją nawilżał. Miał piękny zapach.

DOVE ŻEL POD PRYSZNIC GO FRESH OGÓREK HERBATA
Treściwy, dobrze pieniący się żel, który nie robił krzywdy mojej suchej (bardzo!) skórze. Zapach był przyjemny ale nie porywający. Nuta ogórka i zielonej herbaty bazowała na klasycznej kremowej nucie więc całość wypadła po prostu dobrze. 

A to niespodzianka - nie przesuszał mojej skóry. Miał przyjemną, lekką ale nie nazbyt wodnistą formułę. I niesamowity zapach. Zużywam z przyjemnością i może jeszcze kiedyś po niego sięgnę. A akurat żele pod prysznic to nie są kosmetyki do których wracam ;)

***


Upierdliwy, brzydko pachnący ale skuteczny. Nie zmienia to jednak faktu, że niekoniecznie chciałabym do niego wrócić.

Uwielbiam jego zapach i formułę. Jednak właściwości nawilżające ma przzeciętne. To moje drugie zużyte opakowanie i... pewnie kiedyś będzie trzecie ;))

Słabo. Bardzo. Spodziewałam się po nim zdecydowanie lepszego efektu pielęgnacyjnego i innowacyjności. Wyszło jak zawsze, czyli nijak.

OILLAN KOJĄCY BALSAM OCHRONNY
Mocno przeciętny. Po produkcie do skóry suchej, wrażliwej i atopowej spodziewałam się czegoś treściwego. A dostałam lekki balsam codziennego użytku. Trochę nawilżał ale efekt zdecydowanie nie należał do spektakularnych. Jestem na nie.

Tyle. Znacie, lubicie?

piątek, 30 grudnia 2016

Do niczego | YVES ROCHER | Odżywczy olejek pod prysznic

Dawno już nie robiłam zakupów w Yves Rocher. Bo rzeczy, które mnie kusiły są już w moim posiadaniu i powoli zabieram się za ich używanie. Ostatnio sięgnęłam po produkt, który zaciekawił mnie swoim zastosowaniem mianowicie po olejek pod prysznic... do spłukiwania. Zanim zdążyłam go całkiem znielubić zdążył się na szczęście skończyć wiec dzisiejsza recenzja nie będzie aż tak negatywna jak powinna ;)


   Olejek zapakowany jest w wygodną przejrzystą butlę z estetyczną szatą graficzną. Za taką przyjemność (200 ml)  producent w ich sklepie życzy sobie 35 zł w cenie regularnej. Kto jednak miał do czynienia z tą marką wie, że można go zdobyć zdecydowanie taniej.

   Olejek jak na olejek przystało ma konsystencję oleju :D Jest jednak gęsty i treściwy i przypomina mi bardziej olej rycynowy niż wszelakie mieszanki olejowe, które zazwyczaj fundują nam producenci. Ok, aż tak gęsty nie jest ale w porównaniu do innych wybija się na ich tle zdecydowanie. Podobnie zachowuje się na skórze - jest lekko tępy i zaaplikowany na mokrą skórę nie chce się po niej ślizgać.

   Nie do końca przekonana była do metody jego aplikacji. Bo po co nakładać produkt olejowy na skórę po to, by zaraz dokładnie go spłukać? Nie zrażałam się jednak i za używanie się zabrałam. I powiem Wam że początki były trudne. Nałożenie go w niewielkiej ilości było awykonalne. Gdy jednak mi się to udało po spłukaniu go nie czułam na skórze absolutnie żadnego efektu pielęgnacyjnego. Zaczęłam więc nakładać go obficie i... po zmyciu nic. W końcu postanowiłam pozostawić go na ciele przez parę minut i dopiero potem zmyć. Bingo. Jednak taka metoda sprawdzała się tylko w momencie gdy nakładałam go bardzooo hojnie i mniej hojnie zmywałam. Wtedy na skórze pozostawał przyjemny ochronny film i udawało mi się obyć bez balsamu mimo ultra suchej skóry. I tak zużyłam pół butli w parę dni gdy stwierdziłam, że ten kosmetyk tak mnie wkurza, że nie chce mi się na niego patrzeć o używaniu nie wspominając. Zakończył on swój żywot jako produkt do kąpieli. Wlewany do wanny sprawiał, że skóra była mnie przesuszona niż zazwyczaj.

   Słabo. Dużo sensowniejszym rozwiązaniem wydaje mi się zakup chociażby olejku Babydream i używanie go na mokrą skórę. Bez spłukiwania. Standardowe oliwki ze względu na swoją względnie lekką formułę pozostawiają na skórze delikatną warstewkę ochronną zapobiegającą utracie wody w naskórka. Tego produktu nie spłukać się nie dało bo dawał uczucie oblepienia.

   Przyznam szczerze, że moje początkowe obawy niestety się potwierdziły. I udowodniły, że czasem innowacje producentów nie mają najmniejszego sensu. Bo może i firmy wcześniej olejków do spłukiwania w swojej ofercie nie miały ale nie podejrzewam, że cokolwiek na tym straciły. Kosmetyk do niczego.



czwartek, 29 grudnia 2016

Krem, żel a może baza? | UNDER 20 | Krem-żel zwężający pory

   Pluję sobie w brodę. Macie takie dni gdy wszystko robicie w pośpiechu a zaginioną zakrętkę od kremu traktujecie jako kwestię drugorzędną i nie wartą poszukiwań bo goni Was czas? Tak było w przypadku moim i tego kremu. Oczywiście na śmierć o nim zapomniałam i z własnej głupoty zmuszona jestem go wyrzucić bo odstał swoje (niezakręcony) zdecydowanie zbyt długo. A jako, że nad tym ubolewam możecie się domyślić, że się polubiliśmy ;) A nieszczęsnej nakrętki nadal nie znalazłam...


   Słowem wstępu. Za rok będę świętować '10 lat po osiemnastce' więc w target Under 20 nie łapię się od dawna. Z drugiej strony nie należę do osób, które zwracają uwagę na oznaczenia wiekowe kosmetyków. I absolutnie się nimi nie sugeruję. Mówię to ja, fanka kremów pod oczy 40+ ;))

   Szata graficzna zdecydowanie nie należy do najpiękniejszych ale w gust młodzieży może trafiać. Jest pstrokato, jest kolorowo, jest całkiem ok. Opakowanie to wygodna plastikowa tubka (40 ml) zakończona wygodnym dzióbkiem. Cena oscyluje w granicach 15 zł czyli w sam raz na nastoletnią kieszeń. Tyle słowem wstępu.


   Formuła tego produktu to gęsty, treściwy ale nie tłusty żel. Który moim skromnym zdaniem z kremem nie ma nic wspólnego. Mimo, że formuła zdecydowanie należy do konkretnych nie lepi on się na skórze, nie obciąża jej (nałożony w niewielkich ilościach) jednocześnie pozostawia po sobie świetne uczucie gładkości.

   Nie stosowałam go solo. Jak dla mnie jest to kosmetyk do nałożenia na krem. Jednak zwracam uwagę na fakt, że moja skóra zdecydowanie należy do wymagających i potrzebuje konkretnej pielęgnacji. Współpracował on jednak z każdym jednym kosmetykiem jaki aplikowałam- nieważne czy było to lekkie serum czy konkretny, nawilżający (albo i natłuszczający) krem.

  Właściwości zmniejszających pory nie uświadczyłam. Myślę tu o efektach długoterminowych. Nie uświadczyłam ich bo nie dałam szansy temu kosmetykowi zadziałać. Używałam go tylko w dni w które nosiłam makijaż i też nie zawsze. Nie potwierdzę więc (ani nie zaprzeczę) obietnicom producenta jeśli mowa o właściwościach pielęgnujących.

   A jednak go polubiłam. Bo okazał się być świetną bazą pod makijaż. Aplikowany w niewielkiej ilości na strefę T sprawiał, że skóra była gładka jak pupa niemowlaka a moje wielkie pory na nosie znikały. Ok, był to efekt tymczasowy zapewniony jak się domyślam dzięki zawartości silikonów ale w sumie... czemu nie? Nie robił mi krzywy. Nie powodował wysypu niedoskonałości, nie podrażniał ani nie uczulał.

   Dla ciekawości powiem Wam, że gdybym miała porównać go do Porefessional Benefitu produkt Under 20 biję go na głowę. Przyznaję, Porefessional znam z próbki która starczyła mi na trzy użycia jednak po trzech aplikacjach i tak stwierdziłam, że nigdy więcej.

   Podsumowując - polecam. Jeśli macie rozszerzone pory i szukacie przyjemnej bazy pod makijaż codziennego użytku za niewygórowaną kwotę. Bazy nie do zużycia bo produkt ten jest ultrawydajny i pomijając moją nieroztropność i tak nie było fizycznej możliwości bym ją zużyła w terminie przydatności od otwarcia ;)



poniedziałek, 26 grudnia 2016

Projekt DENKO + wyrzutki | kolorówka, zapachy, paznokcie

   Zanim podsumuję moje zbiory kolorówki pora na (o dziwo) spory projekt denko dotyczący właśnie tej kosmetycznej dziedziny. Pojawiło się u mnie w ostatnim czasie sporo zużyć, dodatkowo z paroma produktami jestem zmuszona się z różnych względów pożegnać. Jeśli jesteście ciekawi co zużyłam i jak się te produkty u mnie sprawdziły zapraszam na ciąg dalszy.



***



PUDER FIXING POWDER WIBO
Przeczytałam tak wiele pozytywnych recenzji tego pudru, że w końcu się na niego skusiłam. Bałam się jednak, że nie będzie to kosmetyk dla mnie. Spotykałam się z opiniami, że jest to puder silnie matujący. Bzdura. Faktycznie trzymał moją skórę w ryzach przez kilkanaście godzin ale nie pozostawiał wrażenie płaskiego matu a lekką, ledwie zauważalną satynę przez co wyglądał bardzo naturalnie. Przyczepię się do koloru - miał być to produkt półtransparentny jednak na mojej skórze wybijał chłodne tony a jako, że skórę mam mocno ciepłą odrobinę się odznaczał. Nie zmienia to jednak faktu, że chyba niebawem do pewnie do niego wrócę a odcień będę korygować odrobiną bronzera, którym omiatam twarz.

PODKŁAD AA MAKE UP FILLER
Sama nie wiem kiedy zużyłam go do końca. Bardzo podobał mi się jego jasny odcień i efekt jaki dawał na skórze - wyglądał naturalnie, dawał średnie krycie i efekt wygładzenia. Niestety nie był to produkt bez wad bo używany solo był diabelnie nietrwały. Ścierał się, odbijał na telefonie a na dodatek szybko zaczynała świecić mi się po nim skóra. Używałam go mieszając z podkładem o lepszej trwałości i w takim duecie spisywał się przyzwoicie. Powrotu jednak nie planuję.

KOREKTOR L'OREAL TRUE MATCH
Nasze początki były trudne. Miałam wrażenie, że jest zdecydowanie zbyt suchy i nie ma prawa pod oczami wyglądać dobrze... aż znalazłam dobry krem pod oczy :P I w tym momencie zapałałam do niego ogromną sympatią. Już nie przesuszał a dawał przyjemne, porządne średnie krycie które na co dzień jest dla mnie wystarczające. Ma piękny, żółty kolor. Przy okazji jakiejś dobrej promocji chętnie do niego wrócę.

KOREKTOR W SZTYFCIE BELL HYPOALLEGRENIC
Świetny zamiennik klasycznego kamuflażu Catrice. Ba, jest to produkt nawet od niego lepszy bo przy tym samym kryciu ma przyjemniejszą, mniej lepką formułę. Dodatkowo forma sztyftu dla mnie osobiście była wygodniejsza jeśli mowa o aplikacji. No i kolor - odcień (chyba) najjaśniejszy jest jaśniejszy od 010 Catrice. Jako, że niedoskonałości u mnie niewiele był ze mną dłuuuugo a używałam go też pod oczy gdy moje sińce robiły się wielkie. Dobry zawodnik, chętnie do niego wrócę gdy będę tego typu kosmetyku potrzebować.


***


LOVELY CURLING PUMP UP MASCARA TUSZ DO RZĘS
Nie zliczę ile opakowań tego tuszu zużyłam. Drażni mnie jednak to, że każde kolejne opakowanie jakie kupię gęstnieje coraz szybciej. Lubię go za intensywną czerń, niesklejanie rzęs przy jednoczesnym ich dobrym wyczesywaniu. Kupię go jeszcze. Bo jest tani. I sprawdzony. I wytrzymuje na rzęsach 15h w stanie nienaruszonym Ale wolałabym coś o identycznym działaniu i dłuższej żywotności nawet gdyby miało to to kosztować 3x tyle.

MY SECRET 3 W 1 TUSZ DO RZĘS
Idealny na co dzień. Lekko wydłużał, lekko pogrubiał, lekko podkręcał. Efekt nie był spektakularny i nie dało się go budować kolejnymi warstwami jednak ja też  nie potrzebuję do szczęścia firanki rzęs. Minus? Trwałość. Po miesiącu zaczął się delikatnie kruszyć pod koniec dnia i z każdym dniem ten efekt pojawiał się szybciej. Źle zdecydowanie nie było ale jako, że makijaż rzadko na twarzy noszę krócej niż 10 godzin zależy mi jednak na dobrej trwałości.

CATRICE WOSK DO BRWI FIXING BROW WAX
Zużyć go zużyłam ale zdecydowanie daleka byłam od zachwytów. Ten wosk był zbyt twardy i zbity a jego aplikacja pozbawiła mnie pewnie kilku ładnych włosów na przestrzeni paru miesięcy. Dodatkowo nie widziałam po nich większych efektów. Może i przez godzinę czy dwie brwi trzymały się jak trzymać miały jednak po tym czasie wracały do klasycznego dla siebie nieładu. Dodatkowo zdarzało mu się na włoskach odznaczać (taki niby łupież;)) jednak na szczęście było to sporadyczne i wystarczyło przejechać po nich palcem. W ostatnich dniach znalazłam mu świetny zamiennik więc nigdy więcej ;)

***



SALLY HANSEN INSTA DRI TOP COAT
Jakby to ująć... ;) Nie wyobrażam sobie bez tego produktu malowania paznokci i kolejne opakowanie mam już w użyciu. Wyraźnie skraca czas wysychania lakieru, wydłuża jego trwałość i zapewnia piękny błysk. Gęstnieje w opakowaniu jak wszystkie tego typu produkty jednak nie ściąga lakieru co stawia go na pierwszy miejscu podium przez Poshe i Seche Vite.

***

DEMETER RAIN WODA KOLOŃSKA
Czym pachnie deszcz? Jeśli nasuwa Wam się skojarzenie mokrego psa to pudło ;) Deszcz Demeter pachniał mglistym porankiem nad rzeką w deszczowym UK. Nie wiem czy to moje osobiste skojarzenia związane z moją bytnością w tych okolicach i jednoczesna nadinterpretacja ale mam wrażenie, że tam zawsze w dni deszczowe pachniało po prostu ładniej a w powietrzu unosiła się nuta słodyczy. Ten zapach tę słodycz ma. Uwielbiam używać go w pochmurne dni, mimo słabej trwałości.

DEMETER CLEAN SKIN WODA KOLOŃSKA
Tutaj akurat wtopa. Zapach czystej skóry to to nie był. Bo ten kojarzy mi się z pudrową czy mydlaną nutą. Ten zapach był taki... nijaki. Trochę cierpki dzięki cytrusom, odrobinę (tak tyci tyci) złagodzony czymś słodkim co w teorii ma być wanilią ale wanilią moim zdaniem nie jest. Gdzieś tam na samym końcu czuć jakiś kwieć ale jest do bólu neutralnie-chłodny i niewiele ciekawego do tej mieszanki wnosi. Słabizna słowem jednym.

YVES ROCHER SO ELIXIR PURLE WODA PERFUMOWANA
To trzeba powąchać. Zimą lub jesienią. Bo w ciepłe pory roku jest... brzydki. Nudny, ciężki i męczący. Z chłodne pory roku za to obok paczuli pojawia się przyjemnie owocowa nuta dla mojego nosa będąca mieszaniną winogron i poziomek. Czary nie perfumy. Szczególnie przy temperaturach ujemnych. Przy -10 stopniach w ubiegłym roku powaliły mnie na kolana zupełnie i zapałałam (po początkowej niechęci) do nich ogromną miłością. Na pewno kiedyś do nich wrócę.

YVES ROCHER POMME DELICE WODA TOALETOWA
Zeszłoroczna edycja limitowana. Niby nic szczególnego ale były całkiem przyjemne dla mojego nosa. Słodkie, aż za słodkie nawet jak na taką fankę słodkości jaką jestem. Jednak i na taki ulep od czasu do czasu miałam chęć. Głównie w leniwe dni gdy nie wychodziłam z domu bo pachnieć w towarzystwie prostolinijnym, słodkim do bólu zębów jabłkiem trochę mi się nie widzi.



***


SENSIQUE BRONZING POWDER
Ykhm, ykhm. Nie, nie zjadł go pies :P Po prostu opakowanie tego produktu było tak tragicznie badziewne, że z tempem błyskawicy odpadło mi jego wieczko. Przeżył w moim kosmetycznym pudle długo ale dnia pewnego niestety mocno ucierpiał. Nie zmienia to jednak faktu, że był to świetny puder do konturowania. A jako, że ostatnio wolę się lekko opalać niż w konturowanie bawić żegnam się z nim. Z lekkim żalem. Jak Sensique pomyśli nad zmianą opakowań chętnie zobaczę go u siebie ponownie.

BIELENDA MAKE UP ACADEMY COVER PODKŁAD KRYJĄCY
Kolorystyczne nieporozumienie. Jestem cierpliwa wobec kosmetyków o irracjonalnie ciemnych kolorach i często daję im szansę mieszając je z czymś jaśniejszym ale ten podkład wybijał tak obrzydliwie pomarańczowe tony, że no, nie dało się. Jakościowo był super. Zapewniał średnie krycie, wygładzał i matowił na dodatek miał przyjemną treściwą ale nieobciążającą formułę. Szkoda, że znów polska firma nie pomyślała o karnacji polek.

LIRENE KREM BB MASTER BLUR
LIRENE PODKŁAD NO MASK
Oba lecą do kosza ponieważ mam je otwarte zbyt długo. Podkład prawie dobijał już dna ale delikatnie niemal z dnia na dzień zmienił zapach więc nie chcę ryzykować. Oba kosmetyki uważam za bardzo udane i używałam ich z przyjemnością jednak ze względu na (znów) zbyt ubogą kolorystykę powrotu raczej nie planuję :(

MY SECRET TUSZ DO RZĘS 300% SENSUAL VOLUME
Dnia pewnego pojawiłam się w pracy ze ściekającym z rzęs tuszem. Mżawka mżawką ale równie tani tusz Lovely spokojnie takie atrakcje wytrzymuje. Zraziłam się do tego cuda po trzecim użyciu i nigdy więcej po niego nie sięgnęłam - bo aurę pogodową jaką mamy taką mamy a nie będę go trzymać do wiosny skoro go otworzyłam ze względów wiadomych.

MAYBELLINE TUSZ DO RZĘS ONE BY ONE
Pajęcze nogi. Trzy rzęsy na krzyż. Mierna trwałość i tusz osypany na policzkach. Maybelline się nie popisało więc tusz leci do kosza.


niedziela, 25 grudnia 2016

Niby nic a cieszy | Auchan | Odżywka do włosów Jojoba i Karite

Moje włosy są upierdliwe. Są cienkie i rzadkie przez co skłonne do obciążania jednocześnie dosyć mocno zniszczone na końcach przez co muszę je nawilżać i dociążać. Znalezienie złotego środka pokierowało mnie do używania wieloetapowej pielęgnacji. Odżywki do spłukiwania w moich zestawieniach mają być lekkie, nawilżające, nieobciążające i... tanie. Bo przy codziennym myciu schodzą u mnie jak woda. Czy tanizna z Auchan dała radę? Zapraszam do dalszej części :)


   O ile opakowanie zdecydowanie do zachwycających nie należy tak to właśnie one przykuło mój wzrok na sklepowej półce. 200 ml kosztuje niespełna 4 zł.

   Odżywka ma przyjemną formułę. Jest ona dosyć lekka jednocześnie przyjemnie treściwa przez co nie przecieka przez palce i dobrze utrzymuje się na włosach. Zapach jest dla mnie neutralny. Pisząc tę recenzję próbuję go sobie przypomnieć i absolutnie nie potrafię. A jako, że na zapachy jest wrażliwa więc na pewno nie jest zły ;)

   Jeśli mowa o działaniu - w stu procentach spełnia moje oczekiwania wobec tego typu kosmetyku. Dzięki swojej lekkości zupełnie nie obciąża (i nie dociąża włosów), delikatnie je nawilża i wygładza jednocześnie mam wrażenie, że po jej użyciu są bardziej podatne na życie życiem własnym. Znaczy to mniej więcej tyle, że będąc z zasady prostym siankiem potrafią po całonocnym koczku złapać trochę objętości i utrzymać lekki skręt dłużej niż standardowe pięć minut.

   Nie jest to kosmetyk o spektakularnym działaniu. I jeśli szukacie produktu, który odmieni wasze włosy zdecydowanie nie warto. Jeśli jednak potrzebujecie kosmetyku codziennego użytku do włosów cienkich może okazać się być strzałem w dziesiątek tak samo jak u mnie. Chętnie do niej wrócę jako urozmaicenie wielkich butli masek po jakie na co dzień sięgam :)


piątek, 23 grudnia 2016

Nowy wymiar mycia | VIANEK | Odżywczy płyn micelarny tonik 2w1

   Ośli upór. To najlepsze określenie mojego podejścia do kosmetyków w dwóch kwestiach. Pierwszą jest obowiązkowe mycie twarzy wodą w porannej pielęgnacji. Drugą założenie, że płyn micelarny o właściwościach pielęgnujących jest mi rzeczą do szczęścia niepotrzebną. Micel Vianka po raz kolejny (po płynie micelarnym Biolaven) udowodnił mi że nawet najlepsi (:D) czasami się mylą.


   Estetyka Viankowych opakowań przemawia do mnie bardzo. Uwielbiam na nie patrzeć, te wszystkie kwiatki na polską nutę wyglądają uroczo ale nie kojarzą mi się kiczowato. No nic nie poradzę, ja tak mam. Płyn zapakowany jest w klasyczną, białą butelkę o pojemności 200 ml (zazwyczaj narzekam na małe pojemności miceli ale jak mam 3 miesiące na zużycie wolę kupić dwa maluchy niż nie wyrobić się z większą butlą) a kupić możemy go około 20 zł. Albo polować na promocje ;)


   Płyn posiada przyjemną, odrobinę treściwszą niż woda formułę. Nie lepi się jednak, nie klei i nie pozostawia na skórze drażniącego filmu. Jednak jeśli micel ma być dla Was niewyczuwalny niczym wcześniej wymieniona woda raczej nie będzie to rozwiązanie idealne. Posiada też dosyć mocno wyczuwalny zapach. I jeśli nuta zapachowa serii odżywczej nie przypadnie Wam do gustu raczej będzie męczył niż cieszył. Ja za tymże zapachem niemal szaleję, podoba mi się strasznie więc użytkowanie go uważam za niewątpliwą przyjemność. Zakładam jednak, że prędzej czy później mi się znudzi patrząc na fakt, że używam i będę używać inne produkty z tej serii.

   Jeśli mowa o działaniu oczyszczającym jest świetnie. Radzi sobie nie tylko z odświeżaniem skóry, to porządny produkt do demakijażu. Bez problemu usuwa i tusz i konkretny podkład. I robi to szybko.

   Jednocześnie jest to produkt o znakomitych właściwościach pielęgnujących. Funduje skórze delikatne uczucie nawilżenia, koi wszelkie podrażnienia, lekko napina (ale nie ściąga!) skórę. To jeden z tych kosmetyków, które zapewniają po użyciu uczucie komfortu, nawet w przypadku podrażnień, nadwrażliwości czy drobnych ranek.

   Używam go głównie do porannego 'mycia'. Lub zmywania makijażu oczu bo tam moja skóra jest najbardziej wymagająca i upierdliwa jeśli mowa o procesie demakijażu. Mimo, że producent nazywa ten kosmetyk tonikiem nie pomijam tego kroku w pielęgnacji bo.. lubię. Jednak wydaje mi się, że w przypadku kosmetycznych minimalistek takie 2w1 ma sens. Podsumowując - polecam. I moją przygodę z naturalnymi micelami uważam za udany przerywnik mojej standardowej pielęgnacji (a raczej oczyszczania). W zapasie czeka jest micel lipowy Sylveco ale i do Vianka (kiedyś) chętnie wrócę.



poniedziałek, 19 grudnia 2016

Upierdliwy choć skuteczny | ESOTIQ NATURAL | Ochronny krem do rąk

   Esotiq to marka, która do tej pory kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z bielizną. I pewnie gdyby ich kosmetyk nie pojawił się w pudełku Joybox żyłabym w tym przeświadczeniu nadal. Okazało się jednak, że w ramach rozwoju powiększyli ofertę swoich sklepów (w tym internetowego) o kosmetyki oraz zapachy.
   W moje ręce wpadł ich ochronny krem do rąk wobec którego nie miałam zbyt dużych oczekiwań (grunt to się pozytywnie nastawić ;)) więc zanim po niego sięgnęłam odstał w moim pudle z zapasami czasu sporo.



   Opakowanie jest całkiem całkiem. Producent zaoferował nam przyjemną szatę graficzną i klasyczną plastikową tubkę. Przyczepię się tylko do jej stopnia twardości - mimo, że raczej kosmetyków nie rozcinam i wydobywam je w całości tak tutaj bez nożyczek się nie obyło. Krem posiada 75 ml, 12 miesięcy na zużycie a kosztuje bez grosza 15 zł.

   Pierwszą rzeczą, która uderzyła mnie w nim po otwarciu jest jego zapach. O borze zielony. Jestem osobą przykładającą dużą uwagę na walory zapachowe bo niepasująca mi woń potrafi zniechęcić nawet do najlepszego produktu. O ile tego kremu najlepszym nie nazwę tak zapach drażnił mnie niesamowicie. Była to wariacja na temat masła shea a zapach masła shea jest dla mnie nie do przejścia. Fuj.

  Konsystencja należała do tych zdecydowanie bogatych i treściwych. Mimo wszystko krem nie był tłusty. Pozostawiał on jednak wyczuwalną, mokrą powłokę na skórze, która uniemożliwiała normalne funkcjonowanie z tego też faktu został moim kremem na noc (i do stóp;)).

   Jeśli mowa o najważniejszym czyli właściwościach pielęgnujących początkowo mnie nie zachwycił. Jak na tak upierdliwą, konkretną formułę spodziewałam się efektów na już. Po użyciu dłonie były trochę nawilżone i... tyle. Dopiero gdy dobiłam do jego dna zdałam sobie sprawę, że mamy już sezon grzewczy, zimę i inne niesprzyjające dla skóry okoliczności. I zazwyczaj w tym momencie moja skóra wołała o litość. A nie woła. Ba, jest w naprawdę świetnej formie! Dłonie są miękkie, gładkie, brak na nich zgrubień czy pęknięć z którymi zazwyczaj się borykam. A jako, że w ciągu dnia ostatnio używam kremów o zdecydowanie lżejszym kalibrze (które nota bene już stosowałam i znam ich możliwości, tj. balsam ochronny za zimę Yves Rocher oraz krem Instant Help Evree) śmiem twierdzić, że zasługą poprawnego stanu moich dłoni jest w dużej mierze ten oto śmierdzący, lepiący cudak ;)



   Czy do niego wrócę? Niekoniecznie ;) Właśnie ze względu na upierdliwą formułę i nieznośny dla mnie zapach. I fakt, że znam o wiele przyjemniejszy krem o podobnym działaniu (Regeneracja Lirene). Jednak koniec końców uważam go za całkiem przyzwoity kosmetyk.

sobota, 17 grudnia 2016

ZAKUPY | DUUUŻO dobrego ;) | ICEVEDA EO LABORATORIE DR.KONOPKA'S itd.

   Co Wam powiem to Wam powiem ale od nowego roku z podkulonym ogonem wracam do comiesięcznych podsumowań moich kosmetycznych poczynań. I denek. Comiesięczne bilanse dawały mi lepszy podgląd do rotacji moich kosmetyków.
   Ale zanim nowy rok nadejdzie (to prawie już!) dziś zaprezentuję Wam moje łupy ze sklepu Bioarp oraz dwa maluchy przygarnięte w Biedronce. Ciekawych  zapraszam na dalszą część.


Kosmetyki Dr.Konopka's wkroczyły do mojej pielęgnacji niedawno. W postaci dwóch produktów a mianowicie peelingu rozgrzewającego i maseczki chłodzącej. A jako, że zapałałam do nich sympatią od pierwszego użycia postanowiłam zaopatrzyć się w kolejne kosmetyki tego producenta. Wybór padła na peeling wybielający oraz peeling gommage. Dodatkowo szukając świętego Graala (który nie kosztuje majątku ;)) przygarnęłam ich regenerujący krem pod oczy. I krem do rąk. A co ;)


Dacie wiarę, że to moje pierwsze spotkanie z marką EcoLab (Eo Laboratorie)? Jako, że nie bardzo wiedziałam co chcę spróbować z ich oferty (poza jednym kosmetykiem ale o nim później) postanowiłam sięgnąć po szampony: dodający objętości, zrównoważony dla włosów przetłuszczających się i kojący dla wrażliwej skóry głowy. Szamponów nigdy dość, te zbierają w sieci dosyć dobre opinie a przy częstotliwości mojego mycia schodzą mi jak woda z tego też względu...


... z oferty marki Iceveda również kupiłam szampony :D Tym razem dwa: szampon zwiększający gęstość oraz wzmacniający.


Iceveda pokusiła mnie również sprayami do włosów. Wersja w neem poczeka trochę na swoją premierę ale wariant różany pachnie tak pięknie że już go używałam i zapowiada się przyjemnie.


Punkt przewodni zamówienia - peeling do ciała Iceveda w wariancie cedrowym. Wzięłam też drugi (do pary ;)) ale zamiast wersji cukrowej przez przypadek przygarnęłam różę w formie galaretki. Pierwszy należy do porządnych zdzieraków (o pięknym zapachu!), drugi zapowiada się barrrdzo delikatnie. Szkoda.


Zapas żeli pod prysznic do mojego zapasu żeli pod prysznic :D Iveceda - zapachy powtórzone z peelingów czyli cedr i drzewo sandałowe oraz róża z lotosem. EcoLab to olejek (nie olejek a kremowy żel) w wariancie relaksującym, którego zapach przywodzi na myśl wytrawne migdały. Użyłam go już i pierwsze wrażenia mam bardzo pozytywne - oprócz przyjemnego zapachu i właściwości myjących (a to ci nowość ;)) zafundował mojej skórze brak przesuszenia. A to sporo :)


Biedronka. Perfecta pokusiła nas trzema świątecznymi zapachami a jak tylko dojrzałam śliwkę z wanilią widziałam, że coś (do wyboru żele, balsamy, kremy do rąk i peelingi + coś, nie wiem co) z tego wariantu przygarnę. Lubię zapach śliwki w kosmetykach ale producenci jeśli już pokuszą się o kosmetyki śliwkowe łączą tę śliwkę z cynamonem. Nie lubię cynamonu. Ale wanilię i owszem. Jako, że nie za bardzo wiedziałam co kupić to kupiłam krem do rąk właśnie.  Jakościowo to słabizna - ledwie nawilża, nałożony w większej ilości zaczyna się kleić ale zapach... wybaczę. I smaruję się nim namiętnie. Drugi produkt to pomadka peelingująca Bell. Po porażce z podobnym produktem Sylveco nie wróżyłam nam powodzenia ale... jest super! Pięknie i pachnie i złuszcza. Właściwości pielęgnujące uważam za mizerne ale po jej użyciu i tak ją ścieram i nakładam balsam więc w sumie mi to wisi ;)

środa, 7 grudnia 2016

ZAKUPY | To nie jest dobry czas dla kosmetykoholików ;)

Sezon przedświąteczny oprócz wielu zalet ma też jedną, sporą wadę - wszechobecne promocje ;) Za nami już Black Friday, Dzień Darmowej Dostawy i szereg promocji i wyprzedaży, które atakują zewsząd. Dziś krótkie podsumowanie moich łupów z ostatnich trzech tygodni ;)


    Mikołaj (:D) nigdy nie wie co mi kupić więc jak co roku wskazałam mu obiekt mojego pożądania palcem ;) Wybór padł na obcą mi o tej pory markę Dr.Konopka's a konkretnie Deep Cleansing Face Hot Scrub oraz Cooling Face Mask Pore Refreshing. Oba produkty zdążyłam już użyć i o ile zapowiadają się na moich ulubieńców tak niestety efekty chłodząco-rozgrzewające na jakie liczyłam u mnie są niewyczuwalne. A szkoda. [35 zł z kosztami przesyłki za oba]


   Dzień Darmowej Dostawy. W tym roku skromnie. Skusiły mnie tylko dwa 'sklepy' w tym drogeria Wispol. Dla siebie przygarnęłam sprawdzony szampon do włosów suchych Green Pharmacy [6,21 zł] oraz popularną, nieznaną mi do tej pory maskę drożdżową Babci Agafii [7,99 zł].


   Dzień darmowej dostawy. Część druga i ostatnia, tym razem nieznana mi wcześniej Apteka Mini, która wygrała najniższą ceną interesującego mnie produktu (żel do mycia ciała i włosów Ziajka dla bliskiej mi osoby cierpiącej na AZS). Nie omieszkałam też sięgnąć po coś dla siebie ;) Orzeźwiający peeling do twarzy i ciała Ziaja [4,26 zł] zaciekawił mnie już jakiś czas temu po wypróbowaniu próbki. Niby obecna aura nie sprzyja tego typu aromatom ale akurat obecnie do takich mnie ciągnie więc poszedł już w ruch i jestem z niego zadowolona. Podobnie sytuacja ma się z chłodzącą mgiełką z mentolem i wit.C Ziaja [6,08 zł], która oprócz właściwości tonizujących i odświeżających (aczkolwiek chłodzenia nie czuję) okazała się być świetnym produktem wykończeniowym dla zdejmowania wrażenia 'pudrowości' skóry po wykonaniu makijażu.


   Pojawiłam się również w Auchan i jak to ja, urządziłam sobie spacer po ich dziale kosmetycznym ;) W końcu dorwałam odżywczy krem do rąk Barwa [4,09 zł] na temat którego czytałam ogrom pozytywnych opinii. Spodziewałam się cudów ale cudów nie ma. Jednak to dobry lekki krem codziennego użytku ze względu na szybkie wchłanianie. A jako, że w Biedronce nie udało mi się upolować polecanej mi odżywki BeBeauty postanowiłam sięgnąć po odżywkę marki własnej Auchan z karite i jojoba [3.69 zł]. I z radością stwierdzam, że spisuje się u mnie lepiej, niż droga jak sto nieszczęść odżywka z Matrix, którą również obecnie używam ;)


   Czarny piątek. U mnie przytrafił się wyłącznie w Drogerii Natura, która zaproponowała -50% na wybrane marki, w tym Tołpę. Postanowiłam sięgnąć po świetny krem pod oczy ujędrnianie 40+  . I na koniec CND w Rossmanie - sztyft Dove [7,15 zł].

   Co Wam powiem, to Wam powiem, ale jak na moje możliwości z zakupowymi szaleństwami dałam radę :D

niedziela, 4 grudnia 2016

Szału nie ma | PERFECTA | Moc minerałów | Peeling enzymatyczny z olejkami

  Przez ogrom czasu nie wierzyłam, że peeling enzymatyczny może działać. Żyłam sobie w tym przeświadczeniu (opartym na moich wcześniejszych doświadczeniach) aż do chwili, gdy poznałam peeling enzymatyczny Bandi. Okazało się, że takie produkty także i u mnie mają rację bytu. I po zużyciu trzech butli Bandi z rzędu wyszłam z założenia, że potrzebuję wypróbować coś nowego. Wybór padł na tani i (ponoć) dobry peeling enzymatyczny z Perfecty. Co o nim myślę? Zapraszam na recenzję :)


   Opakowanie jak dla mnie jest szkaradne ;) Zdecydowanie bardziej cenię sobie w tym zakresie prostotę albo bardziej wyszukane grafiki no ale, nie będzie. Tubka wykonana jest z dość miękkiego tworzywa, przez co produkt łatwo wydobyć ze środka. Kosztuje to to w okolicach 10 zł za pojemność 75 ml więc tyle co i nic.

   Zacznę od kwestii mojej ignorancji. Która wyszła mi bokiem. A objawia się ona beznamiętnym kupowaniem kosmetyków bez czytania etykiet (za wyłączeniem pobieżnej analizy składu)  i sposobu użycia ;)  Tym sposobem otrzymałam produkt, który producent zaleca nakładać na całą noc. W przypadku peelingu oczekuję od kosmetyki by działał 'już'. I zupełnie nie widzi mi się nakładanie go zamiast kremu na noc. Bo nocą moim priorytetem jest intensywne nawilżanie i odżywianie skóry a nie jej peelingowanie. Ale dawałam mu szansę nie raz i nie dwa. Aż ktoś mnie kiedyś uświadomił, że w sumie mogę go nałożyć grubszą warstwą na krótszy czas. I przy tej metodzie pozostałam.

   Peeling ten posiada przyjemną, kremową konsystencję. Jego formuła jest na tyle lekka że nałożony w niewielkiej ilości dość szybko się wchłania (jednak nie polecam nakładać go jedną nogą w łóżku ;)). Nałożony warstwą grubą tworzy na skórze przyjemną kołderkę bez uczucia oblepienia i obciążenia.

   Jeśli mowa o działaniu najlepiej jest mi je określić jednym słowem - loteria. I jest to dla mnie największa jego wada, która sprawia, że gdy w końcu się z nim uporam (wydajne to cholerstwo) nie zagości u mnie ponownie. Producent obiecuje nam właściwości kojące i łagodzenie. Jako, że moja skóra ostatnimi czasy jest w ciągłym kryzysie dosyć łatwo jest mi to zweryfikować. I o ile nie pokuszę się tutaj o przyznanie producentowi racji tak mogę stwierdzić, że mi krzywdy nie robi - a to i tak dobry wynik. Do nawilżenia jednak się przyczepię, produkt stosowany na całą noc mojej skóry nie nawilżał niestety wystarczająco.

   Działanie wygładzające i usuwanie martwego naskórka. Niezależnie od metody aplikacji i czasu trzymania tego produktu na skórze raz miałam twarz gładką niczym przysłowiowa pupa niemowlaka, drugim razem nie widziałam w tym aspekcie efektów absolutnie żadnych. A jako, że gości on już u mnie czas dłuższy i użyłam go razy wiele wiem, że zupełnie nie mogę na nim polegać.

Na chwilę obecną na mojej liście 'do kupienia' goszczą peelingi enzymatyczne z Sylveco i Dr.Konopka's. Jednak jeśli nie podołają z podkulonym ogonem wrócę do peelingu Bandi. Czasem zmiany nie są potrzebne ;)




piątek, 2 grudnia 2016

Od pierwszego wejrzenia | VICHY Purete Thermale | Upiększający olejek micelarny do demakijażu


 Olejki do demakijażu podbiły nasz rynek. Przyczyny są raczej oczywiste - to jeden z podstawowych kroków coraz bardziej popularnej koreańskiej rutyny dbania o skórę oraz (co ważniejsze) metoda na demakijaż szybka, prosta i przede wszystkim skuteczna. O tym jednak, że nie zawsze jest tak różowo jak być by mogło informowałam Was na blogu już nie raz - jest jeden problem, który sprawia, że większości tego typu kosmetyków mówię zdecydowane nie. Czy Vichy podołał moim oczekiwaniom? Zapraszam na recenzję :)

VICHY Purete Thermale Upiększający olejek micelarny do demakijażu łączy w sobie skuteczność i delikatność technologii micelarnej z odżywczym działaniem olejku z kamelii dla efektu upiększonej skóry. Olejek usuwa nawet wodoodporny makijaż twarzy i oczu.

  Zaczniemy od zewnątrz. Prosta szata graficzna i czysty błękit opakowania sprawiają, że jest ono po prostu piękne. Opakowanie zawiera 125 ml olejku, cena oscyluje w granicach 50 zł. Pompka jest bardzo wygodna mimo, że dozuje niewielką ilość produktu. Ale i niewielka jego ilość potrzebna jest do użycia więc trzy psiknięcia załatwiają sprawę w przypadku pełnego makijażu, jedno, w przypadku potrzeby odświeżenia skóry. Tego typu produkty wydajnością wręcz grzeszą więc 6 miesięcy przydatności od otwarcia to kolejny plus.

  Nie spotkałam się jeszcze z olejkiem, szczególnie myjącym, który miałby problem z usunięciem makijażu. Tak też jest w tym przypadku. Rozpuszcza on makijaż oka i twarzy błyskawicznie dzięki swojej formule. Która jak na olej jest raczej nietłusta, satynowa, bardzo lekka. W kontakcie z wodą zamienia się w delikatną emulsję, którą bez problemu możemy zmyć z twarzy.

  Produkt ten nie pozostawia na skórze tłustej warstwy. Jednocześnie po zmyciu nie jest ona zbyt sucha czy ściągnięta co zdarzało mi się w przypadku tego typu kosmetyków, które oczyszczały... zbyt mocno. Moją bolączką w przypadku olejków jest uczucie wysuszenia i 'piachu' pod powiekami, więc zazwyczaj musiałam omijać okolicę oczu gdy po nie sięgałam. Tu tego problemu nie ma. Ba, to jeden z tych kosmetyków, który faktycznie zapewnia mi komfort po użyciu a o to w moim przypadku trudno bo niestety moja skóra jest nadwrażliwa.  Ot, kosmetyk bez wad.


  Czy mogę Wam go polecić? Mogę. I chcę :) Ja jestem z niego szalenie zadowolona.


niedziela, 27 listopada 2016

BYŁO - JEST projekt denko #5 listopad 2016

Nie spodziewałam się, że kolejny projekt denko pojawi się tak szybko. W ostatnich tygodniach mam jakąś kumulację w zużywaniu kosmetyków. Praktycznie codziennie zostaję z jakimś nowym, pustym opakowaniem w ręku. Przyczyna jest raczej prosta - jak się otwiera (i używa) wszystko na raz nadchodzi moment, gdy to 'wszystko' musi się skończyć ;)


Było: ISANA WODA BRZOZOWA 
Zaczniemy od małego oszustwa. Ostatnia porcja tejże wcierki wylądowała w opakowaniu zastępczym (bo z tej wielkiej butli używać jej się nie da) a w tej zawitały pustki. To dobry produkt. Używany systematycznie spowodował u mnie wzorowy wysyp baby hair. Stosowałam ją średnio co drugi dzień (jak mi się przypominało znaczy) obficie zlewając nią skalp na pół godziny, godzinę przed myciem. Początkowo używałam ją po umyciu głowy jednak miałam wrażenie, że włosy odrobinę szybciej tracą świeżość w ciągu dnia. Wielka, pół litrowa butla kosztowała mnie na promocji jakieś 4 zł i uważam, że były to pieniądze zainwestowane świetnie. W czasie używania zrobiłam sobie od niej dwie dłuższe przerwy na 'odpoczynek'. Myślę, że kiedyś pojawi się u mnie znowu.
Jest: VIANEK NORMALIZUJĄCY TONIK WCIERKA DO SKÓRY GŁOWY


Było: FITO NIEBIESKA GLINKA KOSMETYCZNA
Nie lubię używać 'czystych' glinek do pielęgnacji twarzy. Bo mi się nie chce. Używam je za to z powodzeniem do skóry głowy. Przy w miarę systematycznym stosowaniu (staram się nałożyć ją przynajmniej raz na dwa tygodnie) skóra jest w zdecydowanie lepszej formie. Nie pojawiają się na niej dziwne zmiany (które niegdyś mi się zdarzały), nie mam problemu z nadmiernym przetłuszczaniem, ba, mam wrażenie, że włosy są przyjemnie odbite od skóry głowy. Nie widzę większej różnicy pomiędzy rodzajami konkretnych glinek tym bardziej pomiędzy producentami jeśli mowa o używanie ich w ten sposób więc podejrzewam, że ze względu na niską cenę, jeszcze u mnie zagości.
Jest: COSMOSPA RÓŻOWA GLINKA KOSMETYCZNA


Było: TAFT ULTIMATE LAKIER DO WŁOSÓW (6)
Gdy wykończyłam parę miesięcy temu czarnego Tafta (5), zarzekałam się, że w stronę tejże firmy patrzeć nie będę. Był okropny. Wybitnie nie utrwalał do tego sprawiał, że po użyciu włosy nadawały się do mycia 'na już'. Ale promocja w Biedronce zrobiła swoje, kupiłam ich nowość. Jakie to było miłe zaskoczenie! Lakier świetnie radził sobie z moim wysypem baby hair sterczących w każdą możliwą stronę jednocześnie nie pozostawiał na włosach nieprzyjemnej warstwy. No i bez problemu się wyczesywał. Będziemy do siebie wracać.
Jest: TAFT FULLNESS LAKIER DO WŁOSÓW (4)


Żel tak bardzo przeciętny, że zdążyłam go znielubić na amen. Niby miał całkiem fajny skład, niby mył, niby nie czynił spustoszenia na mojej skórze ale zdecydowanie niczym mnie nie zachwycił. Dodatkowo dobił mnie swoim wątpliwym aromatem, który pod koniec opakowania drażnił mnie już na tyle mocno, że wyprałam w nim pędzle i wrzuciłam go do torby z myślą 'nigdy więcej'.
Jest: TOŁPA DERMO ATOPIC LIPIDOWA EMULSJA DO MYCIA TWARZY I CIAŁA
Jest: SYLVECO TYMIANKOWY ŻEL DO MYCIA TWARZY


Przyznaję się bez bicia - gdybym miała go używać wyłączenie do twarzy w denku pojawił by się pewnie za pół roku. Blisko połowę opakowania zużyłam (z marnym skutkiem) do ciała. Coś nie zagrało bo i ile same drobinki były fajne, duże i przyjemnie twarde tak nie dość, że było ich zbyt mało to jeszcze ich działanie łagodziła baza w postaci dziwnego, gęstego kremu.  Nie sprawdził się u mnie wcale, powrotu nie będzie.
Jest: PERFECTA PEELING ENZYMATYCZNY
Jest: ZIAJA SOPOT SPA PEELING GOMMAGE
Jest: DR.KONOPKA'S PEELING ROZGRZEWAJĄCY


Było: BEAUTY FORMULAS OCZYSZCZAJĄCA MASKA GLINKOWA Z AKTYWNYM WĘGLEM
Tu dla urozmaicenia nie było źle. Aż tak źle. Jeśli mowa o działaniu oczyszczającym była to zwykła, przeciętna maska, która lekko oczyszczała i przyjemnie matowiła skórę. Nie sięgnę jednak po nią ponownie bo dla mnie miała jedną sporą wadę - przez zawartość alkoholu (jak podejrzewam) powodowała pieczenie. Znam tyle przyjemnych masek, które takich atrakcji mi nie fundują (a i działają lepiej), że powrót nie ma najmniejszego sensu.
Jest: BANIA AGAFII MASKA DZIEGCIOWA
Jest: DR.KONOPKA'S MASKA CHŁODZĄCA OCZYSZCZAJĄCA


Było: L'OREAL OLEJKOWY RYTUAŁ OLEJEK DO TWARZY PRZYWRACAJĄCY RÓWNOWAGĘ
Jak to pachniało *-* Był ze mną od dłuższego czasu (pojawił się w pudełku Joybox w ramach współpracy z L'Oreal) i dzięki swojemu bezsprzecznie cudnemu zapachowi fundował mi aromaterapię. Stosowałam go różnie. Najczęściej do wieczornej pielęgnacji szyi i dekoltu. Sporadycznie na całą twarz (moja skóra nie lubi olei w nadmiarze), czasami do mieszania z podkładami lub pod nie. Miał niesamowicie lekką, satynową konsystencję. A efekty pielęgnacyjne jakie fundował mojej skórze były całkiem przyzwoite. Może do niego wrócę.
Było: TOŁPA DERMO ATOPIC LIPIDOWY KREM REGENERUJĄCY
W mojej recenzji bardzo go chwaliłam i zdania w tym temacie nie zmieniam. To świetny bogaty krem odżywczy, który doprowadził do normalności moją skórę w czasie sporego kryzysu. Żałuję, że się skończy i planuję do niego powrót.
Jest (krem na noc): PHARMACERIS N KREM Z WITAMINĄ K USZCZELNIAJĄCY NACZYNKA


Było: YVES ROCHER ANTI AGE GLOBAL KREM POD OCZY
Najlepszy krem pod oczy jaki do tej pory używałam. Bogaty ale nie tłusty, pięknie nawilżający i odżywiający skórę pod oczami. Idealny do nałożenie grubszą warstwą na noc jak i cienką pod makijaż. Jak przytrafi się w jakiejś korzystnej promocji sięgnę po niego bez wahania.
Jest: VIANEK ODŻYWCZY KREM POD OCZY


Było: RIVAL DE LOOP KONCENTRAT DO TWARZY
Takie dziwadło w postaci dwóch ampułek do użytku dzień/noc. Pieniło się to jak szalone, kleiło się na skórze okrutnie (w strefie T wchłonęło się w pół godziny policzki lepiły mi się do dłoni kolejne trzy). Działać niby działało - miałam całkiem fajną w dotyku, gładką i napiętą skórę ale mimo to powrotu nie będzie.
Było: RIVAL DE LOOP MASECZKA NAPRAWCZA
Miłość. Od mniej więcej trzeciego użycia (początkowo mnie piekła ;)). Pięknie nawilża, odżywia i regeneruje skórę. A ze skórą problemy mam spore. I myślę tu o nadmiernym odwadnianiu i koszmarnej nadwrażliwości. To nie pierwsza moja zużyta maska i na pewno nie ostatnia. Jak mi ją Rossmann wycofa to się zapłaczę.


Było: FACELLE INTIM ŻEL DO HIGIENY INTYMNEJ
To nie jest zły produkt. Ma fajny, delikatny skład i krzywdy nie robi ale.. strasznie wkurzała mnie jego formuła. Chyba nigdy nie miałam aż tak śliskiego myjadła. Dodatkowo nie wiem jakim cudem producent nie wpadł na pomysł wyposażenia butli w pompkę - dzięki czemu pewnie nie zużyłabym go w tak zastraszająco szybkim tempie. Powrotu nie planuję bo egzemplarz obok zachwycił mnie składem, konsystencją, działaniem i pompką.
Jest: VENUS OCHRONNY ŻEL DO HIGIENY INTYMNEJ


Mimo początkowych problemów w dogadaniem się koniec końców uważam, że to całkiem przyjemny produkt. Lekka formuła pozostawiająca na skórze przyjemy, lekko olejowy (albo silikonowy,  jak kto woli) film świetnie sprawdziła mi się przy obecnej chłodnej aurze. Szalenie podobał mi się jego zapach i opakowanie z pompką. Raczej do niego nie wrócę ale kto wie, na prawdę nie był zły.
Aaaale to było niewydajne! Idealny produkt dla osób które używają balsamu raz na miesiąc i nie zdążają z terminem ważności PAO - tu zdążą - 12 miesięcy przy 10!!! aplikacjach to opcja całkiem spoko. Tyle z żartów. Nie wiem jakim cudem balsam o pojemności wyszedł mi po dziesięciu użyciach i chyba nie chcę wiedzieć. Działanie? Co najmniej dobre, wręcz wyróżniające się na tle drogeryjnych balsamów ale raczej powrotu nie będzie z wiadomych przyczyn.
Jest: OILLAN ACTIVE BIOAKTYWNY BALSAM KOJĄCO-OCHRONNY


Było: PROKUDENT NIĆ DENTYSTYCZNA WYBIELAJĄCA
Najlepsza nić na rynku. Woskowana, niby gruba ale pięknie włazi we szczeliny wszelakie dodatkowo ma cudowny smak (?) mięty z wanilią (?). Uwielbiam i każda próba zdrady (patrz obok) kończy się wrażeniem 'po co ja to kupiłam'. Bo była dwa razy dłuższa za tą samą cenę. Ale do pięt jej nie dorasta.
Było: PROKUDENT NIĆ DENTYSTYCZNA WOSKOWANA


Było: ELMEX PASTA DO ZĘBÓW Z AMINOFLUORKIEM
Nie potrafię się bez Elmexa obyć i nie pamiętam już kiedy tejże pasty w użyciu nie miałam. Myje, dba o zęby jednak ma jeden minus - smak. Z tego względu gdy wychodzę na pół dnia z domu i zależy mi na świeżości w paszczy stosuję coś miętowego. Ale po za tym Elmex obowiązkowo.
Jest: ELMEX PASTA DO ZĘBÓW Z AMINOFLUORKIEM
Jest: SENSODYNE PASTA DO ZĘBÓW EXTRA FRESH


Było: GREEN PHARMACY MYDŁO DO RĄK
Czy kogoś jego obecność w denku jeszcze dziwi? Uwielbiam. Myje, nie kaleczy mi mocno problematycznych dłoni i ładnie pachnie. 
Było: CIEN MYDŁO PEELINGUJĄCE
Kupione z braku laku z Lidlu miło mnie zaskoczyło. Było łagodne dla dłoni a delikatne ziarnka maku może i nie peelingowały ale przyjemnie miziały skórę. 
Jest: VIS PLANTIS MYDŁO SALICYLOWE




Ponarzekałam, pochwaliłam, do zobaczenia przy kolejnym denku ;))