piątek, 30 października 2015

NOWOŚCI Lirene i Under 20

Posty na temat paczki z nowościami marek Lirene i Under 20 pojawią się pewnie (o ile już się nie pojawiły) jak grzyby po deszczu ;) Ale co się dziwić... Wielka paka wspaniałości do wypróbowania cieszy jak mało co. Pani Ani jak zawsze za to to całe dobro dziękuję a Was zapraszam na podgląd nowości.



Peelingi. Kusiły mnie odkąd przyuważyłam je na Rossmanowskiej półce ale rozsądek mówił 'nie'. Rozsądek rozsądkiem ale to chyba najbardziej interesujący mnie element paczuchy i wszystkie trzy rozgościły się już na mojej łazienkowej półce. A co sobie będę żałować.
W skład Lirene Beauty Collection wchodzą MANGO peeling ujędrniający, ŻURAWINOWY peeling cukrowy i KOKOSOWY peeling solny. Jeden pachnie lepiej od drugiego i mam spory problem z podjęciem decyzji po który sięgnąć jako pierwszy... ;))

Under 20 nie jestem już od jakiegoś czasu ale daleka jestem też od traktowania widełek wiekowych ustalanych przez producentów jako wyznacznik mojej pielęgnacji. Produktem, który zainteresował mnie najmocniej jest 3-stopniowa kuracja intensywnie złuszczająca, która już dziś wyląduje na mojej twarzy ;) Należy do linii Intense Anti Acne podobnie jak aktywny krem redukujący niedoskonałości. Z linii Anti Acne w moje łapy wpadły pianka oczyszczająca pory z 1% zawartością kwasu migdałowego i krem-żel zwężający pory.
Najbardziej za to rozbawiła mnie koszulka z jakże uroczym napisem #dozwoloneUNDERtwenty, której z pewnością nie ubiorę do ludzi bo wstyd i nieładnie :D

Linia Derma Matt to takie Under 20 dla dorosłych ;) Moja skóra ostatnio jest w nie najlepszej formie, więc gdy tylko zużyję bieżącą pielęgnację a problemy nadal się utrzymają chętnie po nią sięgnę.


 Oczyszczające dobroci. Najbardziej ciekawi mnie oczywiście physio-micelarny żel do oczyszczania twarzy :D Ale i micela i dwufazę przetestuję z chęcią.

I na koniec kolejny krem BB w moich zbiorach. Efekt 'blur' kuuuusi ale najjaśniejszy odcień jest niestety podejrzanie ciemny...


Uh, kiedyś wyjdę z zapasów, na pewno... ;)))

poniedziałek, 26 października 2015

Obrzydliwie wielkie.. KOLORÓWKOWE DENKO \i nie tylko\ w mini-recenzjach.


Zebranie się do napisania tego postu zabrało mi całą wieczność. Pewnie dlatego ilość zużytych (i  nie) produktów jest wręcz zatrważająca. To nic. Większości z nich należy się parę słów podsumowania zanim wylądują w koszu. O części będę pisać peany, część z nich zupełnie się u mnie nie sprawdziła i z radością się ich pozbędę. Uprzedzam - będzie długo. Za cierpliwość dziękuję :)


Pharmaceris podkłąd ochronno-korygujący 50+ otrzymałam jakiś czas temu w ramach PR. Doczekał się już recenzji na blogu więc jeśli jesteście ciekawe jak się sprawdził serdecznie Was do niej zapraszam. Znajdziecie tam też moją opinię o jego braciach czyli wersji matującej (oddałam ją mamie, nawet latem nie udało mi się opalić tak, by go używać) oraz nawilżającej (z powodzeniem zużyłam pół flachy, reszta poleciała do mojej potrzebującej siostry).
Lirene City Matt podobnie jak podkład Pharmaceris wpadł w moje łapy od pani Ani. Doczekał się wyłącznie pierwszego wrażenia. I muszę przyznać że do samego końca opakowania moje pierwsze - jakże pozytywne wrażenie zostało podtrzymane. To świetny podkład dla  mieszanej skóry jednak ubolewam nad gamą kolorystyczną - najjaśniejszy odcień mimo ładnego wtapiana się w skórę nada się tylko dla osób o ciemniejszej karnacji.
Lirene My Color Code - podkład, który towarzyszył mi przez całe tegoroczne lato. Mały geniusz. Zostało mi go jeszcze odrobinę więc na chwilę obecną nie żegnamy się a będę nim przyciemniać jaśniejszy z odcieni tegoż produktu. Gdy tylko znajdę dłuższą wolną chwilę na pewno napiszę mu dokładniejszą recenzję bo to świetny produkt dla mieszanej skóry, który jednocześnie matuje i pięknie wygładza. W moim odczuciu to udoskonalona wersja City Matt. Polecam serdecznie.
Korektor Rimmel Match Perfection. Dwie zużyte sztuki chyba najlepiej świadczą o mojej sympatii do tego kosmetyku. Trzecia w zapasie już chyba zupełnie mówi sama za siebie ;) Uwielbiam go. Za lekką konsystencję, dobre krycie, wygładzenie skóry i rozjaśnianie cieni. Po przygodzie z odcieniem 030 (ciemne to to, chociaż nieźle się stapia) wierna jestem odcieniowi 010 - do dostania w drogeriach internetowych.
Korektor Maybelline - tyle dobrego na jego temat przeczytałam więc zawód jest srogi. Ciemny, słabo kryjący, włażący w zmarszczki potworek. Na dodatek zupełnie nietrwały. Robiłam do niego kilkanaście podejść i za każdym użyciem było tylko gorzej. Nigdy więcej.
Kamuflaż Catrice - typowy produkt do zadań specjalnych. To moje drugie zużyte opakowanie i pewnie nie ostatnie. Świetnie krycie w rozsądnej cenie. Planowałam go używać pod oczy jednak jest do tego zbyt ciężki. Za to wzorowo sprawdza się do kamuflowania wszelakich niedoskonałości - i tych większych i mniejszych.



Puder HD BeBeauty - na zdjęciu wersja prasowana jednak pokusiłam się też o wersję sypką. Obie zużyłam z przyjemnością jednak to wersja sypana skutecznie mnie oczarowała. Dawała przepiękne, satynowe wykończenie makijażu, trwała na skórze cały dzień jednocześnie utrzymując mat. Wersja prasowana była odrobinę słabsza - potrafiła bielić skórę i pozostawiać zbyt płaski mat jednak również nie była zła.
Puder ryżowy MIYO. Miłości moja na kryzysowe sytuacje - gdy skóra błyszczy się jak nieszczęście i nie radzi sobie z nią nic. Oprócz tego właśnie pudru. Ma też minusy: może przesuszać i bielić ale ze względu na mat jaki daje jestem mu w stanie to wybaczyć. Polecam.
Puder sypki My Secert - nie pamiętam kiedy go zużyłam... Swoją drogą był świetny. Jeśli szukacie lekkiego pudru wykończającego makijaż w jasnym odcieniu to z pewnością coś dla Was. Może i nie matuje jakoś szczególnie ale na co dzień dla nieproblematycznej skóry jest idealny. Plus za cenę i dostępność. Jednak nie należy do zbyt wydajnych.
Puder matujący Sensique. W moim odczuciu to totalne nieporozumienie. Nie cierpię efektu jaki pozostawia na skórze - tępe matowe, nazbyt pudrowe wykończenie. Jednak nie utrzymuje matu zbyt długo na skórze. Na dodatek systematycznie używany wysusza a bezpośrednio po aplikacji nieprzyjemnie ściąga skórę. Nie ratuje go niska cena. Nie będę do niego wracać.
Puder bronzujący My Secret. Przyjemniaczek. Ma przepiękny neutralny odcień. Nie jest dla mnie zbyt ciepły a jednocześnie zbyt chłodny, przez co nie daje wrażenia sinych plam. Niestety jest bardzo miałki co wpływa na jego niską wydajność. Jest też dosyć mocno perfumowany i o ile sam zapach jest przyjemnie kwiatowy to jednak szybko zaczął mnie męczyć.
Cień/rozświetlacz Essence - jak ja go uwielbiałam *-* Dawał przepiękny efekt tafli w najpiękniejszym odcieniu świata. Nie mogę odżałować, że został wycofany. Tym bardziej nie mogę odżałować, że przegapiłam moment gdy znikał z półek i nie poczyniłam zapasów. Czarna rozpacz.



W poście o trzech słabych tuszach do rzęs pod lupę wzięłam maskary Estee Lauder, Clinique i Rimmel. Żaden z nich mnie nie zachwycił na tyle bym miała po niego sięgnąć po raz kolejny. Zawód tym większy, że dwa z nich to tusze z górnej półki...
Dwie kolejne maskary wpadły w moje łapy w pudełkach Joybox. Mowa tu o MACu i Wibo BOOM BOOM. Zadziwiający jest fakt, że obie posiadały identyczne szczoteczki. Działaniem się różniły - tańszy nie nadawał się zupełnie do niczego. To pierwszy tusz, którego nie byłam w stanie nałożyć na rzęsy. Był diabelnie mokry (przez kilka ms od otwarcia...), przypominał wręcz błoto :P W ogóle nie zasychał na rzęsach, wiecznie się odbijał, był diabelnie nietrwały i zasadniczo rzecz biorąc najdłużej na rzęsach miałam go może z godzinę. Tusz MAC dawał przepiękny efekt firanek ale... kruszył się błyskawicznie a pod wpływem temperatury rozmazywał się jak nieszczęście. Porażka. A nawet dwie.
Kolejną dwójką będą tusze: Yves Rocher Sexy Pulp i Celia Lash on top. Oba nie dawały u mnie żadnych efektów. Śmiem twierdzić, że moje rzęsy z tuszem i bez tuszu wyglądały praktycznie identycznie. Szkoda mi ich wyrzucić więc poleciały w inne ręce - mam nadzieję, że sprawdzą się lepiej.
Na sam koniec dwie maskary, które dały u mnie radę. Pierwsza - Wibo Growing Lashes - zbiera dosyć dobre opinie w sieci i jestem w stanie się z nimi zgodzić. Może i efekt jaki zostawiała na rzęsach nie był niesamowity jednak były one dosyć mocno podkreślone. Jednak po miesiącu zaczął się kruszyć jak szalony... Chociaż za tę cenę na prawdę jestem mu w stanie to wybaczyć i chętnie po niego w przyszłości sięgnę. Wibo Rock with me okazał się być za to totalną niespodzianką. Nie dość, że pięknie rozdzielał, wydłużał i podkręcał (w miarę możliwości) moje rzęsy to jeszcze był trwały i mokry przez ponad dwa miesiące. Nie kruszył się, nie odbijał, nie podrażniał mi oczu. I to wszystko za 10 zł. Jest jednak minus - to edycja limitowana (dlaaaaczego :<).


Kredka do brwi W7 to jeden z moich nowszych zakupów i z czystym sumieniem ląduje w koszu. O ile nie jestem w stanie przyczepić się do jej ocienia tak ta kredka do brwi nie nadaje się zupełnie. Jest diabelnie miękka i pieruńsko napigmentowana przez co nie da się nią subtelnie podkreślić łuku. Za każdym razem efekt jest przerysowany. Nie lubię.
Kredka do brwi Yves Rocher - ideał. Nie dość, że odcień odpowiadał mi w stu procentach to jeszcze była idealnie twarda by bez problemu wyrysować włoski bez efektu instabrow. Żałuję, że pokusiłam się na kredkę Catrice... Do tej wrócę z pewnością.
Wosk i cień do brwi Lily Lolo. Jestem leniwym leniem i praktycznie całe opakowanie zużyłam mieszając oba produkty co pozwalało wykonać mi makijaż brwi w pół minuty ;) Efekt był dla mnie satysfakcjonujący jednak ze względu na wygórowaną cenę i moją sympatię do kredek raczej do siebie nie wrócimy.
Khol Technic - wywalam ze względu na upływający termin przydatności. Świetny produkt w niewygórowanej cenie. Powrotu jednak nie planuję - czerń praktycznie nie gości już w moim makijażu oka. Ot, starzeję się ;)
Kredka NYX milk - zawód stulecia. Nie mam pojęcia skąd na temat tego kosmetyku tyle pozytywnych opinii. Przede wszystkim to nie jest baza pod cienie (a z takimi opiniami się spotykałam...) bo jest zbyt tłusta i roluje się z załamaniu, nawet zagruntowana cieniem. Po drugie - nie widzę dla mniej żadnego innego zastosowania - nie lubię karykaturalnych makijaży więc nie czuję potrzeby rozświetlać oka bielą. Wywalam nawet niezatemperowany produkt ze względu na krótki termin zdatności do użytku Nieporozumienie :(
Pomadka Color Whisper Maybelline - Bubel. Niby lekka i nawilżająca formuła a przesuszała usta, podkreślając każdą, teoretycznie nieistniejącą nierówność ust.
Pomadka Essence - nowość wiosenna o ile się nie mylę. Porażka. Sucha, tępa, podkreślająca każde załamanie skóry ust. Odcień też był nietwarzowy ale wybór to już moja wina.
Matowa pomadka Catrice - ze starej jak świat edycji limitowanej. Wywalam bo strach nakładać ją na usta jednak złego słowa na jej temat nie powiem. Piękny kolor, piękne wykończenie, dobra trwałość. Będę tęsknić.
Pomadka Baby Lips Maybelline - traktowałam ją jako produkt kolorowy bo dawała piękny odcień na ustach. Właściwości pielęgnacyjne miała mierne. Na minus też paskudny zapach i smak. I właśnie z tego względu po nią już nie sięgnę. A szkoda.
Wysuszacz lakieru Yves Rocher - produkt w postaci płynnego olejku. Działał. Nie tak dobre jak wysuszające top coaty ale działał. Nie wrócę jednak do niego bo irytowało mnie brudzenie wszystkiego co dotknę.

Misja wykonana. Kolejne denko pewnie za rok ;)




sobota, 24 października 2015

GARNIER FRUCTIS | odżywki wzmacniające | GOODBYE DAMAGE, GESTE I ZACHWYCAJĄCE, OIL REPAIR 3

Jakiś czas temu doszłam do względnego porządku z moimi włosami. Pozbyłam się styranych życiem końcówek, porzuciłam farbowanie i niby wszystko powinno być w jak najlepszym porządku ale... no nie do końca. Moje włosy plączą się z natury. Z natury też brakuje im nawilżenia i wygładzenia. Tak więc odżywka po myciu to nadal mus.
Dziś o trzech cudakach z Fructisa. Aż dziw mnie bierze, że skusiłam się na wszystkie trzy. Bo moja skóra (i włosy) generalnie nie lubią produktów tej marki. Szampony od zawsze nie były w stanie domyć mi skóry głowy powodując totalny przyklap a po dłuższym stosowaniu łupież. Odżywki albo były zbyt lekkie i nie robiły nic albo w drugą stronę - zbyt obciążały mi włosy i powodowały ich błyskawiczne przetłuszczanie. Po dłuuugiej przerwie dałam im szansę. Tyle pozytywnych opinii na ich temat przewinęło się w sieci w ostatnich miesiącach,  że zaryzykowanie 8 zł wydało mi się nie być wcale złym pomysłem. I nie było...


Kolorowe opakowania odżywek bardzo cieszą moje oczy. Jednak nie są one zbyt funkcjonalne. Twardy plastik sprawia, że im bliżej do końca produktu tym trudniej wycisnąć go na dłoń. Plus za komfortowe otwieranie nawet mokrymi dłońmi.
Wszystkie te odżywki mają praktycznie identyczne konsystencje. Są gęste i bogate. Nie spływają z włosów a jednocześnie łatwo je spłukać. Na plus zasługują też zapachy. Owocowe, chociaż niejednoznaczne. Jeden przyjemniejszy od drugiego, chociaż przy dłuższym użytkowaniu mogą być męczące.

Jeśli mowa o działaniu zacznę od mojego ulubieńca czyli wersji GOODBYE DAMAGE. Odżywka ta dedykowana jest włosom zniszczonym, z rozdwojonymi końcówkami. O ile trudno mi nazwać moje włosy zniszczonymi a końcówek rozdwojonych nie miałam nigdy (nie wiem jakim cudem) tak właśnie na moich niedopieszczonych włosach to cudo daje najlepsze rezultaty. Mam włosy cienkie i bardzo podatne na obciążenie jednocześnie na tyle delikatne i żyjące własnym życiem, że potrzebują optymalnego obciążenia by wyglądać znośnie. Ta odżywka daje właśnie taki efekt. Na dodatek bajecznie ułatwia ich rozczesywanie, przepięknie je wygładza i nabłyszcza oraz pozostawia na nich swój przyjemny zapach. Ten konkretny egzemplarz polecam śmiało każdemu.

Praktycznie tak samo dobrze oceniam wersję GESTE I ZACHWYCAJĄCE, która ma sprawić, że nasza czupryna stanie się gęsta i bujna. Bujda to to, oczywiście. Moje włosy staną się gęste i zachwycające gdy zainwestuję w doczepy ale generalnie rzecz biorąc to odżywka daje radę. W porównaniu do poprzednika odrobinę mniej dociąża moje kłaki więc muszę się jeszcze posiłkować odżywką bez spłukiwania lub olejkiem żeby osiągnąć satysfakcjonujący mnie efekt jednak na prawdę nie jest to zły kosmetyk.

Na koniec zostawiam sobie wariant OIL REPAIR 3. Bo sprawdził się u mnie najsłabiej. Mimo to nadal nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, że to bubel. Potrafiłam nakładać to to cudo po użyciu tego samego szamponu jednego dnia miałam włosy niczym po wyjściu od fryzjera gdzie drugiego włosy były nieprzyjemnie suche i sianowate. To samo było z obciążaniem - mimo dokładnego spłukiwania czasem wszystko było ok by przy kolejnej aplikacji czuć dyskomfort niedokładnie spłukanej odżywki. Dziwadło takie. Zupełnie mnie do siebie nie przekonało i powrotu nie planuję.

Znacie te odżywki? Jak sprawdziły się u Was?


piątek, 23 października 2015

JOYBOX XL - pierwsze wrażenia i mini recenzje.

Czy jest tu ktoś kto nie zna Joyboxa? W moje łapy jakiś czas temu wpadło ostatnie ich pudełko. Tym razem w formacie XL. Dziś kilka słów na jego temat. A 27.10 kolejna edycja...


Zacznę od produktów, które zrobiły na mnie najlepsze wrażenie:


DermoFuture wypełniacz ust lustrzany blask. Po pierwszym zawahaniu pod tytułem 'po co mi to' i drugim 'komu to oddać' postanowiłam przetestować to dziwadło na własnych ustach. O ile o efektach długo falowych wypowiadać się jeszcze nie mogę tak o wyglądzie, konsystencji i trwałości i owszem. Lustrzany blask to w tym przypadku zupełna prawda. Błyszczyk wygląda niczym tafla wody. Jest pieruńsko gęsty (ale się nie lepi) i trwa na ustach dłużej niż nie jedna pomadka. Lubię to. Bardzo.
SheFoot Krem z roślinnymi komórkami macierzystymi. Gdy spojrzałam na jego cenę stwierdziłam, że chyba kogoś pogięło. Prawie 30 zł za drogeryjny krem do stóp to dla mnie lekka przesada. Jednak warto, jak się okazało. Krem jest lekki a mimo to długotrwale i skutecznie nawilża i zmiękcza stopy. Do tego ładnie pachnie i ma świetne opakowanie w pompką.
No 36 jedwab w sprayu. Kusił mnie już od jakiegoś czasu i bardzo się ucieszyłam, że w końcu wpadło w moje łapy. Bardzo usatysfakcjonowało mnie jego działanie - wygładzał, dawał piękny długotrwały zapach i świeżość. Ale... był diabelnie niewydajny.
Cztery pory roku serum do rąk i paznokci. Nie lubię kremów tej marki i na pewno nie kupiłabym tego kosmetyku sama. A szkoda, bo jestem pod jego sporym wrażeniem. Serum jest lekkie i szybko się wchłania jednocześnie skutecznie nawilżając dłonie. Irytuje mnie trochę zakrętka (jestem mistrzem w ich gubieniu) ale ratuje je pompka. Warto się skusić.



Nie lubię / nie potrzebuję / nie mam zdania:


Alverrne woda micelarna (zabrakło jej na zdjęciu). Niby fajna sprawa bo kto nie lubi miceli ale... ten konkretny piecze mnie w oczy. Dodatkowo ma intensywny, niezbyt przyjemny zapach i trochę się lepi.
Wibo rozświetlacz. Zdublował mi się bo taki sam egzemplarz użytkuję już od dłuższego czasu. Dodatkowo przyszedł do mnie potłuczony. Eh.
Vichy idealia krem. Miniatura kremu rozświetlającego. Z używaniem poczekam do wiosny więc na chwilę obecną nie jestem w stanie powiedzieć nic ponad to, że szalenie podoba mi się jego opakowanie.
Esotiq krem do rąk. Marka bieliźniarska i kosmetyki? Ciekawość mnie zżera ale mam za dużo kremów w użyciu.
Head&shoulder szampon gęste i mocne. Nie lubię szamponów tej marki więc poleciał w inne ręce :)


Skusiłyście się na to pudełko? Jak wrażenia?

niedziela, 11 października 2015

DENKO | wrzesień 2015

Cześć. Wyspowiadałam się już z kosmetycznych nowości, czas najwyższy pokazać co w tym miesiącu opuściło moje zbiory :)


Apart Kremowy żel pod prysznic - totalna słabizna. Był bardzo rzadki, diabelnie niewydajny, do tego pachniał tragicznie. Na szczęście był łaskawy dla mojej skóry. Ale powtórki nie planuję.
Isana Young Żel pod prysznic - najbardziej niewydajny żel pod prysznic ever. Nie przypadał mi do gustu jego zapach - niby tropiki a był strasznie mdły.
Balea Żel pod prysznic - lekko przesuszał jednak miał świetny, intensywny zapach. Do żeli tej firmy mam mieszane uczucia ale... i tak do nich wracam ;))

Kallos Keratin - najlepsza maska dla moich włosów. Wracam do niej systematycznie :)
Masło do ciała Green Pharmacy - gęste, zbite, mocno odżywiające. To moje kolejne opakowanie i nie ostatnie. Bardzo lubiłam jego zapach.
Peeling do stóp Avon. Nieporozumienie. Był bardzo rzadki, miał mało nieostrych drobinek, który zupełnie nie radziły sobie z moją skórą. Plus za zapach.

Mydło cedrowe Bani Agafii - uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam. To moje drugie zużyte opakowanie i z pewnością nie ostatnie. Nie sprawdza mi się do mycia włosów jednak do mycia twarzy i ciała nie ma sobie równych. Do tego ten zapach *-*
Gllinka różówa - uratowała moją diabelnie podrażnioną skórę ciała /Vizir, dzięki/. Wrzuciłam dwie saszetki do wanny i po 20 minutach leżenia i pachnienia ustąpiło pieczenie, swędzenie i inne nieprzyjemne objawy.
Tisane - czy jest ktoś, kto tego cuda nie zna? Wracam do niego systematycznie bo jak nic innego radzi sobie z przesuszeniami,
Lirene zabieg 2-stopniowy - dziwadło. Zmarszczek mi nie wypełniło ale całkiem przyjemnie nawilżało skórę. Kremowa konsystencja zmieniała się w olejek. Nie planuję powrotu.

czwartek, 1 października 2015

ZAKUPY | wrzesień 2015

Rozpoczynanie miesiąca od dnia wolnego to lepsze niż weekend ;)  Korzystając z błogiego lenistwa postanowiłam zebrać się w sobie i pokazać Wam nowości z poprzedniego miesiąca. Jest tego trochę ale nadal widzę tendencję spadkową jeśli mowa o moich zakupowych poczynaniach. Na zdjęciach zabrakło niestety dwóch produktów na których na prawdę mocno mi zależało ale nie zdążyły do mnie dotrzeć. Nie ma tego złego, z pewnością pojawią się w którymś z kolejnych postów.

Zacznijmy od zapachów. Od jakiegoś czasu polowałam na dwa z nich. Czyniąc zakupy zupełnym przypadkiem wpadły do koszyka dwa kolejne. Czy to się leczy? :D
O wodach Demeter usłyszałam po raz pierwszy dawno, dawno temu. Szczególnie zaciekawiły mnie dwie wersje - o zapachu deszczu (Rain) i... domu pogrzebowego. Pierwszy udało mi się zdobyć w mniejszej pojemności, drugi niestety dostępny jest w sieci tylko w pojemności 100ml a nie chcę ryzykować - a nuż to nie będzie to. Przygarnęłam za to wersję Clean Skin.
Zapachy B.U. nie należą do najbardziej wyszukanych. Ale wersja Fancy Cinderella (:D) opisywana jest jako mieszanka mleka i orzechów laskowych. Potwierdzam. Z pewnością to perfumy, które będą często gościć na mojej skórze nadchodzącej zimy. Candy Love to typowy słodki, bardzo słodki zapach pralinek. Mniam.

Trochę kolorówki, trochę pielęgnacji. Bronzer MIYO zbierał swego czasu sporo pozytywnych opinii w sieci. U mnie niestety nie sprawdza się wcale i muszę myśleć o zakupie czegoś nowego. Polecicie coś ciekawego? Kredka do brwi Catrice to kolejny mocno polecany produkt. Ja mam względem niej mieszane uczucia...
Carmex zastąpił mi niezastąpiony balsam Tisane. Pomadka Sylveco wskoczyła na miejsce świetnej pomadki Yves Rocher i... czuję zawód. Olejek różany Vis Plantis kupiłam z myślą o pielęgnacji szyi i dekoltu. Mam nadzieję, że sprawdzi się tak samo dobrze jak olejek Evree.

Delikatny szampon Corine de Farme wpadł mi w oko na którymś z kanałów YT. Pierwsze wrażenia mam jak najbardziej pozytywne (i ta pompka!). Mniej pozytywnie sprawuje się u mnie balsam do włosów Green Pharmacy. Ale dam mu jeszcze szansę - z szamponem z tej samej serii na początku też miałam przeboje a koniec końców zapałałam do niego ogromną sympatią. Szampon aktywator wzrostu Bani Agafii - kupiony spontanicznie. Na pewno dam Wam znać o ewentualnych efektach ;)

Myjadła. Już prawie zużyte ;) Nie wiem jak to robię ale przez ostatnie tygodnie wszelkie produkty kąpielowe idą u mnie niczym woda (co zobaczycie w denku). Regenerujący płyn do kąpieli Eva Natura nie zachwycił mnie. Ma całkiem przyjemny zapach ale pieni się słabo. Już wolę tańszy i większy płyn Be Beauty. Za to żel Original Source bardzo przypadł mi do gustu. Zapach to połączenie wiśni i... pokrzywy. Pachnie trochę jak wiśniowa cola ;) ma świetny, ciemny kolor - barwi wodę. I nie przesusza.

Tyle :)