czwartek, 25 czerwca 2015

LIRENE | Sun Starter

Dziś recenzja na opak. Bo jak inaczej na nazwać recenzję produktu przygotowującego do opalania gdy ja się praktycznie wcale nie opalam? Gdybym nie znalazła tego produktu w zeszłorocznej paczce od Lirene z pewnością bym po niego nie sięgnęła (powtarzam to w wielu recenzjach ale to sama prawda ;)). Jednak z braku laku stwierdziłam, że zużyję ten produkt jako balsam do ciała. I okazało się, że trafiłam na idealny... codzienny balsam brązujący ;)))

Z recenzją tego cuda zwlekałam... okrągły rok :D Post wisiał sobie w roboczych i czekał na sezon. Bo mówimy tu o produkcie ewidentnie sezonowym, który w okolicach jesieni zniknął z półek. 


Opakowanie jak opakowanie - zwykła klasyczna tubka. Ze średnio pachnącą zawartością. Zapach nie jest nieprzyjemny jak w większości produktów samoopalających. W porównaniu do nich pachnie jak kwiatki. Ale ma w sobie lekko kwaśną (?) nutę, która co wrażliwsze nosy może irytować.

Produkt ma średnio-gęstą konsystencję. Typową dla balsamów, taką w sam raz. Ma delikatnie karmelowy kolor dzięki czemu efekt 'opalenia' widoczny jest od ręki. Jednocześnie systematycznie używany (butla wystarczyła mi na około 3 tygodnie) delikatnie barwi skórę na najładniejszy i najbardziej naturalny odcień jaki można sobie wymarzyć. Brak tu pomarańczowych tonów, które często nas atakują w przypadku produktów samoopalających.

Nie wystawiałam się po jego użyciu na słońce - nie jestem więc w stanie stwierdzić jak zadziała w swojej podstawowej funkcji. Jednak jeśli szukacie dobrego, delikatnego i znośnie pachnącego produktu o lekkich właściwościach brązujących warto go kupić. Na dodatek jak typowe smarowidło - całkiem przyzwoicie nawilża i wygładza skórę. Dostępny m.in. w Rossmanie za ok. 15 zł :)




Do zobaczenia za parę dni, gdy powrócę z moich 'wakacji' ;)))

niedziela, 21 czerwca 2015

CLEO multimilk | krem do ciała tonizujący | z aloesem i kwiatem bzu

Całkiem nie dawno zafundowałam sobie dłuższy spacer po kosmetycznych alejkach w Realu. Kiedyś niewiele ciekawych rzeczy można tam było spotkać jednak odkąd Auchan wykupił sieć Real półki rozkwitły. Dziś o jednym produkcie, który wrócił ze mną do domu.


Opakowanie to wygodny słoik. Olbrzymiego plusa ma u mnie szata graficzna. Jest ładnie i kolorowo, chociaż bez zbędnej przesady.

Konsystencja produktu jest stosunkowo lekka, krem dosyć szybko wchłania się w skórę nie pozostawiając na niej lepiącej się warstwy. Mimo to dobrze radzi sobie z nawilżaniem pozostawiając skórę miękką i wygładzoną. Plus za skład - może nie jest rewelacyjny ale wysoko pojawiają się oleje (migdał i kokos) no i brak tu parafiny.

Największym plusem tego balsamu jest z pewnością jego zapach. Bo pachnie cudnie. Typowa kremowa nuta (jak krem Nivea) plus subtelny zapach bzu robią swoje i barrrdzo uprzyjemniają życie :)

Cena nie należy do wygórowanych - opakowanie o pojemności 200 ml kosztuje niespełna 15 zł. Czy warto? Warto. Sama kiedyś z przyjemnością do niego wrócę.


sobota, 20 czerwca 2015

NOWOŚCI | LATO (i nie tylko!) z LIRENE

Cześć :)
Dziś o nowościach marki Lirene (i Under 20 też), które wpadły w moje ręce :)

 Zapas podkładów i kremów BB na najbliższy rok :D Podkłady to nowa seria marki Lirene My Color Code. Nie mogłam się oprzeć by nie przetestować jednego z odcieni więc wiosna gości już dziś na mojej twarzy. Pierwsze wrażenia mam jak najbardziej pozytywne :) Kremy BB w wersji matującej od Under 20 napawają mnie lekkim przerażeniem bo w podstawową wersją tego produktu mam niemiłe wspomnienia ale... zobaczymy :)

 Znalazło się też coś do pielęgnacji twarzy. Dwa duety kremów z serii AGE re-GENeration (co za nazwa ;)) i proVitaD. A także spory zbiór maseczek. Cieszy mnie to bardzo bo planuję w końcu wrócić do systematycznego ich używania.

 W tym roku (jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli) parę dni spędzę na polskim morzem. Na pewno przypada mi się zestaw z pierwszego zdjęcia. Ratunek po przedawkowaniu słońca, karmelowy (*-*) balsam-fluid BB (mam nadzieje, że lepszy niż zeszłoroczna edycja...) i typowa emulsja z SPF 30. Do tego rajstopy w sprayu. Tutaj też nie mogłam się oprzeć by ich nie wypróbować i powiem wam jedno - wow :D

 Walka o piękne ciało ;) Zaczęła się od trzymiesięcznego karnetu dietetycznego ze strony kalorynka.pl (poleciał w bardziej potrzebujące ręce). Na pierwszym zdjęciu seria Vital Code - balsam i dwa olejki. Da drugim typowe wyszczuplacze. Antycellulitowa mezoterapia, wygładzająca eksfoliacja i 14 dniowa terapia antycelulitowa.

Na koniec płyny do higieny intymnej Lactima DUO Forte, Lactima DUO Everyday i Lactima Therapy +. Bardzo lubiłam wersję rumiankową więc mam nadzieję, że z tych będę równie zadowolona :)

Były też prezenty niekosmetyczne: kapelusz, opaska, torba, masażer i dwie książki. Wybaczcie brak zdjęć - za chwilę uciekam do pracy i postanowiłam sobie darować ich fotografowanie :) Jednak na innych blogach możecie je sobie podejrzeć.

Znacie któryś z tych produktów? Byłyście zadowolone?

piątek, 19 czerwca 2015

YVES ROCHER | peeling do ciała | PLAISIRS NATURE | brzoskwinia

Mam ogromną słabość do peelingów. Do czego ja zresztą słabości nie mam. Dziś o kolejnym jaki miałam wątpliwą przyjemność używać i który zawiódł mnie srodze.


Produkt ten ma świetne opakowanie w formie słoika. Nie jest to nic innowacyjnego ale jest ładnie i estetycznie a to lubię. Nie będę ukrywać, że to własnie opakowanie (i wizja brzoskwiniowego zapachu) skusiły mnie do zakupu.

Peeling ten trudno nazwać peelingiem. Serio. Producent zaoferował nam gęsty krem z zatopionymi maleńkimi drobinkami. Są na tyle maleńkie i mało ostre, że raczej miziają skórę niż dają faktyczne uczucie jej złuszczenia. Na dodatek gęsta i bardzo kremowa baza (pierwszy raz się z czymś takim spotkałam) jeszcze bardziej niweczy efekt zdzierania.

Zdzierać nie zdziera - to fakt. Za to całkiem nieźle radzi sobie z nawilżeniem skóry. Moja ostatnio przeżywa jakiś kryzys i wysusza się na potęgę. Po użyciu tego balsamu peelingu jestem w stanie się obyć bez innego nawilżacza.

Przejdźmy do zapachu. Nie wiem jak pachną pozostałe produkty z brzoskwiniowej serii Plaisirs Nature i... nie chcę wiedzieć. Peeling śmierdzi. Producent zaoferował nam tu zapach mdło-owocowo-kremowy. Totalnie paskudny i męczący. Na szczęście nie czuć go zbyt długo na skórze ale nawet moment aplikacji jest dla mnie niezbyt przyjemny.

Koszt jaki musimy zapłacić za tego cudaka to 40 zł. Kupiłam go za połowę ceny a i tak diabelnie żałuję. Bo  z pewnością nie jest jej wart. Jak się domyślacie - z pewnością nie sięgnę po kolejne opakowanie. Ale słoik sobie zostawię ;))






wtorek, 16 czerwca 2015

PIELĘGNACJA CIAŁA | czerwiec 2015

Pora na ostatni post aktualizacyjny - dotyczący pielęgnacji ciała.


MYCIE:
Żel do higieny intymnej Intimelle oceniam bardzo słabo. Jest bardzo rzadki, przelewa się przez palce. Niby był tani ale ubywa go w zastraszającym tempie. Może i nie wysusza skóry ale jest... dziwny. Na pewno nie będziemy do siebie wracać. Obok niego uroczy miś czyli płyn do mycia ciała i włosów On Line Kids. Mimo, że zapach (liczi) nie do końca oddany jest naturze to sam żel zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Mimo zawartości SLS jest łagodny i nie wysusza. Przyjemniaczek.
Żel Le Petit Marseilliais o zapachu białej brzoskwini nie został moim ulubieńcem. Ba, męczę się z nim już od dłuższego czasu bo niestety strasznie wysusza mi skórę. Kolejno żel arbuzowy Balea z zeszłorocznej limitowanki. Lubię jego zapach (jak arbuzowy Chupa Chups :D) ale żele tej firmy generalnie mi tyłka nie urywają.
Arsenał kąpielowy. Nadal jeszcze nie wyszłam z wanny. Gdzie zazwyczaj wraz z pierwszymi upałami porzucałam ją na rzecz pryszniców. Moimi towarzyszami są płyn (+żel) o orzeźwiającej nucie z Le Petit Marseilliais oraz nowość: płyn do kąpieli BeBeauty o zapachu orchidei. Jeśli planuje zaszaleć na aktywalnej promocji w Biedronce warto wrzucić go do koszyka - ma piękny, intensywny zapach, świetnie się pieni i nadmiernie nie wysusza skóry.

PEELINGI:
Brzoskwiniowy peeling Yves Rocher kusił mnie okrutnie swoim zapachem. Mimo wygórowanej ceny skusiłam się na niego i... zawód na całej linii. Dawno nie miałam tak tragicznego produktu więc niebawem doczeka się odrębnej recenzji. Peeling do stóp Bani Agafii to już trzeci wariant jaki męczę i również jestem z niego niezadowolona. Jakoś nie mam szczęścia do peelingów w ostatnim czasie...

ANTYPERSPIRANTY:
Bloker Ziaja to totalna klasyka. Gości u mnie często chociaż częściej o nim zapominam niż go używam. Antyperspirant Garnier chroni nieźle ale diabelnie podrażnia skórę po depilacji i z pewnością więcej po niego nie sięgnę.

NAWILŻANIE:
Migdałowe mleczko Yves Rocher okazało się być jednym z lepszych produktów tej marki po jaki sięgnęłam. Skutecznie nawilża, przyjemnie odżywia skórę mimo swojej lekkiej konsystencji. Do tego pięknie pachnie. Wrócimy do siebie z pewnością. Obok olejek do ciała Evree, który wpadł w moje ręce dzięki uprzejmości producenta. Całkiem niedawno mocno krytykowałam inną wersję tego produktu, ten na szczęście mnie nie zawiódł. Ma dość specyficzną konsystencję oraz zapach. Jednak nie traktuję tego jako jego wady. Dodatkowo wspaniale nawilża i delikatnie natłuszcza. Lubimy się mocno.
Masło do ciała Green Pharmacy gości u mnie po raz kolejny. Uwielbiam jego zbitą (niczym ptasie mleczko) konsystencję i właściwości pielęgnacyjne dlatego też wybaczam mu słabą wydajność. Krem do ciała Cleo to świeży nabytek i również sprawdza się u mnie dobrze. Największym jego plusem  jest rewelacyjny zapach.
Balsam brązujący Dove. Czy muszę wspominać, że użyłam go aż jeden raz? Jestem diabelnie niesystematyczna jeśli mowa o takich opalających cudakach i nie wierzę, że to w dalszej przyszłości się zmieni. Niestety. Obok traktowany na równi po macoszemu balsam do biustu Soraya. Przez miesiąc używałam go systematycznie dwa razy dziennie, potem systematyczność porzuciłam i stosuję go gdy sobie o nim przypomnę.

STOPY:
Krem z Tołpy mnie nie zachwycił. Nie mogę przyczepić się do jego działania ale zapach ma wprost odrażający i trudno zmusić mi się do jego używania. Żel chłodzący i krem dezodorujący z Yves Rocher za to miło mnie zaskoczyły i ratują moje stopy w czasie paskudnych upałów.

DŁONIE:
Intensywna Regeneracja Lirene to krem idealny. Moje dłonie lubią go jak nic innego. A są one diabelnie suche co doprowadza mnie obecnie wręcz do rozpaczy. Postanowiłam dać też szansę iście zimowemu, miodowemu kremowi Yves Rocher Culture BIO. Do tego dwa torebkowe maluchy z The Body Shop i L'Occitane.



Znacie, lubicie?




niedziela, 14 czerwca 2015

PIELĘGNACJA WŁOSÓW | czerwiec 2015

Nadeszła pora na włosową aktualizację.

Moje włosy nie należą do najpiękniejszych. Są cienkie, dosyć rzadkie. Półdługie, bardzo zniszczone na końcach. Niebawem to się zmieni bo planuję drastyczne cięcie - po raz kolejny przekonałam się, że jednak nie lubię siebie w długich włosach :) Wracam też potulnie w stronę natury i zamiast wypłowiałego brązu (jak wszystko pójdzie po mojej myśli) na mojej głowie znów zagości blond.


 SZAMPONY:
Do codziennego (no dobra, myję włosy co dwa dni) aktualnie stosuję produkty, do których po przerwie powróciłam. Pierwszym z nich jest szampon anti-age Yves Rocher. Nie urwał mi tyłka chociaż trudno mi powiedzieć, że to zły produkt. Nie jest jednak zbyt łagodny więc zamiennie sięgam po genialny szampon Green Pharmacy z grantem i olejem arganowym. Jego recenzja pojawiła się już dawno temu ale kolejna butelka wprawia mnie w takie same (jakże pozytywne!) odczucia. Na pewno zagości u mnie nie raz. Na koniec typowy szampon mocno oczyszczający czyli Barwa tatarako-chmielowa. Nie jestem jej fanką i kupiłam ją z braku laku (wymiotło moją ulubioną brzozową Evę Naturię). Dobija mnie plątanie włosów jakie funduje przy myciu i raczej nie sięgnę po ten szampon ponownie. Chociaż producent nareszcie zmienił opakowanie - i chwała mu za to.

 ODŻYWKI:
Tutaj czyste szaleństwo - po porzuceniu Kallosów (no, nie całkiem) postanowiłam spróbować powrócić do standardowych, drogeryjnych odżywek. Obyło się bez wtopy i trudno mi stwierdzić, którą lubię najbardziej. Long Repair Nivea znałam ją wcześniej i bardzo dobrze ją wspominałam. Świetnie wygładza, przyzwoicie nawilża, przypomina trochę moją ukochaną, wycofaną odżywkę Isany z olejem babassu. O odżywce Timotei z serii drogocenne olejki pisałam Wam osobnego posta - przyjemna, nawilżająca i wygładzająca lekka odżywka do której z chęcią wrócę. Mimo mojej niechęci do produktów z Garniera Basia pokusiła mnie Fructis Goodbye Damage na tyle mocno, że przytargałam ją któregoś dnia z Biedronki. To była świetna decyzja bo to naprawdę genialne ujarzmia moje suche siano. 




 INNE:
Misz-masz. Odżywka bez spłukiwania Marion ma przepiękny zapach i przyzwoite właściwości pielęgnujące. Pewnie gdy ją skończę sięgnę po kolejne opakowanie w innym wariancie - są po prostu tanie i dobre i nie widzę sensu szukać im innego zamiennika. Olejek Isana używam do koncówek. Od dawna. Uwielbiam jego zapach. I działanie. Olejek odbudowujący Yves Rocher sprawdza się u mnie lepiej używany na skórę głowy (ograniczył wypadanie) niż na włosy. Metodą prób i błędów zaczęłam do nakładać na suche włosy mocno potraktowane odżywką Marion i chyba to najlepsze dla niego połączenie.

MASKA:
Kallos Keratin. Mój Kallosowy ulubieniec.

sobota, 13 czerwca 2015

PIELĘGNACJA TWARZY | czerwiec 2015

Nie będę oszukiwać - posty pielęgnacyjne, szczególnie te dotyczące pielęgnacji twarzy to coś co lubię najbardziej. Dlatego też z przyjemnością zapraszam Was na kolejne zestawienie tego co na mojej skórze gości.

Dla przypomnienia: 
Mam 25 lat. Typową skórę mieszaną: tłustą w strefie T, normalną na policzkach, suchą pod oczami. Pojawiają się na niej drobne niedoskonałości jednak problemy wysypów udało mi się praktycznie całkowicie opakować. Mam rozszerzone pory i drobne zmarszczki.


OCZYSZCZANIE:
Na chwilę obecną używam zamiennie trzech różnych myjadeł. Każde z nich się u mnie sprawdza świetnie i każde już niebawem będę chwalić. Mydło aleppo z kadzidłowcem - sięgam po nie co kilka dni wieczorem ze względu na jego świetne właściwości oczyszczające (jednak delikatnie wysusza skórę). Żel do mycia twarzy i oczu Tołpa zachwycił mnie neutralnością, skutecznością i swoją diabelnie gęstą konsystencją. Żel z Auchan to w ogóle totalna pozytywna niespodzianka za oszałamiające 6 złotych. Jeśli go spotkacie - kupujecie śmiało.

DEMAKIJAŻ;
Rzecz niezbędna. Obecnie używam dwóch produktów z Yves Rocher: płynu dwufazowego oraz wody do demakijażu. Płyn okazał się być na prawdę przyjemny i z chęcią do niego w przyszłości wrócę, woda za to bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie swoją konsystencją jednak działaniem już nie.

TONIZOWANIE:
Tonik rzecz niezbędna. Odkryłam to dopiero gdy udało mi się trafić na taki, który dał widoczne rezultaty na mojej skórze a nie był tylko pachnącą (lub nie) wodą. Tutaj znów produkty z Yves Rocher: straszliwie słaby i wysuszający z linii Hydra Vegetal (o ironio...) i świetny przywracający blask o żelowej konsystecji z linii Serum Vegetal.



NAWILŻANIE:
Na chwilę obecną używam dwóch kremów pod oczy. Lekkiego, nawilżającego na dzień - tym razem padło na Ziołolek 20 + z bławatkiem oraz konkretniejszego, odżywiającego na noc - wybór padł na liftingującą Tołpę 40 +. Muszę przyznać, że oba sprawdzają się u mnie na prawdę nieźle chociaż nie są produktami bez wad.

Typowym kremem na dzień jest dla mnie ten nawilżająco matujący Ziaja 25 +. Poraża mnie jego wydajność jednak działanie mnie nie zachwyciło. Po serii jakże pozytywnych recenzji jakie przyszło mi czytać na jego temat spodziewałam się cudów a tu... może nie będę uprzedzać - na dniach zapraszam na jego recenzję.

W codziennej pielęgnacji nocnej gości u mnie maska-krem z ogórka tajskiego Orientany. Kusiła mnie ta firma strasznie przez dłuższy czas i gdy już skusiła nie żałuję zakupu. Boję się jednak trochę ogromnej pojemności i wielomiesięcznego używania ale przy takich efektach nie będę narzekać. Lekki minus za konsystencję (przez chwilę klejącą) ale producent nazwał go maską więc wybaczam. Jeśli myślicie nad zakupem - kupujcie śmiało.

Krem brzozowy Sylveco to taka kropka nad i. Stosuję go jako maskę na twarz, na skórę szyi i dekoltu wieczorami i na suche partie. Lubię go o czym pisałam całkiem niedawno w recenzji.

MASECZKI:
Obecnie tylko dwie. Ukochana dziegciowa oczyszczająca robiąca z moją skórą cuda. To moje kolejne i z pewnością nie ostatnie opakowanie bo na prawdę warta jest powrotów. I tonizująca. Traktowana po macoszemu. Chociaż planuję to zmienić i wprowadzić maski do codziennej pielęgnacji. Obie oczywiście produkcji Bani Agafii.

PEELINGI:
Enzymatyczny Bandi to klasa sama w sobie. Nie zamierzam go zmieniać na nic innego ani teraz ani w dalszej przyszłości. Uwielbiam jego skuteczność a niewygórowana cena dopełnia moją sympatię.
Jednak bez peelingu mechanicznego nie wyobrażam sobie życia więc i oczyszczający Sylveco u mnie gości. Daleka jestem od zachwytu szczególnie ze względu na jego okrutny zapach. Działania ścierającego jednak nie mogę mu odmówić.


RZĘSY/BRWI:
Symulator wzrostu rzęs i brwi z Bandi otrzymałam do przetestowania już jakiś czas temu. Nadal nie wyrobiłam sobie opinii na jego temat więc z recenzją i komentarzem jeszcze się wstrzymam.

USTA:
Namnożyło mi się dobroci. Tisane to mój niezbędnik. Masełko do ust Bielenda wpadło mi w ręce w Joyboxie i o ile efekt jaki pozostawia na ustach bardzo mi się podoba to męczy mnie jego konsystencja. Dwa sztyfty do ust to nowości - macadamia z Yves Rocher o zapachu ciasteczek i pięknie wyglądający na ustach arbuz Isany.




piątek, 12 czerwca 2015

TOŁPA | BIAŁY HIBISKUS 30+ | rewitalizujący krem uelastyczniający pod oczy

O tym, że moja skóra pod oczami woła o litość i zrozumienie wspominałam Wam nie raz. Mam tego pecha, że pierwsze zmarszczki pojawiły się u mnie dosyć szybko i dziś, w wieku dwudziestu pięciu lat mam ich sporą gromadkę. Walczę z nimi jak mogę więc dziś o kolejnym kremie pod oczy jaki zagościł w mojej kosmetyczce.


Opakowanie określiłabym jako charakterystyczne dla produktów tej firmy. Napakowane informacjami, estetyczne, po prostu ładne. Krem zapakowany jest w metalową tubkę. Tubeczkę. Jest wręcz maleńka - krem ma zaledwie 10 ml co daje nam 2/3 standardowej pojemności dla tego typu produktów. Patrząc na jego cenę (powyżej 30 zł) nie mogę stwierdzić, że należy do najtańszych w swojej kategorii. Z drugiej strony nie jest też na tyle drogi bym nie mogła sobie na niego pozwolić. Wydajność określiłabym jako standardową.

Krem ten ma dosyć lekką konsystencję. Szybko się wchłania pozostawiając na skórze bardzo delikatną powłoczkę. Idealnie sprawdza się pod makijażem - świetnie trzymał mi się na nim korektor. Jeśli mowa o działaniu pielęgnacyjnym nie jest źle. To typowy lekki krem nawilżający. Niestety poza nawilżeniem nie robi nic więcej. Nie napina, nie rozjaśnia zasinień, nie wygładza skóry. Wiadomo - w cuda nie wierzę ale wiem, że porządny krem nawilżający może niewielkie załamania wypełnić. Ten nie podołał. Nie posiada właściwości regenerujących ale tego też producent nam nie obiecuje. Muszę też wspomnieć, że nie podrażnia, nie uczulał, nie powodował szczypania czy łez - a oczy miewam nadwrażliwe.

Przyznam szczerze - jestem odrobię zawiedziona. To kolejny krem, który nie robi cudów. Ale chyba też zbyt wiele się po nim spodziewałam. Czy do niego wrócę? Nie. O taki podstawowy nawilżacz nie trudno więc raczej szkoda by mi było wydać na niego w przyszłości pieniądze. Nieporozumieniem jest dla mnie też kategoria wiekowa jakiej jest dedykowany. W moim odczuciu to produkt zdecydowanie dla młodszych osób (nie żebym stara była ;)), bez większych problemów ze skórą pod oczami. Notabene znalazłam mu przyzwoitego zastępce za złotych osiem - ale o nim niebawem ;)



Znacie?

środa, 10 czerwca 2015

TIMOTEI | drogocenne olejki | odżywka do włosów

 Na długie miesiące porzuciłam standardowe odżywki do włosów. Jednak moje ostatnie porażki z maskami Kallosa skłoniły mnie do odpoczynku od takiej formy dbania o włosy. Dziś o produkcie, który wpadł w moje ręce dzięki kwietniowej edycji pudełka Joybox.


Muszę przyznać, że obecność taniej drogeryjnej odżywki w pudełku mnie bardzo... ucieszyła. Dawno nie używałam produktów tej firmy. Ostatnio, gdy miały jeszcze stare, spłaszczone opakowania. Byłam wielką fanką serii do włosów blond oraz włosów brązowych (w zależności od tego jaki kolor aktualnie nosiłam na swojej głowie ;)). Zasadniczo nie ma pojęcia dlaczego przestałam sięgać po produkty tej firmy i miło jest mi je sobie przypomnieć.

Pierwszą rzeczą jaką rzuciła mi się w oczy to właśnie zmiana opakowania. Wyglądają one wizualnie o wiele, wiele lepiej. Okrągła butelka z wygodnym otwarciem i przyjemna szata graficzna to jest to. Jeśli mowa o wygodzie użytkowania jest niestety średnio - trudno wydobyć resztki z opakowania i pewnie będę zmuszona je przeciąć, żeby zużyć produkt do końca.

Odżywka ma średnio-gęstą konsystencję. Taką zupełnie w sam raz. Nie spływa z włosów jednak nie mam też problemu z jej wypłukaniem. Jednocześnie posiada niezbyt spektakularny, dosyć neutralny zapach.

Zwrócę uwagę na skład. Producent samą nazwą serii niejako obiecuje nam obecność 'dobrych' składników. I faktycznie tak jest. Dosyć wysoko w składzie znajdziemy ekstrakt z jaśminu a także tytułowe oleje: arganowy, migdałowy i kokosowy. Ze względu na zawartość tego ostatniego podchodziłam do tej odżywki ze sporą rezerwą - moje włosy z kokosem nie lubią się wcale. Na szczęście koniec końców okazało się, że w połączeniu z innymi składnikami nie robi im krzywdy.

Odżywka bardzo przyjemnie nawilża włosy. Bardzo mocno je też wygładza i bezbłędnie ułatwia ich rozczesywanie. Nie obciąża włosów. Jednak jak dla mnie też odrobinę zbyt słabo je dociąża i moje suche końce wcale nie pogniewałyby się gdyby dostały porządniejszą dawkę oblepiacza. Ale nie będę szczególnie na to narzekać - wolę efekt taki niż zbytnie obciążenie. A włosy dociążam sobie po prostu olejkiem z Isany i/lub odżywką bez spłukiwania Marion.

Muszę przyznać, że to całkiem przyjemny produkt. Dzięki swojej dostępności i niewygórowanej cenie jeszcze bardziej przekonuje mnie do siebie. Czy do niego wrócę? Pewnie tak. Gdy przetestuję inne kuszące mnie odżywkowe chciejstwa - a tych po długiej przerwie mam multum ;)



wtorek, 9 czerwca 2015

HIT: TONIK uzupełniający demakijaż dzień&noc | YVES ROCHER | Serum Vegetal

Czyniąc moje zakupy (niejedne...) na stronie Yves Rocher oprócz typowych hitów blogowych sięgnęłam też po kilka mniej znanych produktów. Część zakupów w ciemno opłaciła się średnio, część okazała się być jednymi z lepszych kosmetycznych decyzji w ostatnim czasie. Tak też było z tym teoretycznie niepozornym tonikiem.


Opakowanie jest całkiem przyzwoite. Na minus jak zawsze zakrętka - trudno ją otworzyć i trzeba uważać na paznokcie. Minus też za papierową nalepkę - po jakimś czasie zaczyna wyglądać nieestetycznie.

Zapach posiada wyraźnie wyczuwalny chociaż trudny do zidentyfikowania. Na szczęście jest dosyć przyjemny. Tonik posiada nietypową konsystencję. Jest gęsty i konkretny. Niczym serum. Niczym tonik hibiskusowy Sylveco.  Jeśli mowa o sposobie aplikacji ze względu na jego formułę częściej stosuję go wklepując dłońmi w skórę niż standardowo przecierając ją przy pomocy wacika.

Przejdźmy do sprawy najważniejszej czyli do działania. Jest świetne! Zacznę od kwestii lekkiej niespójności w nazwie produktu - na stronie tonik ten określany jest jako uzupełnienie demakijażu, na etykiecie za to możemy przeczytać że ma dodawać blasku. Zasadniczo sprawdza się i w jednym i drugim założeniu. Tonik poradzi sobie z usunięciem resztek produktów do demakijażu, przynosi skórze uczucie komfortu, tonizuje. Czyli robi to wszystko czego od tego typu produktu wymagam. Dodatkowo jednak faktycznie daje odczuwalne nawilżenie. I nadaje blasku. Niczym porządne serum do twarzy. Używam go codziennie od dwóch miesięcy i widzę, że moja skóra jest w naprawdę świetnej formie - wygląda zdrowo i promiennie. Trudno jest jednoznacznie orzec, że to zasługa toniku ale na pewno przyczynił się do tego znacząco.

Cena regularna to 32 zł. Jak to w Yves Rocher bywa bez problemu kupicie go za ułamek tej kwoty. Patrząc na działanie i świetną wydajność (w dwa miesiące zużyłam zaledwie pół opakowania) to produkt praktycznie idealny. Na pewno w przyszłości do niego wrócę :)




niedziela, 7 czerwca 2015

SYLVECO | krem brzozowy z betuliną

Pozostając w temacie produktów Sylveco najwyższy czas na recenzję kremu brzozowego z betuliną.


Nie mogę przyczepić się do opakowania. Jest przyjemne i estetyczne. Standardowy plastikowy słoiczek okazał się być idealnym rozwiązaniem dla kremu o specyficznej konsystencji.

Krem ten jest gęsty i zbity niczym masło. Nie jest jednak tępy a pod wpływem kontaktu ze skórą zaczyna robić się przyjemnie płynny i oleisty. Czary mary. Nadal jednak jest produktem dosyć ciężkim więc przy mojej mieszanej skórze zupełnie nie nadaje się do użytku w ciągu dnia. Przez ponad miesiąc stosowałam go codziennie na noc, obecnie używam go średnio dwa razy w tygodniu na skórę twarzy, codziennie wieczorem na skórę szyi i dekoltu w połączeniu z nawilżającym tonikiem i w razie potrzeb na suche partię skóry ciała (dłonie, stopy, łokcie, kolana).

Jeśli mowa o działaniu jest ono całkiem niezłe. Trudno by było inaczej patrząc na piękny, prosty skład kremu. Produkt ten fantastycznie natłuszcza skórę. Przepięknie łagodzi wszelkie podrażnienia, skutecznie regeneruje (choć nie długotrwale) suche partie. Jednocześnie nie podrażnia i nie uczula. I co najważniejsze - nie zapycha i nie przyczynia się do powstawiania niedoskonałości. Jednak po nocy z tym kremem niezbędne było dla mnie jej dokładne oczyszczenie - zupełnie nie wchłaniał się z moją tłustą strefę T (ale nie oczekiwałam tego).

Cena (jak na produkt tej jakości) jest bardzo zachęcająca - nie przekracza 30 zł. Krem jednak jak większość kosmetyków naturalnych ma dosyć krótki termin ważności od otwarcia - 3 miesiące. Przy jego zabójczej wydajności standardowa pojemność 50 ml jest niestety nie do użycia jeśli chciałabym go stosować wyłącznie do twarzy. Gdyby był od dostępny w mniejszej pojemności (i proporcjonalnie niższej cenie) na pewno już teraz skusiłabym się na kolejne, awaryjne opakowanie. Jednak nie ma tak dobrze i jeśli do niego wrócę (albo któregoś z jego braci) to z pewnością w miesiącach zimowych.


piątek, 5 czerwca 2015

SYLVECO | oczyszczający peeling do twarzy | korund, skrzyp polny, drzewo herbaciane

Dziś o kosmetyku, który teoretycznie szybko powinien podbić moje serce. Jednak jak to w życiu - teoria z praktyką często mijają się szerokim łukiem. Dlaczego więc zbierający dobre opinie oczyszczający peeling do twarzy z jakże popularnej marki Sylveco niekoniecznie przypadł mi do gustu?


Pierwszą rzeczą jaka zauroczyła mnie w tym produkcie jest jego opakowanie. Niby zwykły słoiczek ale z metalową zakrętką. Zapakowany w kartonik. Szata graficzna jest niezwykle przyjemna dla mojego oka i spójna z innymi produktami producenta. Przemawia do mnie bardziej niż opakowania Tołpy, które cieszą się sporą sympatią. Jeśli mowa o opakowaniu jest jednak minus - słoik dosyć trudno się odkręca. A drobinki korundu lubią podchodzić pod brzegi co komplikuje proces zamykania. Już chyba wolałabym plastik...

Konsystencja jest dosyć specyficzna. Peeling wydaje się być taki.. puchaty. Niczym pianka, chmurka. A jest bogaty w oleje i koniec końców na skórze pozostawia film. W moim odczuciu nieprzyjemny więc muszę go zmywać żelem. Drobinek jest sporo. Są maleńkie i diabelnie ostre. Baza w jakiej są zatopione nieźle łagodzi działanie korundu ale to nadal naprawdę mocny zdzierak. Skóra po użyciu jest gładka jak pupa niemowlaka jednak trudno podrapać się na tyle mocno by podrażnić skórę (tak zakończyło się moje pierwsze użycie korundu solo). Teoretycznie trudno mi powiedzieć, że to zły produkt pod względem zdzierania - bo naprawdę zły nie jest.

Rzeczą jaka mnie do niego jednak zniechęca całkowicie jest jego zapach. Nienawidzę go. Producent określił go jako zapach olejku z liści drzewa herbacianego. Oszukiwał. Faktycznie, czuć w nim tę charakterystyczną nutę ale... czuć też kredę. Będąc dzieckiem miałam nieprzyjemność wypicia kontrastu pod prześwietlenie brzucha. Obrzydliwy smak i zapach tego cuda pamiętam do dziś. Smakowało obrzydliwie. Pachniało i kredą i mentolem i jakimiś innymi dziwnymi niezidentyfikowanymi nutami. Coś jak miętowe Manti. To taka moja mała trauma z dzieciństwa. I do tej pory produkty kosmetyczne (i nie tylko) które w jakikolwiek sposób z tą wonią mi się kojarzą są dla mnie skreślone. Fuj, fuj, fuj.

Stosunek ceny do jakości określam jako bardzo w porządku. Peeling w regularnej cenie kosztuje niespełna 20 zł za 75 ml. Jest dosyć wydajny chociaż osobiście wolę go nałożyć w większej ilości bo wtedy mogę się nim dłużej pomiziać bez obawy o ewentualne podrażnienie. Czy do niego wrócę? No nie. Nie, nie, nie. Nigdy w życiu. Ale być może w dalszej przyszłości spróbuję drugi z peelingów dostępnych w ofercie firmy.


czwartek, 4 czerwca 2015

Żele pod prysznic LE PETIT MARSEILLAIS

Moja przygodna z żelami marki Le Petit Marseillais rozpoczęła się stosunkowo niedawno. Pierwszy z nich przygarnęłam w drugiej edycji JoyBoxa, kolejne dwa w ramach Akcji Ambasadorskiej (jak to poważnie brzmi!). Wszystkie trzy już od jakiegoś czasu są w użyciu więc najwyższa pora napisać na ich temat słów kilka.


Żele podobają mi się szalenie pod względem wizualnym. Opakowania różnią się od siebie kolorami jednak wszystkie są ze sobą spójne. Kanciaste, prostokątne butelki to coś nowego. Jednak o ile kształt butli w przypadku małego opakowania jest bardzo wygodny tak przy większych używanie jest niekomfortowe.

Pod względem konsystencji są bardzo podobne. Rzadkie i lejące. Żeby uzyskać przyjemnie gęstą pianę trzeba ich używać w sporej ilości gdzie część lubi wylewać się przez palce. Nie są więc wydajne. Wersja Pomarańcza i Grejpfrut ma jednocześnie być płynem do kąpieli. Słabo. Bo słabo się pieni i trzeba wlać ogrom do wanny by piana utrzymała się w czasie kąpieli. Nie są jednak zbyt drogie (choć i do najtańszych nie należą) więc niech będzie.

Pod względem składu nie mam się do czego (teoretycznie) przyczepić. Jedynie Werbena i Cytryna zawiera SLS, pozostałe warianty wolne są od tego składnika. Jak przekłada się to właściwości pielęgnujące. Nie wymagam od żeli by nawilżały moją skórę, wystarczy bo pozostawiały ją we względnym komforcie i nie wysuszały. O ile wersje Werbena i Cytryna oraz Pomarańcza i Grejpfrut dały radę tak wariant Biała brzoskwinia i Nektarynka diabelnie wysusza (schodząca skóra z łydek i ramion to jest to...).

Zapachy. Teoretycznie najbardziej do gustu przypadła mi wersja Pomarańcza i Grejpfrut. Zapach w butelce jest niezwykle przyjemny i w butelce i na skórze w czasie mycia. Połączenie cierpkiego grejpfruta i słodkiej pomarańczy jest miłe dla mojego nosa ale... też jest dosyć wtórne i o taki cytrusowy żel na rynku nietrudno. Wariant Biała brzoskwinia i Nektarynka też należy do zapachów przyjemnych i niewyróżniających się szczególnie chociaż dosyć wiernie oddany jest naturze. Największą niespodzianką był dla mnie żel Werbena i Cytryna. Bo zapach z butelki okazał się być niezbyt przyjemny do mojego nosa - cytryna była podejrzanie słodka a werbena przypominała trawę cytrynową. Jakim zaskoczeniem była dla mnie pierwsza kąpiel! Żel w połączeniu z wodą jest fantastycznie intensywny a nudne, słodkie nuty nabierają charakteru i mimo, że nadal daleko im do werbeny i kwaśnej cytryny to zapach dziecięcych witamin (Pikovit ;)) przenosi mnie w świat dzieciństwa i przywołuje masę przyjemnych wspomnień. Nie muszę chyba dodawać, który wariant jest moim ulubionym? :)

Podsumowując: przygodę z żelami uważam za całkiem przyjemną. Za wyłączeniem robiącego mi krzywdę malucha ;)






środa, 3 czerwca 2015

Efekty walki o KAŻDY włos... | Oleofarm, Yves Rocher, Bania Agafii

Ponad trzy miesiące temu moje włosy zaczęły wypadać garściami. Nie wypadały w ilościach dużych - wypadały w ilościach na tyle ogromnych, że wyjmując włosy z sitka po myciu zdarzyło mi się płakać... Tak oto mój organizm reaguje na stres. Cyklicznie, gdy tylko coś nieprzyjemnego zaczyna się w moim życiu dziać zaczynam gubić włos. Dziś o trzech produktach, które nie dość, że pomogły mi uporać się z problemem to jeszcze spowodowały przyjemny wysyp nowych włosów na mojej przerzedzonej czuprynie.



Trudno mi jednoznacznie orzec, który z nich pomógł mi najbardziej. Bo i żadnego z nich nie używałam samodzielnie. Ale musicie mnie zrozumieć - tonący brzytwy się chwyta i tak też zrobiłam masując, wcierając i połykając ;) I klepiąc modły (ja, ateista) by jak najszybciej problemu się pozbyć i w międzyczasie nie wyłysieć doszczętnie.


Skrzypolen z biotyną i Skrzypolen z kwasem hialuronowym otrzymałam dzięki uprzejmości firmy Oleofarm. Skusiłam się na podjęcie współpracy głównie dlatego, że nie jestem osobą, które pija suplementy. Po pierwsze niekoniecznie ślepo wierzę w ich działanie a po drugie - jestem diabelnie niesystematyczna i gdy tylko muszę o czymś pamiętać o tym zapominam. 
Oba Skrzypolny (tak to się odmienia mam nadzieję) dzięki swojej zawartości miały wpłynąć na włosy, skórę i paznokcie. Jeśli mowa o włosach - potwierdzam (nie lecą!). Jeśli mowa o skórze- potwierdzam (mimo odstawienia kwasów była w świetnej formie). Paznokcie - no nie. Te łamią mi się i rozdwajają jak szalone. Niestety.
Spożyłam trzy opakowania po 48 sztuk (dwie tabletki dziennie) co zajęło mi +/- 2,5 miesiąca. Zwrócę jeszcze uwagę, że tabletki są dosyć spore i mogą być trudne w połknięciu. Plus za ładne opakowania i niewygórowaną cenę. Jeśli mowa o działaniu - na pewno sprawdziły się u mnie lepiej niż popularna i zupełnie na mnie niedziałająca Skrzypowita.

Na olejek odbudowujący Yves Rocher skusiłam się ze względu na olej rycynowy w składzie. Nie jestem fanką czystego oleju rycynowego ze względu na jego bogatą konsystencję. Stwierdziłam więc, że taka mieszanka powinna przypaść mojej skórze głowy do gustu. I tak też się stało. Olejek ma standardową, niezbyt gęstą konsystencję, nie ma problemu ze zmyciem go ze skóry czy włosów. Na uwagę zasługuje też opakowanie - dzyndzelek (:D) na zakrętce jest uroczy a sama plastikowa butelka jest wygodna i stłuczenio-odporna (jeden z moich olejków z Alterry skończył na kafelkach). Używałam go raz, czasem dwa razy w tygodniu nakładając obficie na skalp oraz włosy. Skóra głowy się z nim polubiła (nie powodował przetłuszczania) jednak zupełnie nie przypasował moim włosom. Mam wrażenie, że po aplikacji były mniej błyszczące i jeszcze bardziej suche niż zwykle.


Mimo, że mam już lekki przesyt kosmetykami zza naszej granicy to dałam też szansę tonikowi przeciwko wypadaniu Banii Agafii. Po porażce z innym produktem tego typu (serum na porost włosów) podeszłam do niego bardzo nieufanie. Niepotrzebnie. Minusem jest z pewnością forma opakowania - zabrakło mi w nim rozpylacza przez co musiałam je przelać. Tu koniec minusów ;) Ton posiada lekką, płynną konsystencję. Ma brudno-ciemny kolor. Aplikowałam je na skórę głowy bezpośrednio po umyciu. Tonik w żaden sposób nie wysuszał. Jednocześnie też nie powodował przetłuszczenia, ba, utrzymywał włosy w świeżości przez dodatkowe pół dnia. Plus za bardzo przyjemny skład, bogaty w ekstrakty. Oraz niewygórowaną cenę (niespełna 15 zł).


Znacie? Lubicie?



poniedziałek, 1 czerwca 2015

MAKE UP | kosmetyczne zestawienie TYGODNIOWE | czyli o tym co na mojej twarzy gości ;)

Już od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem pokazania Wam jakich produktów do makijażu używam na co dzień. Nie za bardzo wiedziałam co pokazać (bo i nie codziennie używam tych samych produktów) więc wymyśliłam - kosmetyki z całego tygodnia ;))

Jestem wielką fanką filmów typu Get ready with me. Uwielbiam podglądać kto co nakłada na swoją twarz (i nie tylko) i mimo, że sama twarzy Wam nie pokarzę to pokazać Wam mogę co na niej codziennie gościło w poprzednim tygodniu.

Większość produktów nie doczekała się jeszcze recenzji bo... jakoś nie idzie mi pisanie o kolorówce. Planuję to jednak w przyszłości (dalszej - znając moje możliwości) zmienić i opisać przynajmniej część z widocznych niżej kosmetyków. Jeśli coś już gościło na blogu to zostało podlikowane.

PONIEDZIAŁEK:
Twarz: krem BB Catrice, korektor Rimmel Match Perfection, puder HD BeBeauty, bronzer My Secret, rozświetlacz Wibo
Oczy: rozświetlacz Wibo, paletka Catrice (najciemniejszy), khol Technic, tusz Mac, cień do brwi Lily Lolo light
Usta: pomadka Essnce

WTOREK:
Twarz: podkład Pharmaceris 50+ , puder Yves Rocher, bronzer My Secret, rozświetlacz Wibo
Oczy: rozświetlacz Wibo, tusz Mac
Usta: pomadka ochronna Yves Rocher macadamia

ŚRODA:
Twarz: krem BB Catrice, korektor Rimmel, puder Yves Rocher, bronzer My Secret, róż Lily Lolo
Oczy: róż Lily Lolo, tusz Mac, cień do brwi Lily Lolo light
Usta: błyszczyk Pierre Rene

CZWARTEK:
Twarz:  podkład Lily Lolo, puder HD BeBeauty, bronzer My Secret, róż Lily Lolo
Oczy: tusz Wibo, cień do brwi Lily Lolo light
Usta: błyszczyk Provoke

PIĄTEK:
Twarz: BB Catrice, korektor Rimmel, puder rozświetlający Catrice, bronzer My Secret
Oczy: tusz Wibo, cień do brwi Lily Lolo light
Usta: błyszczyk Pierre Rene

SOBOTA:
Twarz: BB Catrice, korektor Rimmel, puder rozświetlający Catrice, bronzer My Secret
Oczy: tusz Mac, cień do brwi Lily Lolo light
Usta: pomadka ochronna Yves Rocher macadamia

NIEDZIELA:
Twarz: nic
Oczy: nic
Usta: pomadka ochronna Yves Rocher macadamia



Jak wygląda Wasz codzienny makijaż?
A może pokusicie się o podobny wpis? Sama mam w planach jakiś update ;)