niedziela, 31 maja 2015

DENKO | maj 2015

Były nowości - pora na DUŻE denko :)

Tołpa Rewitalizujący krem pod oczy Biały Hibiskus 30 + - nie planuję powrotu. Doczeka się recenzji.
Tołpa by Mariusz Przybylski balsam-olejek do demakijażu twarzy - dobry produkt w zbyt wygórowanej cenie. Pozytywnie zaskoczył mnie swoją wydajnością.
Dermedic Hydrin3 płyn micelarny - nie zachwycił. Dodatkowo męczył mnie swoim intensywnym zapachem. Doczeka się recenzji.
Dr Irena Eris Clenology płyn dwufazowy - niezwykle przyjemny ze względu na swoją satynową konsystencję, dodatkowo bardzo skuteczny i wydajny. Szkoda, że cena regularna nie zachęca do zakupu.
Sylveco arnikowe mleczko oczyszczające - mam wobec niego mieszane uczucia. Ze względu na jego konsystencję. Co nie zmienia faktu, że po zużyciu opakowania trochę za nim tęsknię i na pewno będę chciała kiedyś do niego wrócić.
Yves Rocher Tradition de Hammam maseczka - tyłka nie urwała. Ale o tym w recenzji :)
Yves Rocher Pure Calmille żel do mycia twarzy - lubimy się na tyle, że w zakupach pokazałam Wam kolejne opakowanie. Mimo zawartości SLS jest przyjemnie łagodny. Świetnie oczyszcza i ładnie pachnie.


Tołpa Green nawilżające mleczko łagodzące - oczarowało mnie zapachem. Chociaż nie mogę odmówić mu właściwości pielęgnacyjnych. Doczeka się recenzji.
Eveline Body Glam luksusowy balsam intensywnie regenerujący - zapach, zapach i jeszcze raz zapach! coś niesamowitego. Działanie też miał w porządku więc bez wahania w przyszłości przygarnę kolejną butlę. Mimo tragicznej wydajności...
Yves Rocher Pure Calmille krem do twarzy i ciała - opatrunek w kremie. Cudownie łagodził i regenerował skórę. Minus za niewielką (jak na produkt do ciała) pojemność i wydajność.

Fresh Juice żel pod prysznic - skończył jako płyn do kąpieli. Przyjemny zapach kaszki malinowej, świetna piana, brak wysuszenia w dobrej cenie.
Apis Optima oczyszczający peeling do ciała - totalna rewelacja. Żałuje tylko, że nie spełniły się tu obietnice producenta co do zapachu po za tym nie jestem w stanie się do niczego przyczepić.
Yves Rocher Jardins du Monde żel po prysznic - mam fisia na punkcie lawendy i nie jestem niestety usatysfakcjonowana. Zapach był dość drażniący i męski. Sam żel jednak uważam za jeden z lepszych na rynku. Uwielbiam!

Yves Rocher Foot Beauty peeling do stóp i...
Yves Rocher Foot Beauty krem do stóp  niebawem doczekają się recenzji wraz z innymi produktami z tej serii jakie posiadam. Uprzedzam - będę chwalić. Bo warto :)
Yves Rocher dezodorant - o zapachu zielonej herbaty bez soli aluminium. W chłodniejsze miesiące był dla mnie idealny, wraz z nadejściem upałów (przez chwilę były, serio;) niestety nie chronił już tak dobrze. Chyba został wycofany - a szkoda. Skusiłabym się na niego jesienią.

Kallos Blueberry - strasznie słaba maska. Męczyłam ją w bólach i nienawiści czekając aż nareszcze się skończy. Stało się, Nigdy więcej.
Tołpa botanic odżywcza maska- peeling - uwielbiam. Zapach i działanie powalają na kolana. Na pewno będę do niej wracać.
Tołpa dermo maska-peeling hydroenzymatyczna - świetna. Tak samo świetna jak mój ulubiony peeling Bandi z którym przegrywa stosunkiem ceny do polejności.
Etre Belle maska kolagenowa - cudo. Po użyciu tej maski miałam skórę niczym po jakimś porządnym zabiegu nawilżająco-wygładzającym u kosmetyczki. Żałuję, że cena regularna jest niezbyt zachęcająca :( Swoją przygarnęłam w JoyBoxie.
Kneipp Esencja do kąpieli - pierwsze co zrobię gdy dotrę do Hebe to będzie zakup czegoś (czegokolwiek) z tej firmy. Ten produkt zrobił na mnie niesamowite wrażenie! Diabelnie wydajny, intensywnie nawilżający o pięknym odprężającym zapachu....

Tyle. Poszalałam. Niech kolejne denka będą tak samo owocne to w końcu wyjdę na kosmetyczną prostą :D

czwartek, 28 maja 2015

ZAKUPY | maj 2015

Blog odłogiem leży. Wstyd mi. Bo bardzo blogowanie lubię. Jednak odkąd wróciłam do pracy przed komputerem coraz mniej chętnie patrzę w jego stronę w domu. Ale podejrzewam, że to po prostu kwestia przyzwyczajenia i niebawem znów zacznę Was zasypywać recenzjami. 
Dziś o czymś lekkim i przyjemnym czyli zakupach. Miesiąc się jeszcze nie skończył ale nie zamierzam już powiększać tej radosnej gromadki więc śmiało mogę Wam ją pokazać :)



Zacznijmy od zapachów. Naturelle Yves Rocher to prezent imieninowy (z barrrdzo korzystej oferty wysyłkowej). Lekki, przyjemny, typowo letni zapach. Lubię. Jestem też zauroczona flakonem. Drugi to Benetton Bianco przygarnięty za złotych dziesięć przy okazji zakupów w sieci. Skusiło mnie liczi w nutach zapachowych i nie jestem zawiedziona. Ba, śmiem twierdzić, że to najlepiej zainwestowana dycha w tym miesiącu ;)
Kolorówki jak zawsze niewiele (pora na aktualizację 10 project pan...). Potrzebowałam czegoś lżejszego zwykłego podkładu dlatego poczłapałam do Natury po krem CC z Bell którego odlewkę zużyłam (dzięki Gosiu) jednak szafa Bell ziała pustką... Do koszyka wpadł więc BB Catrice, bo kojarzyłam że zbierał całkiem niezłe opinie w sieci. Daleka póki co jestem od zachwytów a i najjaśniejszy odcień jasnością nie zachwyca ale dam mu jeszcze szansę. Przygarnęłam też korektor Rimmel Match Perfection. W sieci kupiłam najjaśniejszy odcień 010 (u nas niedostępny) za oszałamiające 11 zł. Uwielbiałam wersję 030 jednak mam dziwne wrażenie, że jaśniejszy brat jest odrobinę bardziej suchy i bardziej podkreśla załamania pod oczami. A ostatnia kolorowa rzecz to błyszczyk Pierre Rene. A nawet dwa. Naszła mnie ostatnio chęć na błyszczyki a jedyny jaki posiadałam to (cudna) brzoskwinka z Provoke. W poszukiwaniu chłodniejszego odcienia padło na to to jaśniejsze cudo (serio!) jednak miła Pani Naturzanka uświadomiła mnie, że jak wezmę dwa za drugi zapłacę złotówkę. Więc skusiłam się. A co sobie będę żałować.
Na koniec top coat Poshe. Wielbię te maleństwa i miłością darzę. Lakier po użyciu wysycha w dwie minuty, trzyma się na pazurach przez kilka dni i błyszczy jak szalony. Jednak tego typu topy mają to do siebie, że dosyć szybko gęstnieją więc zamiast pełnowymiarowej butelki zdecydowałam się na trzy miniatury w podobnej cenie.

Po ostatniej przygodzie do żelu Pure Calmille z przyjemnością wrócę więc przygarnęłam kolejną butelkę. A przy okazji zakupów w Realu wpadł mi ich ichniejszy żel do mycia twarzy Auchan (ciekawe kiedy zmienią nazwę sklepu ;)). Zaraz po wodzie ma w składzie glicerynę, później SLS. Zaciekawił mnie na tyle że od jutra zamieszka na łazienkowej półce ;) Dwa kolejne myjadła to efekt -40% na pielęgnację twarzy w Rossmanie. Nie mogłam nie spróbować popularnej emulsji z Alterry a w czasie ogarniania co bym mogła chcieć na ich stronie internetowej bardzo zainteresował mnie delikatny krem-żel do mycia Eveline. Uwielbiam takie delikatne myjadła, mam nadzieję, że i te przypadną mi do gustu.


Na nową serię AA oil infusion napaliłam się jak głupia, gdy tylko pojawiła się na rynku. Miałam w planach zakup micela, toniku i żelu do twarzy ale... w moim Rossmanie niet. Wkurzona wracając zaszłam do Natury i przepłaciłam za micela 3 zł. No nic, mam i się cieszę :D W Rossmanie obkupiłam się w toniki. Normalizujący matujący Eveline skusił mnie nie wiem czym. Nawilżająco-oczyszczający Lirene chciałam mieć od dawna (tyle pochwał na jego temat już przeczytałam...) a tonik Rival de Loop to mój ulubieniec więc opakowanie (następne ;)) w zapasach nie zaszkodzi.


Przejadły mi się Kallosy. W ramach odpoczynku wracam do standardowych odżywek. Wybór padł na Fructis Goodbye Damage (Basiu to przez Ciebie) i sprawdzoną Niveę (tak to się odmienia?) Long Repair. Balsam brązujący Dove Summer Glow kupiony na ratunek moim krzywo opalonym rękom - słońce mnie zaskoczyło a należę do osób opalających się stosunkowo szybko. Do dwóch kolejnych produktów wracam: peeling do stóp Yves Rocher i krem z Lirene. No i dziwadełko przygarnięte w Realu za 15 zł. Balsam do ciała Cleo z olejem ze słodkich migdałów w składzie tuż po wodzie. O świetnym jak się okazało zapachu. Na pewno napiszę w przyszłości o nim coś więcej.

Zakupy w tym miesiącu uważam za udane. I nawet niezbyt przesadne jak na moje ciągoty do kosmetycznego zbieractwa.
Znacie, lubicie?

P.S.
Jest Was już 600. Nie wierzę i dziękuję wszystkim i każdemu z osobna!

niedziela, 24 maja 2015

YVES ROCHER | pure calmille | KREM DO TWARZY I CIAŁA

Nakupiłam, dokupiłam, to teraz zużywam. Tak najprościej nazwać moją relację z kosmetykami Yves Rocher. Dziś o bardzo przyjemnym produkcie, który może i mnie nie zachwycił ale sympatię moją zdobył od pierwszego użycia.


Krem ten zapakowany jest w wygodny, plastikowy słoik. Bardzo podoba mi się on pod względem wizualnym i nie będę oszukiwać - to właśnie ze względu na jego wygląd wylądował w moim zakupowym koszyku. Okazało się też, że warto by go było kupić również ze względu na zapach - kremowy, słodkawy, lekko dziecięcy.

Krem posiada bardzo przyjemną konsystencję. Jest to produkt z gatunku tych zbitych i nielejących jednak jednocześnie jest bardzo kremowy, nie jest tępy i niezwykle przyjemnie rozprowadza się na skórze. Pozostawia na niej delikatną, nieklejącą warstewkę. Jeśli mowa o działaniu pielęgnacyjnym jest nieźle. Wręcz dobrze. Bardzo dobrze. Krem ten rewelacyjnie poradził sobie z moją diabelnie przesuszoną i łuszczącą się skórą łydek i przedramion. Błyskawicznie ją ukoił, nawilżył, odżywił. Cudownie łagodził skórę po depilacji.

Używałam go wyłącznie do skóry ciała. Nie odważyłam się nakładać go na twarz bo moja skóra paskudnie reaguje na parafinę. W tym kremie znajduje się ona w połowie składu ale... no nie. Sam skład oceniam jednak bardzo pozytywnie - jest bogaty w oleje, mocznik, zawiera również rumiankowy ekstrakt.

Cena regularna (24 zł) jak zawsze jest trochę przesadzona ale bez problemu można go przygarnąć za dychę lub mniej (tak też sama zrobiłam :D). Jednak pojemność (125 ml) jak na produkt do ciała jest jednak zbyt mała by potraktować to mazidło jako produkt codziennego użytku bo skończy się w dwa tygodnie (albo i tydzień jak u mnie - ale ja sobie balsamów nie żałuję ;)). Podsumowując - warto. Bo to naprawdę dobre lekarstwo dla przesuszonej i podrażnionej skóry. Jednak jak w przypadku każdej z produktów tej marki warto czekać na promocje.




poniedziałek, 18 maja 2015

TOŁPA | botanic | CZARNA RÓŻA | odżywczy krem-kokon


Moja przygoda z Tołpą trwa nadal. Po części dlatego, że moje Tołpowe zapasy mimo systematycznego używania nie maleją, po części - bo to naprawdę udane kosmetyki. W większości. Dziś jednak o kremie względem którego mam mocno mieszane uczucia.


Opakowanie jest spójne dla produktów z tej serii. Napakowane informacjami, utrzymane w bieli, szarości i fiolecie. Bardzo estetyczne. Zamykane na klik. Tubka jednak wykonana jest z bardzo twardego plastiku co nie ułatwia aplikacji i z każdym dniem staje się bardziej problematyczne.

Krem jak na kokon jest stosunkowo lekki. Nie należy może do najlżejszych kremów (nienawidzę) jednak po produkcie, który ma skórę odżywiać spodziewałam się czegoś konkretniejszego. Pozostawia jednak na dłoniach delikatną ochronną warstewkę. Działanie nie jest spektakularne. Moje dłonie są trudne w pielęgnacji. Przyzwyczaiłam się, że zimą ich pielęgnacja jest dla mnie katorgą jednak zazwyczaj ciepłe dni przynosiły im ukojenie. W tym roku za to mój organizm włączył chyba tryb buntu i nadal borykam się ze skórą suchą jak wiór. Krem ten nie radzi sobie z przesuszeniami. Delikatnie nawilża, zabezpiecza dłonie do kolejnego mycia a niestety nie robi nic więcej. Nie uświadczyłam odżywienia. Regeneracji. I komfortu też nie.

Używam go, bo używam. Znam wiele słabszych kremów, które rozdaję po rodzinie bo nie robią z moimi dłońmi nic. Ten coś robi ale to coś to zbyt jednak mało bym chciała wrócić do niego w przyszłości. Nie ratuje go nawet rewelacyjny zapach - identyczny jak w maseczce, kremie na noc czy do stóp z tej samej linii. Cena kremu nie przekracza 15 zł.

Muszę przyznać, że czuję zawód. Mam jeszcze w zapasie krem z serii amarantus i czaję się na ich nowość: lipidowy krem z linii Atopic. Mam nadzieję, że któryś z nich okaże się być wybawieniem dla moich dłoni i nie będę dożywotnio skazana na krem Regeneracja z Lirene :D



niedziela, 17 maja 2015

Eveline | BODY GLAM | luksusowy balsam żurawina&cytryna

Jestem fanką gęstych maseł i nie przepadam za firmą Eveline. Co więc ten (luksusowy) balsam u mnie robi? 


Od opakowania zacznę. Szata graficzna kosmetyków tej marki zupełnie mi nie leży. Nie jestem się w stanie do niej przekonać i głównie dlatego ich kosmetyki zupełnie mnie nie kuszą. W przypadku tej balsamie dobija mnie paskudne, plastikowe, złote opakowanie. Plus za wygodną pompkę. Z jej pomocą udało mi się zużyć produkt do samego końca.

Produkt jest bardzo lekki. Bardzo. Bardzo bardzo. Dawno nie miałam aż tak delikatnego balsamu. Wchłania się błyskawicznie. Po 10 minutach od aplikacji nie czuć, że cokolwiek na skórę nakładałam. Mimo wszystko daje niezły efekt pielęgnacyjny. Skóra jest nawilżona i przyjemnie napięta przez długie godziny. Nie radzi sobie z bardziej wymagającymi partiami jak łokcie czy kolana ale moja skóra w ostatnich tygodniach jest diabelnie wymagająca. Jak nigdy.

Warto zwrócić uwagę na skład. Długi. Jednak zauważyłam, że Eveline w swoich nowościach obrało sobie strategię umieszczania na początku składu zapachu. A jak powszechnie wiadomo, że to co za zapachem znajduje się w produkcie w ilościach śladowych. Tutaj więc działać ma nam mieszanka oleju sojowego i mocznika. I działa. Naprawdę nieźle patrząc na jego błyskawiczne wchłanianie się i brak zabezpieczającej kołderki. Obietnice głębokiego odżywienia w 5 sekund oczywiście można włożyć między bajki.

Dlaczego go kupiłam? Zapach. Wizja połączenia cytryny i żurawiny kusiła tak bardzo, że niezbyt długo potrafiłam mu się oprzeć. Zapach (jak i drugi wariant) mam wrażenie, że był ściągnięty od Pat&Rub. Niech im będzie, niestety nie mam porównania. Ale balsam Eveline pachnie pięknie. Jest bardzo intensywny, przyjemnie cierpki, niejednoznaczny. Specyficzny i pewnie nie każdemu przypadnie do gustu. Ja jednak używałam go z przyjemnością.

Jedynym minusem jest dla mnie wydajność. Zatrważająco niska. Używałam go zamiennie z innymi smarowidłami a i tak skończył się strasznie szybko. Trudno jest mi tu podać konkretną ilość aplikacji ale dwa tygodnie używania go raz dziennie to maks. Mimo, że nie używałam go w jakichś niesamowicie pokaźnych ilościach. Pojemność to 225 ml. Kosztuje około 15 zł. Czy warto? Jeśli lubicie szybko wchłaniające się produkty to na pewno :)

.... tylko gdzie ten luksus? :D


wtorek, 12 maja 2015

Czy mleczko można polubić? | SYLVECO | arnikowe mleczko oczyszczające

Lata temu, gdy zaczynałam moją (jakże nieudaną) przygodę z makijażem do zmycia go używałam tylko i wyłącznie mleczek. Bo nic innego na rynku nie było :D No, może jeszcze śmietanka z Bielendy, która niewiele od samego mleczka się różniła. Nie byłam ich szczególną fanką. I z ogromnym entuzjazmem podeszłam do pojawiających się na ogólnodostępnym rynku preparatów dwufazowych a potem do miceli. Teraz gdy mamy totalną dowolność do  mleczka wróciłam. I to tylko dlatego, że wyprodukowało je Sylveco a ta marka kusi mnie jak nieszczęście.


Mleczko to znajduje się w wygodnym opakowaniu z praktyczną pompką. Pompka w moim egzemplarzu działa niezawodnie do mniej więcej 2/3 zużycia produktu, potem działać przestała i samo mleczko wydobywałam przez mocne i irytujące potrząsanie. Plus za przeźroczyste opakowanie - możemy kontrolować zużycie. Plus za szatę graficzną, spójną z innymi produktami marki.

Zapach jest dosyć neutralny. Konsystencję tego produktu najłatwiej mi określić prostym słowem - standard. Nie za gęste, nie za rzadkie. Takie w sam raz. Niestandardowa jest za to aplikacja - należy je aplikować (dłońmi) na wilgotną twarz. Z jednej strony jest to szalenie wygodne bo nie musimy babrać się z wacikami jak w przypadku zwykłych mleczek, z drugiej to rozrzedzone potrafi lać się po rękach. Co do zmywania - wodą lub wacikiem nasączonym tonikiem. Ja wybieram wodę ;) Po zmyciu pozostawia na skórze lekką warstewkę, którą ja zmywam żelem do mycia twarzy.
Jeśli mowa o działaniu - nie jest źle. Mleczko zmywa cały makijaż z twarzy i oczu za drugim podejściem. Nie zaobserwowałam niestety właściwości pielęgnujących (używałam je jednak zamiennie z innymi produktami) jednak nie zrobiło mi też krzywdy - nie zapchało, nie podrażniło oczu z czym u mnie łatwo.

Skończyłam już swoje opakowanie i nadal nie wiem co o nim myśleć. A raczej nieczęsto się zdarza, żebym po wykończeniu produktu nie była w stanie wystawić mu jakiejś konkretnej opinii. Mleczko ma wielki plus w postaci swojego składu. Po za tym sama nie wiem czy oceniam je bardziej na plus czy na minus. Na pewno nie jest to dla mnie produkt do codziennego użytku. Ze względu na upierdliwość użytkowania. Jeśli robię demakijaż pod prysznicem sprawdza się świetnie. Jednak w momencie gdy chcę pozbyć się makijażu w ciągu dnia sposób aplikacji mnie dobija. Cieszę się, że je kupiłam. I być może kupię je jeszcze kiedyś by postawić je właśnie pod prysznicem jako ratunek dla mojego lenistwa. Ale z pewnością nie zastąpi mi innych produktów do demakijażu.



Cóż za chaotyczna recenzja...
W ciągu najbliższych dni będzie mnie tu trochę mniej.
Dziękuję Wam za ponad 300 000 wyświetleń!

piątek, 8 maja 2015

Tak brzydki, że aż ładny | LAKIER Eclaire 46

Dziś o pierwszym produkcie z kwietniowej oferty JoyBoxa

  Kolekcja klasycznych lakierów do paznokci o specjalnej formule zapewni niepowtarzalne krycie oraz piękny klasyczny wygląd. Super wygodny i płaski pędzel zapewni łatwą i równomioerną aplikacje. Zniewalające kolory niepowtarzalna trwałość, wspaniały błysk i wysoka odporność na ścieranie sprawią, że poczujesz się piękna.


Gdy tylko dowiedziałam się, że w moje ręce wpadnie ten lakier miałam nadzieję, że nie będzie on fioletowy :D Bo to jedyny odcień, jakiego na swoich paznokciach mimo najszczerszych chęci nie umiem tolerować i każdy lakier w tym odcieniu jaki się u mnie przewinął szybko zyskiwał nowy dom. Udało się, choć też nie kipiałam entuzjazmem gdy go zobaczyłam. Odcien 46 to pomarańcz. Mocno rozbielony intensywny pomarańcz. Brzydki. Jednak im dłużej na moich paznokciach gościł upewniałam się, że jest tak brzydki, że aż ładny :D

Pierwszą rzeczą jaka rzuca się w oczy to opakowanie. Niespotykane, dziewczęce, kropką nad i jest z pewnością urocza kokardka na trzonku. Nie mam już nastu lat a nadal lubię taki drobiazgi. Pędzelek zaliczyłabym do tych przeciętnych. Równo przycięty, nie za cienki, nie za gruby - w sam raz. Szczególnie dla tak wąskiej płytki jak moja. Do pełnego krycia wystarczą dwie cienkie warstwy. Jakby się uprzeć wystarczyła by jedna grubsza.
Uprzedzę, że nałożyłam go na bazę Anti-Breakage z Yves Rocher żeby zapobiec odbarwieniu płytki. Jednak mimo faktu nałożenia bazy zachwyciła mnie jego trwałość. Pazury malowałam wieczorem 1 maja, zmyłam je wczoraj wieczorem bez większego uszczerbku - delikatnie starły mi się tylko końce. Jak na moje paznokcie sześciodniowa trwałość to coś na prawdę niesamowitego. Wiadomo, baza też zrobiła swoje ale w przypadku innych lakierów wydłużała ich żywotność o mniej więcej pełną dobę wiec śmiem twierdzić, że tak też jest w tym przypadku.

Podsumowując: lakier Eclair oceniam bardzo pozytywnie. Minusem jest jego cena (20 zł) jednak z drugiej strony żyjemy w dobie powodzenia lakierów Essie za zbójeckie pieniądze i moje założenie 'za lakier nie więcej niż pięć złotych' nie jest jedynym słusznym :D

Znacie?

Przepraszam za odgniotki z pościeli (skończył mi się wysuszacz :<) i stan paznokci.



wtorek, 5 maja 2015

YVES ROCHER | Pure Calmille | Żel do mycia twarzy

O tym, że ostatnio namiętnie obkupuję się w produkty Yves Rocher wie każdy, kto chociaż pobieżnie zerka na posty nowościowe.
Dziś o produkcie, który używałam parę ładnych lat temu i do którego wróciłam. Z dużą dozą niepewności, bo dobrze pamiętam, że owe myjadło nie przypadło mi do gustu (ale miałam też zupełnie inne wymagania wobec tego typu kosmetyków). Czy powrót był udany? Zapraszam na recenzję.


Produkt ma bardzo ładne opakowanie. Przyjemna przeźroczysta pociągła butelka, lekko zwężana po środku. Zamknięcie bezawaryjne, łatwo się otwiera (co w przypadku tej firmy wcale nie jest oczywiste) jednak wiecznie jest ubabrane - śmiem twierdzić, że wina leży po stronie odrobinę zbyt dużego otworu względem jego konsystencji. Ale nic, przeżyję.
Dodam tylko, że dobijają mnie papierowe naklejki z opisem produktu w rodzimym języku - pod wpływem wody papier rozmięka i wygląda to jak psu z gardła.

Żel posiada przyjemny, zielony kolor. Bardzo lekką, płynną konsystencję przypominającą rozrzedzony kisiel. I przyjemny zapach czegoś nieokreślonego, niekoniecznie rumiankowego. Nie zachwyca ale też nie zniechęca do używania.

Jeśli mowa o działaniu - jest dobrze. A w przypadku myjadeł do twarzy jestem diabelnie wybredna. Jak już wspominałam używałam go już kilka lat (7?) temu i nie wspominałam go dobrze - był dla mnie stanowczo zbyt delikatny. Lubiłam się wtedy z mocnym oczyszczaniem, trzeszczącą skórą i morzem piany. Później mi przeszło ;) Na chwilę obecną omijam SLS w żelach jednak dla tego produktu zrobiłam wyjątek i nie zawiodłam się. Żel oczyszcza. Bardzo łagodnie choć skutecznie. Nie powoduje przesuszenia, nie ściąga skóry. Jest zupełnie neutralny. Daje lekką pianę, nie mam problemu ze zmyciem go ze skóry. Jest wydajny. Nie podrażnił, nie uczulił.

Lubimy się. Lubimy się na tyle, że właśnie leci do mnie kolejne opakowanie tego myjadła. A jak wiecie lub nie - nieczęsto wracam do kosmetyków. Cena regularna to 21 zł za 200 ml jednak bez problemu można kupić go za ułamek tej kwoty. Czy warto? Warto :)


niedziela, 3 maja 2015

Jagodowe Love? | KALLOS Blueberry

Mam ogromną słabość do masek Kallosa. Uwielbiam wersję keratynową a i z bananową moje włosy bardzo się polubiły. Idąc za ciosem kupiłam kolejne warianty: algową (która zupełnie się u mnie nie sprawdziła), omega (która poleciała w inne ręce) i jagodową o której dziś kilka słów chcę Wam napisać.

Przypomnę, że jestem posiadaczką włosów bardzo cienkich. Podatnych na obciążenie. Zniszczonych na końcach. Prostych.



Opakowanie jest charakterystyczne dla wszystkich masek z tej serii. Duże, niezbyt poręczne, wykonane ze średniej jakości plastiku. Szata graficzna nie powala ale jestem w stanie jej to wybaczyć. Litr produktu kosztuje około 10 zł. Maski te dostępne są stacjonarnie w Hebe i sklepach fryzjerskich.

Konsystencję maski określiłabym jako standardową dla masek tej firmy - jest średnio gęsta ale nie spływa z włosów. Zauważyłam, że jest o wiele mniej wydajna niż pozostałe warianty. Muszę na włosy nałożyć jej na prawdę pokaźną ilość, żeby zauważyć efekty (o tych za chwilę). Warty wspomnienia jest także zapach - daleki od zapachu jagody. Maska pachnie kwiatowo, dosyć słodko. Zapach jest dosyć męczący i średnio przyjemny dla mojego nosa. Dobijam już końca opakowania
 i mam go serdecznie dość.

Działanie mnie nie zachwyciło. Największą wadą tej maski jest to, że nie ułatwia rozczesywania włosów,nie wygładza ich. Moje włosy wiecznie się kołtunią i wymagam od masek żeby pomogły mi w ich bezproblemowym rozczesaniu. Ta zupełnie się nie sprawdziła. Plusem jest fakt, że producent zaleca trzymać ją zaledwie pięć minut. Nie jestem fanką chodzenia w turbanach i czepkach więc wszelkie maski najczęściej używam jako odżywki do spłukiwania. Tej dałam raz czy dwa szansę i zostawiłam ją na włosach na dłuższy czas. Spektakularnej zmiany w działaniu brak. Maska nie radzi sobie z ujarzmieniem mojego siana. Włosy nadal są suche (no, może ciut mniej niż włosy bez żadnego nawilżacza). Nie błyszczą. Nie są dociążone. I lubią się po niej puszyć. Czuję, że nałożyłam na nie coś ale podobne efekty mogę uzyskać każdym innym produktem do pielęgnacji włosów i to z lepszym skutkiem.

Zasadniczo trudno mi szukać w niej jakichś większych pozytywów. Na pewno nie obciąża włosów i jest tania. Ale to zdecydowanie za mało. Zostało mi jej jeszcze na kilka aplikacji i z radością wywalę opakowanie do kosza. Nigdy więcej.






piątek, 1 maja 2015

ZAKUPY | kwiecień 2015

Jak co miesiąc zapraszam Was na nowości. Jak zawsze jest tego sporo;)

Kwiecień to miesiąc promocji na kolorówkę. Z tą staram się nie szaleć więc i niewiele nowości u mnie. Rossmana olałam, do Natury wyruszyłam po kabuki Essence. Wypatrzyłam go już wcześniej ale jakoś szkoda mi było wydać blisko 20 zł na pędzel niewiadomej jakości. Okazało się, że jak najbardziej byłby jej wart. Jest diabelnie mięciutki chociaż dosyć rzadki. Do wykończenia makijazu w sam raz a właśnie takiego produktu potrzebowałam. A że promocja obowiązywała od zakupu minimum dwóch produktów musiałam coś dobrać. Padło na paletkę cieni Catrice Absolute Rose. O ile kolorystyka zachwyca tak jakość już niekoniecznie. Ale tragedii nie ma a neutralne kolory w codziennym makijażu sprawdzają się jak nic innego. Pokusiłam się też na drobne zamówienie w e-glamour korzystając z dostawy do paczkomatu za złotówkę. Przede wszystkim od dawna miałam chęć na gumki invisibobble wychwalane zewsząd.  Długo się wahałam ale koniec końców są moje i... no nie wiem. Przy okazji przygarnęłam też lakier Rimmel (Rain rain go away) z nowej kolekcji. Jestem zauroczona jego odcieniem, to idealne połączenie szarości, beżu i chłodnego fioletu.

Długo szukałam mgiełek do ciała, które będą mi odpowiadać trwałością i zapachami a dodatkowo nie będą kosztować majątku. Mgiełki Benetton spełniają moje wymagania więc przygarnęłam dwie kolejne do mojej skromnej kolekcji. Wybór padł na Cheering rose i Magnetizing jasmine. Jedna pachnie lepiej od drugiej i na pewno będą mi towarzyszyć w leniwe dni. Na allegro udało mi się w dobrej cenie upolować używkę limitowanych perfum Ming Shu z Yves Rocher. Łączą one przyjemną świeżość i nieduszącą słodycz. Szkoda, że zostały wycofane. Jako prezent do zamówienia w ich sklepie internetowym wybrałam sobie kolejny interesujący mnie zapach czyli Voile d'Ambre. To z pewnością nie opcja na ciepłe wiosenne dni ale jesienią otulająca ambra na pewno będzie często gościć na mojej skórze. To nie koniec zapachowych przyjemności. Małgosia wysłała mi próbkę masła do ciała Moringa z TBS. Jego zapach zauroczył mnie na amen i o ile ceny maseł tej firmy są dla mnie raczej zbyt wygórowane to udało mi się zapolować na wodę toaletową o tym zapachu. Uwielbiam *-*

Bardzo polubiłam się z żelami YR. Bardzo. Mają piękne zapachy, idealną konsystencję i nie robią krzywdy mojej skórze. Dlatego też przygarnęłam spory ich zapas. Kosztowały około połowy swojej ceny regularnej. Skusiłam się na orzeźwiający grejpfrut, słodką (mamba *-*) pomarańczę, karambolę czyli nowość w ich ofercie i moje ukochane tiare. Do tego inne żelowe chciejstwa: nowa Isana Fitness, rabarbarowy żel Kamill po który sięgnęłam po raz kolejny i kremowy żel Apart z noni - lubię od czasu do czasu sięgnąć po żele o neutralnym zapachu.

Reszta zamówienia z YR to peeling brzoskwiniowy z serii Plaisirs Nature - uwielbiam peelingi a wizja brzoskwiniowego zapachu kuuusi. No i ten słoik :D Przy peelingach pozostając zamówiłam jeden z bardziej popularnych produktów do twarzy czy peeling brzoskwiniowy do twarzy. I kolejny peeling, do ciała, z serii Hammam. I masło do ciała do kompletu. Na koniec dwa typowo letnie kremy do stóp - dezodorujący oraz chłodzący z serii lawendowej. Później totalny misz-masz.

Do Eveline mam mieszany stosunek aleee balsam o zapachu żurawiny i cytryny (ktoś się chyba wzorował na Pat&Rub) już dwa razy lądował w moim koszyku by w końcu wrócić ze mną do domu. Pachnie niesamowicie jednak wydaje się być niewydajny. Niestety. Nie udało mi się ostatnio nigdzie kupić szamponu z Evy Naturii więc wróciłam do Barwy [o której przy robieniu zdjęcia zapomniałam]. Firma w końcu pomyślała o zmianie opakowań! Płyn micelarny Pharmaceris wpadł w moje ręce dzięki uprzejmości Pani Magdy a krem Lirene (w nowej szacie graficznej) kupiłam sama bo nie ma on sobie równych :) Na koniec jeden z przyjemniejszych peelingów drogeryjnych - Farmona Sweet Secret w wersji waniliowej.

Od Bandi otrzymałam Stymulator wzrostu rzęs i brwi. Nazwa kosmiczna, cena też (prawie 170zł...). Ale pierwsze efekty już widzę i mam nadzieję, że niebawem zamiast nędzy i rozpaczy będę miała firanki :D

A do tego JoyBOX i paczka ambasadorskaLMP. Jestem kosmetycznie spełniona - ciekawe na jak długo ;))



Znacie, lubicie? :)