czwartek, 30 kwietnia 2015

DENKO | kwiecień 2015

Post śmieciowo-zużyciowy.

KTC Woda różana nie doczekała się odrębnej recenzji bo i niewiele jestem w stanie na jej temat napisać. Sprawdzała się u mnie tak jak i hydrolaty czyli nie zastąpiła mi toniku. Ale przyjemnie używało mi się ją do mieszania glinki, zwilżania skóry w ciągu dnia i po makijażu (szczególnie mineralnym) by zdjąć nadmierną pudrowość. Minus za nieporęczne i ciężkie (szkło) opakowanie. Swoją przelałam do butelki po mgiełce do ciała. Zasadniczo mimo, że tyła nie urywa to przy okazji jakichś zakupów chętnie przygarnę butelkę albo dwie.
Ziołolek Krem pod oczy z opuncją figową 30 + służył mi nawet bardziej jako maseczka pod oczy niż typowy krem. Lubiłam go. Nie zachwycał ale dał mi wszystko czego od niego wymagałam: nawilżenie i natłuszczenie. Raczej nie skusze się na kolejne opakowanie bo zapasy mam spore a i pewnie z pięć innych kremowych chciejstw znajdę w międzyczasie. Chociaż niebawem swoją premierę u mnie będzie miała wersja 20+. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie.

Eva Natura Szampon do włosów z tendencją do łupieżu to mój ulubieniec. Świetnie oczyszcza jednak nie plącze włosów. A mam z tym naprawdę spory problem. Na dodatek poratował moją skórę głowy go inny szampon zrobił mi krzywdę. Wrócę do niego, z pewnością. Wróciłabym do niego już ale niestety nie znalazłam go na sklepowej półce więc minus za dostępność. Ale co to za minus przy tak dobrym i tanim jak barszcz kosmetyku.
Yves Rocher Szampon oczyszczający mnie nie zachwycił. Mył bo mył. Ale znam szampony, które robią coś więcej i ten na ich tle wypada dosyć przeciętnie. Plus za brak SLSów i gęstą pianę. Minus jak stąd do niewiemkąd za zapach. Wiernie oddany zapach soku ze świeżej pokrzywy. A fuj. Podobała mi się jego butelka ale do szału doprowadzał mnie korek - strasznie trudno było go otworzyć ale to chyba domena produktów z tej firmy.
Hair Up suchy szampon z Biedronki. Słaby był. Słabiutki. Nie bielił ale też nie odświeżał włosów. Psikanie nim to była głupiego robota to efekty były nieznaczne. Ale ładnie pachniał ;))

Lirene żel do higieny intymnej Rumianek. To moja druga zużyta butelka i pewnie nie ostatnia mimo, ze na chwilę obecną zastąpiłam go czymś innym. To inne coś dobija mnie swoją wodnistą konsystencją więc jeszcze bardziej za Lirenkiem tęsknie. Ładnie pachniał, ładnie się pienił, nie przelewał się przez palce i był wydajny. Minus za dostępność. Szukałam w Naturze i Rossmanie i widziałam tylko jego zielonego brata. Albo ja szukać nie umiem ;)
Yves Rocher żel pod prysznic Tiare. Znalazłam idealny [ciekawe na jak długo ;)] żel pod prysznic. Ma świetną, gęstą konsystencję, pieni się aż miło jednocześnie nie podrażniając i nie wysuszając skóry. Plus za ładne opakowanie, minus za problem z otwieraniem. Ale zapach... Zapach rzucił mnie na łopatki i mam trzy kolejne sztuki z zapasie. Jest intensywny chociaż nie duszący. Fanki słodkich, kwiatowych zapachów - będziecie zachwycone.
White Flower Mydło błotno-solne uważam za bardzo przyjemny produkt. Mydło jak mydło - myło. Nie przesuszało jednak genialnie i bardzo intensywnie oczyszczało skórę. Miało zatopione bardzo drapiące drobinki więc dla wrażliwców odpada jednak fanki drapaków powinny się mu przyjrzeć :) Plus za niewygórowaną cenę i dobrą dostępność (8 zł/Rossman)

Vintage Body Oil peeling dwufazowy to bubel. Bubel ogromny. Tłusty, oblepiający, zostawiający na skórze warstwę nie do domycia... Dobrze zdzierał i pięknie pachniał ale to nie zmienia faktu, że jest to kosmetyk praktycznie nie do użytku. Będę się trzymać z daleka.
Yves Rocher Olejek peelingujący do dłoni miał ciekawą konsystencję i świetny zapach. I zasadniczo tutaj plusy się kończą bo peelingował przeciętnie a na dodatek był niewydajny. Nie wysuszał mi skóry ale nie miał też żadnych pielęgnujących właściwości. Jestem na nie.


Evree Olejek Super Slim zbiera w sieci dobre opinie. Mi nie przypadł niestety do gustu. Nie robił nic ponad działanie każdego innego oleju a na dodatek niebyt przyjemnie pachniał. Na niekorzyść działa też jego cena bo tego typu produkty można kupić taniej (chociażby oliwkę Babydram czy na bogato olejki Alterry). Ani Slim ani Super. Nie kupię.
Pat&Rub masło do ciała Relaksujące [brak zdjęcia, na śmierć o nim zapomniałam] to moje zrealizowane chciejstwo. Drogie chciejstwo. Które nie powaliło mnie można na kolana ale trudno jest mi w nim szukać wad poza ciut za wysoką ceną. Dobrze nawilżało i odżywiało skórę, zasługą był piękny skład. Dodatkowo zapach choć specyficzny przypadł mi do gustu. Tylko trudno ten balsam nazwać masłem no ale...
Yves Rocher mleczko do ciała o zapachu karmelizowanej gruszki. Nie ma się co oszukiwać - to zapach robił ten produkt. Zapach cierpki i słodki jednocześnie. Szalenie przyjemny. I mimo, że nie kupiłam wody toaletowej dostępnej w tej limitowance stwierdzając, że nie będę chciała tym pachnieć na co dzień to teraz kurde żałuję. [Nie ma ktoś na zbyciu??]. Ale samo mleczko jako mleczko dawało radę - mimo bardzo lekkiej konsystencji całkiem nieźle poradziło sobie z nawilżeniem mojej skóry.
Lirene krem do stóp 20% Urea polubiłam. Nie tak jak wersję z 30% stężeniem mocznika ale polubiłam. To moja druga zużyta tubka i myślę, że w moich denkach jeszcze się pojawi. Faktycznie pozbywał się szorstkości stóp bo świetnie je nawilżał i wygładzał. Pozostawiał na skórze przyjemną warstewkę. Zapach ma niezbyt ciekawy ale na szczęście stopom do nosa daleko ;)

Saszetki. Dwie wychwalane zewsząd maseczki Ziaji z serii liście zielonej oliwki. Mnie nie zachwyciły. O ile wersja oczyszczająco ściągająca daje radę (ale znam lepsze) to regenerująca zupełnie nie sprawdziła się na mojej mieszanej skórze zostawiając na niej oblepiającą warstewkę, której nienawidzę. Połowę oddałam mamie - posiadaczce bardzo suchej skóry - u niej wchłonęła się błyskawicznie do matu ale spektakularnego odżywienia brak.
Nigdy nie miałam masek do włosów z Biovaxu więc skusiłam się na te maleństwa (oprócz Biedronki są też dostępne w Lidlu za 1.29 zł). Pierwszą kupiłam do włosów suchych i zniszczonych i okazała się być totalnyyym nieporozumieniem. Nie zrobiła z moimi włosami nic, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że wyglądały gorzej niż przed myciem. Wersją do włosów słabych pokusiła mnie Małgosia i chwała jej za to. Jest świetna. Wygładziła, nawilżyła i ujarzmiła moje suche siano. Na pewno w dalszej przyszłości skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie.

Teraz Wy. Znacie, lubicie? :)





wtorek, 28 kwietnia 2015

JOY BOX | Wiosna Trendy

"Wiosna trendy" to trzecia odsłona, a zarazem pierwsza edycja specjalna JOY BOX. Tym razem postawiliśmy na kosmetyki, które pomogą odzyskać blask po zimowych dniach i przygotować się na nadejście wiosny. W boxie znalazły się wyselekcjonowane miniatury oraz kosmetyki pełnowartościowe, których wartość sięga nawet do 300 zł! Całość została opakowana w piękne, ekskluzywne pudełko ze srebrnym logo.


Inicjatywę JoyBoxa jako jedynego słusznego boxa chwaliłam na blogu już przy okazji edycji z lutego na którą nie skusić się nie mogłam. Czym różni się pudełko Joy od pozostałych popularnych pudełek? Nie kupujemy kota w worku. Mimo, że kupuję dużo nie lubię zakupów w ciemno. Dlatego inne firmy mimo długich miesięcy na rynku nie zdążyły mnie skusić swoją ofertą. Tu jest inaczej. Nie dość, że znamy wszystkie dostępne produkty w standardzie to jeszcze na dodatek mamy wybór produktów dodatkowych. Pudełkowy raj. W świetnej cenie patrząc na wartość zawartych w nim kosmetyków.

Aktualna edycja jest pierwszą w edycji specjalnych (oby nie ostatnią!) i jej koszt wynosił 59 zł. Wynosił bo już dawno wszystkie pudełka zostały wymiecione. Wersje standardowe kosztowały 49 zł. Jeśli jednak macie ochotę zapolować na kolejne pudła (lub obecne) polecam śledzenie mediów społecznościowych na przykład FB.

Ale przejdźmy do najciekawszego czyli zawartości:


A tam dobroci co nie miara. Od lewej do prawej

  • pełnowymiarowe nawilżające mleczko łagodzące Tołpa
  • pełnowymiarowa odżywka Timotei Drogocenne Olejki
  • pełnowymiarowy krem matujący AA Hydro Algi
  • pełnowymiarowe żurawinowe mydło Stenders
  • płyn micelarny Dermedic Hydrain3 100 ml
  • Glov Quick Treat
  • maseczka Etre Belle
  • krem BB Embryolisse
  • lakier do paznokci Classic Collection Eclair
  • magazyn Joy
  • pełnowymiarowy! tusz MAC In Etreme Dimentision Lash 3D


Zawartość w tym miesiącu oceniam bardzo pozytywnie. Przyjemny misz-masz kolorówki i pielęgnacji. Nie oszukujmy się - to pudełko z pewnością robi tusz MAC. I pewnie większość z Was skusiło się na to pudełko z jego powodu (jeśli jest inaczej to mnie poprawcie). Pojawiły się tu także produkty tańsze (AA czy Timotei) jednak są to kosmetyki pełnowymiarowe a nie marne próbki czy miniatury.

Swoje pudełko dostałam jednak bez wahania kupiłabym je samodzielnie podobnie jak poprzednią edycję. I pewnie nie jedną następną ;)

A Wy macie już swojego JOY BOXA?

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

ISANA | olejek do włosów | HAIR PROFESSIONAL

Są produkty do których napisania recenzji nie mogę się zabrać. Ten jest jednym z nich. Dlaczego? Nie wiem. Mam wyrobioną na jego temat opinię od dawna, sam olejek już parę razy na blogu się przewinął a nadal nie doczekał się zasłużonego, odrębnego postu. Czas to zmienić.


Olejek ten zapakowany jest w wygodną i trwałą plastikową butelkę z wygodną pompką, która aplikuje ilość produktu w sam raz na jedną aplikację (na moje średniej długości włosy). Olejek posiada przeźroczystą butlę, intensywny żółto-pomarańczowy odcień to zasługa zawartości.

Zawartość ma też przepiękny zapach. Typowo orientalny, nie duszący. Pozostaje dosyć długo na włosach. Olejek ten jest stosunkowo bogaty jeśli mowa o jego konsystencji. Jednak wrażenie ciężkości dają tu silikony, nie jest przesadnie tłusty. Mimo, że nie jest to lekki produkt nie obciąża on włosów. A włosy mam bardzo cienkie i na obciążanie podatne. W porównaniu do kuracji z olejkiem arganowym Mariona nie muszę go też reaplikować (co bywało upierdliwe).

Jeśli mowa o działaniu nie mogę narzekać. Stosuję go na suche włosy po umyciu. To dobry produkt do zabezpieczania końców. Dodatkowo wyraźnie wygładza i nabłyszcza włosy. Ułatwia ich rozczesanie. Aplikuję go wyłącznie na końcówki (od ucha w dół).

Ale oprócz typowej funkcji wykończeniowej na suche lub mokre włosy producent zaleca używanie tego produktu również przed myciem (olejowanie?). Nie do końca byłam (i jestem nadal) do tego przekonana ze względu na skład kosmetyku. Faktycznie znajdziemy oleje (słonecznik i argan) ale główne skrzypce grają sylikony, które większych właściwości pielęgnacyjnych nie posiadają. Chociaż nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała. I efekty były... całkiem przyjemne. Olejek dobrze się spłukał (włosy nie były tłuste) zapewniając wygładzenie i blask. Tylko sama nie wiem ile w tym działania olei a ile pozostałości po oblepiaczach. 

Produkt ten kosztuje 15 zł za 100 ml. Taka pojemność w przypadku kosmetyków, których używamy w minimalnych ilościach jest nie do zużycia i osobiście zadowolona byłabym, gdyby dostępne były mniejsze pojemności (nie ciepię gdy coś się marnuje). Nie zmienia to jednak faktu, że stosunek ceny do jakości jest jak najbardziej w porządku i śmiało mogę Wam ten olejek polecić.


Znacie, lubicie?

niedziela, 26 kwietnia 2015

BUBEL: YVES ROCHER | hydra vegetal | TONIK nawilżający

Tonik to produkt, którego w mojej pielęgnacji skóry nie może zabraknąć. Jednak znalezienie ideału w moim przypadku było i długie i żmudne. Gdy już ideał znalazłam stwierdziłam że używanie jednego produktu na okrągło mnie nudzi więc zaopatrzyłam się w parę chciejstw. Dziś o toniku nawilżający Yves Rocher, który z pewnością gości u mnie po raz ostatni.


Opakowanie pod względem wizualnym jest na prawdę przyjemne. Niestety jak większość produktów tej firmy trudno je otworzyć. Tonik pochodzi z nawilżającej serii hydra vegetal dedykowanej skórom normalnym i mieszanym, która utrzymana jest w odcieniach błękitu. Zwrócę też uwagę na przyjemny zapach, z gatunku odświeżających jednak bliżej mu do perfum niż odświeżacza powietrza. W ogóle ta firma w kwestii zapachów jest fantastyczna i co jeden produkt to przyjemniejsza woń.

Muszę przyznać, że kupując tonik nawilżający zakładałam, że raczej skład nie będzie zły. Mój błąd. Teraz pluję sobie w brodę, że go nie zweryfikowałam przed zakupem. No ale denat alkohol w toniku nawilżającym? Rocher, serio? No ale nie byłabym sobą gdybym go nie wypróbowała. I w sumie kilkanaście dni używałam go bez większego problemu. Nie ściągał, nie powodował pieczenia, fajnie odświeżał. Jednak w pewnym momencie na skórze policzków i nosie pojawiło się piękne przesuszenie. Tonik odstawiłam. Na chwilę obecną używam go tylko przed maseczką oczyszczającą dwa razy w tygodniu - ot, jako dodatek bo chcę go jakoś zużyć. Ale jak już wspominałam nie planuję powrotu. Cena regularna to 29 zł jednak często można go kupić za dychę. Chociaż nawet tej dychy szkoda ;)

Swoją drogą zamieniłam go na inny tonik tej firmy i ten wzbudził we mnie zachwyt. Mam nadzieję, że z kolejnymi użyciami nic się nie zmieni i będę mogła Wam za jakiś czas napisać peany pochwalne na jego temat :)


Znacie?

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

TOŁPA by Mariusz Przybylski | CLEAN | balsam-olejek do demakijażu twarzy

Z Tołpą przez długi czas było mi nie po drodze. Nie, że produkty tej rodzimej marki mnie nie kusiły - bo kusiły. Ale ceny regularne niekoniecznie zachęcały mnie do moich ulubionych - szybkich i spontanicznych - zakupów. Zmieniło się to to odkryłam Tołpowe promocje. Przepadłam. A kosmetyki tej marki zagościły u mnie na dobre. Dziś o pewnym maleństwie, które przytuliłam przy okazji moich ostatnich zakupów na ich stronie internetowej.


Produkt ten pochodzi z linii by Mariusz Przybylski. Kim jest ów Mariusz musiałam wyguglać (projektant, kto by pomyślał) i w sumie trochę mnie dziwi tego typu współpraca. Mająca nadać kosmetykom prestiżu i aspiracji do konkurowania (również cenowo) z produktami z wyższej półki. No nie wiem. Za to jej efekt (wizualny) uważam za naprawdę udany. Opakowanie kosmetyku jest po prostu ładne. Jednocześnie niezbyt funkcjonalne bo do lejącej konsystencji dużo bardziej pasowało by opakowanie z pompką. Pełnowymiarowe opakowanie również pozbawione jest tego udogodnienia. Jednocześnie jakość czyli ta odlepiająca się naklejka też mnie odrobinę irytuje przy całej tej wysokopółkowej otoczce.

Najciekawsza w tym kosmetyku wydaje mi się być jego formuła. Bo słyszałyście wcześniej o balsamie-olejku do demakijażu? Ja nie. Chociaż po Tołpowych kokonach i blaskach nie jest to coś, czego bym się nie podziewała ;) Produkt ten jest rzadką, lejącą emulsją w kolorze białym. Pod wpływem masażu na skórze faktycznie robi się oleista. Jednak nadal zachowuje swoją lekkość. Bardzo łatwo zmywa się wodą. Pozostawia na skórze uczucie komfortu bez wyczuwalnej warstewki. Jest skuteczna - radzi sobie z typowym makijażem przy użyciu bazy, podkładu i pudru.

Minusem jest jej funkcjonalność. Jest to produkt dedykowany wyłącznie do demakijażu skóry twarzy. Mi to niekoniecznie wadzi bo zazwyczaj używam do oczu i do twarzy odrębnych kosmetyków, jednak jeśli ktoś nie lubi się bawić i robi wszystko za jednym zamachem raczej się na ten produkt nie skusi. O tym, że nie można jej używać do oczu przeczytałam na etykiecie, jednak któregoś dnia wieczorne zmęczenie zamroczyło mnie na tyle, że użyłam go również do oczu. Balsam ten szybko mnie otrzeźwił (nie żebym piła bo na stare lata zostałam prawie-abstynentem) koszmarnym pieczeniem i zaczerwienieniem oczu, które przez długie minuty nie chciało zelżeć mimo płukania oczu strumieniem zimnej wody. Trudno mi traktować to jako wadę kosmetyku, który posiada wyraźne zalecenie by oczy omijać ale warto o tym wspomnieć ku przestrodze.

Trudno mi silić się na jakieś konkretne podsumowania. 50 złotych za 125 ml (13zł/30ml) produktu do demakijażu twarzy to nie moja półka cenowa i nie zamierzam inwestować w kolejne opakowanie nawet gdy taki produkt nie rujnuje mojego portfela. Znam ogrom produktów o podobnej skuteczności w mniej wygórowanych cenach. Warto nadmienić, że ten balsam nie jest szczególnie wydajny i ze względu na płynną konsystencję i swoje opakowanie dosyć łatwo wylewa się w sporych ilościach na dłoń. Nie zmienia to faktu, że sama formuła jest dosyć ciekawa a dostępność w wersji mini zachęca do testów.








niedziela, 19 kwietnia 2015

DR IRENA ERIS | dwufazowy płyn do demakijażu

Nie jestem wielką fanką płynów dwufazowych. Od oleistych konsystencji preferuję wodniste micele. Po dwufazy zazwyczaj sięgam tylko w momentach krytycznych - gdy jakiś produkt okazuje się być tak trwały, że żadnym sposobem z oczu nie chce zejść. Ale ostatnio od płynów dwufazowych się u mnie zaroiło - ten otrzymałam w ramach PR, dwufazę Delii w JoyBoxie a wychwalany płyn z Yves Rocher kupiłam przy okazji któregoś z zamówień. Wzięłam się więc za ich używanie zaczynając od tego :)

blokowisko :<

Płyn ten posiada przyjemnie opakowanie w kształcie walca z tradycyjną zakrętką. Swoją drogą nie wiem czemu producenci chyba wszystkie tego typu produkty raczą takimi zakrętkami zamiast innymi popularnymi rodzajami zamknięć. No ale, niech będzie. Estetyka opakowanie podoba mi się bardzo. Jest dosyć minimalistyczna ale nie brakuje potrzebnych informacji. Butla jest przeźroczysta dzięki czemu widać i zużycie i ładny kolor płynu (to chyba brzmi śmiesznie :D).

Produkt ten w porównaniu do innych kosmetyków tego typu pozytywnie się wyróżnia swoją konsystencją. Obie fazy bardzo łatwo połączyć, produkt zmieszany utrzymuje się dłuższą chwilę dzięki czemu nie musimy nim co chwilę machać. Konsystencja jest niezwykle przyjemna. Jest bardzo lekka, niby olejowa ale przyjemnie jedwabista. Nie tłuści skóry mimo, że pozostawia na niej delikatną warstewkę. Nie pozostawia zamglonych oczu. Jednocześnie dobrze radzi sobie z makijażem. Nawet mocnym makijażem oczu z użyciem czarnej kredki jako bazy. Niestety nie wiem czy poradzi sobie z tuszem wodoodpornym ale nie zapowiada się bym miała w przyszłości zostać takiego posiadaczką. Nie uczulił mnie, nie podrażnił, nie spowodował pieczenia ani innych nieprzyjemnych objawów.

To na prawdę przyjemny produkt. Schody zaczynają się gdy mowa o cenie - płyn dwufazowy z linii Cleanology kosztuje w cenie regularniej 40 zł za 100 ml. Sporo. Jednak komfort jego użytkowania i niezła wydajność faktycznie mogą skusić. Ja z pewnością poczekam na dobrą promocję jeśli będę chciała do niego wrócić bo mimo udanej przygody... nadal wolę micele :D



sobota, 18 kwietnia 2015

APIS | Optima | Peeling do ciała

W lutowej edycji JoyBoxa jako jeden z produktów wybrałam sobie peeling do ciała marki Apis. Apis przed erą kosmetyków kojarzył mi się tylko z... miodami ;) Jednak mimo wspólnej nazwy jedna firma z drugą niewiele ma wspólnego. Moja wcześniejsza przygoda z produktami tej marki ograniczała się wyłącznie do kremu żurawinowego, który to używałam parę lat temu. Był to czas, gdy odrobinę zaczęłam interesować się składami i choć sam krem mnie nie zachwycił to sentyment pozostał.


Peeling ten zapakowany jest w wygodną tubę utrzymaną w biało zielonej kolorystyce. Przyjemną sprawą jest fakt, że otwarcie zabezpieczone jest plombą, co daje nam gwarancję świeżości kosmetyku. Mała rzecz a cieszy.

Konsystencja tego produktu jest całkiem przyjemna. Żel jest średnio gęsty jednak nie jest też zbyt rzadki przez co nie spływa po skórze a dzielnie się jej trzyma ułatwiając nawet dłuższy masaż. Drobinki w nim zatopione to sól morska i lawa wulkaniczna. Są niewielkie chociaż bardzo twarde i ostre. Mimo, że są maleńkie jest ich naprawdę sporo. Efekt złuszczający ma naprawdę świetny - peeling drapie jak marzenie a skóra jest oczyszczona, wygładzona i pije wszelkie nawilżacze jak gąbka. Mimo dosyć mocnego drapania produkt nie podrażnia skóry. Producent obiecuje nam również działanie detoksykujące jednak trudno jest mi to ocenić.

Skład ma całkiem przyjemny, bogaty w ekstrakty. Z zielonej herbaty, grejpfruta, bambusa i jaśminu. Zawiedziona jednak jestem jego zapachem, który przez producenta określony jest jako zmysłowy aromat świeżego kwiatu jaśminu. Brzmi to dobrze (i kusząco!) ale sam zapach jest na tyle neutralny, że trudno doszukiwać mi się w nim wyraźnej nuty tego kwiatu. Pachnie, bo pachnie. I pachnie całkiem przyjemnie. Ale pachnie niczym konkretnym z kwiatową nutą. Mogło być lepiej.

Muszę przyznać, że ten produkt oceniam bardzo pozytywnie. Bardzo. Mogę go nawet nazwać ulubieńcem bo w dalszej przyszłości nie zawaham się przed zakupem kolejnego opakowania. Również za względu na zachęcającą cenę (do 20 zł) za 200 mililitrów pojemności. Niewielki minus za średnią dostępność. Mimo wszystko, warto.


czwartek, 16 kwietnia 2015

FRESH JUICE | żel pod prysznic | Lychee & Raspberry

Jakiś czas temu w poszukiwaniu nowości (se se se) zbłądziłam na stronę internetową drogerii Wispol. Jak żem wlazła to i przepadłam. I nadal jestem z siebie diabelnie dumna, że ograniczyłam zakupy do dwóch chciejstw. Chciejstwa te były żelami pod prysznic producentów rodzimych, których nie udało mi się do tej pory dorwać u siebie. Swoją drogą zazdroszczę niesamowicie tym, które mają tę drogerię dostępną stacjonarnie - tyle dobroci w jednym miejscu *-* Ale nie ma co płakać - kto mnie śledzi wie, że większość moich zakupów i tak robię online.

Oba żele łączył wspólny mianownik - aromat liczi. Dziś o produkcie Fresh Juice, który oprócz liczi pachnieć miał też maliną. A na dodatek miał być kremowy. A kto nie lubi kremowych żeli niech pierwszy rzuci kamień ;))


Opakowanie pod względem estetyki nie powala. O ile zdjęcie owocków jest przyjemne tak czcionka psuje efekt ewidentnie i wygląda dla mnie jakoś tak... tanio. Nie że tanie jest złe (bo często nie jest) ale kto nie lubi się otaczać rzeczami ładnymi? Nawet jeśli ta ładna rzecz to tylko żel pod prysznic ;) Sama butla jednak mimo swojej dużej pojemności jest funkcjonalna a zamknięcie na klik znacząco ułatwia aplikację.

Konsystencja żelu jak na produkt kremowy jest... marna. Typowa dla większości żeli pod prysznic, przypomina te z Isany czy Balei czyli jest stosunkowo rzadka jednak nie zbyt rzadka by przelewała się przez palce (mój obecny żel do higieny intymnej ma do tego nieznośną tendencję). Więc gdzie ta kremowość? W pianie. Ten niepozorny żel pieni się niesamowicie tworząc pianę niczym pianka do golenia. Jest konkretna (ale nie przesadnie gęsta), mięciutka i jest jej dużo.

Jeśli mowa o właściwościach pielęgnacyjnych jest nieźle. Nie, nadal nie wierzę, że żel pod prysznic zrobi cuda z moją skórą bo nie takie jego zadanie. Żel ma myć. Jednak ten dodatkowo nie robi mi też krzywdy. Zawiera SLS jednak nie powoduje podrażnień, wysuszania czy ściągnięcia skóry. Wspomniałam już o SLS to pozostanę przy składzie. Jest długi jednak znajdziemy w nim i ekstrakty (z malin i liczi) i pantenol i witaminę B3 czy pochodną retinolu. I inne cuda. I to nie na szarym burym końcu. Jest też alkohol ale nie robi on krzywdy więc mi nie wadzi.

Zapach nie do końca pokrył się z moimi wyobrażeniami. Ani to liczi ani to malina. Ani nie malina z liczi tym bardziej. Zapach kojarzy mi się mocno z malinowymi kaszkami dla dzieci. Takimi z Bobovity na przykład. Swego czasu bardzo je lubiłam mimo, że z wieku dziecięcego wyszłam już dosyć dawno a same kaszki jadłam gdy byłam bliska legalnego spożywania alkoholu :D Zapach złamany jest lekką niezidentyfikowaną dla mnie cierpką (?) nutą i tutaj podejrzewam, że jest to wariacja na temat liczi właśnie. Po kąpieli pachnie mi nim cała łazienka jednak na skórze jest dosyć ulotny.

Muszę przyznać, że moja przygoda z żelem tej firmy (dla ciekawych - to ten sam producent co Green Pharmacy) jest całkiem udana. Ogromna pojemność (500 ml), cena (7 zł), wydajność i właściwości na pewno mogą zachęcić do zakupu. Jeśli mowa o zapachu - co kto lubi. Jeśli się z nimi spotkacie - warto spróbować :)


Na FB drogerii można sobie kliknąć kod na darmową wysyłkę (od 100zł) :)

wtorek, 14 kwietnia 2015

Pielęgnacja twarzy | KWIECIEŃ 2015

Posty na temat pielęgnacji twarzy i recenzje produktów jakie używam są bezsprzecznie moimi ulubionymi. Czas więc na aktualizację mojej pielęgnacji bo od poprzedniego razu nastąpiła już spora rotacja kosmetyków jakie w siebie wcieram :)

Jestem posiadaczką skóry mieszanej. Normalnej na policzkach, suchej i cienkiej pod oczami i przetłuszczającej się w strefie T. Niezbyt problematycznej chociaż nieidealnej. Do frustracji doprowadzają mnie wielkie pory na nosie i zmarszczki pod oczami. Mam 25 lat.

Demakijaż. Ostatnio wykonuję go stosunkowo rzadko bo i z taką częstotliwością nakładam makijaż (a kiedyś bez niego nie wyszłabym z domu, kto by pomyślał...). Obecnie goszczą u mnie trzy produkty, które używam zamiennie w zależności od tego w jakich warunkach makijażu się pozbywam. Mleczko oczyszczające Sylveco kupiłam bo pokusiła mnie nim Azime, naczelna kusicielka jeśli mowa o ofercie tej firmy. Od dawna nie stosowałam tego typu produktów i zasadniczo trudno mi piać nad nim z zachwytu. Jestem dzieckiem miceli (ha, a aktualnie żadnego nie używam) i mleczko mimo świetnego działania niekoniecznie sprawdza się u mnie jako produkt codziennego użytku. Napiszę o nim więcej w odrębnej recenzji bo targają mną mieszane uczucia i trudno opisać by mi je było w kilku słowach. Drugim produktem jest ten dedykowany oczom czyli płyn dwufazowy Dr Ireny Eris. Jestem zauroczona jego  jedwabistą konsystencją i jednocześnie skutecznością połączoną z delikatnością. Wolę nie sprawdzać jaka jest jego regularna cena bo pewnie będzie mi przykro ;) I na koniec balsam-olejek Tołpy, który padł w moje ręce jako gratis do zamówienia (za zawrotną kwotę 7.75 zł - uwielbiam tę firmę pod względem promocji). Nie porwał mnie szczególnie chociaż nie mogę zarzucić mu braku skuteczności. Jednak niewielka wydajność i wygórowana cena raczej nie zachęcą mnie do wydania na niego pieniędzy,

Oczyszczanie i tonizacja. Serduszkowe maleństwo to mydło aleppo z kadzidłowcem, które dawno temu dostałam jako gratis do zamówienia a które w końcu doczekało się swojej premiery. Mydło jak mydło - oczyszcza mocno pozostawiając skórę skrzypiąco-trzeszczącą. Na chwilę obecną na szczęście nie zaobserwowałam wysuszenia. Nie jestem jednak przekonana do używania mydeł do twarzy dwa razy dziennie dlatego też w użyciu mam żel PureCamille Yves Rocher. Do tego wróciłam po latach i o ile kiedyś nie pasował mi zupełnie tak teraz uważam go całkiem niezły produkt. Nie zachwycający ale ja w przypadku żeli bardzo kapryszę i krytykuję. Na koniec tonik Serum Vegatal Yves Rocher. Po ogromnej porażce z innym tonikiem tej firmy (o tym za chwilę) ten polubiłam i mimo, że nie stosuję go zbyt długo to uważam, że ma ogromny potencjał by stać się moim ulubieńcem. Przypomina mi tonik hibiskusowy Sylveco głównie ze względu na swoją konsystencję jednak działanie (przynajmniej na obecną chwilę) wydaje mi się być bardziej spektakularne o ile o takim działaniu możemy mówić w przypadku toniku. Aplikuję go dłońmi wklepując niczym serum dwa razy dziennie.

Poczułam wiosnę (se se se) więc w końcu sięgnęłam po wychwalany krem nawilżający matujący 25 + Ziaja. Pierwsze wrażenia mam mocno mieszane. Niby nawilża, niby matuje, niby ładnie trzyma mi się na nim makijaż ale czegoś mi w nim brakuje. Przyzwyczajona jestem do kremów o konkretniejszym działaniu pielęgnacyjnym i w porównaniu z nimi wydaje mi się być on taki... nijaki. No nie wiem. Na noc używam krem brzozowy z betuliną Sylveco. Tutaj również nie udało mi się wyrobić na jego temat jakiejś konkretniejszej opinii. Głównie jeśli mowa o jego konsystencji, która czasem mnie zachwyca a czasem irytuje. Są dni gdy przepięknie się wchłania, kiedy indziej budzę się rano i pierwsze co robię to ścieram ze skóry paskudną oleistą warstewkę.
O skórę pod oczami dbam przy pomocy kremu Ziołek 30+ - stosuję go na noc w dużej ilości bardziej jako maseczkę niż typowy krem. To całkiem niezły produkt nawilżająco-natłuszczający (choć bez efektu wow) w niewielkiej cenie. Doczekał się już recenzji więc ciekawych pozwolę sobie do niej odesłać. Na dzień stosuję rewitalizujący krem uelastyczniający Tołpy. Czy zdziwi stwierdzenie, że mam wobec niego mieszane uczucia? :D Niebawem spłodzę mu recenzję mimo, że nadal nie wiem czy lubię go czy też nie...

Taki misz-masz. Tonik Yves Rocher Hydra Vegetal ze względu na zawartość alkoholu w składzie po zużyciu około jednej piątej opakowania (nie spojrzałam na skład w momencie zakupu mimo wszystko postanowiłam dać mu szansę) zaczął przesuszać mi skórę. Tonik nawilżający. O ironio. Szkoda mi go wyrzucić więc aktualnie stosuję go punktowo na wszelkie buby i całościowo na twarzy raz czy dwa w tygodniu. Olejek Magic Rose Evree już wychwalałam w recenzji. Jest diabelnie wydajny więc nadal u mnie gości. Używam go głównie do skóry szyi i dekoltu jednak bez obaw nakładam go również na twarz. Nie będę się powtarzać ale to na prawdę dobry kosmetyk. Upodobałam sobie mieszanie go z tonikiem. Krem Nuxe Sun głównie leży i czeka na nadmiar wolnego czasu jednak zdarza mi się go użyć gdy wszystkie podkłady stają się dla mnie zbyt ciemne. Lubimy się.

Misz-masz numer dwa. Nie wyobrażam sobie życia bez peelingów. Otworzyłam kolejne opakowanie mojego ulubieńca czyli Subtelnego peelingu enzymatycznego Bandi i peeling Sylveco. Ten drugi trochę mnie zdziwił. Pewnie dlatego, że po przeczytanych recenzjach spodziewałam się czegoś delikatnego. Guzik prawda - korund nawet w łagodnej bazie zdziera aż miło. A ja mocne zdzieranie lubię. Mam jednak spore zastrzeżenia do jego zapachu i gdy przychodzi mi peelingu użyć zdecydowanie częściej sięgam po ten z Bandi. Nie może też u mnie zabraknąć maseczki oczyszczającej, tym razem z Yves Rocher. Kocham jej zapach i tu miłość się kończy. Zawiera alkohol i użyta solo powoduje u mnie pieczenie w okolicy skrzydełek nosa. Znalazłam na nią sposób i tak jak zwykłą glinkę w proszku połączyłam ją z olejem co złagodziło wysychanie i wyeliminowało pieczenie dając dodatkowo efekt pielęgnujący. Maseczka tonizująca Bani Agafii częściej gościła pod moimi oczami ze względu na rewelacyjny efekt chłodzenia. Pod oczy używałam również kolagenową maseczkę z Skinlite, która okazała się być jednym z lepszych zakupów ostatnich tygodni.


No to teraz Wy. Znacie, lubicie, co polecacie? :)

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Pielęgnacja włosów | KWIECIEŃ 2015 | wersja 4

Dawno nie pisałam jak pielęgnuję moje włosy więc czas to nadrobić. Jestem posiadaczką włosów cienkich i rzadkich a moją największą bolączką na chwilę obecną jest ich wypadanie. Kłaki lecą garściami i mimo, że odrobinę udało mi się już to ograniczyć to i tak dobrze nie jest a i kolejny etap lecących włosów mnie czeka bo ostatnie dni do najlepszych niestety nie należą. Wypadanie w moim przypadku praktycznie zawsze spowodowane jest wzmożonym stresem. A w związku z faktem, że oprócz rzeczy poważnych i ważnych potrafię stresować się każdą pierdołą boję się, że za lat parę będę łysa jak kolano. Dziś o produktach, którymi walczę o każdy włos słów kilka. Za jakiś czas zaczną pojawiać się konkretne recenzje.

Parę tygodni temu przestałam myć włosy codziennie. Wynikało to głównie z lenistwa i mojego umiłowania do noszenia związanych włosów. W przypadku kucyka mogę olać fakt, że moje włosy są totalnie przyklapnięte i udawać, że tak ma być. Jeśli mowa o szamponach jakie używam najczęściej jest to totalna loteria. Zakładam, że szampon ma myć i nie robić mi krzywdy. Ostatnio na co dzień sięgam po szampon oczyszczający Yves Rocher (bez SLS), z którego zadowolona niestety jestem średnio. Myć myje ale od szamponu stricte oczyszczającego śmiem wymagać trochę więcej no i zniechęca mnie do niego paskudny zapach świeżego soku z pokrzywy. Brrr... Drugim szamponem jest mój szampon ratunkowy z Evy Naturii dedykowany włosom z tendencją do łupieżu. To typowy rypacz, który oczyszcza włosy i skórę głowy jak marzenie jednocześnie w porównaniu do innych tego typu produktów nie przesusza i praktycznie nie plącze włosów. To już moja druga butelka i na pewno zostanie ze mną na dłużej, doczekał się też już odrębnej recenzji. Produktem numer trzy jest nowość, którą użyłam zaledwie dwa czy trzy razy mianowicie szampon przeciw wypadaniu włosów Ziaja, którym pokusiła mnie Gosia. Pierwsze wrażenia mam niestety nienajlepsze ale dam mu szansę gdy tylko zużyję pozycję numer jeden i zacznę go używać do każdego mycia (jak zaleca producent) a nie od czasu do czasu co robię na chwilę obecną. Jestem bardzo ciekawa czy faktycznie pomoże mi w opanowaniu wypadania.

Od długich miesięcy moje sianko ogarniam przy pomocy masek Kallosa, które używam zamiast typowych odżywek do spłukiwania. Kallosy są tanie i wielkie co dla osoby, która tak jak ja musi tego typu produktu użyć dużo, żeby rozczesać włosy jest niewątpliwym plusem. Obecnie męczę wersję Blueberry. Nie jestem z niej niestety niezadowolona i podobnie jak wersja Algae z pewnością nie zagości u mnie ponownie. O ile maski używam przy każdym myciu tak odżyki bez spłukiwania (u mnie błyskawiczna Marion) niekoniecznie. Nie, żebym nie była z niej zadowolona bo jak najbardziej jestem jednak cóż, często po prostu o niej zapominam albo po prostu mi się nie chce. Nie zmienia to jednak faktu, że psikadła z Marion uważam, za lepsze od Gliss Kur, które to używałam w przeszłości i to właśnie po nie będę sięgać gdy produktu tego typu będę potrzebować.

Z wypadaniem oprócz suplementacji (o czym za chwilę) walczę przede wszystkim przy pomocy toniku z Bani Agafii.  Jest to produkt o konsystencji wody, który należy aplikować na skórę głowy po każdym umyciu. Jeśli mowa o pierwszych efektach - są. Nie spektakularne ale faktycznie włosów leci jakby mniej. Dodatkowo muszę wspomnieć, że ten kosmetyk jest bardzo komfortowy w użytkowaniu - nie przetłuszcza, nie wysusza, nie obciąża. Dla wygody przelałam go jednak do opakowania z psikadłem. Drugim produktem jest olejek odbudowujący Yves Rocher, który oprócz na włosy nakładam też na skalp. Zawiera on w swoim składzie olej rycynowy znany ze swoich właściwości. Sięgam niestety po niego stosunkowo rzadko (zazwyczaj raz w tygodniu) i od niezbyt długiego czasu więc trudno mówić mi o jakichś większych efektach w przypadku skóry głowy jednak moje włosy na długości niekoniecznie z taką mieszanką olei się lubią. Szkoda.

Ostatnie produkty to totalny misz-masz. Olejek z Isany używam do końcówek i lubię go bardzo. Jest lekki przez co nie obciąża jednak nie muszę go reaplikować jak było w przypadku kuracji z olejkiem arganowym Marion. Ma wygodną pompkę, niską cenę za pojemność nie do zużycia i genialny zapach. Kolejno płukanka octowa z Yves Rocher. Tyle dobrego na jej temat przeczytałam, ze musiałam ją mieć jednak zakupu żałuję ze względu na brak jakichkolwiek efektów na moich włosach. Cieszę się, że kupiłam ją za ułamek ceny regularnej. Ostatnim produktem jest puder Babydream, do którego z podkulonym ogonem wróciłam po mojej przygodzie z suchymi szamponami (Batiste, HairUp). Może nie jest tak wygodny jak one (chociaż nie jest zbyt problematyczny) jednak dorównuje im efektem mając jednocześnie przyjemniejszy i prostszy skład. No i niesamowitą wydajność co przy śmiesznie niskiej cenie tworzy produkt śmiem rzec idealny.

Jak wcześniej wspominałam wspomagam się też suplementem diety, jaki otrzymałam od firmy Oleofarm. Nie jestem fanką suplementów jako takich głównie ze względu na fakt, że nigdy nie potrafiłam być systematyczna ich przyjmowaniu. Tym razem jednak się zawzięłam i wczoraj wykończyłam pierwsze (z trzech) opakowań. Trudno mi jeszcze wypowiadać się na temat efektów tak mam wrażenie, że Skrzypolen ma całkiem niezłe działanie na moją skórę bo mimo odstawienia produktów z kwasami, jest ona nadal w świetnej formie. Mam nadzieję, że włosy też odczują różnicę.


I to by było na tyle. Muszę przyznać, że gdy tylko zauważyłam, że znów gubię włosy planowałam sięgnąć po drożdżową maskę z Bani Agafii oraz olejek łopianowy z olejkiem z drzewa herbacianego z Green Pharmacy. O pierwszym produkcie czytałam wiele dobrego, drugi uratował mi tyłek włosy poprzedniego razu jednak wygrał rozsądek. Na produkt babuszkowy skuszę się przy okazji kolejnych rosyjskich zakupów gdy nazbiera mi się więcej chciejstw a olejek GP wymaga jednak systematyczności co za tym idzie i czasu, z którym u mnie ciężko.

Znacie któryś z wymienionych kosmetyków? Jak się sprawdził?
A może polecicie mi jakieś cuda na wypadanie?



sobota, 11 kwietnia 2015

EVREE | Super Slim | Modelujący olejek do ciała do wszystkich rodzajów skóry

Gdy tylko dostałam propozycję przetestowania kolejnego kosmetyku firmy Evree nie wahałam się. Moja pierwsza przygoda z produktami tej marki okazała się być niezwykle udana. Olejek Magic Rose [recenzja] oczarował mnie na amen i mimo, że używam go już od dłuższego czasu nie zmieniłam zdania na jego temat.
Tym razem w moje ręce wpadł olejek o jakże wymownej nazwie Super Slim. Nie jestem slim a od paru lat nie używam tego typu produktów bo nie dawały efektów większych niż nawilżenie i lekkie napięcie skóry mimo czczych obietnic producentów. Wyszłam z założenia, że jednak wolę klasyczne balsamy uprzyjemniające mi życie swoimi zapachami. Jednak ciekawość zwyciężyła i ten maluszek znalazł się z moich zbiorach niespełna dwa miesiące temu (o ile pamięć mnie nie myli). Butelka ma się ku końcowi więc czas najwyższy napisać o nim słów kilka.


Kosmetyk zapakowany jest w niewielką plastikową butelkę z zamknięciem 'na klik'. Lubię. Do tego zafoliowany kartonik, który uchroni go przed macantami. Kolorystyka w odcieniu soczystej zieleni na pewno może pokusić do zakupu. Pojemność to zaledwie 100 ml w regularnej cenie kosztuje 30 zł.

Olejek jak to olejek - jest ciężki i tłusty, barwy wręcz pomarańczowej i właśnie taki zapach posiada. Spotkałam się z opiniami, że pachnie ładnie, mi niestety ładnie nie pachnie. Wyczuwam w nim jakąś chemiczną nutę, która mocno świdruje w nosie sprawiając, że jego aplikacja nie jest przyjemnością. Ale chyba taka domena kosmetyków ujędrniającopodobnych...

Producent daje nam wolną rękę jeśli mowa o sposobie aplikacji - czy to na sucho, na mokro czy wręcz jako tuning standardowego balsamu. Próbowałam opcji numer jeden jednak jest ona zupełnie nie dla mnie. Każdy olej nałożony na suchą skórę pozostawia odczuwalną śliską i tłustą powłokę czego (chociaż fanką wszelakich warstewek na skórze jestem) nie lubię. Dodatkowo nakładany w taki sposób robi się drastycznie niewydajny bo potrzeba nałożyć go sporo jeśli ktoś tak jak ja nakłada tego typu smarowidła na całe ciało. Nakładam go więc na wilgotną skórę bezpośrednio po kąpieli a następnie osuszam ją ręcznikiem. Tutaj wystarczy ilość o wiele mniejsza a i warstewka jaka pozostaje jest delikatna i przyjemna jednocześnie zapewniająca odpowiednią pielęgnację skóry. Olej jak to olej zatrzymuje wodę w skórze, zapobiegając wysuszeniu i pomaga utrzymać ją w dobrej kondycji.

Ale...piękny skład bogaty w oleje (serio? :D) i ekstrakty jednak zawiera również pieprz cayenne, który może podrażnić. U mnie powodował nieznośne pieczenie i uczucie rozgrzania w delikatniejszych okolicach, o użyciu po depilacji już w ogóle mogłam o nim zapomnieć (raz spróbowałam, raz). Nie mam skóry nadwrażliwej. Stosowałam go średnio co drugi dzień zamiennie z balsamami.

Jeśli mowa o obietnicach producentach czyli wygładzeniu, ujędrnieniu, wysmukleniu i nawilżeniu to jest... słabo. Spotkałam się z opiniami (powtarzam się ale przeczytałam kilka jego recenzji ;)), że ten kosmetyk naprawdę działa i bardzo się cieszę, jeśli ktoś zauważył po nim widoczne efekty ja jednak nie jestem z niego zadowolona. O ile takie podstawowe właściwości każdego lepszego oleju/olejku jak najbardziej są czyli gładka i nawilżona skóra. Nic ponad to. Nic nic nic. Zabrakło mi nawet odczuwalnego napięcia jakie zazwyczaj oferują tego typu produkty.

Tym sposobem otrzymałam produkt, który działa tak jak oliwka Babydream ale...
- zamiast 7 zł za 250 ml płacimy 30 zł za 100 ml (drooogo),
- zamiast przyjemnego zapachu (myślę o wersji dziecięcej, fur mama fuj :D) otrzymujemy chemiczną pomarańczkę,
- zamiast komfortu i łagodzenia mamy produkt z papryczką chili, który może podrażnić co wrażliwszą skórę
- w porównaniu do (mojego) klasyka obiecuje gruszki na wierzbie (czy śliwki na sośnie).

Nie jestem zadowolona z tego produktu, niestety. Na pewno nie skuszę się na kolejne opakowanie.



sobota, 4 kwietnia 2015

Znów BUBEL... | Syberyjski szampon Agafii nr 3 na łopianowym propolisie

Jak w tytule. Pogoda za oknem nie nastraja mnie do pisania pozytywnych recenzji. Nawet tych najbardziej zasłużonych. Może to i dobrze, bo z recenzją tego rosyjskiego szamponu zwlekałam już od dłuższego czasu. Nieczęsto zdarza się aby jakikolwiek kosmetyk był tak tragiczny bym użyła go kilka razy i miała ochotę wywalić go do kosza. Temu się to udało.




Zdaniem producenta:
Tradycyjny syberyjski szampon na łopianowym propolisie został stworzony według recepty Babci Agafii. Został wzbogacony o żywicę sosny długoigielnej, wosk pszczeli, ekstrakt z łopianu, miód wielokwiatowy oraz olej szałwii . Szampon na  łopianowym propolisie  przeciwdziała wypadaniu włosów , chroniąc je przed uszkodzeniami. Włosy stają się gęste i zdrowe.  

I moim:
Opakowanie jest w porządku. Duże, dobrej jakości, z wygodnym zamknięciem na klik. Jednak nieprzejrzysta butelka nie pozwala kontrolować nam zużycia. Etykietka trochę w starym stylu. Minusem dla sklepu z którego go kupowałam (mazidelka.pl) jest brak naklejki z polskim tłumaczeniem. Szampon o pojemności 600 ml kosztował mnie 13 zł. Dostępny jest wszędzie tam gdzie inne rosyjskie produkty. [Osobiście polecam skarbysyberii.pl gdzie za własne ciężko zarobione złotówki zaopatruję się w rosyjskie kosmetyki.]

Produkt ten posiada intensywny miodowy zapach (aż zbyt intensywny ale całkiem przyjemny), średnio gęstą konsystencję i buro-miodowy odcień. Pieni się jak szalony, jest niesamowicie wydajny. Jednak działanie ma tragiczne. Coś pomiędzy tragedią a koszmarem mówiąc dosadniej. Pierwsze dwa, trzy użycia były całkiem, całkiem. Włosy były oczyszczone, nieobciążone, skóra głowy nie protestowała. Lekko plątał. Ot, przyjemny szampon codziennego użytku o przyjemnym składzie w niskiej cenie. Jednak szybko pokazał swoje prawdziwe oblicze i zrobił mocne mi mocne kuku. Skóra zaczęła swędzieć, pojawił się lekki łupież (?), pod palcami wyczuwałam jakieś dziwne grudki a włosy zaczęły się przetłuszczać jak szalone. Doprowadzenie skóry głowy do względnie dobrego stanu zajęło mi kilka dni [TYM produktem]. Jednak ciekawość zwyciężyła i użyłam go znów. I znów. I po każdej kolejnej aplikacji swędzenie pojawiało się z automatu do pierwszym myciu. Ewidentnie się nie lubimy :( Nie byłam w stanie przetestować jego właściwości ratujących wypadające włosy. Nie byłam w stanie sprawdzić czy zagęszcza włosy. Same rozumiecie dlaczego.

Bubel jakich mało. Dawno nie używałam już tak złego szamponu i lekkim przerażeniem ogarnia mnie zapasowa butla wersji numer 4 na kwiatowym propolisie. Tę zużywa moja mama do włosów i ciała - jej na szczęście krzywdy nie robi. Może to i dobrze - bardzo nie lubię wyrzucać kosmetyków.



A Wy trafiłyście ostatnio na jakiegoś bubla?






środa, 1 kwietnia 2015

Parafinowy BUBEL | VINTAGE BODY OIL | dwufazowy cukrowy peeling do ciała, rąk i stóp.

Dzień dobry mam ochotę napisać ale ten dzień wcale dobry nie jest. Obecna pogoda dobija. I nie dość, że za oknem deszcz to jeszcze jak na złość zbiłam mój ulubiony kubek (nie kubek a filiżankę, jumbo) w którym ledwie skończyłam pić trzecią dziś kawę lurę. Imponujący wynik patrząc na fakt, że oczy otworzyłam ledwie trzy godziny temu. I zamiast w jakiś sensowny sposób spożytkować dzień wolny to zajęłam się konsumpcją ptasiego mleczka. Cóż... Jednak żeby nie było, że nic dziś nie zrobiłam piszę coś. A żeby utrzymać się w mrocznym klimacie wcaleniewiosny niech będzie o bublu.



Peeling ten zapakowany jest w niewielką, ciemną butelkę wykonaną z plastiku. Opakowanie teoretycznie całkiem spoko, w praktyce dosyć chybione bo wymieszanie dwóch faz (o tym zaraz) jest strasznie upierdliwe i zajmuje dłuższą chwilę. Zasadniczo to jestem na nie.
Produkt ten kupiłam w JoyBoxie. Niekoniecznie zdecydowałabym się na jego zakup samodzielny ale skoro już w moje ręce wpadł to niech mu będzie. Za używanie wzięłam się czym prędzej bo ja do peelingów mam słabość. Okrutną. I te u mnie się na pewno nie marnują.

Nazwanie tego czegoś produktem dwufazowym jest dla mnie trochę śmieszne. W moim osobistym odczuciu produkt dwufazowy zawiera dwie fazy - wodną i olejową (jak preparaty do demakijażu). Tu dostajemy sporą ilość cukru i sporą ilość oleju (ta...), cukier opada, olej zostaje na górze i niby mamy produkt dwufazowy. No niech im będzie. Sam proces mieszania produktu jest żmudny i irytujący. Zajmuje kilkanaście sekund pod postacią machania ręką góra-dół z użyciem siły i jest bajecznie nietrwały więc przed każdą partią ciała trzeba go powtarzać. Do skutku. Mnie mniej więcej w połowie zaczęła ogarniać frustracja.

Skład jaki jest każdy widzi. Nie wzbraniam się przed parafiną (bo taki olej właśnie dostajemy) o ile ta nie pozostawia zbyt mocnej powłoki. Ten produkt nie pozostawia powłoki. Pozostawia wręcz kokon, którego zmycie nawet mydłem jest cholernie trudne. Wspomagałam się kessą (peeling po peelingu zawsze spoko...) a i tak czułam, że się lepię. Fuj. Właściwości ścierające określiłabym jako całkiem niezłe. Chociaż wystarczyłoby by cukier w nim zawarty był tylko zwilżony olejem a nie w nim pływał bo przez to jest niewydajny (peeling od stóp do głów dekoltu to pół opakowania...).

Plusem (jednym) jest z pewnością zapach. Jest przyjemny, słodko-owocowo-orientalny. Trochę duszący (ale ja lubię) i w sumie mogłabym mieć takie perfumy. Cena (ok. 13 zł) nie jest zła jednak gdy spojrzymy na niewielką pojemność (130 ml) i żenującą wydajność okazuje się być po prostu drogi. Nie muszę się chyba silić na jakieś mądre podsumowania by ogłosić wszem i wobec, że z pewnością nie jest to rzecz warta zakupu. Ja go zużyję (jeszcze raz, dam radę...) ale więcej w stronę tej firmy nie spojrzę. No, chyba, że wezmą się za produkcję perfum :P



Znacie, lubicie (nie wierzę że zadaję to pytanie;)) ?