sobota, 28 lutego 2015

Zakupy | luty 2015

Dziś pora na nowości, które zgromadziły się u mnie (przypadkiem, przysięgam ;)) w ciągu ostatniego miesiąca.


Zamówienie ze strony Yves Rocher. I planowane i nie planowane. Sprawcą zamieszania był krem pod oczy Rich Creme, który kusił mnie już od dłuższego czasu. To ostatni krem pod oczy z drogeryjnej półki na liście moich chcejstw z tej kategorii. Do tego dwa żele pod prysznic z serii Jardins du Monde. Ostatnie z interesujących mnie z ich oferty wersji, mianowicie granat z Hiszpanii i gardenia z Polinezji. Oba pachną przepięknie i nie mogę się wprost doczekać aż zamieszkają pod moim prysznicem. Szampon przeciwłupieżowy bo takowego nie miałam w zapasach o czym niestety boleśnie się ostatnio przekonałam, gdy kuku zrobił mi jeden z rosyjskich szamponów. Na chwilę obecną problem zażegnałam innym produktem ale spokojniej czuje się, gdy coś takiego leży sobie z moich zapasach. Krem do twarzy i ciała z serii rumiankowej kupiłam z myślą o pielęgnacji dłoni i stóp. Albo dlatego że ma piękne opakowanie i (podobno) piękny zapach ;)
Jak zawsze załapałam się na gratisy. Tym razem trzy: krem odżywiający Nutritive Vegetal (nie ma go na zdjęciu, obdarowałam mamę), perfumy So Elixir Purple 30 ml oraz Neroli 50 ml. Pierwsze z pewnością sprawdzą się jesienią lub na wieczorne wyjścia ale w Neroli jestem totalnie zakochana od pierwszego psiknięcia *-*
Całe zamówienie wyniosło mnie 110 zł (regularna cena kremu pod oczy to 92 zł).


Zamówiłam JoyBoxa. Jedynego słusznego boxa. Mimo, że kupuję dużo moje zakupy są przemyślane (chociaż często spontaniczne) i nie kręci mnie kupowanie kota w worku. JoyBox daje możliwość wyboru trzech dodatkowych produktów samodzielnie a sama podstawa jest nam znana przed zakupem. Edycja pierwsza pod względem kosmetyków mnie nie przekonała, druga (po lekkim marudzeniu i przemyśleniu sprawy) i owszem.
Kosmetykami wrzucanymi do pudełka z automatu w tym miesiącu były: dwufazowy peeling do ciała, rąk i stóp Tenex (zabrakło go na zdjęciu), żel pod prysznic LPM (mam względem niego pewne obawy po recenzji mejd-in-poland ale może nie będzie tak źle ;)), suchy olejek Dove mój w wersji pistacjowej (na parafinie), płyn dwufazowy Delia (miałam go kiedyś w poprzednim opakowaniu, tyłka nie urywał ale był całkiem znośny), tusz Boom Boom Wibo, masełko do ust Bielenda moje w wersji brzoskwiniowej (uwielbiam!).
Kosmetykami dodatkowymi w moim przypadku zostały: spray Bumble&Bumble 30 ml (od dawna miałam ochotę spróbować jakiegoś produktu tej marki ale ceny mają mało przyjemne), pełnowymiarowy peeling do ciała Apis Optima oraz miniatura szamponu REF 75 ml (wybrałam rodzaj w ciemno, okazało się, że go jednak nie było więc dostałam też mini maskę keratynową Delii).
JoyBox kosztuje 49zł. Przesyłka bezpłatna.


Mini zamówienie z merlina. Kupowałam książkę i przy okazji skusiłam się na kolejną wersję kremu pod oczy Ziołolek, kolejną maskę Tołpy z serii czarna róża (jest świetna!), nawilżające płatki pod oczy Skinlite (30 sztuk za 8 zł), maskę do twarzy tej samej marki a także złuszczające skarpetki (już zużyłam :P).



Mini zamówienie z L'occitane. Kupiłam najtańsze mydło z wyprzedaży, żeby zgarnąć trzy mini-mini (10 ml) kremy z masłem shea. Mini krem (30 ml) Alresienne wygrałam u Dezemki :)


A na sam koniec zakupy stacjonarne. Od których raczej stronię. Do Natury poszłam po krem do rąk Lirene, jednak przesadzili z ceną ( 4 zł drożej niż w Rossmanie) więc sięgnęłam po niegdyś mój ulubiony krem zimowy z 4 pór roku, którego od dłuższego czasu nigdzie nie mogłam dorwać. To była zła decyzja ale o tym napiszę Wam w odrębnej recenzji. Szukając szczęścia znalazłam też testery (wow!) maseł do ciała Perfekty. Te wszystkie wersje ciastkowe mnie nie powaliły ale niepozorna Kryształowa Rosa oczarowała na tyle, że wróciła ze mną do domu. No i szampon do włosów z łupieżem Evy Naturii kupiony w Lewiatanie - uratował moją skórę głowy i utwierdził mnie w przekonaniu, że to naprawdę genialny kosmetyk.

I to by było na tyle ;))




czwartek, 26 lutego 2015

DENKO | luty 2015


Kolejny miesiąc, kolejne denko. Ciekawych zapraszam na typowy post zużyciowy ;)


Legenda:
* Hit/ miłość/ ulubieniec. Produkt po który sięgam od dłuższego czasu, który mnie zauroczył, który w jakiś sposób pozytywnie wyróżnia się w śród ogromu kosmetyków dostępnych na rynku.
* Pewnie kupię ale... nie nazwę tego produktu hitem/zastąpiłam go czymś innym/waham się/znudził mi się/nie wpisuje się w moje obecne potrzeby/szkoda mi aktualnie na niego pieniędzy/ma słabą dostępność itp - czyli nie jest zły ale istnieje prawdopodobieństwo, że kolejny zakup odłożę w czasie albo w międzyczasie znajdę mu lepszego zastępce.
* Nie kupię. Bo nie. Bo jest bublem/bo nie działa/bo robi mi krzywdę/nie odpowiada mi stosunek ceny do jakości/ bo znam lepsze.
 
 
 
Bania Agafii Peeling solny odchudzający to całkiem przyjemny produkt. Dobrze zdzierał, przyjemnie pachniał i wyglądał niczym owocowy mus. Pomyślę nad zakupem tego lub innego peelingu BA.
 
Lirene Like Your Skin peeling do ciała niczym mnie nie zachwycił. Ot, to zwykły peeling myjący o lekko cytrusowym zapachu. Jak na moje potrzeby zdzieranie było zbyt słabe. 
 
Isana Winterdusche żel pod prysznic nie wiele różnił się od innych żeli tej firmy. Miał przyjemny (nie słodki) zapach wanilii, średnią wydajność i przeciętne właściwości pielęgnacyjne. Ot, średniak taki ale ja od żeli nie wymagam wiele.
 
Yves Rocher BIO żel pod prysznic o cudownym zapachu musli i miodu. Żel jak na produkt drogeryjny ma przyjemny skład (bez SLS), dobre właściwości pielęgnujące i śmieszą glutowatą konsystencję i średnią wydajność. Bardzo przypadł mi do gustu jego zapach.
 
 
Bania Agafii masło do ciała amarantowe w działaniu i konsystencji było praktycznie identyczne jak wersja muszkatołowa, której recenzję Wam podlinkuję. Jednak miało mniej przyjemny zapach - słodki i cukierkowy.
 
Lirene Regeneracja krem kuracja do dłoni to moje drugie zużyte opakowanie. Uwielbiam go. Kocham. Wielbię. Pierwszy raz od paru lat przeżyłam zimę bez pękającej skóry dłoni. Na chwilę obecną używam inne kremy jednak na pewno do niego wrócę.
 
Yves Rocher Beaute des mains balsam do rąk działaniem nie zachwycił ale konsystencję ma wspaniałą i mimo wygórowanej ceny chętnie go jeszcze kiedyś u siebie zobaczę.
 
Organic Arnica krem do stóp był całkiem przyjemny. Delikatnie nawilżał i wygładzał. Minus za niewielką pojemność - skończył się zastraszająco szybko.
 
Mademoisielle Ricci balsam perfumowany - pachniał przyjemnie jednak jego cena jest zdecydowanie wygórowana jak na tego typu produkt.
 
 
Kallos Algae maska do włosów. Ta maska nie doczekała się recenzji, pewnie dlatego, że nie jestem nią zachwycona. Słabo nawilżała, nie ułatwiała rozczesywania włosów. Nie używałam jej z przyjemnością i cieszę się, że nareszcie się skończyła. 
 
Lirene płyn micelarny uważam za bubla ze względu na słabe właściwości oczyszczające. Słabo radził sobie nawet z makijażem twarzy jednak faktycznie był bardzo łagodny.
 
Sylveco tonik hibiskusowy - mój ci on. Na pewno w przyszłości do niego wrócę bo dawno nie miałam tak przyjemnego toniku. Rozpisałam się o nim więcej w recenzji.
 
Bania Agafii niebieska maseczka oczyszczająca - nie zachwyciła. Nie była zła jednak do maski dziegciowej tej marki się nie umywa. Więcej nie kupię.
 
Bania Agafii maska na mleku łosia - tę polubiłam. Porządnie nawilżała i odżywiała skórę, jednak zapach pod koniec opakowania zaczął mnie za bardzo męczyć :(
 
 
Niewiele mogę powiedzieć na temat maski złuszczającej do stóp Skinlite bo użyłam jej niedawno i nie zauważyłam jeszcze żadnych efektów. Maska Tołpa z serii czarna róża mnie oczarowała i kupiłam już kolejne jej opakowanie. Na pewno doczeka się odrębnej recenzji. Maseczka Under 20 nie zachwyciła. Biała glinka wybielająca zdziwiła mnie swoim szarym kolorem i dziwnymi farfoclami - efektu wybielenia brak. Maska oczyszczająca Ziaji to dobry produkt i żałuję, że nie jest dostępna w większych opakowaniach. Maseczka rozgrzewająco-oczyszczająca Marion świetnie oczyściła skórę jednak grzała tylko w momencie aplikacji (a ja tak uwielbiam grzanie *-*) 
 
 
Próbki i próbiszcza. Bez większych opisów bo po jednorazowej aplikacji nie jestem w stanie zbyt wiele o nich powiedzieć jednak żaden z tych produktów mnie nie zachwycił na tyle bym miała zdecydować się na zakup produktu pełnowymiarowego.


wtorek, 24 lutego 2015

Pharmaceris F | Podkład szyty na miarę

Gdy tylko pojawiła się okazja przetestowania podkładów marki Pharmaceris nie wahałam się. Pierwszym jaki kupiłam był podkład intensywnie kryjący, który używałam (z powodzeniem!) którejś zimy. Nie tak dawno sięgnęłam po podkład nawilżający antyoksydacyjny z sylimaryną SPF20 a kilkanaście dni temu w moje ręce wpadły dwa kolejne (i ostatnie już w ofercie producenta) podkłady: matujący zwężający pory SPF25 oraz ochronno-korygujący z najwyższą ochroną SPF50+. O trzech ostatnich dziś kilka słów będących w dużej mierze pierwszym wrażeniem więc szykujcie się na kolejną pełną recenzję w ciągu najbliższych miesięcy :)
Dla przypomnienia: posiadam skórę mieszaną, przetłuszczającą się w strefie T i normalną na policzkach.



Zacznę od kwestii spójnych dla wszystkich produktów czyli opakowań. A te pod względem wizualnym podobne są do innych kosmetyków tej marki. Podkłady zapakowane są w kartoniki na których znajdziemy wszystkie informacje niezbędne dla użytkownika a sam fluid gości w wygodnym opakowaniu typu air less gwarantującym nam higieniczne użytkowanie. Opakowania są nieprzejrzyste jednak wystarczy delikatnie podważyć denko by kontrolować stan użycia.
Fluidy dostępne są w aptekach w bardzo przyzwoitych jak na podkłady apteczne cenach (30-50 zł) oraz w sklepie producenta [KLIK].

FLUID OCHRONNO-KORYGUJĄCY Z NAJWYŻSZĄ OCHRONĄ SPF50+
Mój w odcieniu najjaśniejszym - Ivory 01 - jednym z dwóch dostępnych w ofercie.

Miłości moja. Miałam na niego chęć od momentu gdy po raz pierwszy wpadł mi w oczy. Bo połączenie podkładu (tak, podkładu a nie kremu tonującego) z filtrem wydało mi się pomysłem tak prostym i oczywistym i tak idealnie dopasowanym do moich potrzeb, że z automatu wskoczył na moją zakupową listę. Nie lubię filtrów. Męczy mnie ich aplikacja, konieczność odczekania do ich wchłonięcia, bielenie, często konkretna konsystencja i mimo, że wiem jak są skórze potrzebne i że warto je stosować tak niestety za chorobę nie jestem w tym systematyczna.
Jednak ze względu na specyfikę typowego kremu z  filtrem bałam się, że podkład okazać się może błyszczącą i ciężką porażką. O dziwo - nic bardziej mylnego. Podkład jest gęsty i bardzo kremowy dzięki czemu sama aplikacja jest przyjemnością. Nie roluje się na skórze niezależnie czy nakładam go palcami (najczęściej) czy pędzlem (u mnie skunks). Daje typowe, porządne średnie krycie. Bez problemu poradził sobie z zakryciem zadrapań na skórze jednak w przypadku wielkich bub nie obejdzie się bez korektora. Wykończenie jakie zostawia jest bardzo przyjemne - lekko satynowe i mokre. Podkład nie zastyga na skórze, więc w moim przypadku nie obejdzie się bez matującego pudru w strefie T. Dobrze współpracuje ze wszystkimi pudrami jakie posiadam. Trwałość ma przyzwoitą. Zdarzało mi się go nosić po kilkanaście godzin i obywało się bez większych poprawek.
Są jednak dwie kwestie sporne. Pierwszą jest kolorystyka - dostępne są wyłącznie dwa odcienie (w innych wersjach trzy) jednak najjaśniejszy (który posiadam) jest stosunkowo jasny i osoby blade (choć nie białe) nie powinny narzekać. Widoczne są w nim żółte tony. Drugą kwestią jest fakt, że w przypadku osiągnięcia pełnej ochrony przeciwsłonecznej tak jak i w przypadku standardowych kremów trzeba by go aplikować w ilości większej niż typowy podkład. Ja jednak wychodzę w założenia, że lepiej filtra nałożyć mniej niż wcale.



FLUID MATUJĄCY ZWĘŻAJĄCY PORY SPF25
Mój w odcieniu najjaśniejszym - Ivory 01 - jednym z trzech dostępnych w ofercie.

Na temat tego podkładu mam niestety na chwilę obecną najmniej do powiedzenia. Nie ze względu na jego działanie bo to wcale nie zapowiada się tragicznie jednak kolorystyka nie zachwyca :( Najjaśniejszy z odcieni jest stosunkowo ciemny (najciemniejszy ze wszystkich wersji), wpada w pomarańcz więc w przypadku mojej bladej, nieskalanej na chwilę obecną samoopalaczem skóry potestować go mogłam tylko w domu, żeby nie rozbawiać społeczeństwa odcinającą się białą szyją ;) Sam podkład podobnie jak wersja ochronna jest gęsty jednak wydaje się być też bardziej suchy i rozprowadza się odrobinę mniej przyjemniej. Jednak nie jest to znów jakoś bardzo męczące czy problematyczne. O dziwo, mimo swojej konsystencji nie zastyga on na skórze co w przypadku podkładu matującego jest dla mnie minusem. No i producent obiecał nam to pudrowe zmatowienie... Potrzebuje on dodatkowej, porządnej dawki pudru w strefie T. Jednak zgodzę się co do właściwości zwężających pory a raczej ogólnego wygładzenia skóry. Nie zmaga jej przetłuszczania. Nie wymaga większych poprawek w ciągu dnia i spokojnie przetrzyma na skórze obiecanych 10 godzin. Krycie określiłabym jako średnie.
Muszę przyznać, że przypomina mi on znany i lubiany (szczególnie przeze mnie :D) podkład Lirene City Matt, który jednak wygrywa z nim ceną.


FLUID ANTYOKSYDACYJNY Z SYMILARYNĄ SPF20 NAWILŻAJĄCY.
Mój w odcieniu najjaśniejszym - Ivory 01 - jednym z trzech dostępnych w ofercie.

Ten dla urozmaicenia gości u mnie najdłużej i nie raz uratował mi tyłek tej zimy. Chociaż trudno ten podkład nazwać podkładem bo w moim odczuciu to raczej krem tonujący ze względu na jego lekkie (w kierunku do średniego) krycie. Ma przyjemną kremową konsystencję, łatwo aplikuje się na skórze. Daje typowe mokre wykończenie, potrzebuje matującego pudru. Nie utrzymuje się zbyt długo na mojej skórze (przypominam, mieszana) i wymaga poprawek w ciągu dnia. Jednak trudno mi go zdyskwalifikować z tego powodu bo moja skóra raczej nie wpisuje się w kanon 'potrzebuję podkładu nawilżającego'. Co nie zmienia faktu, że tenże fluid bardzo fajnie spisuje się u mnie w momentach, gdy skóra woła pić więc myślę, że skóry suche będą z niego na prawdę zadowolone właśnie ze względu na dodatkową warstwę nawilżania jaki ten podkład zapewnia. Plus za właściwości antyoksydacyjne jednak nie zaobserwowałam ich gołym okiem. Najjaśniejszy kolor nie zachwyca swoją bladością jednak mimo, że jest ciemniejszy niż wersja ochronna z moją skórą stapia się tak samo dobrze ze względu na obecność żółtych tonów. A tych ma wiele i osoby ze skórą w neutralnym lub chłodnym odcieniu raczej powinny go sobie darować.





Żaden z podkładów nie spowodował pogorszenia stanu skóry - zapchania czy jej wysuszenia.

Jeśli mowa o potrzebach moich i mojej skóry zdecydowanie w tym starciu wygrywa wersja ochronno-korygująca z wysoką ochroną przeciwsłoneczną. 

A Wy znacie, któryś z tych produktów? Macie względem nich podobne odczucia? :)

piątek, 20 lutego 2015

Bielenda | Super Power Mezo Serum | Aktywne serum korygujące

Gdy tylko zobaczyłam, że Bielenda wprowadza do swojej oferty serum z kwasem migdałowym wiedziałam, że muszę je mieć. O ile mnie pamięć nie myli w listopadzie skusiłam się na jego zakup i po zakończeniu kremu Pharmaceris z 5% zawartością kwasu migdałowego (świetnego notabene) przerzuciłam się właśnie na ten produkt. Moje opakowanie dobija już dna więc dziś kilka(dziesiąt) słów na jego temat.



Serum zapakowane jest w zafoliowany kartonik dający pewność, że nikt wcześniej nie maczał w nim swoich łap. Plus. Butelka serum jest szklana, ciężka, z wygodną w obsłudze pipetą dozującą odpowiednią ilość kosmetyku. Szata graficzna jest całkiem przyjemna dla oka.

Produkt ten ma konsystencję charakterystyczną dla ser (tak to się odmienia?) czyli zbliżone jest do czystego kwasu hialuronowego. Jest lekkie i błyskawicznie się wchłania nałożone w niewielkiej ilości. I tutaj muszę przyznać, że moją główną motywacją do jego zakupu była właśnie konsystencja. Nie chodzi to wcale o to, że uwielbiam wszelkiej maści sera (swoją drogą - uwielbiam) ale o fakt, że na tak lekki produkt bez obaw możemy nałożyć krem. A jak powszechnie wiadomo kwas migdałowy ma to do siebie, że skóra po jego użyciu potrafi wołać pić.

Na opakowaniu wyczytać możemy informację, że producent pozostawia nam dowolność jeśli mowa o sposobie aplikacji. Możemy je nałożyć na noc, na dzień, pod krem, na dłuższą lub krótszą chwilę następnie je zmywając. Jaki sposób wybrałam? Muszę przyznać, że działałam metodą prób i błędów. Mimo, że 10% stężenie kwasu migdałowego nie jest zbyt duże moja skóra szybko zaczęła się buntować gdy stosowałam je dwa razy dziennie. Pozostała więc opcja jednorazowej aplikacji - u mnie na noc. Nie mam potrzeby zmywania go gdy bezpośrednio po nałożeniu sięgam po krem. Jednak używanie go codziennie również nie do końca się sprawdziło więc koniec końców optymalnie nakładam go 4-5 razy w tygodniu na noc, w pozostałe dni raczę moją skórę dodatkową dawką nawilżenia i odżywienia dzięki czemu nie mam problemu z jej odwadnianiem.

Skład tego serum jest krótki, tuż po wodzie znajdziemy kwasy migdałowy oraz laktobionowy, kolejno niacynamid. Bielenda po raz kolejny mnie zaskakuje i to bardzo pozytywnie rozwijając swój asortyment w coraz ciekawsze produkty jednocześnie dbając o ich składy.

Przejdźmy do najważniejszego czyli działania. Tutaj nie będzie tak różowo jak mogłoby być. Jednak uprzedzę - to wcale nie jest zły produkt jednak fakt, że znam lepszy (niewiele droższy) mocno obniża w moich oczach jego ocenę. Chociaż - gdybym miała opisać moje pierwsze wrażenie z pewnością posypały by się ohy i ahy bo to jedyny kosmetyk, który widocznie zmniejszył moje pory. Praktycznie eliminując widoczność kraterów. Szkoda tylko, że na działanie okazało się być chwilowe i nacieszyłam się nim zaledwie kilkanaście dni... Potem pory wróciły do stanu 'sprzed', ba powiększyły się... Minus. Zaczynając kurację skórę miałam w naprawdę świetne formie więc liczyłam wyłącznie na podtrzymanie efektu (po Pharmacerisie) i wydaje mi się, że mogło być lepiej. Skóra jest wygładzona (niewielkie łuszczenie wyłącznie na nosie utrzymało się w porywach do tygodnia), koloryt jest wyrównany na tyle na ile może to zrobić niezbyt inwazyjny produkt, niedoskonałości faktycznie jest dużo dużo dużo mniej jednak... paskudnie się goją. Leczenie każdej najmniejszej buby (o podskórnych gulach nie wspominając) trwa o wiele dłużej, dodatkowo po praktycznie każdej zostaje na skórze ślad w postaci minimalnej bo minimalnej ale jednak - wklęsłej blizny. Może to przypadek jednak ewidentnie mi się to nie podoba...

Podsumowując: serum to cieszy się ogólną sympatią co motywuje do zakupu. Jest stosunkowo tanie (30 zł) i wydajne mimo niewielkiej pojemności (30 ml). Ja jednak nie zamierzam inwestować w kolejną flaszkę i o ile zechcę znów działać na skórę migdałem bez wahania zdecyduję się na krem z Pharmaceris (o którym rozpisałam się TUTAJ), który najzwyczajniej w świecie sprawdził się u mnie lepiej.
A z Bielendy zainwestuję w serum nawilżające ;))




środa, 18 lutego 2015

Ziołolek | 30+ | krem pod oczy z opuncją figową

Odkąd z podkulonym ogonem powróciłam do używania kremów pod oczy (cholerne zmarszczki...) szukam swojego złotego Graala. Jednak oprócz próby znalezienia kremu, który zrobi z moją okolicą pod oczami cuda (gdzie jesteś?) potrzebowałam na już smarowidła, które poradzi sobie z lekko odwodnioną skórą - grzejniki i zmiany temperatur to zło. Krem miał być przede wszystkim tani, nawilżający i natłuszczający. Po weryfikacji wizażowego KWC wytypowałam trzy produkty - Retimax 1500 (który z powodzeniem używałam poprzedniej zimy), tłusty krem pod oczy Avy i kremidło Ziołolek 30+ z opuncją figową, który koniec końców kupiłam skuszona masłem shea na drugim miejscu w składzie. Pod blisko dwóch miesiącach użytkowania pora napisać o nim kilka słów.



Opakowanie kremu nie wyróżnia się niczym szczególnym. Wykonane jest z miękkiego plastiku, dzięki czemu produkt łatwo wydobyć z opakowania. Tubka zapakowana jest w kartonik i oba te elementy są spójne pod względem estetycznym chociaż - kolokwialnie mówić - tyłka nie urywają ;)

Krem określam jako bezzapachowy - ja przynajmniej żadnej woni nie wyczuwam. Plus. Konsystencję najłatwiej określić mi jako półtłustą. Produkt jest dosyć konkretny, kremowy jednak niezbyt gęsty czy tępy, przez co nie ma najmniejszych problemów z jego aplikacją.

Moje laickie oko (bardzo laickie, z tego też względu rzadko porywam się na choćby najmniejsze analizy składu bo najzwyczajniej w świecie nie chcę nikogo wprowadzać w błąd) jeszcze przed zakupem stwierdziło, że skład tego produktu da mi efekt na jakim mi zależy. Wspomniane już masło shea, silikon dający efekt wygładzenia, olej kukui z którym spotkałam się po raz pierwszy a którego rolą ma być łagodzenie podrażnień oraz zapobieganie wysuszeniu i poczciwa wazelina, która pozostawiając na skórze warstewkę w swoisty sposób ją zabezpiecza. I faktycznie, tak jest.

Krem używałam wyłącznie na noc, aplikując go grubą warstwą na skórę pod oczami (nie nakładam kremów na powieki). Dlaczego na noc? Bo ostatnio mam problem z trwałością makijażu więc na dzień sięgam po produkt o lżejszej konsystencji. Jeśli mowa o działaniu nie jest ono w żaden sposób zachwycające ale wcale się tego nie spodziewałam. To po prostu dobry podstawowy krem codziennego użytku. Poradził sobie z odwodnieniem i utrzymuje skórę w przyzwoitej formie. Widocznie natłuszcza, lekko nawilża. Nie podrażnia co jest dla mnie zbawiennie bo ostatnio mam spory problem z oczami.

Podsumowując: jeśli szukacie taniego, dobrego kremu (chociaż bez efektu wow) do codziennego użytku warto sięgnąć po ten produkt rodzimego producenta. Ja swój kupiłam na stronie Merlina za kilka złotych (darmowy odbiór) i chciałabym napisać, że do niego wrócę ale póki co kusiłam się na inną wersję - 20+, która właśnie do mnie leci :D


poniedziałek, 16 lutego 2015

Yves Rocher | Beaute des mains | Balsam ochronny na zimię z masłem karite

Kremy do rąk w sezonie jesienno-zimowym idą u mnie jak woda więc kupuję je namiętnie. Dziś kilka słów o jednej z moich nowości mianowicie ochronnym balsamie do rąk z masłem karite z Yves Rocher. 



Balsam zapakowany jest w odkręcane pudełko - opcja średnio higieniczna jednak niezbyt problematyczna w użytkowaniu ze względu na zbitą konsystencję balsamu. Co nie zmienia faktu, że nie jest on zbyt twardy czy zbity by producent nie mógł by go umieścić w standardowej, wygodniejszej tubce. Opakowanie ma żółty kolor jak i reszta produktów z serii do rąk tego producenta.

Wspomniałam już o konsystencji - jest ona zbita jednak jednocześnie lekka i przyjemnie kremowa. To chyba najprzyjemniejszy pod tym względem krem jaki wpadł w moje ręce w ciągu ostatnich miesięcy. Używałam go z ogromną przyjemnością. Na dłoniach pozostawiał lekką warstewkę.

Jeśli mowa o działaniu pielęgnacyjnym muszę przyznać, że określenie tego kremu jako produkt ochronny na zimę jest zdecydowanie na wyrost. O ile nie mogę narzekać na nawilżenie czy wygładzenie dłoni niestety nie jest to produkt, który znacząco wpłynie na regenerację czy uchroni je przed warunkami atmosferycznymi. Niestety.

Kolejną ważną kwestią o której warto wspomnieć jest... cena. 50 ml tego balsamu w cenie regularnej to aż 30 zł. Uważam, że to znaczne przegięcie i z pewnością to kremidło nie jest jej warte. Swoje upolowałam w dobrej promocji i muszę przyznać, że o ile będę miała możliwość je kupić po raz kolejny za mniej niż 10 zł ze względu na fantastyczną konsystencję skuszę się na nie ponownie. Mimo  sporego minusa w postaci wydajności a raczej jej braku.

Znacie ten balsam? Jak się u Was sprawdził?

Na blogu [1001 pasji] znajdziecie zdjęcie składu - na śmierć o nim zapomniałam.



czwartek, 12 lutego 2015

Bania Agafii | niebieska maseczka oczyszczająca

Dawno, dawno temu... Chociaż to chyba nie było aż tak dawno ;) spłodziłam recenzję świetnej maski dziegciowej z Bani Agafii. Dokładnie w [TYM] miejscu opisałam jej wady i zalety. Ok, wad się nie doszukałam a maskę nadal uważam, że jeden z lepszych tego typu produktów na rynku. Serio serio. Jednak przed otworzeniem kolejnej saszetki postawiłam przetestować inną oczyszczającą maseczkę tego samego producenta. Co z tego wyszło?


A wyszło z tego tyle, że tym razem z zachwytu nie pieję. Niestety. Opakowanie maski to typowa dla tej serii saszetka wielorazowego użytku. Porządnie wykonana i estetyczna. Konsystencja produktu jest dosyć konkretna jednak łatwo aplikuje się ją na twarz, po kilkunastu minutach lekko przysycha jednak nie mam problemów z jej zmyciem. Zapach ma przyjemny i niedrażniący. Jednak nie jestem zachwycona jej działaniem. Nie mogę powiedzieć, że to ewidentnie zły produkt bo mocno nagięłabym fakty jednak w porównaniu do wersji dziegciowej czuję ogromny niedosyt. Maska delikatnie oczyszcza (doraźnie) jednak po zmyciu odczuwam delikatny dyskomfort i ściągnięcie skóry.
Maska jest dosyć wydajna - opakowanie o pojemności 100 ml wystarcza na kilkanaście aplikacji. Kosztuje niewiele, ja swoją kupiłam za +/- 5 zł na Skarbach Syberii jednak dostaniecie ją wszędzie tam gdzie w asortymencie pojawiają się produkty rosyjskie. Czy warto? Jak dla mnie nie bardzo. Osobiście do niej nie wrócę.

Skład pod białą naklejką, zdjęcie można powiększyć.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Evree | Magic Rose

Kto z Was nie spotkał się jeszcze z pozytywną opinią na temat tego olejku? Recenzje Magic Rose swego czasu zasypały blogosferę. Trudno się dziwić - to na prawdę udany produkt. O przyzwoitym składzie, pięknym zapachu i przede wszystkim dobrym działaniu. No i dobrym marketingu ;))



Opakowanie olejku jest estetyczne i proste. Wyposażone w wygodną pipetkę dzięki której łatwo zaaplikować kilka kropli na skórę. Olejek ma stosunkowo lekką konsystencję, szybko się wchłania nawet jeśli mowa o mojej przetłuszczającej się strefie T. Oczarował mnie jego zapach, intensywnie różany chociaż nie męczący.
Działanie ma świetne i moja skóra bardzo się z nim polubiła. Jest gładka, promienna, napięta. Nie wzmaga przetłuszczania - dedykowany jest skórze mieszanej. Mogę go używać rano pod makijaż. Muszę jednak nadmienić, że olejek używam zamiennie z kremami ponieważ moja skóra lubi buntować się w przypadku czysto olejowej pielęgnacji i wolałam nie ryzykować.
Kolejnym plusem jest jego wielozadaniowość. Nakładałam go pod oczy, na skórę twarzy, na szyję i dekolt (głównie tak aktualnie go używam), tuninguję nim kremy, dodaję go do toniku Sylveco, do słabego micela by zwiększyć jego właściwości, traktuję nim końcówki włosów. Testując metodę Gossa dodaję też kropelkę do pokładu.
Jak na olej przystało - jest zabójczo wydajny. Na skórę twarzy potrzebuje trzy krople, na szyję i dekolt w porywach do pięciu. Buteleczka o pojemności 30 ml kosztuje 30 zł jednak często można go upolować na promocji w drogeriach. Moim zdaniem - warto mieć.


Skład: Rosa Canina (Rosehip) Fruit Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Oryza Sativa (Rice) Bran Oil, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, BHA, Benzyl Salicytate, Citronellol, Euqenol, Geraniol, Hudroxycitronellal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Parfum (Fragrance), Linalool


sobota, 7 lutego 2015

Pielęgnacja twarzy | luty 2015


Dawno już na blogu nie pojawiła się moja pielęgnacja więc najwyższy czas to nadrobić. 
Lubię czytać (i pisać!) takie posty bo dają podgląda na produkty, po jakie sięgamy na co dzień. 

Moja skóra: przeszła sporą przemianę w wyniku systematycznego stosowania kwasu migdałowego w niewielkich stężeniach w ciągu ostatnich miesięcy. Jest bardzo gładka, praktycznie nieproblematyczna. Niestety nadal moje pory przypominają kratery a strefa T delikatnie się przetłuszcza. Dobiłam też ćwierćwiecza ;)


 Przykładam dużą uwagę do oczyszczania skóry. Na chwilę obecną nadal próbuję wymęczyć słabiutki micel z Lirene o którym pisałam [TUTAJ], jednocześnie testując nowość czyli mleczko Sylveco, które zaskoczyło mnie pozytywnie. Na pewno skuszę się na napisanie pełnej recenzji. Do codziennego mycia twarzy używam kolejnej nowości czyli żelu micelarnego GoCranberry, który mnie nie zachwycił ale potrzebuję jeszcze trochę czasu by wyrobić sobie na jego temat opinię. Używam go zamiennie z mydłem cedrowym Banii Agafii. Nie zapominam o toniku - kolejny produkt Sylveco o którym rozpisałam się w [TYM] miejscy. Lubimy się!

Sporo pozmieniało się też u mnie jeśli mowa o codziennym nawilżaniu. Okolice oczu pielęgnuję kremem Ziołolek 30+ (na noc) oraz kremem z serii biały hibiskus Tołpy (na dzień). Oba nie zachwycają. O skórę twarzy dbają kojący krem-balsam na naczynka Tołpy (na dzień) oraz odżywczy krem-miód tego samego producenta (noc). O ile krem na dzień mnie nie zachwycił tak drugi ma szansę stać się moim ulubieńcem. Nadal gości u mnie olejek Magic Rose Evree, który stosuję z zamiennie z kremami. Codziennie też używam go do skóry szyi i dekoltu. Szykuje mu się dłuższa recenzja. Po zużyciu genialnego kremu z 5% zawartością migdała z Pharmaceris sięgnęłam po wychwalane serum Bielendy z 10% zawartością tegoż kwasu. Serum spisuje się u mnie średnio i raczej nie ponowię zakupu. Również o nim napiszę więcej.

Nie może u mnie też zabraknąć pielęgnacji dodatkowej. Na chwilę obecną używam masek Bani Agafii: oczyszczającej, tonizującej i tej na mleku łosia. Wpadło mi też w ręce trochę saszetek więc wzięłam się i za nie. Na zdjęciu maska-peeling czarna róża Tołpy, maseczka z glinką Ziaji i duet Under 20. Zabraknąć też nie mogło peelingów. Nadal stosuję genialny peeling enzymatyczny Bandi [RECENZJA] oraz nowość - bublowaty peeling ryżowy Bani Agafii. Mam też filtr (Pharmaceris B) i krem brązujący (Nuxe) ale tutaj systematyczności brak.

A jak wygląda Wasz pielęgnacja? Jesteście fankami minimalizmu czy jednak Wasza skóra lubi dobrobyt i urozmaicenie?

Pod tagiem pielęgnacja twarzy [KLIK] znajdziecie moje wcześniejsze rutyny :)









środa, 4 lutego 2015

(Wieeelkie) zakupy | STYCZEŃ 2015


Im mniej chcę kupować tym więcej zakupów robię. Też tak macie? Styczeń okazał się być u mnie miesiącem totalnej porażki i mocno odciągnął w czasie mój plan kosmetycznego minimalizmu. A wszystko przez te promocje... 

Zamówienie z Yves Rocher numer 1: od lat zbierałam się, żeby w końcu coś z tej firmy kupić. Jak się zebrałam to poszalałam całkiem. W skrócie: żele z serii Jardins du Monde zbierają wiele pozytywnych recenzji a i z dalekiej przeszłości (15 lat temu? :P) pamiętam ich boooski żel o zapachu maku. A niewiele kosmetyków z tego okresu pamiętam, więc coś w nim rzeczywiście musiało być (z myjadeł kojarzę też płyn do kąpieli firmy Radox w kanciastej butli :)). Nie sięgnęłam po wychwalaną wersję z kawą bo nie lubię jej zapachu (chociaż wypijam ją litrami) a przygarnęłam: miód i musli BIO, zieloną herbatę z Chin, lawendę z Prowansji, pomarańczę i grejfrut z Florydy. Skusiłam się także na dwa produkty do włosów czyli wychwalaną płukankę malinową oraz odbudowujący olejek. Nie mogłam nie kupić słynnego płynu dwufazowego Pur Bleuet a przy okazji micela z tej samej serii. Ostatnie elementy zamówienia do peeling oraz krem do stóp a także olejek peelingujący do dłoni. Jako gratis do zamówienia waniliowa woda toaletowa.

Zamówienie z Yves Rocher numer 2: kod obniżający zakupy o -100zł (przy koszyku 199zł) skusił mnie po raz kolejny. Tym razem drogą kupna nabyłam dwa szampony rewitalizujące, kolejne żele pod prysznic: aloes BIO i orzechy makadamia z Gwatemali oraz dwa dezodoranty o zapachu lawendy i zielonej herbaty. Potrzebowałam lżejszych nawilżaczy na wiosnę oraz lato więc w zamówieniu znalazły się mleczka do ciała: limitowane o zapachu karmelizowanej gruszki, odżywcze z serii BIO, nawilżająco-odżywcze do skóry suchej oraz odżywcze 3 w 1. A także krem (z serii BIO) i balsam do rąk. Balsam już w użyciu i zapowiada się być moim kolejnym kremowym ideałem ale... nie chcę zapeszać ;) Produkty do twarzy to tonik oraz płyn micelarny z wyciągiem z trzech herbat. I na koniec dwa drobiazgi do paznokci: baza oraz przyspieszacz wysychania.

Zamówienie z Yves Rocher numer 3: uprzedzałam, że poległam :P Woda toaletowa o zapachu róży kusiła mnie od dłuższego czasu a  musiałam uzupełnić moje zapachowe zbiory... Kusił też balsam do ust w wersji makadamia. Używałam kiedyś któregoś z ich sztyftów i kojarzę, że raczej byłam z niego zadowolona. Szampony tej firmy też zbierają dosyć dobre noty więc delikatny z wyciągiem z hamamelisu, zwiększający objętość i oczyszczający do włosów przetłuszczających się są moje. W tym zamówieniu również pojawiły się produkty do twarzy: maseczka z glinką marokańską (podobno wycofywana), nawilżający peeling, nawilżający tonik (zabrakło go na zdjęciu), tonik uzupełniający demakijaż i żel myjący, który już znam. Używałam go kieeedyś i byłam z niego bardzo... niezadowolona. Jednak były to czasy gdy nie używałam zazwyczaj  łagodnych środków myjących a tak też go wspominam. Jestem ciekawa jak sprawdzi się teraz. Na koniec kolorówka, sztuk jeden, zbierający dobre opinie puder matujący (Pan 10 Project, przepraszam).

Pozwolę sobie dodać, że pojedynczy produkt (za wyłączeniem wody toaletowej) wyniósł mnie około 5-6 zł. Więc nie zbankrutowałam. Wyprzedaże + dobre kody to jest to ;) Dwa z trzech zamówień robione były pod kątem prezentów dla najbliższych więc też nie pokazałam Wam ich w całości.

Zamówienie z Tołpy numer 1: darmowa wysyłka i gratisowych pięć maseczek - w moim przypadku: maska-peeling hydroenzymatyczny hydrativ, maska-kokon odżywczo-regenerująca lipidro, odżywcza maska-peeling czarna róża, maska-blask przywracająca młodość provivo 35+, maska-ekspres witalizująco-nawilżająca futuris 30+. Kto wymyśla te nazwy ja się pytam :D A zamówienie: dwa produkty z serii czarna róża (zakochałam się w zapachu kremu na noc *-*) to odżywczy krem-kokon do rąk oraz regenerujący krem-kokon do stóp. Do tego nawilżający krem-...nektar z serii amarantus. I żel do mycia twarzy i oczu by dobić do określonego progu ;) Bezpłatne próbki - normalizujący żel do mycia twarzy.

Zamówienie z Tołpy numer 2: tym razem produkt z nowych serii gratis do każdego zamówienia (później dodali próg 60 zł :/ ) więc w moje ręce wpadł kolejny żel do mycia twarzy i oczu a jako gratis krem pod oczy 40 +. Bezpłatne próbki - krem matujący lekki.


Zakupy z wyprzedaży blogowej u Ani: dwa żele Balea (był też ten o zapachu mango ale poleciał w inne ręce bo taki sam mam w zapasach) oba zapachy znam i lubię. Dwa produkty Lirene (o ile się nie mylę to seria dla Empiku (?)) czyli kolejny żel i peeling myjący. A także krem i peeling do stóp o zapachu wiśni z Avonu.

Zamówienie z e-glamour.pl: mgiełka Benettona o zapachu frangipani to mój prezent świąteczny :D ale dorwałam ją w listopadzie w tym sklepie i jeszcze nie miała swojej premiery na blogu więc stwierdziłam, że Wam ją pokażę. Uwielbiam mgiełki Benettona, mam dwie i myślę nad następną ;) Kolejne zakupy to już nowości z tego miesiąca: woda toaletowa Penthouse i drobnostki z Rimmela czyli tusz Extra POP Lash, lakiery Lycra Pro i 60 second oraz bazo-odżywka Stronger - niegdyś mój ukochany produkt do pielęgnacji paznokci bezczelnie wycofany ze sprzedaży. Wersja z wąską zakrętką to staroć jednak postanowiłam ją używać (chociaż szkoda, że sklep takie starocie wysyła...) bo tę wersję kochałam nad życie, butelka z lewej to jak podejrzewam to samo tylko w nowym opakowaniu - zobaczymy ;))

I to by było na tyle...
Plany na luty mam mocno skromne więc istnieje cień szansy, że tym razem nie polegnę ;))


Wybaczcie jakość zdjęć. Były robione na trzy tury wieczorem, w sztucznym świetle z żarówką dającą dzienne. Z którą (a raczej z moim aparatem i jego ustawieniami) za chorobę się dogadać nie mogę. Przykre choć prawdziwe ;)





wtorek, 3 lutego 2015

Sylveco | hibiskusowy tonik do twarzy











Niedawno pisałam Wam o pierwszym produkcie Sylveco jaki miałam wątpliwą przyjemność używać. Pomadka peelingująca mnie w żaden sposób nie zachwyciła a na dodatek okazała się być zabójczo niewydajna. Kolejnym kupionym przeze mnie produktem był tonik hibiskusowy. W tym przypadku, tak samo jak i do pomadki, zachęciły mnie do zakupu bardzo pozytywne opinie na blogach i wizażowym KWC. Tym razem na szczęście się nie zawiodłam. Od dawna mam problem z tonikami i większość niestety nie jest w stanie mnie usatysfakcjonować swoim działaniem dlatego tym bardziej jestem mile zaskoczona.



Tonik Sylveco ma niewielką pojemność 150 ml i kosztuje w okolicach 15 zł. Zapakowany jest w małą i zgrabną butelkę wykonaną z ciemnego plastiku. Jest on jednak przejrzysta co daje możliwość kontrolowania zużycia. Na estetyczniej etykiecie zawarte są wszystkie interesujące klienta informacje począwszy od składu, sposobu zastosowania po opis kluczowych składników. Przyjemna sprawa znana chociażby z kartoników Tołpy, chociaż tu mniej przeładowana.
Jednak najważniejsza (i najciekawsza jednocześnie) w tym produkcie jest jego konsystencja. Jest specyficzna, często określana jako żelowa z czym jakoś nie do końca się zgadzam. Jest gęsty i konkretny. Bałam się jego zapachu ponieważ nienawidzę hibiskusa jednak okazało się, że mi on nie przeszkadza. Chociaż rzeczywiście ma wyraźnie hibiskusową nutę. Nie utrzymuje się na skórze. Mimo swojej konsystencji nie jest on wydajniejszy niż standardowe toniki co przy mniejszym opakowaniu sprawia, że niestety skończy się u mnie wcześniej niż powinien.
Jeśli mowa o działaniu - przede wszystkim nie robi krzywdy. No i daje jakiś efekt. Bo ogrom tego typu produktów to w moim odczuciu tylko pachnące wody. Tonik Sylveco jest bardzo przyjemnym produktem tonizującym. Dodatkowo świetnie łagodzi, uwielbiam nim przecierać okolicę oczu po ciężkim dni. Jest bardzo komfortowy w noszeniu. Jednak przy pierwszych aplikacjach lekko ściągał mi skórę. Na szczęście na chwilę obecną tego nie robi. Pokuszę się również o opinię, że tonik ten delikatnie nawilża. Nie zastąpi on kremu jednak skóra po przetarciu nie woła pić. Często odświeżam nim skórę w ciągu dnia jeśli mam taką możliwość. Dodatkowo bardzo lubię łączyć go z kilkoma kroplami olejku, który obecnie nakładam na szyję i dekolt.
Muszę przyznać, że dawno nie trafiłam na tak sympatyczny tonik. Z pewnością w dalszej przyszłości (zapasyyy) do niego wrócę jeszcze nie raz.