niedziela, 12 lipca 2015

Na ratunek skórze pod oczami | SKINLITE Collagen Eye Zone Mask | RIVAL DE LOOP Maseczka pod oczy i na powieki

Na ratunek skórze pod oczami | SKINLITE Collagen Eye Zone Mask | RIVAL DE LOOP Maseczka pod oczy i na powieki
Dziś o dwóch produktach do pielęgnacji skóry pod oczami. Z którą niestety już od jakiegoś czasu mam problem. Mam wrażenie, że pierwsze zmarszczki pojawiły mi się zbyt szybko. Na chwilę obecną (mam 25 lat) mam ich już pokaźną gromadkę. Zauważyłam też problemy z jędrnością. Ale nie załamuję rąk i wspieram ją jak tylko mogę ;)


SKINLITE Collagen Eye Zone Mask 
Płatki te kupiłam bez większego przekonania na stornie internetowej Merlina. Skusiła mnie niska cena (6 zł) i ich ilość - opakowanie zawiera aż 30 sztuk. Nie zbyt wiele się po nich spodziewałam. Niesłusznie. Posiadają wygodne opakowanie wielorazowego użytku, dzięki czemu nie ma problemu z ich wysychaniem. Pojedynczy płatek jest dosyć cienki jednak ma idealny rozmiar. Świetnie przylega do oka. Nie mogę też narzekać na ich nasączenie - zaczynają wysychać po dobrych 15 minutach kontaktu ze skórą. Jeśli mowa o działaniu są wybawieniem po ciężkim dniu. Delikatnie chłodzą, koją, przynoszą odczuwalną ulgę skórze. Mają całkiem przyjemne działanie jeśli mowa o redukcji zasinień - cudów nie robią ale faktycznie widać, że coś dobrego po ich użyciu się ze skórą dzieje. Standardowo trzymam je na skórze jakieś 10 minut, resztę płynu wklepuję i aplikuję na niego krem pod oczy. Same tylko delikatnie nawilżają. Nie odczułam widocznego napięcia skóry, o sprasowaniu zmarszczek już nawet przestałam marzyć ;) Nie uczuliły mnie, nie podrażniły, nie spowodowały żadnych przykrych niespodzianek. Warto przetestować. I polubiłam je na tyle, że lecą do mnie dwa kolejne opakowania. Widziałam je też kiedyś w Naturze za niewiele wyższą kwotę więc jeśli nie lubicie czekać na przesyłkę (darmową:D) można też je dorwać stacjonarnie.

RIVAL DE LOOP Maseczka pod oczy i na powieki
Dawno, dawno temu stosowałam maseczki pod oczy z Dermiki. Nie zachwyciły mnie. Gdy w oko wpadł mi ten o to produkt po pobieżnym zerknięciu na skład (masło shea wyyysoko w składzie) nie mogłam zostawić go na półce. Szczególnie, że cztery niewielkie saszetki kosztowały mnie poniżej 2 zł. Opakowanie nie powala. Jedna saszetka wystarcza na kilka aplikacji co jest średnio higieniczne. Z tego względu nie przepadam za maseczkami w saszetkach... Ale myślę, że spokojnie można by ją przelać do niewielkiego pojemnika i w sumie to żałuję, że togo nie zrobiłam bo spora ilość tego kosmetyku mi się najzwyczajniej w świecie zmarnowała. Jeśli mowa o działaniu daleka jestem od zachwytu. Od maseczek wymagam natychmiastowego działania i efektu wow w porównaniu do standardowych kremów. A tu dostałam przyjemny... krem. Produkt ma bogatą konsystencję i całkiem nieźle radzi sobie z przesuszeniami. Trochę nawilża, trochę natłuszcza. Jednak mam wrażenie, że jednocześnie dosyć mocno obciąża skórę. Nie spowodował reakcji alergicznej ale jako noszenie było dla mnie niekomfortowe. Nie wrócimy do siebie.


* wybaczcie odwrotną kolejność na zdjęciach i brak składów (gdzie jesteście zdjęcia?) *

Znacie? Lubicie?

wtorek, 7 lipca 2015

YVES ROCHER | purBLEUET | płyn dwufazowy i woda do demakijażu twarzy i oczu

YVES ROCHER | purBLEUET | płyn dwufazowy i woda do demakijażu twarzy i oczu
Nakupiłam, nakupiłam to i używam. Dziś o kolejnych produktach z oferty Yves Rocher. Oba do demakijażu, oba z serii z bławatkiem. Niby podobne a zupełnie różne. Nie chodzi mi tu nawet o ich formuły a wyłącznie o dobre i słabe działanie. Jesteście ciekawi? Zapraszam na recenzję ;)


 Zacznijmy od produktu w moim odczuciu lepszego. Moja oczywiście o Dwufazowym płynnie do demakijażu oczu z wyciągiem bławatka BIO. 125 ml pojemności w cenie regularnej kosztuje 24 zł. Na wszelkiej maści Roszerowych promocjach możemy go kupić poniżej złotych dziesięciu.
Opakowanie tego produkty jest przyjemne. Estetyczne, przeźroczyste, z piękną szatą graficzną. Płyn posiada dwie fazy (a to ci niespodzianka!): bezbarwną wodną i niebieską olejową.
Osoby, które nie przepadają za płynami dwufazowymi ze względu na ich tłustą konsystencję będą zachwycone - płyn jest bardzo lekki, niemal satynowy. Nie pozostawia uczucia oblepienia czy ciężkiej tłustej powłoczki jak niektóre tego typu kosmetyki. Jeśli mowa o jego skuteczności - jest dobrze. Znam lepsze produkty do demakijażu (może nie lepsze a działające odrobinę szybciej) ale przytrzymanie dobrze nasączonego wacika przez kilkanaście sekund daje nam pewność skutecznego demakijażu. Płyn ten jest dodatkowo bardzo łagodny - nie podrażnił mnie, nie uczulił, nie powodował zaczerwienienia oczu. Ma neutralny zapach. Wydajność określiłabym jako standardową.
Skusiłam się na niego po serii pozytywnych opinii jakie na jego temat dane mi było przeczytać.  W ogóle mam wrażenie, że to flagowy produkt tego producenta i... wcale się nie dziwię. Jest po prostu dobry i warto go przetestować. Sama chętnie do niego w przyszłości powrócę.

Drugim z produktów jest Woda do demakijażu twarzy i oczy z wyciągiem z bławatka BIO. Totalna porażka swoją drogą. A zapowiadało się tak pięknie. Opakowanie na plus. Smukła, zwężana butelka ze średnio wygodnym otwarciem (domena tej firmy...) ciemnoniebieska choć transparentna dzięki czemu możemy kontrolować zużycie.
Woda to nie woda. Produkt ten posiada lekką żelową konsystencję. Bardzo podobną do popularnego hibiskusowego toniku Sylveco. Gdy tylko dorwałam ją w swoje łapy byłam zachwycona. Jednak pierwsze użycie mnie rozczarowało. Po pierwsze ten produkt zupełnie nie nadaje się do demakijażu oczu. Powoduje u mnie mocne pieczenie, uczucie rozgrzania i widoczne zaczerwienienie. Lepiej jest w przypadku demakijażu twarzy - tutaj nie pojawia się nic oprócz lekkiego zaczerwienienia, które znika w ciągu kilkunastu sekund. Przyjemna konsystencja okazała się być jednak bardzo niekomfortowa w użyciu bo żel spływa z wacika i często zanim uda mi się przyłożyć płatek kosmetyczny do skóry połowa żelu ląduje na podłodze. Bezsens. Być może to kwestia tego, że nakładam go w sporej ilości. A muszę to robić ponieważ właściwości tejże wody są gorzej niż słabe. Do demakijażu twarzy zużywam kilka płatków a i tak nie udaje mi się jej oczyścić na tyle, by ostatni był czysty... A mój codzienny makijaż to albo średnio kryjący podkład albo krem BB. Rozumiecie... Wydajność ze względu za słabe działanie jest słaba. Ja męczę się z nim długo bo też zmuszam się by po niego sięgnąć. To zupełnie produkt nie dla mnie..
Opakowanie o pojemności 200 ml w cenie regularnej kosztuje 21 zł. O 21 zł za dużo ;))

Znacie, lubicie?

poniedziałek, 6 lipca 2015

Tak bardzo chciałam Cię polubić... | ZIAJA | 25 + | krem nawilżający matujący

Tak bardzo chciałam Cię polubić... | ZIAJA | 25 + | krem nawilżający matujący
Nie lubię kremów Ziaja. W młodości (nie żebym była stara) używałam wersji oliwkowej, kakaowej, z kozim mlekiem i z serii Sopot Spa. Żaden z nich mnie nie zachwycił. Większość na dodatek powodowała wysyp. Nie lubię się z parafiną, oj nie. Po dłuższej przerwie dałam firmie szansę. Krem z witaminą C mnie uczulił/podrażnił. A krem mikrozłuszczający z Liści manuka diabelnie odwadniał mi skórę. Ale podobno do trzech razy sztuka. Tyle dobrego na temat wersji nawilżająco matującej z serii 25+ już przeczytałam że i ona wpadła w moje łapy. I co? I to nie mogło się udać ;)


Opakowanie oceniam dosyć pozytywnie. Słoiczek nie zachwyca bo wygląda po prostu tanio (ale i sam krem tani jest więc niech im będzie...) ale szata graficzna na plus. Jest estetycznie. Plus za kartonik. Zafoliowany. I pewność, że nikt nie macał w naszym kosmetyków palców. Mała rzecz a cieszy ;)

Krem ma dosyć lekką konsystencję (szczególnie jak na możliwości tej firmy) ale do najlżejszych też nie należy. Żałuję, że otworzyłam go wraz z nadejściem lata - gdybym była mądrzejsza (bogatsza w doświadczenia - to ładniej brzmi) poczekałabym do jesieni. Bezpośrednio po aplikacji pozostawia na skórze powłoczkę. Która teoretycznie się wchłania ale uczucie obciążenia na skórze zostaje. Krem ma dosyć specyficzny, niepodobny do niczego zapach. Nie utrzymuje się on jednak na skórze i nie drażni w momencie aplikacji.

Jeśli mowa o działaniu jest słabo... Zacznę od matowienia. Ten krem nie matuje. Za grosz. Nie zauważyłam, żeby wzmagał produkcję sebum ale nie wpływa też w żaden sposób na jego ograniczanie. A chyba nie o to producentowi chodziło. Nawilżenie też nie powala. No nie. Znam wiele lepszych kremów pod względem nawilżenia od tego cudaka. Dodam że zdaniem producenta mamy też otrzymać redukcje widoczności porów i zaskórników. Moje kratery nadal wyglądają jak kratery. Zaskórniki jak były tak i są. Jest ich niewiele ale to z pewnością nie zasługa tego produktu. Nie spowodował jednak wysypu, zapchania czy pogorszenia stanu mojej skóry twarzy.

Plusem z pewnością jest niezwykła wydajność. Używam go o paru ładnych tygodni codziennie dzień w dzień a udało mi się zużyć niewiele ponad 1/3 opakowania. Ale też używam go barrrdzo oszczędnie - przy większych ilościach podkład czy inne cudo nałożone na skórę nie prezentuje się zbyt dobrze. Przy ilościach minimalnych ze względu na lekki film podkład całkiem przyjemnie po nim sunie w momencie aplikacji.

Jestem rozczarowana. Po serii zachwytów na jego temat z jakimi spotkałam się spodziewałam się samaniewiemczego. To znaczy wiem czego - dobrego nawilżenia i mocnego matu na te upalne dni. Nie dostałam ani jednego ani drugiego. Teoretycznie ten krem dedykowany jest osobom po 25 roku życia. Mam 25 lat (no dobra, rocznikowo 26) i mimo typowo mieszanej skóry potrzebuję jednak czegoś porządniejszego. Przeżyłabym brak matu gdybym widziała inne efekty. Nie widzę ich.

Podsumowując: błądzę, gubię się w zeznaniach i generalnie sama nie wiem co mi w nim nie pasuje ale odpuszczam. Może jestem najzwyczajniej w świecie uprzedzona. Krem zużyję do pielęgnacji szyi i dekoltu (nie matuje - nie wysusza - krzywdy mi nie zrobi) a zaczynam testy innego kremu o podobnym (oby nie!) działaniu. Również rodzimego producenta - AA.


niedziela, 5 lipca 2015

TOŁPA green | nawilżające mleczko łagodzące

TOŁPA green | nawilżające mleczko łagodzące
Produkty Tołpy goszczą u mnie już od jakiegoś czasu. Znalazłam w ich ofercie produkty mocno przeciętne, dobre, słabe i jeden produkt, który totalnie mnie zachwycił i uważam go za jedną z perełek kosmetycznych wśród produktów dostępnych na rynku. Ale... dziś nie o nim :D


Mleczko to wpadło mi w ręce w przedostatniej edycji JoyBoxa :) Jednak widziałam je też ostatnio w Biedronce za 20 zł co jak na Tołpę uważam za rozsądną cenę jak na 200 ml pojemności. Mleczko zapakowane jest w klasyczną, estetyczną tubę. Jak na producenta przystało napakowane jest wszelkiej maści informacjami.

Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie konsystencja tego produktu. Jest ona lekka i kremowa. Dzięki temu wchłanianie trwało zaledwie chwilę. Ogromny plus za zapach. Balsam pachnie przepięknie. O ile mnie pamięć nie myli zapach miał zawdzięczać korzeniowi irysa i... ah. Coś pięknego.

Mleczko na nawilżać, łagodzić, wspomagać regenerację i uelastyczniać. I całkiem nieźle sobie radzi. Nawilżenie na mojej problematycznej ostatnio skórze jest całkiem niezłe. Jak na przeciętny, drogeryjny balsam przystało. Właściwości łagodzące? No nie wiem. Ale z pewnością nie podrażnia i śmiało mogłam aplikować go na skórę bezpośrednio po depilacji. Właściwości regenerujące nie powalają ale... tragedii też nie ma. Uelastycznienie raczej trudno zmierzyć gołym okiem ale faktycznie skóra po użyciu była miękka, gładka i sprężysta więc tu też nie bardzo mogę się przyczepić.

To dobry produkt. Nie rewelacyjny. Nie idealny. Ale najnormalniej w świecie dobry. Nie jest drogi, ma dobrą dostępność, przyzwoite działanie i skład (masło shea, olej ze słodkich migdałów, ekstrakty wysoko w składzie). Wybaczam mu słabą wydajność bo ostatnio wszelkie smarowidła idą u mnie jak woda (przesusz totalny...). Warto spróbować.



sobota, 4 lipca 2015

YVES ROCHER | Delikaty szampon z wyciągiem z hamamelisu

YVES ROCHER | Delikaty szampon z wyciągiem z hamamelisu
Dziś obiecana recenzja szamponu z wyciągiem z hamamelisu firmy Yves Rocher :)


Bardzo podoba mi się jego opakowanie. Jest estetyczne, bardzo przyjemne pod względem wizualnym. To chyba zasługa białej butelki. Minus za korek - to kolejny produkt tej firmy trudny do otwierania. Mogli by nareszcie pomyśleć nad jakąś zmianą.

Szampon jest dosyć gęsty chociaż nie przesadnie. Jest lekko tępy. Podobnie do szamponu Babydream czy żelu do higieny intymnej Intimelle. Mam nadzieję, że kojarzycie jaką konsystencję mam na myśli ;) Ma przyjemny zapach jednak trudno mi określić z czym mi się kojarzy.
Świetnie się pieni, jest dosyć wydajny. Skład również na plus - nie zawiera SLS, wysoko w składzie znajdziemy glicerynę, jeszcze przed zapachem wyciąg z oczaru. Nie jestem w stanie przyczepić się o jego działania. Oczyszcza. Na prawdę skutecznie i włosy i skórę głowy. Nie podrażnia skóry i przyjemnie zmiękcza włosy. Jakby się uprzeć - mogę obie odpuścić po nim odżywkę.

Muszę przyznać, że to naprawdę świetny szampon. Gdy dodamy do tego jego pojemność (300 ml) i niewygórowaną cenę 11.90 zł (na promocji za pół ceny ;)) okazuje się, że to jeden z przyjemniejszych  szamponów jakie ostatnio używałam. Czy do niego wrócę? Z pewnością :)


piątek, 3 lipca 2015

DENKO | czerwiec 2015

DENKO | czerwiec 2015
Po zakupach czas na denko.
Patrząc na to jak wygląda, mam nieodparte wrażenie, że cały miesiąc spędziłam na myciu się :D Ale nie ma tego złego... 


Yves Rocher szampon z wyciągiem z hamamelisu - szybko podbił moje serce. Dawno (no dobra, trochę oszukuję) nie trafiłam na tak dobry produkt do mycia włosów. Niebawem doczeka się pełnej recenzji.
Ziaja med szampon przeciw wypadaniu włosów - ten za to mnie nie zachwycił zupełnie. Podobnie jak produktowi wyżej szykuję mu dokładniejszy opis.
Garnier Fructis odżywka wzmacniająca Goodbye Damage - wczoraj w poście zakupowym pojawiło się kolejne opakowanie tej odżywki co chyba najlepiej świadczy o mojej sympatii do niej. Świetna drogeryjna odżywka w świetnej cenie. Niczego więcej nie potrzebuję.
Yves Rocher płukanka malinowa - słabizna totalna. Nie dawała na moich włosach żadnych efektów. Cudowałam, wymyślałam, nakładałam w ilości mniejsze i większej, zostawiałam ją na dłuższą i krótszą chwilę, po myciu mocno oczyszczającym szamponem, po olejowaniu, po odżywkach i maskach. Nic. Efektów brak. Plus za piękny (choć ulotny) zapach. Innych plusów brak.
Joanna Ultra color system płukanka niebieska - odkopałam ją z łazienkowej półki. To naprawdę dobry produkt. Świetnie ochładza kolor włosów jednocześnie lekko je przyciemniając. Niebawem kupię kolejne opakowanie i będę ją stosować w duecie z szamponem z ich profesjonalnej linii.


Le Petit Marseiliais Delikatny żel 2 w 1 Pomarańcza i grejpfrut - zużyłam jako płyn do kąpieli. I zupełnie mnie nie porwał. Był rzadki przez co niewydajny. Kiepsko się pienił. Ratował go bardzo przyjemny cierpko-słodki zapach ale nie przekonał mnie do siebie na tyle, bym w przyszłości zechciała do niego wrócić.
Le Petit Marseiliais Delikatny żel pod prysznic Werbena i cytryna - pierwsze wrażenie na temat tego żelu miałam nienajlepsze jednak zapach rozkochał mnie w sobie doszczętnie. Również nie zachwycił swoją wydajnością jednak pienił się trochę lepiej od poprzednika.
On Line Kids płyn do mycia ciała i włosów Beztroskie liczi - był świetny. Używałam go jako żel pod prysznic. Pachniał wspaniale a na dodatek był bardzo łagodny dla skóry. Chętnie wrócę do niego w przyszłości mimo dosyć słabej wydajności.
Yves Rocher Jardins du Monde żel Tiare - uwielbiam go. Jest łagodny, bardzo gęsty, cudownie się pieni. Na dodatek ma najpiękniejszy zapach świata, który powala swoją intensywnością. Na chwilę robimy sobie od siebie przerwę ale mam chyba ze trzy opakowania w zapasie ;))


Farmona Sweet Secret waniliowy scrub do mycia ciała - to jeden z najlepszych peelingów drogeryjnych dla fanek ostrego zdzierania. Jedyną rzeczą, jaka mi w nim przeszkadza to dosyć płynna konsystencja ale jestem mu w stanie to wybaczyć.
Yves Rocher mleczko nawilżająco odżywcze do suchej skóry - to jeden z tych produktów YR po które warto sięgnąć. Bardzo się z nim polubiłam, niebawem spłodzę mu odrębną recenzję.
Tołpa botanic czarna róża odżywczy krem-kokon do rąk - ratował go wyłącznie piękny zapach. To bardzo przeciętny krem jakich na drogeryjnych półkach wiele, na pewno nie zagości u mnie ponownie.
Benetton mgiełka do ciała Sparkling Guarana. Mgiełki Benettona to dla mnie mgiełki idealne - są dosyć trwałe, duże, tanie i mają szeroki wybór zapachów (online oczywiście). Jednak ta konkretna mniej więcej po wypsikaniu 3/4 opakowania zaczęła mnie mocno drażnić więc swój żywot zakończyła jako odświeżacz. Nie zmienia to jednak faktu, że mam trzy inne zapachy w zanadrzu :D
Jelit chusteczki zmywające lakier z paznokci - dostałam je dawno temu, zużyłam zresztą też. Planowałam im napisać recenzję ale w sumie to nie ma o czym się rozpisywać ;) Największy minus? Niemiłosierny smród. Kolejne to mała wielkość chusteczki, dosyć słabe jej nasączenie zmywaczem i średnia skuteczność. Plus za formę - idealną na wyjazdy.


Evree Magic Rose - mój ulubieniec. Wykończyłam go na początku miesiąca i już za nim tęsknię. Był niezwykle uniwersalny. Lekki, szybko się wchłaniał jednak dział bardzo skutecznie. Używałam go głównie do skóry szyi i dekoltu. Na pewno do siebie wrócimy.
Tołpa żel do mycia twarzy i oczu - przyjemnie gęsty, niepieniący się żel. Dobrze oczyszczał skórę, był wydajny. Opakowanie w formie tubki uważam za chybione jednak pełnowymiarowe opakowanie na szczęście posiada pompkę. Mam jeszcze dwie miniatury w zapasie.
Perfecta Olejkowa mezoterapia peeling/maska - strasznie słaby produkt. Peeling nie peelingował a miział. Maseczka nie zrobiła z moją skórą praktycznie nic.
Perfecta Błotna detoksykacja peeling/maska - ten z kolei zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Peeling był diabelnie (cudownie *-*) ostry, mocniejszy nawet od peelingu bardzo mocnego Ziaja Pro. Maska była dosyć przeciętna ale też nie jestem w stanie się do niej przyczepić. Mam następne opakowanie ;)
Bielenda Hydrożelowa maseczka ultra nawilżająca - porządna maska. Lekko nawilżała jednak świetnie koiła skórę, rozpromieniała ją i wyrównywała delikatnie koloryt. Chętnie do niej wrócę.
Purederm maska ryżowa - moment aplikacji był bardzo przyjemny jednak efektów niestety nie zaobserwowałam żadnych.
Bandi oczyszczająca maska drożdżowa - bardzo przyjemna. Maleństwo wystarczyło mi na jedną aplikację i zainteresowało mnie na tyle, że niebawem zainwestuję w pełnowymiarowe opakowanie.
Stendres krem na dzień - zupełnie nie wiem co o nim myśleć. Próbkę otrzymałam w JoyBoxie, wystarczyła mi na dwa razy. Używałam go na noc bo jednak był dla mnie zbyt konkretny do użytku na dzień. Działanie? Nie wiem. Krzywdy nie zrobił ;)

To by było na tyle. Mam nadzieję, że kolejne denko będzie równie owocne :-)

czwartek, 2 lipca 2015

ZAKUPY | czerwiec 2015

ZAKUPY | czerwiec 2015
Wszystko co dobre szybko się kończy. Wczoraj powróciłam z moich krótkich wakacji więc pora reanimować bloga ;)
Dziś o zakupach z ostatniego miesiąca. Dosyć skromnych muszę (z radością!) przyznać.

Mam słabość do żeli pod prysznic. Gdy w Biedronce przyuważyłam wielki żel BeBeauty Creme o zapachu lodów pistacjowych nie mogłam go nie kupić. To nic, że byłam na drugim końcu Polski - i tak wrócił ze mną do domu :D Odżywki Garnier Fructis: Oil Repair 3, Gęste i zachwycające, Goodbye Damage kupiłam na promocji (6,5 zł) w Rossmanie. Dwie pierwsze są dla mnie totalną nowością, ostatnią ledwie zużyłam a już zachciałam posiadać kolejne opakowanie - bardzooo się polubiliśmy :) Na koniec szampon rewitalizujący Joanna. Stalo się. Wróciłam do blondu. Nienawidzę brzydkich, żółtych, spranych blondów więc szukałam jakiegoś pomocnika. Padło na niedrogą Joannę i jestem bardzo ciekawa czy podoła.

Woda perfumowana Rose Absolue Yves Rocher chodzi za mną od daaawna. Niestety jest już wycofana i trudno ją spotkać w niewygórowanej cenie :( Za to trafiłam na dobrą okazję wersji Eau fraiche. Nie mogłam jej nie kupić, same rozumiecie ;) Pomadka ochronna Isana Fruit & Gloss skusiła mnie arbuzowym zapachem. Lakier Rimmel w odcieniu Lose your Lingerie miał być mój od dawna ale jakoś przegapiłam jego moment wycofywania ze sklepowych półek. Udało mi się na szczęście go kupić za 7zł z przesyłką ;) Na koniec owoce promocji -40 % w Naturze. Zupełnie nie planowałam zakupów ale w oko wpadła mi świetna pomadka Smart Girls Get More w odcieniu In the Bath. A jako, że rabat obowiązywał od dwóch produktów za darmo dobrałam sobie kredkę do brwi W7. Pierwsze wrażenia nie są najlepsze ale zobaczymy jak będzie dalej.

To by było na tyle. Jak widzicie- jak na moje możliwości uważam miesiąc za skromny i rozsądny :D


Copyright © 2016 KOSMETYKOHOLICZKA , Blogger