poniedziałek, 30 marca 2015

NOWOŚCI | marzec 2015

NOWOŚCI | marzec 2015
Po owocnym denku pora zaprosić Was na owocne (ha, odwyk znów udał się tylko częściowo) zakupy. 



Jak wiadomo przy moich zapasach żaden z tych kosmetyków nie był mi potrzebny na już więc tym razem daruję sobie wymyślanie wyszukanych usprawiedliwień. Za to jako bonus dołączę zbiorowe zdjęcie moich zapasów, które ostatnio uczyniłam i które ma mnie (na chwilę obecną niezbyt skutecznie) zniechęcać od zakupów. 

Zapas tuszy (Celia, Wibo, YR), gratisowe lakiery (Wibo), puder brązujący (My Secret) oraz roświetlacz (Wibo).

Zapachy *-* Dwa flakony z Yver Rocher: Quelques Notes d'Amour i So Elixir. Do tego I Coloniali w wersji Playfull Lychee. Ten ostatni podbił moje serce na amen bo od dawna marzyły mi się perfumy z wyraźną nutą liczi :)

Pielęgnacyjny miszmasz. Produkty Pharmaceris (krem z witaminą K) i Dr Ireny Eris (płyn dwufazowy) dostałam od Pani Magdy. Kulkę Garniera i krem Dove kupiłam za śmieszne kwoty w Biedronce. Ostatnie zdjęcie to moja najulubieńsza (z wodą I Coloniali) część marcowych nowości - kremy do rąk The Body Shop od Gosi z mejd-in-poland [KLIK]. Gosiu, jesteś wielka!

Pielęgnacyjny miszmasz numer dwa. Żele pod prysznic: liczi Online Kids, liczi z maliną Juicy Fresh i gardenia z YR (uwielbiam). Zdjęcie numer dwa to łupy z Natury: krem do biustu Soraya, żel do higieny intymnej Intimelle i przecenione masło z Green Pharmacy. Z polecenia Gosi przygarnęłam też szampon Ziaji na wypadanie ale niestety jeszcze do mnie do dotarł.

Miszmasz pielęgnacyjny numer trzy. Krem do stóp Tołpy. Reszta to dzisiejsze zakupy z Rossmana: limitowany żel Isany (malina z miętą), mydło błotno-solne (chciałam peeling tej samej firmy ale jak na złość wszystkie rozlane...), szczotka do masażu na sucho i bawełniane chusteczki (planuję robić sobie tonikowe maseczki, kosztowały niecałe 4 zł za promocji).

Oleofarm [KLIK]. Suplementy pojawiły się w najlepszym dla mnie momencie bo włosy znów lecą mi garściami (nie żartuje :<). Zaczęłam od Skrzypolnu z biotyną. O efektach na pewno napiszę więcej.

I to by było na tyle...

Zapasowy bonus:
Nędzy obraz i rozpaczy.


A Wy pokazywałyście już marcowe nowości?

sobota, 28 marca 2015

DENKO | marzec 2015

DENKO | marzec 2015
Dziś o ogromnym denku z marca :)


Legenda:
* Hit/ miłość/ ulubieniec. Produkt po który sięgam od dłuższego czasu, który mnie zauroczył, który w jakiś sposób pozytywnie wyróżnia się w śród ogromu kosmetyków dostępnych na rynku.
* Pewnie kupię ale... nie nazwę tego produktu hitem/zastąpiłam go czymś innym/waham się/znudził mi się/nie wpisuje się w moje obecne potrzeby/szkoda mi aktualnie na niego pieniędzy/ma słabą dostępność itp - czyli nie jest zły ale istnieje prawdopodobieństwo, że kolejny zakup odłożę w czasie albo w międzyczasie znajdę mu lepszego zastępce.
* Nie kupię. Bo nie. Bo jest bublem/bo nie działa/bo robi mi krzywdę/nie odpowiada mi stosunek ceny do jakości/ bo znam lepsze.


Under 20, anti acne, płyn micelarny - bardzo przeciętny produkt, oczyszcza niedostatecznie jak na moje wymagania i potrzeby jednak nie robił skórze krzywdy.
RECENZJA

Go Cranberry, micelarny żel do mycia twarzy i demakijażu - konsystencja rzadkiego kisielu, nędzna piana i słabe właściwości oczyszczające zupełnie mnie do niego nie przekonały. Nie był wydajny.
RECENZJA

Bandi, Delicate care, subtelny peeling enzymatyczny - uwielbiam uwielbiam uwielbiam. Otworzyłam kolejne opakowanie. Peeling jest skuteczny niczym peeling mechaniczny jednocześnie bardzo delikatny. Nie powoduje pieczenia, szczypania, rozgrzania skóry czy jej zaczerwienienia.
RECENZJA

Bania Agafii, peeling ryżowy - peeling solny o przyjemnym zapachu, konsystencji i właściwościach ścierających jednak dodatek (o ironio, jej jej więcej niż ryżu ;)) skutecznie do u mnie dyskwalifikuje. Większość zużyłam do ciała.
RECENZJA


Tołpa, botanic, czarna róża, odżywczy krem-miód regenerujący - moja przygoda z kremami Tołpy rozpoczęła się niezwykle przyjemnie. Ten zachwycił mnie zapachem, bogatą choć nie tłustą konsystencją i właściwościami, które zapewniły mi odpowiednie nawilżenie i odżywienie skóry.
RECENZJA

Tołpa, botanic, czarny bez, kojący krem-balsam na naczynka - kupiony przez pomyłkę jednak bardzo cieszę się, że wpadło w moje ręce. Idealny krem na chłodne dni, miał konkretną konsystencję mimo to ładnie trzymał się na nim makijaż. Dobrze nawilżał skórę, ochraniał ją przed czynnikami atmosferycznymi.
RECENZJA

Pharmaceris B, baby, bezpieczny krem ochronny do twarzy dla dzieci 50 + - to porządny krem z filtrem. Jednak ze względu na swoją bogatą konsystencję i lekkie bielenie raczej nie polecam go  w ciepłe miesiące. Jednak nie miałam problemu z trwałością makijażu po jego użyciu co uważam za plus.
RECENZJA

Bielenda, Super power mezo serum, aktywne serum korygujące - mimo, że zbiera dobre opinie u mnie się nie sprawdziło. Faktycznie trzymało skórę w ryzach ale każda pojawiająca się na skórze niedoskonałość goiła się stanowczo zbyt długo.
RECENZJA


Skinlite, 2etapowa kuracja odmładzająca i regenerująca - maska w formie płata i serum pod nią. Bardzo przyjemny produkt dający efekt nawilżenia i lekkiego napięcia skóry. Od dawna nie używałam masek w tej formie i powrót do nich uważam za bardzo udany. Kosztuje 5 zł co uważam za świetną cenę jak za produkt tego typu.

Tołpa, provivo 35+, maska-blask - tragedia. Blask producent rozumie przez różową perłę w tejże kremowej masce zatopiony. Po nałożeniu na skórę maska zaczęła mnie lekko piec, po pięciu minutach pojawiło się uczucie palenia na skórze, po zmyciu skóra była zaczerwieniona, wysuszona i podrażniona. Drugą saszetkę zużyłam do stóp bo nie miałam odwagi jej nakładać na twarz. Nigdy więcej.

Tołpa, lipidro, maska-kokon - przyjemna odżywcza maska, jednak cenę (8 zł)uważam za lekko wygórowaną, można uzyskać podobny efekt produktami w niższej cenie.

Tołpa, futuris 30+, maska ekspres - ta maska dla urozmaicenia błyszczała się złotem. Bezpośrednio po aplikacji lekko szczypała skórę. Po zmyciu skóra była lekko spięta, zupełnie nie nawilżała i zasadniczo sprawdziła się gorzej niż jakiś podstawowy codzienny krem.

Isana, Intensive - oszukane denko bo pomadka mi się zepsuła. Ale wcale z tego powodu nie płaczę bo była słaba. Tępa i twarda przez co źle aplikowało ją się na usta. Właściwości odżywcze miała poniżej przeciętnej, mimo pozostawiania warstewki nie radziła sobie z moimi ustami.

Dermena, odżywka do rzęs - oszukane denko numer dwa. Zużyłam może 1/3 opakowania i dałam sobie z nią spokój. Nie zauważyłam żadnych efektów pielęgnacyjnych za to po około dwóch miesiącach używania zaczęła podrażniać mi oczy.


Yves Rocher, szampon rewitalizujący - bardzo przyjemny szampon do codziennego mycia. Mimo zawartości SLSu i moja skóra i moje włosy się z nim dogadały. Dawał dużo gęstej piany i dobrze oczyszczał nie wysuszając. Był wydajny.

Apteczka Babci Agafii, aktywne serum na porost włosów - nieskuteczny płyn obciążający włosy.  Zużyłam i wyrzucam bez żalu.
RECENZJA

REF, szampon 551, miniatura - świetny! Pienił się jak szalony mimo braku SLS, skutecznie oczyszczał skórę głowy i pielęgnował włosy. Miał nietypową lekko grudkowatą konsystencję. Był baaardzo wydajny. Szkoda, że jest tak drogi ale w przypadku tego produktu wychodzę z założenia 'nigdy nie mów nigdy'.

Delia, Camelo, maska keratynowa, miniatura - nic szczególnego, w działaniu słabsza od keratynowego Kallosa jednak miała od niego przyjemniejszą (bo bardziej gęstą) konsystencję.

Buble and Bumble, Hairdresser's, baza ochronna - to na pewnie nie był zły produkt - lekka konsystencja szła w parze z właściwościami ochronnymi, wygładzającymi i optycznie upiększającymi włosy. Skład również na plus. Ale cena 250 ml za 109 zł to trochę za dużo. Jednak nie mówię nie, w dobrej promocji może kiedyś zainwestuję w pełnowymiarowe opakowanie.


Yves Rocher, peeling wyszczuplający - przyjemny, lekki, codzienny zdzierak. Ceny regularnej niewarty ale w promocji czemu nie.
RECENZJA

Balea, kremowy olejek - bardzo przyjemny żel jeśli mowa o jego konsystencji, komforcie używania i właściwościach jednak zapach... nie tego się spodziewałam. Co nie zmienia faktu, że jeśli nadarzy się okazja to chętnie przygarnę kolejne opakowanie.
RECENZJA

Yves rocher, czerwone owoce, żel pod prysznic - dobre właściwości oczyszczające + zapach (miks kwaśnej żurawiny, porzeczek i słodkich malin *-*). Szkoda, że to limitowanka.

Adidas, 6w1, antyperspirant - nie znalazłam w nim wad. Chronił, ładnie pachniał, był wydajny i tani.


Bania Agafii, mydło cedrowe - mój ulubieniec. Używałam je do mycia włosów, twarzy i przede wszystkim ciała. Do każdego z tych celów sprawdzało się równie dobrze. Do tego przepięknie pachniało i było wydaje. Mam kolejną sztukę, na pewno doczeka się recenzji.

Tołpa, botanic, czarna róża, krem do stóp - średniaczek o przyjemnej konsystencji i cudownym zapachu.

Bania Agafii, peeling do stóp regenerujący - kolejny słaby peeling tej firmy. Drobinki nie były ostre i nawet spora ich ilość nie ratowała produktu.

L'occitane, kremy do rąk - jak dla mnie szału nie ma. Drogie a w działaniu i konsystencji przypominają mi kremy Nivea.
RECENZJA


Znacie któryś z produktów? Jak się sprawdził? :)

środa, 25 marca 2015

GO Cranberry | Micelarny żel do mycia twarzy i demakijażu

GO Cranberry | Micelarny żel do mycia twarzy i demakijażu
Uwielbiam łagodne produkty do oczyszczania twarzy. Dziś o żelu z którym wiązałam spore nadzieje jednak koniec końców mimo swojego potencjału mnie nie zachwycił a raczej skutecznie zniechęcił do innych kosmetyków tej firmy.



Żel ten zapakowany jest w przezroczyste opakowanie pozwalające kontrolować zużycie, posiada wygodną nieawaryjną pompkę. Etykietka nie jest przeładowana, zawiera wszystkie niezbędne mi do szczęścia informacje i nawet cieszy oko.

Konsystencja tego kosmetyku mnie nie zachwyciła. Żel jest bardzo rzadki, niczym rozwodniony kisiel. Zapach określiłabym jako lekki i dość neutralny choć niezbyt przyjemny. Przyznam szczerze, że zdziwił mnie fakt, że ten produkt się...pieni. Przyzwyczajona jestem, że wszelkie produkty micelarne piany nie mają. Piana jest marna, żel nieprzyjemnie ślizga się po skórze.

Jeśli mowa o właściwościach oczyszczających szału nie ma. Żel nie poradzi sobie ze zmyciem mocniejszego makijażu, nie domywa olei. Jako produkt używany rano czy po dokładnym nietłustym demakijażu daje rade ale myślę, że gdybym w wieczornej pielęgnacji nie używała gąbki konjac (fajne to!) byłabym jeszcze mocniej nim zawiedziona. Nie powoduje wysuszenia skóry jednak po jego użyciu czuję lekkie ściągnięcie. Patrząc na fakt, że producent obiecuje nam oczyszczenie, odświeżenie i nawilżenie produkt wypada... słabo.

Żelu nie ratuje przyjemny skład za niewygórowaną cenę (ok. 20 zł) również ze względu na jego dosyć słabą wydajność przy niezbyt dużej (150 ml) pojemności. Jednym słowem daleka jestem od zachwytu i z pewnością do niego nie wrócę.






sobota, 21 marca 2015

PAT&RUB | Relaksujące masło do ciała | TRAWA CYTRYNOWA i KOKOS

PAT&RUB | Relaksujące masło do ciała | TRAWA CYTRYNOWA i KOKOS
Produkty Pat&Rub od dawna gościły na mojej (niepublikowanej) liście chciejstw. Kusiła mnie seria otulająca jednak jak na złość nie mam do niej szczęścia (a raczej do promocji ;)) dlatego gdy tuż przed moimi urodzinami udało mi się na stronie merlina upolować inną wersję we względnie dobrej cenie stwierdziłam raz kozie śmierć - biorę.


Produkty tej marki bardzo podobają mi się pod względem wizualnym. Nie inaczej jest w przypadku tego produktu. Masło zapakowane jest w wygodny, funkcjonalny plastikowe słoik który umożliwia zużycie produktu do samego końca.

Konsystencja trochę mnie zdziwiła. Producent opisuje ją jako tortowy krem ale każdy tort padł by z taką masą ;) Masło to nie masło niestety (albo i stety, co kto lubi), jest bardzo kremowe i lekkie jednak czuć, że skład bogaty jest w oleje. Aplikacja produktu jest przyjemna jednak potrafi się on lekko mazać na skórze co mnie dziwi bo raczej uważam to za domenę ciężkich smarowideł. Niemniej jednak wystarczy krótki masaż by nadmiar wchłonął się w skórę zostawiając na niej lekką, olejową, bardzo przyjemną powłoczkę. Działanie pielęgnacyjne częściowo mogę chwalić. Masło wspaniale nawilża, wygładza, natłuszcza skórę. Jednak nie do końca radzi sobie z bardzo suchymi partiami jak łokcie czy kolana mimo pięknego składu. Wydajność określiłabym jako standardową.

Bałam się jego zapachu. Jak cholera. Bo nie jestem jakąś wielką fanką kokosa za to aromat trawy cytrynowej uwielbiam. Pierwsze moje spotkanie było udane średnio i zastanawiałam się komu je opchnąć :D Jednak z każdym kolejnym użyciem zapach podobał mi się coraz bardziej i na chwilę obecną bliżej nam do miłości niż niechęci. Masło należy do linii relaksującej i faktycznie ta mieszanka zapachowa odprężyć potrafi. Niestety sam zapach niezbyt długo utrzymuje się na skórze i po godzinie nie ma co na niego liczyć.

Muszę przyznać, że moją przygodę z Pat&Rub uważam za całkiem udaną. Chociaż mam wrażenie, że po części ma na to wpływ fakt, że ja po prostu bardzo chciałam ten (lub inny) produkt mieć ;) Cenę regularną nadal uważam za lekkie przegięcie i 69 złotych bym za nie nie dała. Jednak trzydzieści kilka (bo za tyle je kupiłam) raz na jakiś czas będę w stanie przełknąć i myślę, że jakiś inny wariant jeszcze kiedyś u mnie zagości.



piątek, 20 marca 2015

UNDER 20 | płyn micelarny o działaniu antybakteryjnym

UNDER 20 | płyn micelarny o działaniu antybakteryjnym
Odkąd tylko na rynku pojawiły się płyny micelarne jestem ich wielką entuzjastką. Swoją przygodę zaczęłam od Biodermy, później Ziaji (porażka) i innych polskich marek. Jednak na długi czas moje serce podbił tani i jakże skuteczny i delikatny micel BeBeauty. Po kliku zużytych litrach (tak, litrach) stwierdziłam, że pora zrobić sobie od niego przerwę. Dlatego dziś o nowości w moim zbiorze jaka zagościła u mnie już jakiś czas temu i nareszcie doczekała się premiery.



Micel ten posiada przyjemne, młodzieżowe opakowanie. Może nie jest zachwycające ale też nie drażni. Jest bardzo wygodne w użytkowaniu, bez problemu dozuje odpowiednią ilość produktu. Konsystencja jak na micel przystało jest wodnista, zapach jest praktycznie niewyczuwalny i niemęczący.

Produkt ten dedykowany jest skórze trądzikowej (czyli nie dla mnie). Ma zmywać makijaż, oczyszczać skórę, łagodzić. Muszę przyznać, że używam go wyłącznie do skóry twarzy omijając okolice oczu właśnie ze względu na jego przeciwtrądzikowe właściwości. Być może nie robił by im krzywdy ale nie zamierzam tego sprawdzać - pielęgnacja skóry pod oczami jest moim priorytetem i wolę nie ryzykować.

Jeśli mowa o właściwościach oczyszczających są one... przeciętne. Micel radzi sobie z podkładem czy odświeżaniem skóry jednak nie zauważyłam jakiegoś spektakularnego działania.  Aktualnie używam go do zmywania powłoczki jaką pozostawia mleczko do demakijażu i w tej roli sprawdza się dobrze. Jednak ja w ogóle nie jestem fanką babrania się z wacikami na tak dużej powierzchni (nie, że mam jakąś wielką twarz, czy coś;)). Co do właściwości łagodzących - łagodzić nie łagodzi ale krzywdy też na szczęście nie robi.

Przyznam szczerze, że ten micel to nie jest produkt, do którego wrócę. Chociaż cieszę się, że dzięki uprzejmości pani Ani miałam okazję go przetestować. Nie jest zły jednak dla mnie to tylko dodatkowy, niewiele wnoszący do mojej pielęgnacji kosmetyk, który z pewnością zastąpię czymś, co będę mogła stosować przede wszystkim do demakijażu oczu. Nie jest drogi, cena za 200 ml produktu oscyluje w okolicach 12 złotych i być może u osób z grupy wiekowej jakiej jest dedykowany sprawdzi się lepiej. A z oferty Under 20 pozostanę przy [żelu micelarnym] ;)





czwartek, 19 marca 2015

YVES ROCHER | Clé Végétale Minceur | Peeling wyszczuplający

YVES ROCHER | Clé Végétale Minceur | Peeling wyszczuplający
Pozostając w temacie peelingów i firmy Yves Rocher dziś o produkcie do ciała, który zdążyłam już zużyć i wyrobić sobie na jego temat opinię.



Peeling ten zapakowany jest w bardzo ładną i estetyczną tubkę w ciemnozielonym kolorze. Przyczepić się jednak muszę do jakości zamknięcia - swoje zepsułam przy pierwszym użyciu gdy kilka ładnych minut siłowałam się z jego otwarciem. Głupiego robota...

Peeling to gęsty, niepieniący się żel z zatopionymi bardzo drobnymi drobinkami (masło maślane). Owe drobinki to zmielone ziarna krzemionki z Bambusa cokolwiek producent miał na myśli. Mimo, ze są niewielkie to na szczęście jest ich całkiem sporo. Są dosyć delikatne, wyczuwalne ale niezbyt ostre. Produkt funduje nam raczej porządny masaż i mizianie niż konkretne złuszczanie. Więc zalecenia by stosować go 1-2 razy w tygodniu to dla mnie trochę śmiech ale co kto lubi.

Produkt ten zawiera w swoim składzie również alkohol (śmiem podejrzewać, że pełni tu funkcję konserwantu). Mi krzywdy nie robi, jednak jeśli omijacie ten składnik w produktach do ciała to raczej nie jest produkt dla Was. Mnie nie wysuszył ani nie podrażnił.

Zapach nie każdemu się spodoba. Jest dosyć specyficzny, niby cytrusowy jednak wyraźnie czuć w nim charakterystyczną nutę typową dla produktów typu wyszczuplający/ujędrniający, którą pamiętam z żeli Eveline (swego czasu chciało mi się udawać, że się ujędrniam :D).

Nie wierzę w zapewnienia firm (wszystkich, nie piszę tu tylko o YR) w wyszczuplanie, odchudzanie i inne wianki i cuda. Tu jednak producent nieźle wybronił się i mimo, że sam produkt nazwał wyszczuplającym to opisał go jako przygotowujący skórę na intensywne wyszczuplenie co jakby nie patrzeć ma większy sens niż czcze obietnice.

Cena regularna 39.00 zł za 150 ml jest ceną totalnie nieproporcjonalną do jakości oraz wydajności i kosmetyk nie jest jej wart. Jednak jak to w YR można go kupić taniej i sama będę chciała do niego wrócić ale za cenę nie wyższą niż 15 zł.
Swoją drogą zamieniałam go obecnie na inny produkt, który ma ogromną szansę zostać moim dożywotnim ulubieńcem *-* Nie omieszkam Wam o nim napisać, gdy się jeszcze trochę z nim poznam.



środa, 18 marca 2015

YVES ROCHER | Beaute des mains | peelingujący olejek do dłoni

YVES ROCHER | Beaute des mains | peelingujący olejek do dłoni
Uwielbiam peelingi. Do twarzy, do ciała, do stóp i dłoni. Peelingi to jedne z tych produktów które nadużywam i muszę się mocno powstrzymywać, by nie stosować ich każdego dnia. Dziś o produkcie dedykowanym dłoniom, na który skusiłam się w promocyjnej cenie przy okazji zakupów w sklepie internetowym Yves Rocher.



Peeling zapakowany jest w wygodną, estetyczną tubkę. Opakowanie jest przeźroczyste co umożliwia nam kontrolowanie zużycia i pozwala się nacieszyć jego przyjemnym wyglądem. Oprócz wyglądu kosmetyk przyjemny ma też zapach, lekko słodki, owocowy jednocześnie dosyć orientalny i korzenny.

Olejek ten ma bardzo gęstą konsystencję, w moim odczuciu aż zbyt gęstą i trzeba włożyć stosunkowo dużo siły żeby wykonać nim masaż, na szczęście po dłuższej chwili pod wpływem ciepła robi się bardziej płynny. Drobinek w tym produkcie nie jest zbyt dużo więc przy jednorazowej aplikacji potrzeba go sporo by uzyskać satysfakcjonujący efekt ścierający. Drobinki (nasiona truskawki) są średniej wielkości, dosyć ostre, jednak nie podrażniają one w żaden sposób skóry. Po użyciu dłonie są na prawdę przyjemnie wygładzone i chłoną krem jak gąbka.

Produkt ten to typowy olejek myjący. Producent zaleca nakładać go na suchą skórę (w przypadku mokrej nie ma to sensu), po wykonaniu masażu należy go spłukać. W kontakcie z wodą zmienia się w lekką emulsję. Nie pozostawia na dłoniach żadnej warstwy jednocześnie nie pielęgnuje ich w żaden sposób. Na szczęście też nie wysusza.

Cena tego produktu to 17.90 zł za 75 ml pojemności, która spokojnie wystarczy na sporą ilość aplikacji. Czy warto? No nie wiem. W promocji czemu nie. Nie jest to zły kosmetyk jednak zastąpić go można chociażby cukrem/solą/kawą. Chociaż ze względu na dosyć nietypową dla tego typu produktu formułę i przyjemny zapach ja zakupu nie żałuję zakupu mimo, że w przyszłości nie planuje kolejnej sztuki.


wtorek, 17 marca 2015

BALEA | Creme-ol dusche

BALEA | Creme-ol dusche
Żele pod prysznic to produkty do której nie przykładam większej uwagi. Mają przede wszystkim ładnie pachnieć, mieć konsystencję konkretniejszą niż woda i nie wysuszać skóry. Dodatkowo nie straszyć wygórowaną ceną i zachęcać opakowaniem. Dziś o cudaku niemieckiej marki Balea upolowanym przeze mnie na którejś z blogowych wyprzedaży.



Opakowanie jest mocno przeciętne jednak nie straszy i mimo nieszczególnej kolorystyki jest raczej z gatunku tych przyjemnych niż odstraszających. Kształtem przypomina żele z oferty Dove. Plusem jest jego zakrętka - nie mam problemu z otwarciem żelu mimo mokrych rąk.

Tak swoją drogą ten żel to nie żel. Moja zerowa znajomość niemieckiego mówi mi, że mam do czynienia z kremowym olejkiem. W składzie zawiera on SLS jednak zaraz po nim znajdziemy olej właśnie. Konsystencja jest typowa dla tego typu produktu (opieram się na mojej przygodzie z olejkiem myjącym Ziaja Ulga) przypomina bardziej kremową emulsję niż typowe żelowe myjadło.

Do zakupu zachęcił mnie zapach. Jestem ogromną fanką pistacji. I ogromne rozczarowanie mnie spotkało. Zapach jest mydlany, olejowy (kojarzycie olejek myjący Isany?) złagodzony lekko orzechową nutą (coś jak masło shea, rafinowane oczywiście). Jednym słowem to nie zapach robi ten produkt a właśnie tego się spodziewałam.


Komfort używania tego produktu jest niesamowity. Żel pieni się jak marzenie (jednak trzeba go użyć stosunkowo sporo) dając pianę gęstą i zbitą. Idealnie goli się na nim nogi ;) Spektakularnego działania pielęgnacyjnego nie uświadczyłam jednak produkt w żaden sposób nie spowodował najmniejszego dyskomfortu w postaci podrażnień czy wysuszenia ze względu na jego łagodzącą formułę. Jakby się uprzeć mogłabym po jego użyciu zrezygnować z balsamu.

Podsumowując: jeśli macie dostęp do produktów tej marki warto po niego sięgnąć. Mimo niezbyt udanego zapachu jakościowo jest o wiele lepszy niż standardowe żele tej marki, które w moim odczuciu są o wiele bardziej wodniste i mniej łagodne dla skóry.


poniedziałek, 16 marca 2015

L'OCCITANE | kremy do rąk z 20% masła shea

L'OCCITANE | kremy do rąk z 20% masła shea
Czy jest tu ktoś, kto nie czytał chociaż jednej opinii na temat kremów do rąk marki L'occitane? Ja mam wrażenie, że są one niemal kultowe. Może nie na całym kosmetycznym rynku ale jeśli mowa o produktach firmy z pewnością. W lutym skusiłam się na niewielkie zamówienie z ich sklepu internetowego właśnie po to, by zgarnąć trzy gratisowe maleństwa. Zdążyłam je już zużyć więc dziś na ich temat słów kilka.



Kremy te zapakowane są w maleńkie 10 ml metalowe (?) tubki. Opakowanie większych wersji design opakowań mają identyczny. Ceny zaś oscylują w granicach 30zł za 30 ml. Im większe opakowanie tym produkt wychodzi taniej ale jak dla mnie nadal to zbyt wygórowane kwoty jak na ich przeciętną (o czym za chwilę) jakość.

Jak widzicie trafiły mi się trzy wersje zapachowe: klasyczna, różana oraz waniliowa. I od zapachów zacznę. Wersja klasyczna dla mojego nosa zbliżona jest do granatowego kremu Nivea, różana pachnie różą a sam zapach jest dziewczęcy i lekko słodki, daleko mu do aromatu płatków czerwonych róż. O wanilii czytałam różne opinie (najciekawszej nie przetoczę, żeby Was nie zrażać :D) jednak z całej trójki jest najsłabsza. Niby zapach jest waniliowy ale jak dla ma sporą nutkę ulepkowatej słodyczy i czegoś mydlanego. Mnie - fankę wanilii - nie usatysfakcjonował.

Konsystencja kremów jest bardzo podobna. Są gęste, zbite i konkretne. O ile róża i klasyk jak dla mnie nie różnią się poza zapachem niczym to jednak wanilia lekko się wyróżnia - wydaje się być odrobinę lżejsza jednak bardziej olejowa. Jednak różnica na dłoniach jest praktycznie nie wyczuwalna i raczej doszukałam się jej na siłę. Kremy nałożone na dłonie pozostawiają odczuwalną warstewkę, jednak nie lepią się.



Muszę przyznać, że gdy już na moich dłoniach gościły miałam jedno nieodparte wrażenie, że wysmarowałam sobie ręce... kremem Nivea. O ile wersje pachnące trochę mąciły mi w głowie tak klasyk to dla mnie wypisz wymaluj najzwyczajniejsza tania i ogólnodostępna Nivea. Tak, wiem, że składowo to nie to samo, L'occitane zamiast parafiny daje nam masło shea jednak nie tylko odczucia są dla mnie typowe dla tego produktu ale i działanie.

Działanie, które nie powala. Nie są to złe kremy. Ale nie wyróżniają się też niczym szczególnym. A już w ogóle w moim odczuciu nie są warte pieniędzy jakie życzy sobie za nie producent. Kremy nawilżają. Przeciętnie. Lekko natłuszczają. Warstewka jaką pozostawiają pełni funkcję ochronną.

Nie są wydajne. Żeby wysmarować dłonie potrzeba około 2 cm porcji kremu (to nawet więcej niż w produktach innych marek) więc takie tubeczki nie wystarczyły mi nawet na tydzień codziennego używania po kilka(naście) razy dziennie. Więc gdybym za 30 ml produktu(ów) zapłaciła regularne 30 zł byłabym co najmniej wściekła.

Czy warto? Przetestować jak najbardziej (u niektórych się sprawdzają ;)) ale polecam podejść do nich z lekkim dystansem i nie nastawiać się na hit. No i zacząć od mniejszych pojemności, które czasem można dorwać w dobrych cenach (albo i za darmo).

Miałyście te kremy? Sprawdziły się lepiej niż u mnie? ;)


(zdjęcie można powiększyć)

niedziela, 15 marca 2015

APTECZKA BABCI AGAFII | Aktywne serum na porost włosów

APTECZKA BABCI AGAFII | Aktywne serum na porost włosów
Dziś o produkcie, który z oferty rosyjskich kosmetyków zainteresował mnie jako pierwszy. Aktywne serum na porost włosów zbiera opinie różne - są osoby, którym daje satysfakcjonujące efekty ale i te, które nie zauważyły żadnych rezultatów. Jak jest u mnie? Zapraszam na recenzję.


Serum zapakowane jest w wygodne opakowanie z aplikatorem rozpylającym kosmetyk. Walory estetyczne jednak zupełnie do mnie nie przemawiają ale nie to jest w tym produkcie najważniejsze. Pojemność to 150 ml płynu o ciemnym zabarwieniu i neutralnym zapachu (wystarczająca na jedną, pełną trzymiesięczną kurację) a cena oscyluje w granicach 15 zł. Dostępność - wszędzie tam, gdzie inne rosyjskie produkty. Swoje zamówiłam ze Skarbów Syberii.

Płyn powinno aplikować się na skórę głowy trzy razy w tygodniu i pozostawić do wchłonięcia. Teoretycznie nic trudnego praktycznie - u mnie szybko pojawiły się schody. Serum bezpośrednio po aplikacji nie robi włosom krzywdy jednak po kilku godzinach sprawia, że są one obciążone, przyklapnięte i nadają się wyłącznie do mycia. Więc musiałam pamiętać by używać go dopiero w dniu mycia (myję włosy wieczorem). Na chwilę obecną, zbliżając się już do końca opakowania, aplikuję serum obficie na godzinę-dwie przed myciem.

Przejdźmy do najważniejszego czyli działania. U mnie niestety serum nie sprawdziło się i nie zaobserwowałam spektakularnego przyspieszenia wzrostu. Włosy rosną jak i rosły +/- centymetr miesięcznie. Być może  serum dało dodatkowy milimetr czy dwa ale... nie należę do włosów mierzących swą czuprynę. Wspomnę jeszcze, że nie zauważyłam typowych podrażnień skóry głowy po jego używaniu. Serum nie działa też na wypadanie włosów jednak producent też nam tego nie obiecuje.

W moim odczuciu zakup tego produktu to zmarnowane pieniądze i osobiście nie mogę go polecić.


czwartek, 12 marca 2015

Zawód czuję, zawód... | CZTERY PORY ROKU | zimowy krem do rąk | intensywana regeneracja + ochrona

Zawód czuję, zawód... | CZTERY PORY ROKU | zimowy krem do rąk | intensywana regeneracja + ochrona
O tym, że mam spore problemy z dłońmi w miesiącach chłodnych pisałam już nie raz. Tej zimy udało mi się odkryć krem idealny [Lirene Regeneracja] dzięki któremu moje dłonie przeżyły bez najmniejszego uszczerbku najgorsze miesiące. Co nie zmienia jednak faktu, że nadal kupuję i testuję inne produkty. Ot tak, ludzka ciekawość. Niedawno skusiłam się na swojego ulubieńca lat poprzednich. Krem ten zniknął mi z zasięgu wzroku na parę miesięcy i dopiero niedawno udało mi się go kupić w dobrej cenie (niespełna 6 zł za 75 ml) w Naturze. W zmienionej szacie graficznej ze złowieszczym dopiskiem 'nowość'. Czemu złowieszczym? Bo zazwyczaj producenci majstrując przy składzie mają tendencję do pogarszania jakości produktów. Czy tak było też tym razem?



Krem ten posiada estetyczną tubkę jednak jakość wykonania i nadruku pozostawia sporo do życzenia. Plusem jest jednak zamknięcie na klik - mam nieznośną tendencję do gubienia zakrętek. Konsystencja tego produktu jest dosyć lekka (mam wrażenie, że poprzednia wersja była konkretniejsza), stosunkowo szybko się wchłania pozostawiając na dłoniach pudrową powłoczkę. Zapach w tubce jest bardzo przyjemny, cierpka żurawina miesza się ze słodyczą miodu jednak wyczuwalne są też typowe kremowe nuty. Niegdyś ten krem podobny zapach pozostawiał na dłoniach przez długie minuty (niesamowicie przyjemna sprawa) jednak wraz ze zmianą składu zapach ten w kontakcie ze skórą wybija nieprzyjemne nuty (pozwolę sobie nie opisywać moich odczuć - to nic smacznego...) które na szczęście jak i sam aromat są bardzo ulotne.

Jeśli mowa o najważniejszym czyli działaniu - kiedyś było świetne. Krem szybko i skutecznie nawilżał i regenerował dłonie zapewniając im ochronę przed zimnem. Nie radził sobie z najbardziej suchymi partiami tak jak bym sobie tego życzyła jednak patrząc na ilość (i jakość) kremów jakie przetestowałam do tej pory i tak śmiało mogłam go nazwać moim ulubieńcem. Jak jest teraz? Jest marnie. Krem nałożony w niewielkiej ilości nie robi z dłońmi nic. W pięć minut po aplikacji czuję taki dyskomfort jak gdybym nie użyła żadnego nawilżacza. Nałożony w ilości sporej radzi sobie trochę lepiej - nawilża. Jednak wmasowanie go w dłonie trwa zbyt długo bym mogła go używać jako podstawowy krem na co dzień.

Przyznam szczerze, że dawno nie byłam tak zawiedziona żadnym produktem. W teorii skład wcale nie wygląda źle - po wodzie i maśle shea mamy olej kokosowy. Jednak wcześniej również nie był tragiczny (wkleję niżej) i jak dla mnie ta zmiana to ewidentny przykład, że często 'lepsze' jest wrogiem dobrego. Nie polecam.


INCI: Aqua, Butyrospermum Parkii, Glycine Soja Oil, Cetearyl Alcohol, Petrolatum, Stearic Acid, Glycerin, Sesamum Indicum Seed Oil, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Propylene Glycol, Mel (Honey) Extract, Vaccinium macrocarpon Fruit Extract, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Benxyl Alcohol, Ceteareth-20, Hydrolyzed Milk Protein, Lactose, Parfum, Allantoin, Carbomer, Sodium Hydroxide, Disodium EDTA, Lecithin, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, Potassium Sorbate, Sorbic Acid, Coumarin.

środa, 11 marca 2015

YVES ROCHER | Plaisirs Nature | mleczko do ciała KARMELIZOWANA GRUSZKA

YVES ROCHER | Plaisirs Nature | mleczko do ciała KARMELIZOWANA GRUSZKA
Dziś o produkcie z limitowanej edycji zimowej Yves Rocher z serii Plaisirs Nature. Czuję lekkie wahanie publikując opinię na temat produktu z którego dostępnością na chwilę obecną może być problem ale... mleczka z tej serii dostępne są również w stałej ofercie a różnią się od siebie prawdopodobnie wyłącznie zapachami :)



Mleczko do ciała zapakowane jest w estetyczną plastikową butlę o pojemności 400 ml i w cenie regularnej można je kupić za 19.90 zł. Mimo, że ta seria oznaczona jest 'zielonym punktem' jednak spokojnie da się trafić na korzystne kody w sklepie online i kupić je taniej tak jak to było w moim przypadku. Opakowanie nie posiada pompki. Można ją dokupić jednak moim zdaniem powinna być ona dodawana z automatu przez producenta bo płynna konsystencja kosmetyku sprawia, że ze sporego otworu w momencie nieuwagi wylatuje zbyt dużo produktu.
Konsystencja jest lekka, mleczko wchłania się praktycznie błyskawicznie pozostawiając na skórze lekkie nawilżanie i zapach. Nawilżenie nie jest długotrwałe, mojej skórze po paru godzinach przydała by się dodatkowa porcja produktu. Mam wrażenie że tego typu produkt lepiej zdał by egzamin w miesiącach ciepłych gdy skóra (przynajmniej moja) jest dużo mniej wymagająca - jednak producent zdecydował się umieścić to to smarowidło w serii zimowej.
Mimo to po mleczko sięgam często  i zużyłam już połowę butli. Jak łatwo się domyślić - dzięki niesamowitemu zapachowi... Przyznam szczerze że hasło 'karmelizowana gruszka' niewiele mi mówiło i błędnie kojarzyłam je jako gruszkę połączoną z karmelem. Guzik :D Zapach jest niesamowity. Gruszka jest prawdziwa więc przyjemnie cierpka, w tle przebija jednak słodycz palonego cukru. Przebija subtelnie nie zabijając owocowego aromatu. Niestety nie utrzymuje się zbyt długo na skórze.
Muszę przyznać, że moja przygoda z tym mleczkiem jest bardzo przyjemna i nie żałuję jego zakupu. Ba, czaje się już na wersję brzoskwiniową i jeśli uda mi się uszczuplić mój zbiór (ha, ha) kupię je sobie bez wahania :)


poniedziałek, 9 marca 2015

O trzech SŁABYCH tuszach do rzęs | ESTEE LAUDER Sumptuous | CLINIQUE Hight Impatc | RIMMEL Extra POP Lash

O trzech SŁABYCH tuszach do rzęs | ESTEE LAUDER Sumptuous | CLINIQUE Hight Impatc | RIMMEL Extra POP Lash
Moje rzęsy nie należą do najpiękniejszych. Są cienkie (ale dosyć długie), jasne i proste jak druty. Niewiele tuszy potrafi zrobić z nimi coś i często nawet polecane i chwalone maskary u mnie zupełnie się nie sprawdzają. Dziś o trzech, które nie zachwyciły mnie zupełnie.



 RIMMEL Extra POP Lash 
Najtańsza z całego zestawienia, zapłaciłam za nią w porywach do 8 zł. Zbiera dobre opinie na KWC co też zmotywowało mnie do jej zakupu. Zawiodłam się srodze. Niewątpliwym (i jedynym) jej plusem jest szczoteczka. Jest wykonana z klasycznego krótkiego włosia, zwężana w kształt stożka. Dobrze manewruje się ją z kącikach i na dolnych rzęsach. Jednak działanie... Aby osiągnąć satysfakcjonujący mnie efekt dzienny (czyli lekko podkreślone, pogrubione rzęsy) muszę użyć aż trzech warstw. Maskara była nieprzyjemnie gęsta od momentu otwarcia, jej nadmiar zbierał się na końcu szczotki. Trwałość nie powala, po paru godzinach noszenia funduje mi piękną pandę. Nie kruszy się (marne pocieszenie). Swego czasu używałam wyłącznie tuszy tej marki jednak zauważyłam, że jakieś 4-5 lat temu wybitnie przestały mi służyć. Powrót też się nie udał... cóż, zdarza się.

CLINIQUE Hight Impact
Moje pierwsze podejście do tuszu z wyższej półki. Skusiłam się na miniaturę (na szczęście) za ułamek ceny opakowania pełnowymiarowego. W przypadku tego tuszu szczoteczka podoba mi się mniej. Włoski są przyjemnie miękkie jednak jest ona dla mnie odrobinę za krótka i zbyt 'pękata' przez co trudniej dotrzeć mi do kącików. Moje pierwsze użycie tej maskary zakończyło się potokiem łez i zmywaniem całego makijażu. Każde kolejna również - jednak byłam o tyle mądrzejsza, że próbowałam tuszować nim rzęsy wieczorem, po demakijażu ;) Gdy po paru miesiącach skazałam ją na śmietnik chcą dać jej ostatnią szansę okazało się, że moje oczy ją zaakceptowały więc postanowiłam jej poużywać. Tusz na początku był baaardzo mokry, później zgęstniał na tyle, że nadawał się do użytku. No i co? I nic. Nawet po trzech warstwach trudno uzyskać jakikolwiek efekt. Rzęsty są jedynie pokolorowane. Nie wydłuża, nie pogrubia. Nic nic nic... Na plus - nie rozmazuje się i nie kruszy. Kosztuje 29 zł za 3,5 ml

ESTEE LAUDER Sumptuous
Mam trzy miniatury. W tym tuszu drażni mnie szczoteczka. Klasyczna z włosia. Jednak włosie ułożone jest stosunkowo rzadko, jest twarde a sama szczotka jest dosyć długa. O ile świetnie obejmuje górne rzęsy tak tuszowanie nią dolnych jest frustrujące. Jeśli mowa o efektach są całkiem przyzwoite. Tusz lekko rozdziela rzęsy, nadaje im objętości, wydłuża. Rzęsy są przyjemnie sprężyste i nieobciążone. Nie pogrubia ich jednak i dwie porządne warstwy (w porywach do trzech) są niezbędne. Nie da się nim jednak osiągnąć efektu wow. W ciągu dnia znika. Nie kruszy się i nie rozmazuje ale widocznie traci na swojej intensywności. I w sumie gdyby ten tusz kosztował ludzkie pieniądze może i bym się skusiła w dalszej przyszłości na kolejne opakowanie ze względu na efekt  ale... kosztuje on 140 zł za 6 ml. Serio? :D

Wszystkie tusz zmywają się bezproblemowo. Każdy miałam w odcieniu czarnym. Żaden z nich nie dawał intensywnego koloru :(

RIMMEL * CLINIQUE * EL | EL * CLINIQUE * RIMMEL

Znacie którąś z tych maskar? Jak sprawdziły się u Was?

sobota, 7 marca 2015

TOŁPA | Czarny bez Kojący krem-balsam na naczynka DZIEŃ | Czarna róża Odżywczy krem-miód regenerujacy BOGATY NOC

TOŁPA | Czarny bez Kojący krem-balsam na naczynka DZIEŃ | Czarna róża Odżywczy krem-miód regenerujacy BOGATY NOC
Produkty Tołpy kusiły mnie od dawna. Było mi z nimi ewidentnie nie po drodze do grudnia ubiegłego roku gdy to na swojej stronie internetowej zrobili świetną promocję dołączając do kremu na dzień bezpłatny krem na noc. Skusiłam się na łącznie cztery sztuki (na chwilę obecną żałuję, że tylko cztery), dziś o dwóch, które szybko i skutecznie podbiły moje serce.



Tołpa słynie ze swoich dziwacznych nazw (kokony, balsamy, miody i inne cuda wianki) oraz opakowań napakowanych informacjami pisanymi lekko literackim żenującym językiem. Coelho dla Tołpy. Tak też jest w przypadku tych kremów. Zaznaczę, że zapakowane są one w praktyczne metalowe tubki (ponoć zdrowsze dla kremów) o mniejszej pojemności niż większość kremów - 40 ml. Wydajność określiłabym jako standardową. Ceny regularne wahają się w okolicach 30 zł, jednak można je kupić taniej. Dziś na stronie tołpy -30% na ich kosmetyki z serii botanicznej (czyli między innymi te kremy), są też dostępne na merlin.pl w podobnych cenach z bezpłatną dostawą do ich punktów.

Dla przypomnienia: skórę mam mieszaną, przetłuszczającą się w strefie T, normalną na policzkach, skłonną do drobnych niedoskonałości.


Tołpa Botanic Czarny bez Kojący krem-balsam na naczynka DZIEŃ
Krem-pomyłka. Wcale nie chciałam go mieć bo nie mam skóry naczynkowej i kupiłam go przypadkiem pewna, że biorę wersją uelastyczniającą. Można? Można. Trochę irytowała mnie jego obecność w moim zbiorze więc jak widzicie zaczęłam go używać gdy tylko wykończyłam to co miałam otwarte by jak najszybciej o nim zapomnieć. Koniec końców zapominać wcale o nim nie chcę i kiedyś z przyjemnością kupię go ponownie. Dlaczego?
Krem ten ma bardzo przyjemną konsystencję. Jest bardzo kremowy, dosyć gęsty i konkretny jednak nie tłusty. Pozostawia na skórze lekki ochronny film, szybko się wchłania i śmiało mogę po dwóch minutach zabierać się za wykonywanie makijażu. Sam krem ma lekko zielony odcień (maskowanie rumienia) jednak nie mam jak zweryfikować tej właściwości. Jest bardzo łagodny, długotrwale nawilżający - czuję komfort przez cały dzień - jednak nie powoduje niespodzianek w postaci szybszego przetłuszczania skóry czy niedoskonałości. Odczuwalnie chroni przed warunkami atmosferycznymi (zimy w tym roku nie mamy ale przy śniegu i temperaturach oscylujących w okolicach kilku stopni 0 spisuje się świetnie). Bardzo dobrze trzyma się na nim makijaż. Delikatnym minusem jest dla mnie jego zapach. Jest ładny (kremowo-kwiatowy) jednak ciut zbyt intensywny jak na krem na dzień.



Tołpa Botanic Czarna róża Odżywczy krem-miód regenerujący BOGATY NOC
Ten krem dla urozmaicenia był moim świadomym wyborem. Uwielbiam produkty o bogatych konsystencjach. Szczególnie w pielęgnacji wieczornej i szczególnie zimą. Róże też lubię (zmienił mi się gust zapachowy na stare lata) więc same rozumiecie ;))
Krem ten tak samo jak poprzednik mimo swojej gęstej, bardzo bogatej konsystencji nie jest tłusty czy oblepiający. Pozostawia jednak na skórze dosyć konkretny film. Zapach mnie oczarował (jest bardzo otulający, niby kwiatowy ale dosyć słodki, intensywny i niepowtarzalny) na amen i z tego względu na pewno nabędę inne kosmetyki z tej serii. Działanie też oceniam na plus. Krem świetnie nawilża i odżywia skórę nie obciążając jej nadmiernie. Świetnie sprawdza się w czasie stosowania serum z kwasem. Nie spowodował podrażnienia czy zapchania. Na serum potrafił się jednak delikatnie rolować gdy przesadziłam z ilością (ale ja kremów nakładam sporo, bo lubię). Muszę przyznać, że jestem nim na prawdę mile zaskoczona. Wspomnę też, że wszelkiej maści kremy nakładam od czoła po biust i w przypadku tego produktu widziałam widoczną poprawę również w przypadku skóry szyi i dekoltu. Wydaje mi się być bardziej sprężysta i widocznie odżywiona a większość kremów dla mnie pozostawia wyłącznie uczucie nawilżenia.




Oba kremy przypadły mi do gustu. Bardzo. Mimo lekkich wad przeważają w nich zalety i z tego też względu z chęcią kiedyś do nich wrócę (i zainwestuję w inne ich kremu do twarzy) a Wam śmiało mogę je polecić :)
Niebawem napiszę też więcej na temat kremu pod oczy tej marki jednak tu zachwytów nie będzie ;)

czwartek, 5 marca 2015

Bania Agafii | Peeling ryżowy do twarzy

Bania Agafii | Peeling ryżowy do twarzy
Zapraszam Was dziś na recenzję produktu z którym łączy mnie dziwna relacja. Czasem go kocham czasem nienawidzę. Źle. Jednocześnie go kocham i nienawidzę. Bo znów stała się sprawa przykra i kosmetyk, który ma ogromny potencjał by zostać moim ulubieńcem ma w sobie coś (ha, nie tylko w przenośni) co drażni mnie niesamowicie.


Peeling zapakowany jest w przyjemny dla oka kartonik oraz słoiczek. Formę słoiczka przy jego konsystencji uważam za chybioną bo jeśli wyląduje on w pozycji innej niż horyzontalna osadza się on na nakrętce, po otworzeniu spływa na boki i jest problem z jego dokręceniem. Tubka sprawdziłaby się tu lepiej.

Konsystencja to chyba najważniejsza rzecz jeśli mowa o tym produkcie. Jest nietypowa, gęsta, lekko oleista z ogromem zatopionych w niej maleńkich drobinek.
Zapach ma bardzo przyjemny jednak nie potrafię go do końca rozszyfrować, dla mnie posiada wyraźną nutę banana. Jednak nie jest przesłodzony jak większość bananowych kosmetyków a raczej neutralny jak prawdziwy owoc (lub jego skórka). Podobną nutę wyczuwam między innymi w mydle cedrowym tego samego producenta i kremie z jaskółczym zielem Green Pharmacy więc to pewnie zapach jakiegoś zielska.

Jeśli mowa o działaniu odpowiadałoby mi ono w stu procentach. O ile nałożę go na suchą skórę (na mokrej raczej delikatnie masuje niż zdziera). W ramach kontaktu ze skórą peeling delikatnie się ociepla przez co jego bardzo konkretna konsystencja robi się lżejsza a sam moment aplikacji jest na prawdę bardzo przyjemny. Jak pisałam drobinek na na prawdę dużo i mimo ich delikatności robią swoje. Skóra po użyciu jest nie dość, że wygładzona to jeszcze bardzo miękka i odżywiona (podejrzewam, że to zasługa masła shea).

Więc czemu go nienawidzę? Bo to peeling solny. Nie wiem czemu nie sprawdziłam składu przed zakupem ale... kupując peeling ryżowy spodziewałam się, że drobinki to będzie tylko i wyłącznie puder ryżowy. No nie. Najwięcej jest w nim właśnie soli. Mam wrażenie, że jej działanie na skórze łagodzi baza kosmetyku i faktycznie nie powoduje on u mnie żadnych podrażnień za wyłączeniem okolic skrzydełek nosa. Niedajboże by odrobina dostała się w te okolice (albo wręcz do śluzówki) bo powoduje nieludzkie pieczenie. No i muszę omijać usta bo jest... słony (kto by pomyślał :D). O ile w czasie wykonywania peelingu nie jest to problemem tak przy zmywaniu wiecznie czuję ten paskudny posmak.

Peeling kosztuje w granicach 15 zł za 100 ml pojemności i jest dostępny wszędzie tam, gdzie inne kosmetyki rosyjskie. Czy warto? Jeśli sól w pielęgnacji skóry Wam nie groźna to czemu nie jednak ja z pewnością zużyję go (do innych partii ciała bo no... same rozumiecie) i więcej nie kupię.


Copyright © 2016 KOSMETYKOHOLICZKA , Blogger