czwartek, 17 grudnia 2015

LIRENE | proVita D | kremy na dzień i na noc z wit. D | + świąteczny akcent :)

LIRENE | proVita D | kremy na dzień i na noc z wit. D | + świąteczny akcent :)
Jakiś czas temu miałam przyjemność używać trzech kremów marki Lirene z linii DNA Protect. O ile krem pod oczy okazał się być totalnym bublem tak kremy na dzień i na noc szybko i skutecznie wzbudziły moją sympatię. Z tego względu bez wahania ostatnie nowości marki, które wpadły w moje łapki w którejś z paczek, postanowiłam przetestować na własnej skórze. Oba pojawiły się w ostatnim denku, gdzie obiecałam (sobie ;)) że pokuszę się o ich krótką recenzję. To jest ten dzień ;)


Kremy posiadają standardową pojemność 50 mililitrów. Zapakowane są w ofoliowana kartoniki, które tyłka nie urywają. Jednak kryją w sobie przepiękne słoiczki. Niby plastikowe, jednak kawał dobrej estetycznej roboty robią tu połyskujące zakrętki. Ot, wyższa półka w niższej cenie.

proVita D SKIN VITALIZER lekki nawilżający krem rozpromieniający z wit.D
Tak to jest jak człowiek sobie coś wymyśli, twardo się tego trzyma a potem się dziwi. Nie wiem czemu ale byłam wręcz pewna, że krem rozpromieniający będzie kremem z drobinkami rozświetlającymi i poczułam lekkie rozczarowanie, gdy okazało się, że w tymże produkcie nic się nie błyszczy. Nie to, że błysk choinkowej bombki (a niech będzie i akcent świąteczny ;)) jest czymś co w pielęgnacji pożądam ale tak się nastawiłam. Cóż. Krem nazwany jest przez producenta lekkim. I lekki jest. Dzięki temu szybko się wchłania i po minucie od aplikacji możemy przejść do wykonywania makijażu. A makijaż na tym kremie nie dość, że trzymał się dzielnie to jeszcze wyglądał całkiem całkiem. Jeśli mowa o właściwościach pielęgnacyjnych nie jest źle. Otrzymałam obiecane nawilżenie jednak dla mojej skóry z kryzysie zdarzało się być ono zbyt lekkie i w takie dni na dzień nakładałam wersję na noc ;) Gładkość i miękkość? Zmarszczek /dużych.../ na szczęście jeszcze nie posiadam więc nie zauważyłam fenomenalnego wygładzenia jednak do miękkości przyczepić się nie mogę. Chociaż nie wiem, czy chcę porównywać w tym momencie skórę do pupy niemowlaka. Czy było promiennie i zdrowo? Było bez zmian. Na szczęście krem też nie zrobił mi żadnej mniejszej lub większej krzywdy a jak powszechnie wiadomo moja skóra lubi się zapychać i robić mi maści wszelkiej niespodzianki.

proVita D DERMAL ACTIVATOR ULTRA aktywny krem regenerujący z wit.D
Tutaj producent na wstępnie zaznaczył nam, że do czynienia mamy z kremem półtłustym. Odnieść się muszę tutaj do innej polskiej marki czy znanej zewsząd Ziaji. Półtłusty krem z Lirene był mniej tłusty niż wszelkie lekkie kremy marki Ziaja. Był bogaty, przyjemnie bogaty jednak mam wrażenie, że określenie tłusty /no niech będzie, półtłusty/ jest jednak lekkim bo lekkim ale nadal nadużyciem. Kremidło to pozostawiało na skórze lekką, przyjemną, nietłustą warstwę. W dni, gdy potrzebowałam mocniejszego nawilżenia bez wahania aplikowałam go na dzień pod podkład i nie zauważyłam,  żeby działo się z nim cokolwiek złego ale faktycznie, świeciłam się po nim odrobinę szybciej niż po wersji na dzień. Ale tragedii nie było.  Na szczęście. Jeśli mowa o właściwościach pielęgnujących jestem zdecydowanie na tak. Krem miał regenerować i odżywiać. I bez wątpienia regenerację i odżywienie odczułam. Podobnie jak wersja na dzień nie spowodował żadnych nieprzyjemnych niespodzianek. Podobnie jak wersja na dzień na przyjemny zapach niepodobny do niczego ;)

Nie porywam się na analizę składu. Jednak sama widzę, że ich długość część z Was może od zakupu odwieść. Dla mnie niewątpliwym plusem jest brak parafiny - nie jestem składowym terrorystą, nie gardzę pielęgnacją drogeryjną i nie mam problemów z używaniem produktów o nieidealnych składach ale parafina robi mi kuku i omijam ją szerokim łukiem.
Podsumowując - ja osobiście zadowolona jestem. O ile krem na dzień wrażenia na mnie większego nie zrobił bo znam dużo podobnych w działaniu produktów tak ten na noc ze względu na świetne właściwości pielęgnujące przy niezwykle przyjemnej konsystencji widziałabym w swoim zbiorze ponownie. Aczkolwiek ze względu na zapasy (mam jeszcze m.in.  jeden Lirenkowy duet kremów do przetestowania) nie prędko na niego się skuszę.

Mam wrażenie, że ta linia była dosyć szeroko promowana w internetowym świecie więc może udało Wam się na nią trafić? Jak wrażenia?





W tym roku nie obyło się też bez świątecznego giftu ze strony PR marek Lirene i Under 20. Dwa piękne świąteczne wieńce (tak to się nazywa?) przypomniały mi, że święta tuż tuż. Co za szczęście, że wszystkie prezenty dla bliskich czekają na zapakowanie i ominie mnie coroczna gorączka ;)

Muszę przyznać, że jest mi bardzo miło, że nadal ze mną jesteście. Blog leży odłogiem i mimo, że mam czas i chęci tak totalny brak weny powoduje, że trudno mi sklecić sensowną dłuższą wypowiedź. Mam nadzieję, że niebawem wszystko wróci do normy i będziemy widywać się częściej :)

wtorek, 8 grudnia 2015

DENKO | listopad 2015

DENKO | listopad 2015
Wyspowiadałam się już z nowości więc czas najwyższy pokazać co w poprzednim miesiącu opuściło mój pokaźny zbiór.

Płyn dwufazowy Delia - tani, duży a przede wszystkim skuteczny. Nie podrażniał oczu, nie pozostawiał uczucia mgły. Słowem jednym - warto.
Peeling enymatyczny Bandi - moja druga zużyta tubka i nadal uważam, że nie ma sobie równych. Na obecny moment zdradziłam go z peelingami Evree ale z pewnością wrócę do niego w dalszej lub bliższej przyszłości.
Kremy na dzień i na noc Lirene Pro Vita D - zdecydowanie warte uwagi i osobnego posta. Gdy tylko się ogarnę /pod względem czasu, chęci i weny/ nie omieszkam takiego spłodzić.
Maska drożdżowa i nocna kuracja nawilżająca Bandi to moje kolejne saszetki tych produktów. O ile maska oczyszczająca zrobiła na mnie niezmiernie pozytywne wrażenie i nie omieszkam jej kidyś kupić w pełnym wymiarze tak kuracja nie sprawdziła się u mnie wcale.
Peeling enzymatyczny, drobnoziarnisty i maska przeciwzmarszkowa Lirene. Żaden z peelingów nie wywarł na mnie większego wrażenia, enzymatyczny powodował uczucie rozgrzania skóry jednocześnie słabo radząc sobie z suchym skórkami za to wersja mechaniczna miała tak delikatne i subtelne drobinki że zamiast fundować zdzieranie dawała lekki efekt miziania. Na większą uwagę zasługuje maseczka, która pięknie nawilżała i odżywiała twarz. Wara powrotu.

Żel pod prysznic Yves Rocher pachniał paskudnie. Mdło i drażniąco. Jednak pod względem działania nie mogę się do niego przyczepić - nie wysuszał a piana jaką tworzył była przyjemnie kremowa i gęsta.
Mleczko do ciała Yves Rocher - świetny produkt!  Gęsty, o porządnym, olejowym składzie. Idealnie nawilżał i odżywiał skórę. Chętnie bym do niego wróciła gdyby nie dwa minusy - lubił się mazać po skórze i dodatkowo szybko zaczął męczyć mnie jego miodowy zapach.
Krem do rąk Yves Rocher - ten dla urozmaicenia mnie nie zachwycił zupełnie. Skład miał w porządku, zapach analogiczny do mleczka jednak działanie nie powaliło. Zużyłam go do stóp ze względu na długie wchłanianie.
Serum do rąk i paznokci 4 pory roku - gdyby nie wpadło w moje łapy w pudełku Joybox z pewnością nie zdecydowałabym się na jego zakup bo generalnie z kremami tej firmy się nie lubimy. Sporo bym straciła bo serum okazało się być na prawdę świetne.Nawilżało, odżywiało a ze względu na lekką konsystencję świetnie nadawało się do codziennego użytku. Plus za higieniczne opakowanie z pompką. Wrócę do niego w pewnością.
Jedna w sprayu No 36 - miał potencjał. Pięknie wygładzał skórę stóp, przepięknie pachniał przez cały dzień, genialnie odświeżał stopy ale... wystarczył na tydzień. Dawno nie spotkałam się z tak niewydajnym produktem. Podobnie jak serum wpadł w moje łapy w pudle Joybox.

Balsam do włosów Green Pharmacy - słabizna. Działanie miał całkiem całkiem ale rzadka, płynna konsystencja irytowała mnie nieprzeciętnie. Baaardzo lubię się z szamponem z tej konkretnej linii jednak balsam okazał się być zdecydowania słabszy.
Maska BC Shwartzkopf - miniatura z Joyboxa. Po dwóch użyciach nie jestem w stanie zbyt wiele na jej temat powiedzieć jednak nie zachwyciła mnie w żaden sposób i nie planuję zakupu kolejnego opakowania.
Szampon Yves Rocher - przez pierwszy tydzień byłam nim zachwycona bo powodował piękne odbicie włosów od skóry głowy. Jednak wszystko co dobre szybko się kończy i potem efektu wow nie było. Nie był to zły produkt - łagodnie i skutecznie oczyszczał ale żałuję, że tak krótko mogłam się nacieszyć objętością jaką dawał.
Pasta oczyszczająca Ziaja - wiem że obecność w grupie kosmetyków do włosów może Was zdziwić ale... szukałam jakiegoś peelingu do skóry głowy i produktu opartego na glince, żeby od czasu do czasu dać skórze mocne oczyszczenie. Nie miałam weny co by tu kupić, padło na to. Generalnie ten produkt nie sprawdził mi się w pielęgnacji twarzy jednak jeśli chodzi o skórę głowy okazał się być świetny. Kupię kolejną tubę, jak wyrobię sobie na jego temat na nowo opinię pewnie napiszę o nim coś więcej.
Odżywka w sprayu Marion - świetna. Skutecznie nawilżała, ułatwiała rozczesywanie i nie obciążała włosów. Skusiłam się na kolejny produkt bez spłukiwania tej firmy.

Znacie, lubicie? :)



piątek, 4 grudnia 2015

ZAKUPY | listopad 2015

ZAKUPY | listopad 2015
Najwyższa pora rozliczyć się z kosmetykami, które wpadły w moje łapy w poprzednim miesiącu. Po sporym progresie jaki poczyniłam listopad okazał się być skrajną, zakupową porażką. Równowaga w przyrodzie musi być jednak zachowana :D

Rossman w tym miesiącu kusił rabatami -49% na kosmetyki kolorowe. Jako, że z kolorówką poszalałam w październiku w Naturze oparłam się zakupom całkowicie. Brawa dla mnie. Skusił mnie za to złuszczający tonik-esencja firmy Perfekta i wrócił on ze mną do domu przy okazji wizyty w tym że przybytku. Peelingi Evree zamówiłam w którymś ze sklepów internetowych korzystając z darmowej dostawy i gratisowego Persila. Można? Można :D

Odkąd latem zużyłam flaszkę wody toaletowej Benetton Bianco wiedziałam, że gdy tylko nadarzy się dobra okazja przygarnę kolejną. Za dwie 30ml wraz z wysyłką zapłaciłam zaledwie 28 i jestem z tego powodu przeszczęśliwa.

Yves Rocher pokusiło świątecznymi limitowankami. Dwie mini wody o zapachu jabłka w karmelu i zestaw (mydło, żel, krem do rąk i pomadka ochronna) z linii aromatyczna wanilia przyleciały do mnie na początku miesiąca. Zapachy może tyłka nie urywają ale są całkiem całkiem sympatyczne.

Yves Rocher pokusiło mnie też dobrym kodem -100zł za zakupy powyżej 199 zł rabatującym (w końcu!) zielone punkty. Postanowiłam więc uzupełnić zapasy szamponów. Padło na szampon z wyciągiem z hammamelisu, który dobrze znam i bardzo lubię, szampon stymulujący przeciwko wypadaniu, którym planuję ratować się w kryzysie i wersją I <3 my planet bo... ma ładne opakowanie.

Nie, nie oszalałam :D

Na sam koniec pielęgnacyjny misz-masz. Jedyną nowością jest dla mnie pierwsze mleczko, drugie jak i balsam do rąk i peeling do stóp lubię bardzo i postanowiłam, że z przyjemnością do nich wrócę :)


A u Was jak z listopadowymi nowościami? :)


piątek, 27 listopada 2015

JOYBOX make up | pierwsze wrażenia i minirecenzje

JOYBOX make up | pierwsze wrażenia i minirecenzje
Już niebawem kolejna kolejne edycje JoyBoxa. Pora więc podsumować ostatnie, makijażowe pudełko, które nie tak dawno wpadło w moje łapy :)



PODOBA MI SIĘ:
Pasta do zębów Biała Perła - może i niewiele ma z makijażem wspólnego ale... wydaje mi się być takim niegroźnym dodatkiem do pudła ;) To jeden z tych kosmetyków, które na pewno się nie zmarnują. Pierwsze wrażenia mam jak najbardziej pozytywne jednak brakuje mi w niej uczucia odświeżenia.
Zmywacz w gąbeczce Delia - bardzo mnie ucieszył. Daaawno nie używałam tego typu zmywaczy i zapomniałam już jak wygodne są w użytkowaniu. Niestety nadają się tylko do jasnych lakierów bo w przypadku ciemnych gąbka szybko się brudzi i produkt szybko nadaje się do wyrzucenia.
Maska do włosów Schwarzkopf - miniatura, która wystarczyła w sam raz na dwa użycia. Na moich farbowanych, dosyć zniszczonych włosach sprawdziła się świetnie. Wygładziła, odżywiła i nawilżyła włosy ułatwiając ich rozczesywanie. Chociaż cenę regularną uważam za zbójecką i raczej nie sięgnę po pełnowymiarowe opakowanie.
Cienie Virtual - odcienie może i nie do końca są moje ale trójka matów z pewnością znajdzie u mnie zastosowanie. Cienie mają całkiem przyjemną pigmentację i dobrze rozcierają się na oku.
Błyszczyk Mary Kay - to moje pierwsze spotkanie z tą marką. Produkt ma przyjemną, kremową konsystencję dzięki czemu nie przesusza ust. Trwałość określiłabym jako przeciętną. Odcień jakie daje połączenie ciemnego różu i złota jest bardzo twarzowy i nienachalny.
Lakier Ingrid - piękne bordo o kryciu już po jednej warstwie. Trwałość przeciętna.
Róż Make Up Revolution - to mój ulubiony kosmetyk z tego pudełka. Chociaż nie stosuję go jako róż a rozświetlacz - bo błyszczy się straszliwie dając na skórze efekt drobinkowej tafli. Produkt składa się z trzech odcieni: dwóch jaśniejszych typowo chłodnych i odrobinę ciemniejszego w ciepłym kolorze rose glod (a ten ląduje u mnie na oczach i wygląda pięknie).


PODOBA MI SIĘ MNIEJ lub wcale:
Brązer Quiz /brak zdjęcia/ - ciepły brązer z drobinkami to nie jest coś co lubię.
Podkład rozświetlający AA - w poprzednim pudełku wpadł mi w łapy podkład w wersji kryjącej, również w diabelnie ciemnym kolorze. Leci w inne ręce, nawet latem nie jestem w stanie się tak mocno opalić.
Konturówka Etre Belle - totalnie nietrafiony odcień, gdyby w moim pudle pojawił się typowy nudziak pewnie byłabym zadowolona, bo jakościowo nie zapowiada się źle.
Tusz Pierre Rene - co pudło YB raczy nas tuszem do rzęs. Wolałabym otrzymać miniaturkę czegoś z wyżej półki niż tusz drogeryjny, który niestety zupełnie nie sprawdza się na moich rzęsach.
Glov mini rękawica do demakijażu - kolejna, która trafiła do mnie wraz z tym pudełkiem... Nudne to trochę. Sam produkt u mnie się nie sprawdza tym bardziej jego obecność mnie nie cieszy.


Zdecydowałyście się na zakup pudła? Jakie macie na jego temat odczucia?

niedziela, 8 listopada 2015

DENKO | październik 2015

DENKO | październik 2015
Czas najwyższy rozliczyć się z październikowymi śmieciami ;))

AA Oil Infusion Żel micelarny - bezsprzeczny ulubieniec. Skuteczny, łagodny, o niezwykle przyjemnej formule lekkiego żelu. Z przyjemnością do niego w przyszłości powrócę.
Tołpa botanic Orzeźwiający tonik-mgiełka - nie zachwycił. Bardzo przeciętny produkt pod względem działania, nie wyratowała go nawet forma aplikacji. Mimo niewygórowanej ceny i przyjemnego składu na pewno nie ponowię zakupu.
Bania Agafii Maska dziegciowa - o ile mnie pamięć nie myli to moje czwarte zużyte opakowanie co chyba najlepiej świadczy o jej jakości. Czekam na DDD i kupuję zapas ;)))
Tołpa green Krem pod oczy 40+ - kolejny ulubieniec. Bogaty krem robiący cuda z moją okolicą oczu. Nawilżał, odżywiał, regenerował. Jedyny minus to zbyt duża pojemność - nie udało mi się go zużyć w całości przed upływem trzymiesięcznej daty ważności. Nie zmienia to jednak faktu, że gdy tylko wyjdę z moich kremowych zapasów następny słoik u mnie zagości.
Ziołolek Krem pod oczy 20+. Bardzo przeciętny lekki nawilżacz, który zużyty do połowy leci do kosza. Męczyło mnie jego zużywania ze względu na brak efektów.
Dottore Krem z kwasem migdałowym na dzień. Wpadł w moje łapy w którymś z pudeł Joybox. 15 mililitrów pojemności nie pozwala mi napisać o nim pełnej recenzji jednak pierwsze wrażenie jakoś nieszczególnie zachęca mnie do zakupu pełnowymiarowego opakowania.  Nie odpowiadała mi jego formuła, kremowo-żelowa, oblepiająca skórę, stosowałam go na noc. Nie nawilżał, jednocześnie nie widziałam też zbawiennego działania kwasu (o niewiadomym stężeniu).  Jestem na nie.
Nuxe Sun Emulsja brązująca - bubel. Produkt diabelnie rolował się na skórze, był praktycznie nie do nałożenia. Dodatkowo śmierdział ponadprzeciętnie co zupełnie mnie do niego zniechęcało. Działanie brązujące mierne. Słabizna.
Yves Rocher Pomadka ochronna - piękny, ciasteczkowy zapach plus świetne właściwości pielęgnujące. Jeśli potrzebujecie dobrej i taniej pomadki ochronnej polecam, sama chętnie przetestuję kolejny wariant zapachowy.
Bielenda Masełko do ust - po chwilowym zachwycie (jak to pachnie!) stwierdzam, że to bardzo mierny produkt. Właściwości pielęgnacyjnych brak, uczucie oblepienia było mocno irytujące no i babranie się paluchami... Nie lubię.


Eva natura, szampon brzoza dziegieć wierzba - idealny, mocno oczyszczający szampon, który chyba jako jedyny nie plącze mi włosów. Lubię i będę do niego wracać.
Fructis odżywka Goodbye Damage - lubię lubię lubię. Wrócę do niej na pewno ze względu na wygładzanie, dociążania i nawilżanie moich suchych włosów :)
Bania Agafii Szampon aktywator wzrostu - zapowiada się ulubieniec ale więcej na jego temat napiszę, gdy zużyję kolejne opakowanie.
Bania Agafii tonik przeciwko wypadaniu włosów - lekka wcierka, która nie dość, że faktycznie hamuje wypadanie to na dodatek nawilża skórę głowy i wydłuża świeżość włosów. Polecam.

Lirene żel pod prysznic - wersja różana i brzoskwiniowa przypadły mi bardziej do gustu. Szampańska truskawka trochę drażniła mnie intensywnością zapachu więc skończyła jako płyn do kąpieli. Nie była zła ale to nie to.
Original Source żel pod prysznic - rzadki, niewydajny, słabo się pienił. Ale wielki plus za zapach i intensywny kolor. Trochę przesuszał ale u mnie to norma.
Yves Rocher JdM żel pod prysznic - najulubieńszy. Pieni się jak szalony, ma diabelnie intensywny, otulający, kwiatowy zapach. Najlepszy żel pod prysznic na świecie.
Lirene Lactima DUO Forte żel do higieny intymnej - daleka jestem od zachwytów. Ba, mocno go skrytykuję w zbiorczej recenzji płynów tej firmy ;)

Oleofarm, wiesiołek - obrzydliwy w smaku olej. Niemniej działanie na plus. Jak spożyję wersję kapsułkową napiszę o nim coś więcej.
Ultra Soft mydło borowinowe - słabizna.
AA Cera Wrażliwa, mydło do delikatnej i wrażliwej skóry - nigdy nie pisałam Wam o mydłach bo dla mnie to produkt pierwszej potrzeby nie wart większych opisów jednak w tym miesiącu postanowiłam zrobić wyjątek. To mydło idealne dla suchych, spierzchniętych, pękających dłoni. Po poru dniach użytkowania zauważyłam dużą różnicę w stanie skóry i z pewnością zagości u mnie na stałe,
Mistero Milano krem do rąk - śmierdząca słabizna.
Perfecta maseczka-oleje do twarzy - przeciętne nawilżanie, nie ponowię zakupu.
Under 20 aktywna maseczka wygładzająca - świetna, faktycznie widziałam po niej efekty.
Lirene maseczka rozświetlająca - perłowy bubel, zużyłam do stóp :P

Znacie, lubicie?

niedziela, 1 listopada 2015

ZAKUPY | październik 2015

ZAKUPY | październik 2015
Najwyższy czas wyspowiadać się co w moje łapy wpadło w tym miesiącu...
Z nieukrywaną dumą stwierdzam - nie kupiłam nic z pielęgnacji. Pierwszy raz od niepamiętamkiedy. Więc zapraszam na nowości w kolorówce. I nie tylko ;))

YVES ROCHER:
Po długim oczekiwaniu w październiku w końcu pojawił się jakiś porządny kod rabatowy. Obkupiłam się częściowo w prezenty świąteczne (przezorny zawsze ubezpieczony) jednak wpadło też parę rzeczy dla mnie. Oczywiście najnowszy wariant zapachu So Elixir czyli Bois Sensuel. Mam już dwa pozostałe więc tej nowości nie kupić nie mogłam. Kończy mi się też puder prasowany (nomen-omen matujacy tej samej marki) więc przygarnęłam najjaśniejszy odcień (a jakże) pudru zero niedoskonałości. A że wypadło dobić do progu darmowej wysyłki a miałam zaćmienie umysłu i zero weny co by tu jeszcze nabyć padło na dwa lakiery ;)

DROGERIA NATURA /podejście pierwsze/:
Poszłam po brązer My Secret bo zupełnie nie mogę dogadać się z tym MIYO. Postanowiłam jeszcze dla pewności pomacać brązer prasowany KOBO i koniec końców wyszłam z paletką kremowych podkładów do konturowania tejże marki. Jestem nią totalnie zauroczona. Zasadniczo tylko jednym, najjaśniejszym brązem. Potrzebowałam też brązowej kredki więc bez wahania kupiłam tę z serii Long Lasting Essence. Kto używał ten wie - warto ;) A w poszukiwaniu tuszu idealnego skusiłam się na tusz 4D Smart girls get more (szkoda, że nie wymyślili dłuższej nazwy...) na temat którego mam mocno mieszane uczucia. Z tej samej marki przygarnęłam też matowy beżowy cień, który leci właśnie do kosza bo jest totalną porażką ;))

DROGERIA NATURA /podejście drugie/:
Nadal potrzebowałam cielistego cienia... Teoretycznie poszłam po mat My Secert ale wyszłam z paletką Absolute Matte Catrice. Bo była w promocji. Bo mam wersję Absolute Rose i całkiem ją lubię. No i nowości do brwi tej samej marki - pisak i wosk. Pierwsze wrażenia mam baaardzo pozytywne ale użyłam ich dziś pierwszy raz więc nie sugerujcie się za mocno moją opinią. Z drugiej strony - nadal mają promocję... ;)))

Nowości z września. Doszły do mnie w połowie października... Jestem zażenowana obsługą drogerii internetowej Jasmin. Ale ja nie o tym...
Żel micelarny Vis Plantis miał mi zastąpić żel z AA (uwielbiam!) ale jest słaby jak nieszczęście i mocno żałuję zakupu. Za to serum ze stabilną witaminą C Bielendy zapowiada się na ulubieńca :)



Na podbój Rossmana się nie wybieram więc listopad pod względem zakupów zapowiada się skromnie i rozsądnie. Oby ;)

piątek, 30 października 2015

NOWOŚCI Lirene i Under 20

NOWOŚCI Lirene i Under 20
Posty na temat paczki z nowościami marek Lirene i Under 20 pojawią się pewnie (o ile już się nie pojawiły) jak grzyby po deszczu ;) Ale co się dziwić... Wielka paka wspaniałości do wypróbowania cieszy jak mało co. Pani Ani jak zawsze za to to całe dobro dziękuję a Was zapraszam na podgląd nowości.



Peelingi. Kusiły mnie odkąd przyuważyłam je na Rossmanowskiej półce ale rozsądek mówił 'nie'. Rozsądek rozsądkiem ale to chyba najbardziej interesujący mnie element paczuchy i wszystkie trzy rozgościły się już na mojej łazienkowej półce. A co sobie będę żałować.
W skład Lirene Beauty Collection wchodzą MANGO peeling ujędrniający, ŻURAWINOWY peeling cukrowy i KOKOSOWY peeling solny. Jeden pachnie lepiej od drugiego i mam spory problem z podjęciem decyzji po który sięgnąć jako pierwszy... ;))

Under 20 nie jestem już od jakiegoś czasu ale daleka jestem też od traktowania widełek wiekowych ustalanych przez producentów jako wyznacznik mojej pielęgnacji. Produktem, który zainteresował mnie najmocniej jest 3-stopniowa kuracja intensywnie złuszczająca, która już dziś wyląduje na mojej twarzy ;) Należy do linii Intense Anti Acne podobnie jak aktywny krem redukujący niedoskonałości. Z linii Anti Acne w moje łapy wpadły pianka oczyszczająca pory z 1% zawartością kwasu migdałowego i krem-żel zwężający pory.
Najbardziej za to rozbawiła mnie koszulka z jakże uroczym napisem #dozwoloneUNDERtwenty, której z pewnością nie ubiorę do ludzi bo wstyd i nieładnie :D

Linia Derma Matt to takie Under 20 dla dorosłych ;) Moja skóra ostatnio jest w nie najlepszej formie, więc gdy tylko zużyję bieżącą pielęgnację a problemy nadal się utrzymają chętnie po nią sięgnę.


 Oczyszczające dobroci. Najbardziej ciekawi mnie oczywiście physio-micelarny żel do oczyszczania twarzy :D Ale i micela i dwufazę przetestuję z chęcią.

I na koniec kolejny krem BB w moich zbiorach. Efekt 'blur' kuuuusi ale najjaśniejszy odcień jest niestety podejrzanie ciemny...


Uh, kiedyś wyjdę z zapasów, na pewno... ;)))

poniedziałek, 26 października 2015

Obrzydliwie wielkie.. KOLORÓWKOWE DENKO \i nie tylko\ w mini-recenzjach.

Obrzydliwie wielkie.. KOLORÓWKOWE DENKO \i nie tylko\ w mini-recenzjach.

Zebranie się do napisania tego postu zabrało mi całą wieczność. Pewnie dlatego ilość zużytych (i  nie) produktów jest wręcz zatrważająca. To nic. Większości z nich należy się parę słów podsumowania zanim wylądują w koszu. O części będę pisać peany, część z nich zupełnie się u mnie nie sprawdziła i z radością się ich pozbędę. Uprzedzam - będzie długo. Za cierpliwość dziękuję :)


Pharmaceris podkłąd ochronno-korygujący 50+ otrzymałam jakiś czas temu w ramach PR. Doczekał się już recenzji na blogu więc jeśli jesteście ciekawe jak się sprawdził serdecznie Was do niej zapraszam. Znajdziecie tam też moją opinię o jego braciach czyli wersji matującej (oddałam ją mamie, nawet latem nie udało mi się opalić tak, by go używać) oraz nawilżającej (z powodzeniem zużyłam pół flachy, reszta poleciała do mojej potrzebującej siostry).
Lirene City Matt podobnie jak podkład Pharmaceris wpadł w moje łapy od pani Ani. Doczekał się wyłącznie pierwszego wrażenia. I muszę przyznać że do samego końca opakowania moje pierwsze - jakże pozytywne wrażenie zostało podtrzymane. To świetny podkład dla  mieszanej skóry jednak ubolewam nad gamą kolorystyczną - najjaśniejszy odcień mimo ładnego wtapiana się w skórę nada się tylko dla osób o ciemniejszej karnacji.
Lirene My Color Code - podkład, który towarzyszył mi przez całe tegoroczne lato. Mały geniusz. Zostało mi go jeszcze odrobinę więc na chwilę obecną nie żegnamy się a będę nim przyciemniać jaśniejszy z odcieni tegoż produktu. Gdy tylko znajdę dłuższą wolną chwilę na pewno napiszę mu dokładniejszą recenzję bo to świetny produkt dla mieszanej skóry, który jednocześnie matuje i pięknie wygładza. W moim odczuciu to udoskonalona wersja City Matt. Polecam serdecznie.
Korektor Rimmel Match Perfection. Dwie zużyte sztuki chyba najlepiej świadczą o mojej sympatii do tego kosmetyku. Trzecia w zapasie już chyba zupełnie mówi sama za siebie ;) Uwielbiam go. Za lekką konsystencję, dobre krycie, wygładzenie skóry i rozjaśnianie cieni. Po przygodzie z odcieniem 030 (ciemne to to, chociaż nieźle się stapia) wierna jestem odcieniowi 010 - do dostania w drogeriach internetowych.
Korektor Maybelline - tyle dobrego na jego temat przeczytałam więc zawód jest srogi. Ciemny, słabo kryjący, włażący w zmarszczki potworek. Na dodatek zupełnie nietrwały. Robiłam do niego kilkanaście podejść i za każdym użyciem było tylko gorzej. Nigdy więcej.
Kamuflaż Catrice - typowy produkt do zadań specjalnych. To moje drugie zużyte opakowanie i pewnie nie ostatnie. Świetnie krycie w rozsądnej cenie. Planowałam go używać pod oczy jednak jest do tego zbyt ciężki. Za to wzorowo sprawdza się do kamuflowania wszelakich niedoskonałości - i tych większych i mniejszych.



Puder HD BeBeauty - na zdjęciu wersja prasowana jednak pokusiłam się też o wersję sypką. Obie zużyłam z przyjemnością jednak to wersja sypana skutecznie mnie oczarowała. Dawała przepiękne, satynowe wykończenie makijażu, trwała na skórze cały dzień jednocześnie utrzymując mat. Wersja prasowana była odrobinę słabsza - potrafiła bielić skórę i pozostawiać zbyt płaski mat jednak również nie była zła.
Puder ryżowy MIYO. Miłości moja na kryzysowe sytuacje - gdy skóra błyszczy się jak nieszczęście i nie radzi sobie z nią nic. Oprócz tego właśnie pudru. Ma też minusy: może przesuszać i bielić ale ze względu na mat jaki daje jestem mu w stanie to wybaczyć. Polecam.
Puder sypki My Secert - nie pamiętam kiedy go zużyłam... Swoją drogą był świetny. Jeśli szukacie lekkiego pudru wykończającego makijaż w jasnym odcieniu to z pewnością coś dla Was. Może i nie matuje jakoś szczególnie ale na co dzień dla nieproblematycznej skóry jest idealny. Plus za cenę i dostępność. Jednak nie należy do zbyt wydajnych.
Puder matujący Sensique. W moim odczuciu to totalne nieporozumienie. Nie cierpię efektu jaki pozostawia na skórze - tępe matowe, nazbyt pudrowe wykończenie. Jednak nie utrzymuje matu zbyt długo na skórze. Na dodatek systematycznie używany wysusza a bezpośrednio po aplikacji nieprzyjemnie ściąga skórę. Nie ratuje go niska cena. Nie będę do niego wracać.
Puder bronzujący My Secret. Przyjemniaczek. Ma przepiękny neutralny odcień. Nie jest dla mnie zbyt ciepły a jednocześnie zbyt chłodny, przez co nie daje wrażenia sinych plam. Niestety jest bardzo miałki co wpływa na jego niską wydajność. Jest też dosyć mocno perfumowany i o ile sam zapach jest przyjemnie kwiatowy to jednak szybko zaczął mnie męczyć.
Cień/rozświetlacz Essence - jak ja go uwielbiałam *-* Dawał przepiękny efekt tafli w najpiękniejszym odcieniu świata. Nie mogę odżałować, że został wycofany. Tym bardziej nie mogę odżałować, że przegapiłam moment gdy znikał z półek i nie poczyniłam zapasów. Czarna rozpacz.



W poście o trzech słabych tuszach do rzęs pod lupę wzięłam maskary Estee Lauder, Clinique i Rimmel. Żaden z nich mnie nie zachwycił na tyle bym miała po niego sięgnąć po raz kolejny. Zawód tym większy, że dwa z nich to tusze z górnej półki...
Dwie kolejne maskary wpadły w moje łapy w pudełkach Joybox. Mowa tu o MACu i Wibo BOOM BOOM. Zadziwiający jest fakt, że obie posiadały identyczne szczoteczki. Działaniem się różniły - tańszy nie nadawał się zupełnie do niczego. To pierwszy tusz, którego nie byłam w stanie nałożyć na rzęsy. Był diabelnie mokry (przez kilka ms od otwarcia...), przypominał wręcz błoto :P W ogóle nie zasychał na rzęsach, wiecznie się odbijał, był diabelnie nietrwały i zasadniczo rzecz biorąc najdłużej na rzęsach miałam go może z godzinę. Tusz MAC dawał przepiękny efekt firanek ale... kruszył się błyskawicznie a pod wpływem temperatury rozmazywał się jak nieszczęście. Porażka. A nawet dwie.
Kolejną dwójką będą tusze: Yves Rocher Sexy Pulp i Celia Lash on top. Oba nie dawały u mnie żadnych efektów. Śmiem twierdzić, że moje rzęsy z tuszem i bez tuszu wyglądały praktycznie identycznie. Szkoda mi ich wyrzucić więc poleciały w inne ręce - mam nadzieję, że sprawdzą się lepiej.
Na sam koniec dwie maskary, które dały u mnie radę. Pierwsza - Wibo Growing Lashes - zbiera dosyć dobre opinie w sieci i jestem w stanie się z nimi zgodzić. Może i efekt jaki zostawiała na rzęsach nie był niesamowity jednak były one dosyć mocno podkreślone. Jednak po miesiącu zaczął się kruszyć jak szalony... Chociaż za tę cenę na prawdę jestem mu w stanie to wybaczyć i chętnie po niego w przyszłości sięgnę. Wibo Rock with me okazał się być za to totalną niespodzianką. Nie dość, że pięknie rozdzielał, wydłużał i podkręcał (w miarę możliwości) moje rzęsy to jeszcze był trwały i mokry przez ponad dwa miesiące. Nie kruszył się, nie odbijał, nie podrażniał mi oczu. I to wszystko za 10 zł. Jest jednak minus - to edycja limitowana (dlaaaaczego :<).


Kredka do brwi W7 to jeden z moich nowszych zakupów i z czystym sumieniem ląduje w koszu. O ile nie jestem w stanie przyczepić się do jej ocienia tak ta kredka do brwi nie nadaje się zupełnie. Jest diabelnie miękka i pieruńsko napigmentowana przez co nie da się nią subtelnie podkreślić łuku. Za każdym razem efekt jest przerysowany. Nie lubię.
Kredka do brwi Yves Rocher - ideał. Nie dość, że odcień odpowiadał mi w stu procentach to jeszcze była idealnie twarda by bez problemu wyrysować włoski bez efektu instabrow. Żałuję, że pokusiłam się na kredkę Catrice... Do tej wrócę z pewnością.
Wosk i cień do brwi Lily Lolo. Jestem leniwym leniem i praktycznie całe opakowanie zużyłam mieszając oba produkty co pozwalało wykonać mi makijaż brwi w pół minuty ;) Efekt był dla mnie satysfakcjonujący jednak ze względu na wygórowaną cenę i moją sympatię do kredek raczej do siebie nie wrócimy.
Khol Technic - wywalam ze względu na upływający termin przydatności. Świetny produkt w niewygórowanej cenie. Powrotu jednak nie planuję - czerń praktycznie nie gości już w moim makijażu oka. Ot, starzeję się ;)
Kredka NYX milk - zawód stulecia. Nie mam pojęcia skąd na temat tego kosmetyku tyle pozytywnych opinii. Przede wszystkim to nie jest baza pod cienie (a z takimi opiniami się spotykałam...) bo jest zbyt tłusta i roluje się z załamaniu, nawet zagruntowana cieniem. Po drugie - nie widzę dla mniej żadnego innego zastosowania - nie lubię karykaturalnych makijaży więc nie czuję potrzeby rozświetlać oka bielą. Wywalam nawet niezatemperowany produkt ze względu na krótki termin zdatności do użytku Nieporozumienie :(
Pomadka Color Whisper Maybelline - Bubel. Niby lekka i nawilżająca formuła a przesuszała usta, podkreślając każdą, teoretycznie nieistniejącą nierówność ust.
Pomadka Essence - nowość wiosenna o ile się nie mylę. Porażka. Sucha, tępa, podkreślająca każde załamanie skóry ust. Odcień też był nietwarzowy ale wybór to już moja wina.
Matowa pomadka Catrice - ze starej jak świat edycji limitowanej. Wywalam bo strach nakładać ją na usta jednak złego słowa na jej temat nie powiem. Piękny kolor, piękne wykończenie, dobra trwałość. Będę tęsknić.
Pomadka Baby Lips Maybelline - traktowałam ją jako produkt kolorowy bo dawała piękny odcień na ustach. Właściwości pielęgnacyjne miała mierne. Na minus też paskudny zapach i smak. I właśnie z tego względu po nią już nie sięgnę. A szkoda.
Wysuszacz lakieru Yves Rocher - produkt w postaci płynnego olejku. Działał. Nie tak dobre jak wysuszające top coaty ale działał. Nie wrócę jednak do niego bo irytowało mnie brudzenie wszystkiego co dotknę.

Misja wykonana. Kolejne denko pewnie za rok ;)




sobota, 24 października 2015

GARNIER FRUCTIS | odżywki wzmacniające | GOODBYE DAMAGE, GESTE I ZACHWYCAJĄCE, OIL REPAIR 3

GARNIER FRUCTIS | odżywki wzmacniające | GOODBYE DAMAGE, GESTE I ZACHWYCAJĄCE, OIL REPAIR 3
Jakiś czas temu doszłam do względnego porządku z moimi włosami. Pozbyłam się styranych życiem końcówek, porzuciłam farbowanie i niby wszystko powinno być w jak najlepszym porządku ale... no nie do końca. Moje włosy plączą się z natury. Z natury też brakuje im nawilżenia i wygładzenia. Tak więc odżywka po myciu to nadal mus.
Dziś o trzech cudakach z Fructisa. Aż dziw mnie bierze, że skusiłam się na wszystkie trzy. Bo moja skóra (i włosy) generalnie nie lubią produktów tej marki. Szampony od zawsze nie były w stanie domyć mi skóry głowy powodując totalny przyklap a po dłuższym stosowaniu łupież. Odżywki albo były zbyt lekkie i nie robiły nic albo w drugą stronę - zbyt obciążały mi włosy i powodowały ich błyskawiczne przetłuszczanie. Po dłuuugiej przerwie dałam im szansę. Tyle pozytywnych opinii na ich temat przewinęło się w sieci w ostatnich miesiącach,  że zaryzykowanie 8 zł wydało mi się nie być wcale złym pomysłem. I nie było...


Kolorowe opakowania odżywek bardzo cieszą moje oczy. Jednak nie są one zbyt funkcjonalne. Twardy plastik sprawia, że im bliżej do końca produktu tym trudniej wycisnąć go na dłoń. Plus za komfortowe otwieranie nawet mokrymi dłońmi.
Wszystkie te odżywki mają praktycznie identyczne konsystencje. Są gęste i bogate. Nie spływają z włosów a jednocześnie łatwo je spłukać. Na plus zasługują też zapachy. Owocowe, chociaż niejednoznaczne. Jeden przyjemniejszy od drugiego, chociaż przy dłuższym użytkowaniu mogą być męczące.

Jeśli mowa o działaniu zacznę od mojego ulubieńca czyli wersji GOODBYE DAMAGE. Odżywka ta dedykowana jest włosom zniszczonym, z rozdwojonymi końcówkami. O ile trudno mi nazwać moje włosy zniszczonymi a końcówek rozdwojonych nie miałam nigdy (nie wiem jakim cudem) tak właśnie na moich niedopieszczonych włosach to cudo daje najlepsze rezultaty. Mam włosy cienkie i bardzo podatne na obciążenie jednocześnie na tyle delikatne i żyjące własnym życiem, że potrzebują optymalnego obciążenia by wyglądać znośnie. Ta odżywka daje właśnie taki efekt. Na dodatek bajecznie ułatwia ich rozczesywanie, przepięknie je wygładza i nabłyszcza oraz pozostawia na nich swój przyjemny zapach. Ten konkretny egzemplarz polecam śmiało każdemu.

Praktycznie tak samo dobrze oceniam wersję GESTE I ZACHWYCAJĄCE, która ma sprawić, że nasza czupryna stanie się gęsta i bujna. Bujda to to, oczywiście. Moje włosy staną się gęste i zachwycające gdy zainwestuję w doczepy ale generalnie rzecz biorąc to odżywka daje radę. W porównaniu do poprzednika odrobinę mniej dociąża moje kłaki więc muszę się jeszcze posiłkować odżywką bez spłukiwania lub olejkiem żeby osiągnąć satysfakcjonujący mnie efekt jednak na prawdę nie jest to zły kosmetyk.

Na koniec zostawiam sobie wariant OIL REPAIR 3. Bo sprawdził się u mnie najsłabiej. Mimo to nadal nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, że to bubel. Potrafiłam nakładać to to cudo po użyciu tego samego szamponu jednego dnia miałam włosy niczym po wyjściu od fryzjera gdzie drugiego włosy były nieprzyjemnie suche i sianowate. To samo było z obciążaniem - mimo dokładnego spłukiwania czasem wszystko było ok by przy kolejnej aplikacji czuć dyskomfort niedokładnie spłukanej odżywki. Dziwadło takie. Zupełnie mnie do siebie nie przekonało i powrotu nie planuję.

Znacie te odżywki? Jak sprawdziły się u Was?


piątek, 23 października 2015

JOYBOX XL - pierwsze wrażenia i mini recenzje.

JOYBOX XL - pierwsze wrażenia i mini recenzje.
Czy jest tu ktoś kto nie zna Joyboxa? W moje łapy jakiś czas temu wpadło ostatnie ich pudełko. Tym razem w formacie XL. Dziś kilka słów na jego temat. A 27.10 kolejna edycja...


Zacznę od produktów, które zrobiły na mnie najlepsze wrażenie:


DermoFuture wypełniacz ust lustrzany blask. Po pierwszym zawahaniu pod tytułem 'po co mi to' i drugim 'komu to oddać' postanowiłam przetestować to dziwadło na własnych ustach. O ile o efektach długo falowych wypowiadać się jeszcze nie mogę tak o wyglądzie, konsystencji i trwałości i owszem. Lustrzany blask to w tym przypadku zupełna prawda. Błyszczyk wygląda niczym tafla wody. Jest pieruńsko gęsty (ale się nie lepi) i trwa na ustach dłużej niż nie jedna pomadka. Lubię to. Bardzo.
SheFoot Krem z roślinnymi komórkami macierzystymi. Gdy spojrzałam na jego cenę stwierdziłam, że chyba kogoś pogięło. Prawie 30 zł za drogeryjny krem do stóp to dla mnie lekka przesada. Jednak warto, jak się okazało. Krem jest lekki a mimo to długotrwale i skutecznie nawilża i zmiękcza stopy. Do tego ładnie pachnie i ma świetne opakowanie w pompką.
No 36 jedwab w sprayu. Kusił mnie już od jakiegoś czasu i bardzo się ucieszyłam, że w końcu wpadło w moje łapy. Bardzo usatysfakcjonowało mnie jego działanie - wygładzał, dawał piękny długotrwały zapach i świeżość. Ale... był diabelnie niewydajny.
Cztery pory roku serum do rąk i paznokci. Nie lubię kremów tej marki i na pewno nie kupiłabym tego kosmetyku sama. A szkoda, bo jestem pod jego sporym wrażeniem. Serum jest lekkie i szybko się wchłania jednocześnie skutecznie nawilżając dłonie. Irytuje mnie trochę zakrętka (jestem mistrzem w ich gubieniu) ale ratuje je pompka. Warto się skusić.



Nie lubię / nie potrzebuję / nie mam zdania:


Alverrne woda micelarna (zabrakło jej na zdjęciu). Niby fajna sprawa bo kto nie lubi miceli ale... ten konkretny piecze mnie w oczy. Dodatkowo ma intensywny, niezbyt przyjemny zapach i trochę się lepi.
Wibo rozświetlacz. Zdublował mi się bo taki sam egzemplarz użytkuję już od dłuższego czasu. Dodatkowo przyszedł do mnie potłuczony. Eh.
Vichy idealia krem. Miniatura kremu rozświetlającego. Z używaniem poczekam do wiosny więc na chwilę obecną nie jestem w stanie powiedzieć nic ponad to, że szalenie podoba mi się jego opakowanie.
Esotiq krem do rąk. Marka bieliźniarska i kosmetyki? Ciekawość mnie zżera ale mam za dużo kremów w użyciu.
Head&shoulder szampon gęste i mocne. Nie lubię szamponów tej marki więc poleciał w inne ręce :)


Skusiłyście się na to pudełko? Jak wrażenia?

niedziela, 11 października 2015

DENKO | wrzesień 2015

DENKO | wrzesień 2015
Cześć. Wyspowiadałam się już z kosmetycznych nowości, czas najwyższy pokazać co w tym miesiącu opuściło moje zbiory :)


Apart Kremowy żel pod prysznic - totalna słabizna. Był bardzo rzadki, diabelnie niewydajny, do tego pachniał tragicznie. Na szczęście był łaskawy dla mojej skóry. Ale powtórki nie planuję.
Isana Young Żel pod prysznic - najbardziej niewydajny żel pod prysznic ever. Nie przypadał mi do gustu jego zapach - niby tropiki a był strasznie mdły.
Balea Żel pod prysznic - lekko przesuszał jednak miał świetny, intensywny zapach. Do żeli tej firmy mam mieszane uczucia ale... i tak do nich wracam ;))

Kallos Keratin - najlepsza maska dla moich włosów. Wracam do niej systematycznie :)
Masło do ciała Green Pharmacy - gęste, zbite, mocno odżywiające. To moje kolejne opakowanie i nie ostatnie. Bardzo lubiłam jego zapach.
Peeling do stóp Avon. Nieporozumienie. Był bardzo rzadki, miał mało nieostrych drobinek, który zupełnie nie radziły sobie z moją skórą. Plus za zapach.

Mydło cedrowe Bani Agafii - uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam. To moje drugie zużyte opakowanie i z pewnością nie ostatnie. Nie sprawdza mi się do mycia włosów jednak do mycia twarzy i ciała nie ma sobie równych. Do tego ten zapach *-*
Gllinka różówa - uratowała moją diabelnie podrażnioną skórę ciała /Vizir, dzięki/. Wrzuciłam dwie saszetki do wanny i po 20 minutach leżenia i pachnienia ustąpiło pieczenie, swędzenie i inne nieprzyjemne objawy.
Tisane - czy jest ktoś, kto tego cuda nie zna? Wracam do niego systematycznie bo jak nic innego radzi sobie z przesuszeniami,
Lirene zabieg 2-stopniowy - dziwadło. Zmarszczek mi nie wypełniło ale całkiem przyjemnie nawilżało skórę. Kremowa konsystencja zmieniała się w olejek. Nie planuję powrotu.

czwartek, 1 października 2015

ZAKUPY | wrzesień 2015

ZAKUPY | wrzesień 2015
Rozpoczynanie miesiąca od dnia wolnego to lepsze niż weekend ;)  Korzystając z błogiego lenistwa postanowiłam zebrać się w sobie i pokazać Wam nowości z poprzedniego miesiąca. Jest tego trochę ale nadal widzę tendencję spadkową jeśli mowa o moich zakupowych poczynaniach. Na zdjęciach zabrakło niestety dwóch produktów na których na prawdę mocno mi zależało ale nie zdążyły do mnie dotrzeć. Nie ma tego złego, z pewnością pojawią się w którymś z kolejnych postów.

Zacznijmy od zapachów. Od jakiegoś czasu polowałam na dwa z nich. Czyniąc zakupy zupełnym przypadkiem wpadły do koszyka dwa kolejne. Czy to się leczy? :D
O wodach Demeter usłyszałam po raz pierwszy dawno, dawno temu. Szczególnie zaciekawiły mnie dwie wersje - o zapachu deszczu (Rain) i... domu pogrzebowego. Pierwszy udało mi się zdobyć w mniejszej pojemności, drugi niestety dostępny jest w sieci tylko w pojemności 100ml a nie chcę ryzykować - a nuż to nie będzie to. Przygarnęłam za to wersję Clean Skin.
Zapachy B.U. nie należą do najbardziej wyszukanych. Ale wersja Fancy Cinderella (:D) opisywana jest jako mieszanka mleka i orzechów laskowych. Potwierdzam. Z pewnością to perfumy, które będą często gościć na mojej skórze nadchodzącej zimy. Candy Love to typowy słodki, bardzo słodki zapach pralinek. Mniam.

Trochę kolorówki, trochę pielęgnacji. Bronzer MIYO zbierał swego czasu sporo pozytywnych opinii w sieci. U mnie niestety nie sprawdza się wcale i muszę myśleć o zakupie czegoś nowego. Polecicie coś ciekawego? Kredka do brwi Catrice to kolejny mocno polecany produkt. Ja mam względem niej mieszane uczucia...
Carmex zastąpił mi niezastąpiony balsam Tisane. Pomadka Sylveco wskoczyła na miejsce świetnej pomadki Yves Rocher i... czuję zawód. Olejek różany Vis Plantis kupiłam z myślą o pielęgnacji szyi i dekoltu. Mam nadzieję, że sprawdzi się tak samo dobrze jak olejek Evree.

Delikatny szampon Corine de Farme wpadł mi w oko na którymś z kanałów YT. Pierwsze wrażenia mam jak najbardziej pozytywne (i ta pompka!). Mniej pozytywnie sprawuje się u mnie balsam do włosów Green Pharmacy. Ale dam mu jeszcze szansę - z szamponem z tej samej serii na początku też miałam przeboje a koniec końców zapałałam do niego ogromną sympatią. Szampon aktywator wzrostu Bani Agafii - kupiony spontanicznie. Na pewno dam Wam znać o ewentualnych efektach ;)

Myjadła. Już prawie zużyte ;) Nie wiem jak to robię ale przez ostatnie tygodnie wszelkie produkty kąpielowe idą u mnie niczym woda (co zobaczycie w denku). Regenerujący płyn do kąpieli Eva Natura nie zachwycił mnie. Ma całkiem przyjemny zapach ale pieni się słabo. Już wolę tańszy i większy płyn Be Beauty. Za to żel Original Source bardzo przypadł mi do gustu. Zapach to połączenie wiśni i... pokrzywy. Pachnie trochę jak wiśniowa cola ;) ma świetny, ciemny kolor - barwi wodę. I nie przesusza.

Tyle :)

niedziela, 27 września 2015

Peelingi YVES ROCHER | Peeling do twarzy z pudrem z pestek moreli | Hydra Vegetal nawilżający peeling do twarzy

Peelingi YVES ROCHER | Peeling do twarzy z pudrem z pestek moreli | Hydra Vegetal nawilżający peeling do twarzy
Kocham peelingi. Od zawsze. Chęć testowania coraz to nowych produktów sprawia, że praktycznie za każdym razem gości u mnie coś nowego. Dziś o dwóch cudakach z Yves Rocher ;)



Peeling do twarzy z pudrem z pestek moreli 
Dziwak numer jeden. Peelingi z drobinkami z pestek moreli kojarzą mi się z raczej mocnym zdzieraniem więc kupiłam go bez najmniejszego wahania. Spodziewałam się dużych, grubych drobin i ostrego tarcia. Dostałam totalnie niewiadomoco. Zacznijmy od bazy produktu. Producent zaoferował nam perłowy, średnio gęsty krem, który pieni się jak szalony. Przypomina mi kremy do golenia w tubkach niczym pasta do zębów popularne lata temu. Zgrzyt numer jeden. Drobinki też tyłka nie urywają. Po pierwsze jest ich za mało. Po drugie są zbyt małe. Po trzecie są delikatne a kremowa pianka jeszcze łagodzi ich działanie. Niby peeling ale łatwiej mi nazwać ten produkt peelingującym żelem myjącym a takich produktów nie lubię. Wydajność określiłabym jako jako bardzo dobrą. Zapach niepodobny do niczego. Trochę przesusza mi skórę, jednak jej nie podrażnia. Cena regularna to 21.90 za 50 ml produktu. Warto? Nie warto.

Nawilżający peeling do twarzy linia Hydra Vegetal
Dziwak numer dwa. Tym razem producent jako bazę zaoferował nam gęsty, śliski żel. Który nie pieni się wcale. Daje jednak na skórze średnio przyjemne odczucie oblepienia. Na szczęście zmywa się bez problemu. Drobinki to przyjemne białe granulki średniej wielkości. Tutaj również ich właściwości ścierające są mocno hamowane przez bazę więc na skórze robią niewiele. Zasadniczo ani ten produkt nie myje, ani nie peelinguje ani (zgodnie z obietnicami) nie nawilża. Ale chociaż nie wysusza - dobre i to. Irytuje mnie też jego zapach (z gatunku odświeżających) chociaż wiem, że to moja subiektywna opinia i wielu osobom przypadnie on do gustu. W cenie regularnej kosztuje 33.00 za 75 ml. Czy warto? No nie.



Znacie peeling Yves Rocher?

wtorek, 15 września 2015

Dobre bo polskie | DEMAKIJAŻ | AA Oil infusion żel micelarny | Delia płyn dwufazowy

Dobre bo polskie | DEMAKIJAŻ | AA Oil infusion żel micelarny | Delia płyn dwufazowy
Jestem leniem. Leniem, dla którego demakijaż musi być szybki, łatwy i przyjemny. Dziś o dwóch produktach produkcji rodzimej, które bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie swoim działaniem.


AA Oil infusion żel micelarny
Produkt na który czaiłam się, gdy tylko pojawił się na rynku. Miałam problem z jego zakupem jednak koniec końców udało mi się go dostać w Naturze. Skusił mnie swoją żelową formułą. Która okazała się być bardzooo przyjemna. Żel jest gęsty ale nie przesadnie. Nie wylewa się z wacika. Ja jednak najczęściej nalewam go na dłonie i tak myję nim twarz - jest o wiele szybciej. Micel ten nie klei się jednak na skórze pozostawia delikatną powłokę. Jakby się uprzeć można by ją przetrzeć tonikiem i nałożyć krem ja jednak nie do końca ufam tego typu kosmetykom i po demakijażu zawsze myję skórę standardowym myjadłem. Zapach określiłabym jako przyjemny. Produkt mnie nie podrażnił. A działanie? Rewelacyjne. Micel w ciągu kilkunastu sekund radzi sobie nawet z ciemnym makijażem oczu. Nie wiem jak sprawa wygląda w przypadku tuszu wodoodpornego - niestety nie posiadam. Co nie zmienia faktu, że jako produkt to codziennego demakijażu sprawdza się na 5. Wrócimy do siebie. Z pewnością. A teraz kusi mnie tonik z tej serii :P

Delia płyn dwufazowy
Po okresie buntu na płyny dwufazowe ostatnio coraz częściej do nich wracam. Bo są skuteczne. Ten wpadł w moje łapy w pudełku Joybox. Odstał swoje ;) a jakże ale i na niego przyszła w końcu pora. Pierwszą rzeczą na którą zwróciłam uwagę jest jego pojemność. Nareszcie jakiś producent wpadł na pomysł zaoferowania 200 ml produktu. Konsystencja nie zachwyca. Jak dla mnie jest odrobinę zbyt ciężka jednak nie ma tragedii. Jest lżejszy niż płyny Ziaji czy Bielendy. Pozostawia delikatną powłokę na skórze (bardziej satynową niż tłustą - plus) jednak szybko się zmywa. Nie uczula, nie podrażnia. Jest skuteczny. Szybko rozpuszcza makijaż nie rozmazując go. I nie pozostawiając na oczach uczucia mgły. Podsumowując - warto się skusić.




Znacie, lubicie?

środa, 2 września 2015

DENKO | sierpień 2015

DENKO | sierpień 2015
Było już o nowościach - pora na denka :)

Szampon przeciwłupieżowy Yves Rocher - kupiony pod wpływem chwili, zużyłam go z przyjemnością. Nie żebym miałam łupież, bo nie mam. Szampon okazał się przyjemnym lekki ale dobrze oczyszczającym codziennym myjadłem. Polubiliśmy się, rozważę powrót. Kiedyś.
Szampon do włosów suchych Green Pharmacy - doczekał się bardzo pozytywnej recenzji na blogu jakiś czas temu. I mimo, że pozbyłam się już sianowatych końcówek nadal sprawdzał się u mnie świetnie. Polecam szczerze, sama z chęcią przygarnę kolejną butlę.

Odżywki Fructis: Gęste i zachwycające i Oil Repair3 - o ile pierwsza bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła tak do drugiej mam mieszane uczucia. Niebawem pojawi się ich recenzja :)
Odżywka Long Repair Nivea - świetna drogeryjna odżywka za niewygórowaną cenę. Wygładza, nabłyszcza, dociąża, ułatwia rozczesywanie. Może i nie robi cudów ale... ja chyba więcej nie potrzebuję. Z pewnością do siebie wrócimy.

Żel pod prysznic Japonia BeBeauty - odkopałam go z zapasów, gdzie na użycie czekał od... dawien dawna. Tyłka nie urwał, lekko wysuszał skórę ale miał bardzo przyjemny zapach więc nie będę zbyt mocno na niego narzekać.
Żele pod prysznic Yves Rocher - to chyba moje ulubione żele. Może nie grzeszą wydajnością ale nie robią krzywdy mojej skórze. Dają przyjemny poślizg więc używam ich do golenia nóg. No i te zapachy... 

Balsam Balea - zapach rewelacja ale konsystencja... stanowczo zbyt bogata (chociaż nadal mocno lejąca) jak na ciepłe dni. Pozostawiał nieprzyjemną, tłustą warstwę, potrafił się zrolować na skórze. Nie planuję powrotu.
Peeling i balsam Tradition de Hammam Yves Rocher - największym minusem tych kosmetyków jest ich zbójecka cena. Inne też maja. Ale mają też plusy. Napiszę o nich więcej niebawem.

Tonik Serum Vegetal Yves Rocher - geniusz. Dawno nie miałam tak przyjemnego i przede wszystkim działającego toniku. Chociaż mam wrażenie, że znalazłam mu lepszego zastępce... w ofercie tejj samej firmy.
Multi Cleanser Under 20 - idealne myjadło na lato. To moja druga zużyta tubka i nie zawaham się przed zakupem kolejnej w przyszłym roku. Mimo, że stara jestem ;))
Krem nawilżająco-matujący Ziaja - bardzo chciałam się z nim polubić ale nie wyszło. Niby nie mam się do czego szczególnie przyczepić ale też niekoniecznie mam co chwalić. Zużyłam go do ciała bo w pewnym momencie nie mogłam już na niego patrzeć. Słabizna.
Maska-krem z ogórka tajskiego na noc Orientana - totalne nieporozumienie. Pierwsze wrażenie miałam bardzo pozytywne jednak po systematycznym używaniu mam skórę w stanie co najmniej złym. Nie omieszkam spłodzić mu recenzji. Denko oczywiście oszukane - zrobiłam dwie spore odlewki a resztę zużyłam do ciała.

Znacie? Lubicie? ;))

Copyright © 2016 KOSMETYKOHOLICZKA , Blogger