wtorek, 30 grudnia 2014

Farmona | migdałowy peeling do mycia ciała

Farmona | migdałowy peeling do mycia ciała
Rzadko trafiam na produkty, które budzą u mnie skrajne emocje. Bo jak można jakiś kosmetyk i lubić i go nie cierpieć? Można. Dziś o takim jednym cudaku, który gości u mnie od czasu do czasu ;)



Peeling myjący to jeden z tych produktów, które omijam szerokim łukiem. Bo zazwyczaj ani to nie myje ani nie peelinguje i zalega w mojej łazience irytując mnie swoją obecnością. Z tym produktem teoretycznie jest podobnie. Zapakowany jest w nieszczególnej urody słoiczek, który uważam za chybiony w przypadku konsystencji produktu jaką zaofiarował nam producent. A sam peeling określiłabym jako połączenie kisielu i galaretki. Chyba pierwszy raz się z czymś takim spotkam. W żelu zatopione są niewielkie drobinki w ilości... niewielkiej ;) Drobinki delikatnie miziają skórę (jeśli użyjemy go w sporej ilości), na efekt ścierny nie ma co liczyć. Sam peeling też nie myje - kto w ogóle wpadł na pomysł, ze klient będzie się chciał być takim glutem:< 
Dlaczego jednak nie nazwę go bublem? Bo kocham jego zapach. Nad życie. I właśnie ze względu na zapach do niego wracam. Niby ma pachnieć jak słodkie trufle i migdały. Niby. Mój nos w zależności od humoru wyczuwa w nim albo słodki marcepan albo mniej słodkie palone migdały. Intensywność zachwyca, nie męczy. I to zasadniczo tyle. Czy warto kupić? Nie wiem. U mnie pewnie jeszcze kiedyś zagości. Chociaż życzyłabym sobie, żeby pojawił się w opakowaniu-tubce. Pół ostatniej sztuki utopiłam w wannie :(




piątek, 26 grudnia 2014

Lirene DNA Protect | krem pod oczy, na dzień i na noc.

Lirene DNA Protect | krem pod oczy, na dzień i na noc.
Święta święta i po świętach. Chociaż w moim przypadku jest to stwierdzenie ciut przeinaczone bo świętuje tylko dziś (26.12 - post znając życie zaktualizuje się niewiemkiedy) i to swoje własne-osobiste urodziny. 
Oficjalnie jestem stara i ćwierć wieku za mną.
Prezentów Wam póki co nie pokarzę bo od paru lat na wszelakie okoliczności dostaję głównie gotówkę a tę przemieniam drogą kupna często w moje kosmetyczne zachcianki. Udało mi się sobie sprawić kilka rzeczy o których myślałam od krótszego i dłuższego czasu i nie omieszkam się nimi pochwalić przy okazji kolejnego postu nowościowego


Dziś jednak zapraszam Was na recenzję kremów Lirene Dermoprogram z serii DNA Protect. Generalnie nie używam produktów seriami i chyba nigdy (albo było to tak dawno temu że już nie pamiętam) nie używałam kremów Lirene. Mimo, że skierowane są dla innej kategorii wiekowej (35 + za wyłączeniem kremu pod oczy bo ten sugerowany jest już 25latkom) to po zerknięciu w skład (brak parafiny!) wiedziałam, że przetestuję je na własnej skórze. Po za tym ja wszelkie widełki wiekowe odkąd pamiętam traktuję ze sporym przymrużeniem oka i niekoniecznie się do nich stosuję.




Produkty te zapakowane są (w piękne!) kartoniki oraz zafoliowane co daje nam pewność, że nikt nie maczał w nich paluchów. Jednak po wyjęciu ich z kartoników widok mnie... rozczarował. Krem pod oczy ma wygodną tubkę z dziubkiem. Jednak kremy na dzień i noc mają słoiki mocno przeciętne, wykonane z białego plastiku.  Wspomnę, że w przypadku kremu na dzień opakowanie jest zupełnie chybione bo ze względu na swoją dosyć płynną konsystencję (o czym za chwilę) mimo stawiania go na półce mam wiecznie upapraną zakrętkę co mocno mnie irytuje. Kremy do twarzy mają przyjemne kremowo-kwiatowe(?) zapachy, ten pod oczy jest dla mojego nosa niewyczuwalny.
Dodam, że w czasie stosowania kremów używałam jednoczenie produktów z kwasem migdałowym co powodowało lekkie przesuszenie mojej mieszanej skóry. A także olejek różany Evree.

Kremy w cenie regularnej kosztują 26 zł jednak w promocji można je kupić taniej (no kto by pomyślał :D) - obecnie np. za 18 zł [TU]

Wygładzający krem przeciwzmarszczkowy na dzień SPF 10:
 Przypomina mi wycofaną już świetną emulsję rozświetlającą Olay (którą uwielbiałam!). Ma bardzo lekką konsystencję i szybko się wchłania jednak pozostawia na skórze delikatną, komfortową warstewkę, która nie skraca trwałości podkładów i nie powoduje problemów przy ich aplikacji. Dlaczego porównałam go do emulsji Olay? Bo ma drobinki. Milion maleńkich drobinek. Nie żaden brokat (na szczęście) jednak nałożony na skórę niestety jest dosyć mocno widoczny. I o ile taki efekt na skórze gdy się maluję odpowiada mi jednak w dni bez makijażu wygląda to źle. Nie takiego rozświetlenia się spodziewałam i gdybym świadoma była tych uroczych błyszczących maleństw produkt raczej poczekał by do wiosny ;) Producent obiecuje nam sporo: wygładzenie pierwszych zmarszczek (nie zauważyłam ale zmarszczki mam póki co tylko pod oczami), poprawę elastyczności (skóra jest przyjemnie napięta), właściwy poziom nawilżenia i odżywienia (potwierdzam), likwidację oznak codziennego stresu i zmęczenia (jak ja się pytam, jak? :D) oraz przywrócenie skórze blasku (potwierdzam - drobinki). Zasadniczo niewiele mam mu do zarzucenia. Nie przetłuszcza mi się po nim nadmiernie skóra, jest dobrze zabezpieczona przed chłodem (mrozów jeszcze u mnie niet), przyjemnie nawilża. Koniec końców: wpakowałabym ten krem do opakowania z pompką, nazwała rozświetlajacym i chętnie bym go sobie sprawiła na wiosnę.

Wzmacniający krem przeciwzmarszczkowy na noc:
Pojawił się ostatnio w moich ulubieńcach co potwierdza moja sympatię do tego produktu. Chociaż pierwsze podejście do niego było mocno średnie. Krem ten wysoko w składzie zawiera silikon co ma wpływ na jego konsystencję. Wydaje się być taki żelowo-kremowo-silikonowy a generalnie nie mogę się nazwać fanką takich kremów. Jednak koniec końców polubiliśmy się (się powtarzam). Obietnice producenta w przypadku tego kosmetyku podobne są do wersji na dzień ma poprawić jędrność i elastyczność skóry (i faktycznie jest przyjemnie napięta, chociaż nie ściągnięta), spowodować wzrost napięcia i eliminację oznak zmęczenia (jak wcześniej), widocznie odmłodzić (hm...), wygładzić i zapewnić aksamitną gładkość (tak, tak, tak! i to nie tylko pozornie, faktycznie skóra jest miękka jak pupa niemowlaka- także po zmyciu kremu), dogłębnie odżywić i ukoić skórę (i tutaj również się zgadzam). Bardzo lubię nakładać go na noc grubszą warstwą - rano budzę się ze skórą wypoczętą, miękką, promienną. Mimo, ze często nie dosypiam. Zdarza mi się go stosować na dzień. Podsumowując: dobry krem za dobrą cenę. 

Wzmacniający krem nawilżający pod oczy:
Już się nawychwalałam to pora na bubel. I chyba mój największy zawód kosmetyczny tego roku. Przyznaję się bez bicia, że krem ten stosowałam zamiennie z kremem AA, który to uzupełniał moją przenośną kosmetyczkę. I dopiero gdy zużyłam krem AA i przerzuciłam się w całości na krem Lirene utwierdziło mnie to w przekonaniu, że nie lubimy się. I to bardzo. Krem ten ma bardzo lekką konsystencję, która błyskawicznie wchłania się pozostawiając na skórze lekką, pudrową warstwę i nieprzyjemne uczucie dyskomfortu. Dziad wysusza. Wysusza i to jak... Moje średniej wielkości zmarszczki mimiczne i zagłębiania skóry bezpośrednio pod oczami w czasie codziennego używania tego kremu w wyniku wysuszenia/odwodnienia zaczęły się pogłębiać :/ Dodatkowo okolice oczu zrobiły się nadwrażliwe. I zasadniczo na tym mogłabym skończyć ale warto też dodać, że nie zauważyłam wzmocnienia skóry wokół oczu, długotrwałego i dogłębnego nawilżenia (serio? ...), zmniejszenia opuchlizny i obrzęków (zwracam honor-nie posiadam;)), poprawy elastyczności też nie. Słabizna :(
Chociaż spotkałam się z pochwalnymi opiniami tego produktu więc możliwe, że moja skóra po prostu nieładnie zareagowała na któryś z zawartych w tym produkcie składników.


Znacie produkty z tej serii?


SKŁAD KREMU NA DZIEŃ:
Aqua (Water), Ethylhexyl Methoxycinnamate, Glycerin, C12-15 Alkyl Benzoate, Cetearyl Alcohol, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Potassium Cetyl Phosphate, Isopropyl Isostearate, Isopropyl Palmitate, Tocopheryl Acetate, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Cyclopentasiloxane, Decyl Oleate, Dimethicone, Imperata Cylindrica Root Extract, Cyclohexasiloxane, Triethanolamine, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, PEG-8, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Glycine Soja (Soybean) Oil, Carbomer, BHA, Copper Gluconate, Ascorbyl Tetraisopalmitate, Ethylhexylglycerin, Sorbitol, Lecithin, Sodium Chondrotin Sulfate, Collagen, Folic Acid, Caprylyl Glycol, Daucus Carota Sativa (Carrot) Extract, Beta-Carotene, Glyceryl Caprylate, Tocopherol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Diazolidinyl Urea, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Polyaminopropyl Biguanide, Parfum (Fragrance), Mica, CI 77891 (Titanium Dioxide), CI 16035 (FD&C red No. 40).

SKŁAD KREMU NA NOC:
Aqua (Water), Glycerin, Polyglyceryl-3 Methylglucose Distearate, Dicaprylyl Ether, Dimethicone, Caprylic/Capric Triglyceride, Isopropyl Palmitate, Prunus Persica (Peach) Kernel Oil, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Decyl Oleate, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Tocopheryl Acetate, Polyacrylamide, Sodium Polyacrylate, C13-14 Isoparaffin, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Laureth-7, Glycine Soja (Soybean) Oil, BHA, Ascorbyl Tetraisopalmitate, Sorbitol, Lecithin, Collagen, Sodium Chondroitin Sulfate, Folic Acid, Caprylyl Glycol, Daucus Carola Sativa (Carrot) Extract, Beta-Carotene, Glyceryl Caprylate, Tocopherol, Methylparaben, Phenoxyethanol, Diazolidinyl Urea, Butylparaben, Propylparaben, Ethylparaben, Parfum (Fragrance), CI 16035, (FD&C Red No. 40), CI 77820 (nano).

SKŁAD KREMU POD OCZY:
Postaram się uzupełnić :(

niedziela, 21 grudnia 2014

DENKO | GRUDZIEŃ 2014

DENKO | GRUDZIEŃ 2014
Jak co miesiąc przychodzę do Was z krótkim podsumowaniem na temat produktów, które udało mi się zużyć.
W tym miesiącu 'denko' pojawia się dosyć wcześnie - nazbierała mi się ogromna ilość pustych (i dużych) opakowań i powoli zaczynają się wysypywać z miejsca swojego pobytu więc pora na porządki ;)

Legenda:
* Hit/ miłość/ ulubieniec. Produkt po który sięgam od dłuższego czasu, który mnie zauroczył, który w jakiś sposób pozytywnie wyróżnia się w śród ogromu kosmetyków dostępnych na rynku.
* Pewnie kupię ale... nie nazwę tego produktu hitem/zastąpiłam go czymś innym/waham się/znudził mi się/nie wpisuje się w moje obecne potrzeby/szkoda mi aktualnie na niego pieniędzy/ma słabą dostępność itp - czyli nie jest zły ale istnieje prawdopodobieństwo, że kolejny zakup odłożę w czasie albo w międzyczasie znajdę mu lepszego zastępce.
* Nie kupię. Bo nie. Bo jest bublem/bo nie działa/bo robi mi krzywdę/nie odpowiada mi stosunek ceny do jakości/ bo znam lepsze.

Chyba nigdy o tym nie wspominałam: w moich denkach nie znajdziecie produktów higienicznych, past do zębów oraz mydeł do rąk. Nie że ich nie używam, bo używam ale schodzą w ilościach hurtowych i w zaliczam je do domowej chemii a nie produktów kosmetycznych ;) Zużycia żeli, szamponów i masek są zasługą dwóch osób - dlatego ilości są takie a nie inne.



Krem pod oczy Multi Regeneracja AA 40 + jest kremem praktycznie idealnym i gdyby nie moja chęć na  nowości spokojnie mogłabym go używać dożywotnio o ile jego działanie przez cały czas było tak samo świetne. Nawilża, odżywia, regeneruje, koi. Niestety nie radzi sobie z moimi zasinieniami ale z nimi nie radzi sobie nic. Pozostawia przyjemną warstewkę mimo to świetnie nadaje się pod makijaż.
RECENZJA

Dwufaza Liście zielonej oliwki Ziaja to produkt tani i skuteczny. Poradził sobie z tuszem nie do zmycia. Został moim bezsprzecznym ulubieńcem i jeśli w przyszłości będę potrzebować tego typu produktu z przyjemnością wrzucę go do koszyka.
RECENZJA

Tonik bezalkoholowy Rival de Loop uwielbiam. Nie zliczę zużytych butelek i pewnie tyle samo pojawi się ich jeszcze u mnie. Póki co mamy od siebie przerwę - moja skóra potrzebuje większego nawilżenia więc też po takie toniki sięgam jednak z pewnością wrócę do niego w cieplejszych miesiącach.
RECENZJA

Maska dziegciowa Banii Agafii oczarowała mnie od pierwszego użycia i bardzo się cieszę, że posiadam kolejną w zapasie. Świetnie oczyszcza nie wysuszając skóry (o ile nie stosowałam jej zbyt często) a do tego mimo lekkiego zastygania na skórze dobrze się zmywa. Zużyję zapasową sztukę i na pewno nabędę kolejne opakowanie.
RECENZJA

Maska algowa pod oczy e-naturalne.pl była owocem kontynuacji współpracy z tą firmą. Jak i pozostałe maski sprawdziła się u mnie świetnie i pewnie prędzej czy później sięgnę po nią lub inne tego typu.
RECENZJA

Balsam do ust Tisane uwielbiam i dostała się mu parę dni temu odrębna recenzja (z okazji kolejnego otwartego słoiczka ;)). Nie ma sobie równych i kolejne opakowanie jest kwestią czasu.
RECENZJA



Płyn do kąpieli na dobranoc Isana odpowiadał mi wyłącznie ze względu na zapach. Minusem była słaba (bardzo!) wydajność, wysuszanie skóry i paskudna, niewygodna w użyciu butla. Jak żele Isany lubię tak płynom tej firmy już podziękuję.
RECENZJA

Kremowy żel pod prysznic BeBeauty kupiłam dawno temu na Biedronowym -30% na żele. Kupiłam chyba trzy sztuki i ta, ostatnia leżała i czekała na swoją kolej. To bardzo słaby produkt, wysuszający i podrażniający skórę. Wlałam go do pojemnika na mydło i mam nadzieję, że szybko się zużyje bo nie wiem czy moje słonie wytrzymają taką męczarnię.

Żel pod prysznic Balea to zimowa limitowanka o przepięknym zapachu lilii i czarnej maliny. Ja nadal nie rozumiem fenomenu tych żeli :D Znaczy rozumiem, mają fajne opakowania i świetne zapachy do tego są względnie tanie i sama mam ciągoty do ich posiadania (pokemony!) ale jakościowo jak dla mnie niewiele różnią się od żeli Isany. Krzywdy nie robił, właściwości pielęgnacyjnych nie posiadał, jak dla mnie był zbyt rzadki.

Płyn do higieny intymnej Rumianek Lirene to tani, dobry i wydajny płyn z wygodną pompką. Aktualnie używam kolejne opakowanie i jeśli nic nowego nie wpadnie mi w oko chętnie do niego wrócę w przyszłości.
RECENZJA


Peeling do stóp Regeneracyjny Banii Agafii zawiódł mnie na całej linii. Koniec końców zużyłam go do ciała jednak intensywny leśny zapach zmienił miłą kąpiel w mniej miłą :P Słabo zdzierał a w przypadku peelingu to totalna dyskwalifikacja.
RECENZJA

Body scrub Bingo Spa Tahitian Noni to nie scrub a sól do kąpieli. Kolejny bubel o którym nawet nie chcę pamiętać. Zużyłam ją do moczenia stóp i ze względu na miły zapach w tej roli sprawdził się względnie ok.
RECENZJA

Czarne mydło lawendowe CosmoSpa trochę rozczarowało mnie swoją konsystencją. Nałożenie go na skórę było męczące i zabierało całą przyjemność z użytkowania tego produktu. Efekty dawało świetne ale przyznam szczerze - nie wiem czy będzie mi się chciało z nim męczyć drugi raz. Teraz skusiłam się na mydło cedrowe.
RECENZJA

Migdałowy peeling do mycia ciała Farmona to coś pomiędzy bublem a hitem. Da się? Da ;) Konsystencja, wydajność i działanie na minus ale ten zapach *-* To nie pierwsze moje opakowanie i pewnie nie ostatnie. Szykuje mu się dłuższa recenzja. A samo denko jest trochę oszukane - pół peelingu wpadło mi do wanny w czasie kąpieli i się zmarnowało :(



Oliwka Babydream to u mnie pozycja obowiązkowa. Używam ją zarówno do olejowania włosów jak i po kąpieli na mokre ciało. Piękny skład, niska cena, dobra dostępność. Będą kolejne butle.

Masło do ciała Peggy Sage autentycznie mnie zachwyciło i mimo jego sporej ceny myślę, że jednak w przyszłości bliższej lub dalszej jednak skuszę się na kolejne opakowanie. Masło świetnie nawilżało i wygładzało skórę a jego zapach (dla mnie to nadal czekoladowy bezalkoholowy likier;)) był uzależniający.

Odżywcze serum SOS Lirene Emolient jak na drogeryjną półkę to co najmniej dobry produkt. Odpowiadała mi jego konsystencja oraz efekt pielęgnacyjny. Ze względu na niewielką pojemność skończyło jednak dosyć szybko. Mimo wszystko myślę, że jeszcze u mnie zagości.

Krem do stóp na pękające pięty Lirene Stop zawiódł mnie niesamowicie. Po przygodzie z kremem 30% urea spodziewałam się podobnego działania a tu pupa. Moje stopy są w niezbyt dobrym stanie za jego wątpliwą zasługą. Mam jeszcze jedną tubkę tego kremu i dałam ją do przetestowania osobie z pękającymi opuszkami palców (z pękającymi piętami nie znalazłam ;)) i gdy go zużyje pewnie pojawi się na blogu odrębna recenzja. Ja na chwilę obecną jestem na nie.

Antyperspirant Garnier jest tani, wydajny i przede wszystkim skuteczny. Pewnie jeszcze u mnie zagości.



Suchy szampon Batiste po raz kolejny przeraził mnie swoją słabą wydajnością. Nie wiem czy wersje Biedronkowe, które kupiłam były jakieś felerne ale każdy z szamponów wystarczył mi zaledwie na kilka aplikacji. Działanie miały w porządku jednak nie wiem czy sięgnę po kolejne.

Maska do włosów Crema al Latte Serical to mój ulubieniec od lat. Moje sianko ją uwielbia. Męczy mnie jej zapach więc zrobię sobie od niej przerwę jednak na pewno nie będzie to moje ostatnie opakowanie.

Olejek łopanowy z olejem arganowym Green Pharmacy - jak wersję z olejkiem z drzewa herbacianego pokochałam tak tę męczyłam w bólach. Efektów jakichkolwiek brak, najczęściej stosowałam go z innym olejem.

Nierafinowane masło shea Cosmo Spa polubiłam ze względu na właściwości pielęgnacyjne jednak przykry i intensywny zapach skutecznie zabierał mi jakąkolwiek przyjemność płynącą z jego używania. Nierafinowanemu masłu mówię nie.


Saszetki i próbki czyli kategoria przeze mnie znienawidzona. Próbki kremów zużyłam do stóp (moja skóra twarzy nie lubi drastycznych zmian kremów i źle na nie reaguje) i większą uwagę wzbudziły i mnie krem z Tołpy Futuris 30+ na dzień lekki ze względu na błyskawiczne wchłanianie - pomyślę o nim latem oraz krem z witaminą C Bandi. Żel do mycia twarzy i oczu Tołpy zaciekawił mnie na tyle, że przygarnęłam już jego małe (50 ml) opakowanie i będę testować go dalej. Zużyłam też saszetkę soli do kąpieli Isany, która z płynem wspólny ma tylko zapach i naprawdę miło mnie zaskoczyło jej działanie, tylko szkoda, że nie ma  w sprzedaży większych opakowań. To niebieskie maleństwo to nowość Rival de Loop czyli maseczka pod oczy, która wysoko w składzie ma masło shea. Jeszcze nie mam o niej wyrobionej opinii ale pewnie gdy zużyję trzy kolejne porcje napiszę o niej coś więcej.

Wszystkim, którzy wytrwali w czytaniu: dziękuję :)

piątek, 19 grudnia 2014

Lirene Emolient | + prezenty!

Lirene Emolient | + prezenty!
Dziś o dwóch produktach z nowej, emolientowej serii marki Lirene. Muszę przyznać, że po przygodzie z krem-masłem z Pharmaceris [KLIK] miałam wobec nich naprawdę spore oczekiwania. Czy zostały spełnione?



Od producenta:

Opakowania produktów są bardzo przyjemne dla oka utrzymane w odcieniach bieli i błękitu. Niewątpliwym plusem jest fakt, że produkty otrzymujemy zapakowane w kartoniki co zwiększa prawdopodobieństwo, że nikt przed zakupem nie maczał w nich palców. Serum ma 150 ml i zapakowane jest w wygodną tubę, balsam 300 ml i posiada wygodną, bezawaryjną pompkę. Kosztują około 20 zł za sztukę. Składy obu produktów są przyjemne o ile nie odrzucacie w pielęgnacji skóry ciała parafiny. Ja nie mam nic przeciwko jej zawartości o ile nie robi mi ona krzywdy - tak jak w tym przypadku. Pierwszą rzeczą na jaką zwróciłam uwagę w czasie używania obu produktów jest ich zapach. Kwiatowy, przyjemny jednak w moim odczuciu zbyt intensywny. Nie wiem czemu ale nastawiłam się na produkty bezzapachowe i byłam trochę... rozczarowana.

Balsam lipidowy posiada dosyć lekką konsystencję, szybko się wchłania. Odżywcze serum SOS jest dużo bogatsze, wchłania się wolniej, pozostawia na skórze wyczuwalną powłokę (to lubię). Jeśli mowa o działaniu oba produkty są naprawdę w porządku. Balsam nawilża , może nie spektakularnie ale rano budzę się z przyjemnie gładką i miękką skórą. Serum za to jak na produkt drogeryjny zachwyca. Oprócz nawilżenia świetnie regeneruje co widoczne jest szczególnie na skórze łokci i kolan. Oba kosmetyki pozostawiają przyjemne uczucie komfortu, można je nakładać bezpośrednio po depilacji bo żaden z nich nie podrażnia skóry. Mimo zawartości parafiny nie zauważyłam pojawiania się jakichkolwiek niedoskonałości (miewam problemy ze skórą przedramion). Wydajność obu produktów określiłabym jako standardową.

Podsumowując: niewiele mam im do zarzucenia i w kategorii produktów drogeryjnych, niedrogich i do zakupu 'od ręki' to bardzo udana seria. O ile przygoda z balsamem jest raczej jednorazowa tak serum przypadło mi do gustu i z pewnością rozważę zakup kolejnego opakowania.

Znacie, lubicie?





Prezenty, prezenty, prezenty! Mikołaj musiał stwierdzić, że byłam w tym roku grzeczna. Maskotka została mi już brutalnie odebrana przez uroczego dwulatka a i pierniczki dziwnym trafem wyszły z puszki... Pani Aniu, dziękuję!

wtorek, 16 grudnia 2014

Tisane | Balsam do ust

Tisane | Balsam do ust
Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy kupiłam ten balsam. Jednak mam wrażenie, że gości on u mnie... od zawsze. I od zawsze jest moim ulubieniem. I mimo, że jestem fanką (także kosmetycznych) zmian słoiczek tego cuda nieczęsto zdarza mi się zdradzić z innym produktem.


Opakowanie nie jest najpiękniejszym opakowaniem świata ale wcale nie ubolewam nad tym, że producent nie odświeża szaty graficznej. Bo i po co ;) Tisane to w końcu Tisane. Mimo, że wątpliwej urody jest bardzo trwałe, nie zdarzyło mi się jeszcze by coś się z nim stało - a zużyłam ich na prawdę wiele. Słoiczek nie jest najbardziej higieniczną formą aplikacji dlatego przeważnie balsamu używam w warunkach domowych (no chyba, że jest taka potrzeba to opakowanie wyrusza w świat ze mną). Jednak warto zaznaczyć, że producent wyszedł na przeciw wymaganiom klientów i stworzył wersję w wygodnym sztyfcie. Jeszcze jej nie miałam ale zamierzam to niebawem nadrobić bo kolejna pomadka do ust, którą kupiłam mnie rozczarowała.
Balsam na masełkową konsystencję, jest bogaty, lekko tłusty. Ma przyjemny, miodowy zapach jednak w smaku jest dosyć neutralny, nie zachęca do oblizywania ust (i dobrze!). Na ustach tworzy odczuwalną miękką powłoczkę i pozostaje na nich dosyć długo. Właściwości wygładzające, nawilżające i regenerujące ma ponadprzeciętne. Jest w stanie uratować nawet najbardziej styrane usta - takie po gorączce czy opryszczce. Przynosi niesamowite ukojenie. Balsamu używam codziennie na noc oraz doraźnie w przypadku problemów ze skórą ust.
Wcześniej był on dostępny tylko w aptekach, na chwilę obecną można kupić chociażby w Naturze. Kosztuje w porywach do 10 zł co jest ceną wręcz śmieszną patrząc na jego działanie. I mimo, że kuszą mnie inne smarowidła (Nuxe czy Tołpa) to zawsze gdy uda mi się zużyć taki (baaardzo wydajny) słoiczek i tak kupuję... Tisane. Jak dla mnie nie ma on sobie równych. Ot, produkt bez wad.


sobota, 13 grudnia 2014

PIELĘGNACJA WŁOSÓW | GRUDZIEŃ 2014 | WERSJA 3

PIELĘGNACJA WŁOSÓW | GRUDZIEŃ 2014 | WERSJA 3
Zapraszam Was na aktualizację pielęgnacji włosów.


Przyznać muszę, że niewiele różni się ona od poprzedniej - jednak moje cienkie, rzadkie i zniszczone włosy nie mają nic przeciwko. 

Do codziennego, łagodnego oczyszczania włosów i skóry głowy stosuję świetny szampon z olejem arganowym oraz granatem firmy Green Pharmacy - na blogu pojawiła się już jego [RECENCJA]. Po udanej przygodnie z szamponem brzozowym Eva Natura Potrójna siła ziół sięgnęłam po wersję z lawendą niestety jest ona od poprzedniej trochę słabsza, chociaż również nie plącze włosów co uważam za olbrzymi jej plus. Nowość w moim zbiorze to mydło cedrowe Bani Agafii. Byłam prawie pewna, że nie sprawdzi się ono w pielęgnacji włosów jednak spotkała mnie miła niespodzianka. Jest świetne! I jeśli nic się nie zm
ieni (użyłam go zaledwie parę razy) zostanie moim ulubieńcem.

 W codziennym odżywianiu od lat (!) wierna jestem Kallosom. Nie zliczę, ile już butli tych masek zużyłam. Na chwilę obecną stosuję nowość (no, już nie taką nowość, w międzyczasie na rynku pojawiły się trzy inne ;)) czyli wersję Algae. Nie pobiła ona mojego ulubieńca czyli wersji keratynowej i mam względem niej lekko mieszane uczucia ale trudno mi powiedzieć, że to zły produkt. Od czasu do czasu na włosy już jako maskę nakładam Crema al Latte firmy Serical [RECENZJA].


Jako produkt bez spłukiwania z przyjemnością używam serum z arganowej serii Joanny [RECENZJA]. Już mi się niestety kończy i chociaż na pewno sięgnę po kolejne opakowanie na razie będę chciała zużyć błyskawiczną odżywkę z Mariona, którą kupiłam już jakiś czas temu. Do zabezpieczania końców używam genialnego olejku z Isany. No i serum na porost z Apteczki Agafii, które mam wrażenie, że nie działa wcale ;))


Uwielbiam olejowanie włosów i na chwilę obecną stosuję oliwkę Babydream oraz olejek łopianowy z olejem arganowym Green Pharmacy. Oba produkty już mi się kończą więc mam nadzieję, że w końcu uda mi się zużyć naftę kosmetyczną Anna.


A takich produktów używałam wcześniej:

Stosowałyście te produkty? Jak się u Was sprawdziły? :)



środa, 10 grudnia 2014

Isana | Płyn do kąpieli na dobranoc

Isana | Płyn do kąpieli na dobranoc
Jesień i zima to niezaprzeczalnie najlepszy czas na długie, wieczorne kąpiele. Z tego też względu nie mogłam oprzeć się zakupowi płynu do kąpieli, który o ile się nie mylę jest nowością w ofercie Rossmana. Połączenie lawendy i wanilii brzmi jak raj dla mojego nosa. Jesteście ciekawe czy zapach mnie nie zawiódł i jak sprawdził się ten bardzo tani (4.99 zł za 750 ml) płyn? Zapraszam na recenzję.


Pierwszym i niestety nie ostatnim minusem tego produktu jest jego opakowanie. O ile estetyka etykiety do mnie przemawia tak niestety toporna butla wykonana z marnego plastiku nie zachwyca. Na dodatek wielki otwór, który wieńczy dzieło i bardzo płynna konsystencja nie wpływają na jego wydajność i bardzo łatwo przy odrobinie nieuwagi wlać do wanny połowę opakowania (nie żartuję, chociaż istnieje spore prawdopodobieństwo, że tylko ja jestem taką ofiarą losu). Z drugiej strony sam płyn tak marnie się pieni, że i tak trzeba go wlać dużo (bardzo dużo!) żeby uzyskać pianę, lekko lawendowy odcień wody i zapach na tyle intensywny by poczuć go leżąc w wannie. Samo opakowanie wystarczyło mi na niewiele więcej niż dziesięć kąpieli co sprawia, że mimo dużego opakowania i niskiej ceny i tak płyn okazuje się być średnio opłacalny. Wartości pielęgnacyjne określiłabym jak mierne. Z pewnością nie jest to produkt, który w jakikolwiek sposób o skórę dba, na dodatek delikatnie ją wysusza. Na szczęście mnie nie podrażnił.
Na koniec plusy. Zapach faktycznie jest przyjemny i odprężający. Lawenda pachnie jak lawenda, wanilia przypomina mi tę z perfum YR Vanille Noire a nie wszelkie znane nam słodkie jej wersje. A płyn faktycznie zawiera ekstrakt z wanilii i to nawet nie na końcu składu.
Podsumowując: moim zdaniem nie warto wydać na niego nawet tych 5 zł ;) Miałam też wątpliwą przyjemność kąpieli w płynie Źródło Energii (czerwony) i o ile zapach miał całkiem przyjemny tak właściwości zbliżone do tej wersji.



wtorek, 9 grudnia 2014

Neutrogena | Odżywczy krem do rąk z maliną nordycką

Neutrogena | Odżywczy krem do rąk z maliną nordycką
Jakiś czas temu w ferworze zakupów skusiłam się na krem do rąk chyba najbardziej wychwalanej marki jeśli mowa o tego typu produktach. Ostatni raz kremów Neutrogeny używałam bardzo, bardzo dawno temu, dlatego też stwierdziłam, że miło będzie je sobie przypomnieć. Padło na wersję z maliną nordycką. Jesteście ciekawe jak sprawdził się na moich problematycznych dłoniach?


Nie mam zastrzeżeń co do opakowania. Jest estetyczne, wykonane z plastiku dobrej jakości z zamknięciem na klik. Konsystencja kremu jest dosyć bogata, jednak trudno nazwać ją bardzo gęstą czy tłustą. Aplikacja jest na prawdę przyjemna. Nałożony w niewielkiej ilości szybko się wchłania, jednak dla lepszych efektów muszę nakładać go w sporych ilościach co spowalnia wchłanianie a na skórze pozostaje średnio przyjemna, trochę lepiąca i śliska warstwa. No i najważniejsze czyli efekty. Nie jest to dobry krem, nazwać go mogę wyłącznie przeciętnym. Zdaniem producenta ma od odżywiać i jest to moim zdaniem spore nadużycie. Sam krem co najwyżej wygładza oraz nawilża. I to też bez większego szału. Główną jego rolą w moim odczuciu jest zabezpieczenie dłoni przez warstwę jaką tworzy. I mimo, że nie przeszkadza mi parafina w kremach do rąk to w tym przypadku wolałabym, żeby jej nie było. Bardzo sporną kwestią dla mnie jest zapach. Nie wiem czy tak pachnie malina nordycka ale zapach kremu jest dla mnie nieprzyjemny, drażniący, owocowo-mdły. Summa summarum - więcej nie kupię, szczególnie, że cena (ponad 10 zł za 75 ml) wydaje mi się być wygórowana za tej jakości produkt.



Miałyście go? Byłyście zadowolone?

niedziela, 7 grudnia 2014

Moje zakupy w ramach Dnia Darmowej Dostawy

Moje zakupy w ramach Dnia Darmowej Dostawy



Uwielbiam zakupy przez internet. Za ich wygodę i oszczędność czasu (którego ostatnio mi niestety bardzo brakuje). Zakupy miały być skromniejsze, jednak wyszło jak zawsze. Głównie ze względu na fakt, że w święta mam urodziny i zostałam dofinansowana przez najbliższych ;)


Tołpa.pl oprócz darmowej wysyłki kusiła promocją 1 + 1 (do kremu na dzień krem na noc za grosz). Na mojej chcejliście od dawna gościł Rewitalizujący krem uelastyczniający na dzień i Odżywczy krem-miód regenerujący na noc. I wszystko było by pięknie gdybym nie machnęła się w zamówieniu i nie przygarnęła Kojącego kremu-balsamu na naczynka zamiast tego pierwszego... Wmawiam sobie, że to kwestia podobnych opakowań ;)) Dlatego też po przemyśleniu sprawy zrobiłam kolejne zamówienie i w ramach promocji wzięłam Krem przeciw pierwszym zmarszczkom na noc. A co se będę żałować :D Promocja i darmowa dostawa obowiązują nadal.
Zapłaciłam kolejno 32.00 zł i 34.04 zł. Dzięki mamo :)


Sklep.grotabryza.pl kusił mnie przede wszystkim Micelarnym żelem do mycia twarzy i demakijażu Go Cranberry i Odżywczą pomadką z Peelingiem Sylveco, idąc za ciosem kupiłam też Hibiskusowy tonik do twarzy Sylveco (35.10 zł). Jednak po przespaniu się, kolejnego dnia stwierdziłam, że jak już kupuję to chętnie też poznam się z nowością czyli Oczyszczającym peelingiem z korundem Sylveco a że zestaw z Kremem brzozowym z betuliną był bardziej korzystny pod względem ceny to mam piąty krem na zapas. A na koniec moje ostatnie chciejstwo z tej firmy czyli Arnikowe mleczko oczyszczające (37.80 zł). Do zakupów dostałam w prezencie małe mydełko. A zamówienia poszły jeszcze przed DDD bo sklep zdecydował się udostępnić opcję darmowej wysyłki kilka dni wcześniej :)


Mazidelka.pl trochę mnie zawiodły :( Nie dosyć, że księgowali przelew przez 3 dni (!!!) to jeszcze połowę asortymentu jaki miałam w koszyku wymiotło zanim podjęłam decyzję o zakupach (bo zakupy 'rosyjskie' planowałam na drugą połowę miesiąca) chociaż tutaj trudno obwiniać sklep ;) 
Koniec końców klinkęłam to co zostało w koszyku czyli: szampon na łopianowym propolisie, tonik do włosów przeciwko wypadaniu, solny scrub odchudzający, muszkatołowe masło do ciała oraz dodatkowo ryżowy peeling do twarzy. (60,79 zł).


Mimo, że skarbysyberii.pl oficjalnie nie dołączyły do DDD 2 grudnia zaproponowały klientom darmową dostawę do paczkomatów (zakupy powyżej 20zł) na dodatek oprócz bieżącej promocji do -40% zaoferowali 15 % rabat. Koniec końców (ku mej wielkiej radości!) udało mi się kupić mydło do włosów i ciała w wersji cedrowej i miodowej, które na Mazidełkach nie dość, że zostały wymiecione to jeszcze w były odrobinę droższe. Ja na Skarbach zapłaciłam za oba łącznie 25.30 zł.

I to by było na tyle ;)) 

P.S.
Mam problem, posty aktualizują się w Waszych blogrollach z ogromnym opóźnieniem :( Czy można coś na to poradzić?

piątek, 5 grudnia 2014

Bingo Spa | Body scrub | Tahitan Noni

Bingo Spa | Body scrub | Tahitan Noni
Już jakiś czas temu udało mi się zrobić zakupy korzystając z promocji w sklepie internetowym Bingo Spa. Zakupy były spontaniczne i zasadniczo darmowe więc postanowiłam kupić scrub do ciała o którym czytałam... wiele złego. Z przekory nawet sięgnęłam po dwa opakowania. Jedno już zużyłam, drugie ma się ku końcowi więc warto napisać na ich temat kilka słów.


Scrub zapakowany jest w duże pudło (550g) i w cenie regularniej kosztuje 18.50 zł. 
Chociaż trudno ten produkt scrubem do ciała nazwać. Bardzo trudno. Bardzo bardzo. Producent pod hasłem peelingu oferuje mam... sól. Nie, nie peeling solny. Sól. Sól, która od tej typowej 'do kąpieli' różni się tylko tym, że jest delikatnie wilgotna. I tyle. Czy używacie soli do peelingu? Ja nie, bo podrażnia. Drobiny są na tyle duże i twarde, że masaż nie jest przyjemnością a katorgą. Na dodatek jest niewygodna bo kryształki w czasie kąpieli są na prawdę wszędzie (i nie ratuje nas tu gąbka). 
Sól ta też nie nadaje się do wrzucenia do kąpieli bo kryształki są na tyle duże, że strasznie drapią w...cztery litery. A rozpuszczają się wolno. Nadaje się do moczenia stóp jednak nie daje spektakularnych efektów. Zasadniczo nie daje efektów żadnych poza tymi zapachowymi - wersja Noni pachnie dosyć rześko, Japanese niestety była z gatunku tych dusząco-mdlących.
Jednym słowem - bubel. Gdybym zapłaciła za ten produkt jego cenę regularną (albo nawet jej połowę) byłabym wściekła. A tak tylko niosę wieść w świat - nie kupujcie ;))




wtorek, 2 grudnia 2014

Pharmaceris A | Łagodząca pianka myjąca do twarzy i oczu

Pharmaceris A | Łagodząca pianka myjąca do twarzy i oczu
Oczyszczanie twarzy jest podstawą mojej pielęgnacji. Wystarczy jeden czy dwa dni gdy oleję sprawę (i nie mówię tu od spaniu w makijażu a o niedokładnym doczyszczeniu) a moja skóra odwdzięcza mi się znacznym pogorszeniem jej kondycji. Wspomagam się też peelingami i oczyszczającymi maskami. Jednak produktem podstawowym dla mojej pielęgnacji jest żel (lubi nie-żel) oczyszczający do użytku rano i wieczorem przy użyciu wody.
Nie lubię jednak kosmetyków pieniących się. Nie mówię tu tylko o SLSach ale także o łagodniejszych detergentach. Nie dosyć, że mam problem ze zmywaniem piany z twarzy (jestem ostatnią sierotą), zostaje mi ona we włosach i powoduje pogorszenie stanu skóry na linii włosów to jeszcze wszelkie pieniące się myjadła przyczyniają się do ściągnięcia i wysuszenia skóry. Nie suchej - przetłuszczającej się w strefie T i normalnej na policzkach. I mimo, że odkryłam dwa świetne produkty oczyszczające na których mogłabym oprzeć moją pielęgnację (Emulsja micelarna Anida i Multi Cleanser Under20) to nadal lubię sięgać po nowości. Dziś o łagodzącej piance myjącej z Pharmaceris, która w moje ręce wpadła dzięki uprzejmości producenta.


Opakowanie tego produktu jest bardzo przyjemne dla oka, minimalistyczne, pełne informacji od producenta. Przeźroczysta butelka pozwala kontrolować zużycie produktu. Pompka (czy jakkolwiek nazwać takie pianotwórcze coś) jest niezawodna. Spokojnie można zaaplikować sobie pół pompki na dłoń a jest to ilość wystarczająca do oczyszczenia całej skóry twarzy. Ma to wpływ na dużą wydajność produktu co trochę mnie zdziwiło bo po pierwszych użyciach wydawało mi się, że zużywa się z zastraszającym tempie. Zapach określiłabym jako neutralny chociaż z pewnością mógłby być przyjemniejszy dla nosa. Pianka ma dosyć lekką konsystencję, jednak w czasie kontaktu ze skórą robi się przyjemnie kremowa. Zasadniczo jest to produkt, który dobrze spełnia swoją podstawową funkcję - oczyszcza. Oczyszcza skutecznie, radzi sobie również z demakijażem lżejszych produktów (ja jednak wolę w tej roli używać odrębnego produktu). W przypadku kontaktu z oczami nie powoduje pieczenia. Jednak jak każdy pieniący się kosmetyk spowodowała u mnie i delikatne ściągnięcie i lekkie wysuszenie. Na szczęście skutki uboczne nie okazały się być na tyle intensywne żeby musiała ją odstawić jednak ze względu na uczucie dyskomfortu jakie pozostawia na mojej skórze z pewnością nie jest to żel, który kupię ponownie. Jednak trudno jest mi ją Wam jednoznacznie odradzić bo zdaję sobie sprawę, że nie u każdego tego typu objawy wystąpią a sama pianka nie kosztuje zbyt wiele (25 zł) co przy jej dużej wydajności jest ceną bardzo dobrą. Mnie jednak utwierdziła w przekonaniu, że od piany w pielęgnacji skóry twarzy będę trzymać się z daleka.




Dziś (chociaż na niektórych stronach od kilku dni) Dzień Darmowej Dostawy. Ja poległam (17 nowych produktów) a Wy?

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Bania Agafii | Maseczka na mleku łosia "Odmładzająca"

Bania Agafii | Maseczka na mleku łosia "Odmładzająca"
Jakiś czas temu skusiłam się w końcu na mocno wychwalane w sieci kosmetyki rosyjskie. Opisywałam już na blogu genialną maskę dziegciową [RECENZJA] czas na kolejny produkt, tym razem na mleku łosia. Brzmi trochę groźnie (chociaż lepiej niż znany krem do stóp z łojem jelenia) jednak z pewnością nie jest to kosmetyk, który by mnie rozczarował. Jesteście ciekawe?


Opakowanie spójne dla całej saszetkowej serii produktów Bani Agafii jest szalenie wygodne. Niby saszetka (nie cierpię saszetek!) ale jej wielorazowość zupełnie zmienia postać rzeczy. Maska ma bogatą, kremową, lekko puchatą konsystencję i wyraźny, mleczny zapach. Pachnie niczym mleczny Kallos, jednak obecność produktu blisko nosa sprawia, że po kilku(nastu) minutach z 'ojej, jak to pięknie pachnie!' zmieniam zdanie na 'fuuuj, muszę to zmyć!'. Maska nosi się bardzo przyjemnie, jednak nie warto trzymać jej na skórze dłużej niż 10 minut jakie zaleca producent bo gęstnieje delikatnie ściągając skórę. Skład jest świetny- maska zawiera białą glinkę, ekstrakty, rzeczone mleko oraz masło shea. A efekty? Ponadprzeciętne. Maska świetnie i dogłębnie nawilża, widocznie odżywia oraz koi. Po zmyciu skóra jest wygładzona, rozświetlona, sprężysta. Nie zapycha, nie podrażania, nie uczula ani nie powoduje nadprodukcji sebum w strefie T. Do tego jest śmiesznie tania (5-8 zł za 100 ml) i wydajna. Na minus niestety dostępność - można ją kupić w sklepach online z produktami rosyjskimi.
Podsumowując - jeśli intensywny, mleczny zapach Wam nie straszny a potrzebujecie mocnego nawilżenia i odżywienia skóry z pewnością jest to produkt, który warto wrzucić do wirtualnego koszyka.


Copyright © 2016 KOSMETYKOHOLICZKA , Blogger