sobota, 29 listopada 2014

DENKO | LISTOPAD 2014

DENKO | LISTOPAD 2014
Jak co miesiąc przychodzę do Was z krótkim podsumowaniem na temat produktów, które udało mi się zużyć.

Legenda:
* Hit/ miłość/ ulubieniec. Produkt po który sięgam od dłuższego czasu, który mnie zauroczył, który w jakiś sposób pozytywnie wyróżnia się w śród ogromu kosmetyków dostępnych na rynku.
* Pewnie kupię ale... nie nazwę tego produktu hitem/zastąpiłam go czymś innym/waham się/znudził mi się/nie wpisuje się w moje obecne potrzeby/szkoda mi aktualnie na niego pieniędzy/ma słabą dostępność itp - czyli nie jest zły ale istnieje prawdopodobieństwo, że kolejny zakup odłożę w czasie albo w międzyczasie znajdę mu lepszego zastępce.
* Nie kupię. Bo nie. Bo jest bublem/bo nie działa/bo robi mi krzywdę/nie odpowiada mi stosunek ceny do jakości/ bo znam lepsze.


Pharmaceris 5% almond peel - bardzo wydajny krem z niskim stężeniem kwasu migdałowego. Nieinwazyjny ale skuteczny. Chwilowo zdradziłam go z innym produktem z tym składnikiem jednak chętnie do niego wrócę w przeszłości [RECENZJA]
Clarena multipeptydowe perły pod oczy - świetny produkt do użytku na dzień ze względu na właściwości wygładzające. Całkiem miło je wspominam jednak na chwilę obecną nie planuję zakupu kolejnego opakowania ze względu na dosyć wysoką cenę. [RECENZJA]
Alterra olejek Bio Granat - to naprawdę bardzo przyjemny olejek. Najpierw stosowałam go do twarzy, później do włosów. Spisywał się równie dobrze. Myślę, że kiedyś do niego wrócę - ogromny plus za dostępność. [RECENZJA]
CosmoSpa olej arganowy - olej arganowy jak olej arganowy, bardzo uniwersalny produkt o dobrym działaniu. [RECENZJA]
E-naturalne.pl serum z karagenianem - porządne serum napinające i wygładzające skórę. Nie mam wobec niego zastrzeżeń i chętnie do niego kiedyś wrócę [RECENZJA]


Kallos Banana - Wersja bananowa zdobyła moje serce zapachem (o dziwo, wcale mi się nie znudził) jednak pod względem działania wolę jednak wersję z keratyną. [RECENZJA]
Joanna Argan Oil maska do włosów- bubel zużyty do golenia nóg. Moje włosy nie dość, że po jej użyciu były nie do rozczesania to jeszcze przypominały mieszankę miotły i siana ;) [RECENZJA serii]
Green Pharmacy szampon z żeń-szeniem - przeciętniak. Dosyć wydajny, dobrze oczyszczał skórę głowy jednak wersja z olejem arganowym rozpieściła mnie właściwości pielęgnacyjnymi więc niestety tutaj czuję niedosyt. [RECENZJA]
Eva Natura Potrójna siła ziół szampon - niby zwykły szampon oczyszczający z SLSem jednak ze względu na na fakt, że nie plącze włosów podbił moje serce i będę do niego wracać (obecnie używam wersję lawendową). [RECENZJA]


Maziajki lody ciasteczko-waniliowe - kocham ten żel za cudowny zapach. Działanie pielęgnacyjne ma przeciętne jednak z pewnością kolejne opakowanie u mnie zagości [RECENZJA]
Dove żel shea butter&warm vanilla - wysuszał i podrażniał. Dużo lepiej sprawdzała mi się kostka myjąca z tej samej firmy i to do niej będę wracać. [RECENZJA]
Green Pharmacy peeling róża&zielona herbata - bardzo pozytywne zaskoczenie. Zbita konsystencja, przyzwoita wydajność i piękny zapach sprawiły, że będę do niego wracać [RECENZJA]
Body Club tabletki do kąpieli stóp - bardzo żałuję, że kupiłam tylko jedno opakowanie bo niestety nie są już dostępne (kupione w Biedronce). Stopy po 20 minutach kąpieli w towarzystwie takiej tabletki były jak nowe. No i ten zapach...


Lirene Sun Starter przyspieszacz opalania - nie żebym nagle zaczęła się opalać ale w kategorii codziennego balsamu brązującego ten produkt nie ma sobie równych. Bardzo żałuję, że obecnie jest niedostępny w sprzedaży i mam nadzieję, że na wiosnę wróci do sklepów. 
India Balsam do ciała z olejem konopnym - polubiłam go za dobre właściwości nawilżające jednak nie jestem przekonana do jego konsystencji - osobiście wolę te bogatsze [RECENZJA]
Lirene krem do rąk Regeneracja - krem do rąk idealny o czym pisałam [TU].
Clarena krem do stóp - porządny krem nawilżający o dosyć wygórowanej cenie [RECENZJA]


Yodema Mythique - zapach przyjemny jednak trwałość żadna.
Le Petit Marseiliais mleczko nawilżające i żel kwiat pomarańczy - w blogosferze aż huczało na temat tych produktów i cóż, ja jestem zawiedziona. Mleczko do skóry bardzo suchej średnio dawało sobie radę z moją normalną skórą a żel nie dość, że pachniał 'tak se' to jeszcze był niesamowicie wodnisty.

piątek, 28 listopada 2014

ZAKUPY KOSMETYCZNE | LISTOPAD 2014

ZAKUPY KOSMETYCZNE | LISTOPAD 2014
Jak obiecałam (sobie) tak też czynię - wracam do zbiorowych prezentacji nowości z całego miesiąca. Mam wrażenie, że widok tych wszystkich butli powstrzyma mnie przed kolejnymi zbędnymi zakupami. O dziwo w tym miesiącu zakupy uważam za całkiem rozsądne.

Z kolorówką nie poszalałam i gdyby nie wyprzedaż na jednym z blogów kupiłabym tylko cudownie połyskujący cień (sorbet;)) z Essence. Jednak koniec końców nie mogłam się oprzeć osławionemu już pędzlowi EcoTools i mineralnemu podkładowi od Annabelle Minerals.

Od momentu gdy pierwszy raz zobaczyłam na oczy nowości Kallosa wiedziałam, że muszę je mieć. Do wersji Omega oraz Blueberry (jestem raczej zawiedziona zapachem...) dołączyła również moja ulubiona maska Keratin. Nie pytajcie proszę po co mi 3 litry masek ;))

Uzupełniłam zapasy szamponów w wersję arganową Green Pharmacy oraz lawendową Evy Naturii (oba w użyciu).

A do zapasów poleciał produkt 2 w 1 -szampon i żel Sun Ozon. Płyn do kąpieli Isany praktycznie się już kończy i niestety jego recenzja nie będzie pochlebna. Choć nie powiem, żeby zapach mi się nie podobał ;)

Na sam koniec kremy do rąk. Oba z Lirene, pierwszy Odżywienie z którego nie jestem zadowolona, drugi to Regeneracja i to właśnie w nim jestem totalnie zakochana.

Dużo? Niedużo :) Jestem z siebie duma :D


A na koniec jeszcze nowości z końca padziernika, które w pokazały się w zakupach z tego miesiąca, czyli mój napad na Lidla i Biedronkę oraz wygrana w blogowym rozdaniu:




A Wy poszalałyście w tym miesiącu z zakupami? :)

poniedziałek, 24 listopada 2014

PIELĘGNACJA CIAŁA | LISTOPAD 2014 | WERSJA 3

PIELĘGNACJA CIAŁA | LISTOPAD 2014 | WERSJA 3
 Po aktualizacji 'twarzy' pora i na ciało ;)

Zimą zawsze skłaniam się ku kąpieli w wannie a z prysznica korzystam okazjonalnie. Dlatego też wszelkiej maści kąpielowe umilacze wracają na nowo do łask. Płyn do kąpieli Isana w wersji lawendowo-waniliowej niestety nie zachwyca, żel/płyn On Line o zapachu figi za to miło mnie zaskoczył. Sięgnęłam też po pierwszy z limitowanych żeli Balea. Żel do higieny intymnej to wciąż to samo opakowanie rumiankowego Lirene [RECENZJA] a kulka - Garnier.

Na zdjęciu zabrakło rękawic peelingujacych oraz kessy - skleroza.  Jest za to peeling myjący Farmona (porażka o pięknym zapachu;)), peeling Bingo Spa, który wcale peelingiem nie jest (używam go do moczenia stóp) oraz dwa peelingi do stóp Bani Agafii [RECENZJA wersji regeneracyjnej]

 Nawilżacze część pierwsza czyli pielęgnacja stóp i dłoni. Krem do stóp Lirene nie zachwyca. Kremy do rąk to kolejno Lirene Regeneracja - mój wybawca [RECENZJA], Lirene Odżywienie - szału nie ma, Cien SOS - który ma duży potencjał i Neutrogena z maliną nordycką - i tutaj również zadowolona jestem średnio.

Nawilżacze część druga czyli pielęgnacja ciała. Oliwka dziecięca Babydream jest moim niezbędnikim [RECENZJA], testuję też linię emolientową Lirene - serum oraz balsam - jednak po pierwszych użyciach mam względem nich mieszane uczucia. No i pięknie pachnące masło Peggy Sage [RECENZJA].

Znacie? Lubicie? :)

PIELĘGNACJA CIAŁA | PAŹDZIERNIK 2014 | WERSJA 2
PIELĘGNACJA CIAŁA | SIERPIEŃ 2014 | WERSJA 1

niedziela, 23 listopada 2014

PIELĘGNACJA TWARZY | LISTOPAD 2014 | WERSJA 5

PIELĘGNACJA TWARZY | LISTOPAD 2014 | WERSJA 5
Zapraszam Was na kolejną już aktualizację pielęgnacji twarzy.


Dla przypomnienia:

MOJA SKÓRA:
Jest kapryśna. Mieszana, z bardzo rozszerzonymi porami, coraz mniej skłonna do zapychania. Od czasu do czasu pojawiają się na niej niedoskonałości w postaci podskórnych gól - najczęściej w okolicy skroni i brody czoła. Potrzebuje codziennej dawki nawilżenia bo lubi się miejscowo przesuszać. Delikatnie zaczyna być na niej widać znak czasu - zbliżam się do ćwierćwiecza ;)

OCZYSZCZANIE:
Rano ograniczam się do umycia skóry wodą z żelem i tonizowania, wieczorem przed tymi krokami robię pełny demakijaż. Do demakijażu oczu stosuję płyn dwufazowy Liście zielonej oliwki Ziaja [RECENZJA] a do demakijażu skóry twarzy olejek myjący e-naturalne.pl [RECENZJA]. Produktem oczyszczającym jest obecnie pianka Pharmaceris z której nie jestem niestety zadowolona (recenzja niebawem) a tonik to niezmiennie Rival de Loop (uwielbiam!)

NAWILŻANIE, PIELĘGNACJA OKOLIC OCZU, RZĘS I UST:
Najnowszym nabytkiem w pielęgnacji jest serum Bielendy z kwasem migdałowym, którym zastąpiłam krem z Pharmeceris [RECENZJA]. Dodatkowo w moje ręce wpadł olejek Evree Magic Rose, który uzupełnia moją podstawową pielęgnację kremami Lirene DNA Protect (na dzień, na noc i pod oczy). O rzęsy dbam przy pomocny odżywki z Dermeny a pielęgnacja ust to mój ukochany balsam Tisane oraz pomadka Isana.
 Nie byłabym sobą, gdybym o czymś nie zapomniała... stosuję również (niezbyt systematycznie:( ) filtr Pharmaceris oraz emulsję bronzującą Nuxe.

 PIELĘGNACJA DODATKOWA:
Uwielbiam peelingi, głównie mechaniczne jak ten z Palmer's [RECENZJA] jednak odkąd odkryłam peeling enzymatyczny Bandi [RECENZJA] sięgam po niego równie chętnie. Nie byłabym też w stanie obejść się bez masek i na chwilę oceną stosuję maskę algową pod oczy e-naturalne.pl [RECENZJA] oraz maski Bani Agafii [RECENZJA maski oczyszczającej].

Jeśli któryś z kosmetyków nie doczekał się jeszcze recenzji możecie się spodziewać ich w bliższej lub dalszej przyszłości.
Używałyście któregoś z tych produktów? Sprawdził się? :)

sobota, 22 listopada 2014

Dove | Purely pampering | Shea butter&warm vanilla

Dove | Purely pampering | Shea butter&warm vanilla
Kocham kostkę myjącą Dove o zapachu wanilii i masła shea. Kocham nad życie. Uwielbiam tę mydlaną nutę połączoną z otulającym zapachem, która potrafi uprzyjemnić każdą kąpiel. Dodatkowo kostki są bardzo neutralne dla mojej skóry i jedynym ich minusem jest dla mnie niewielki osad na wannie jaki pozostawiają. W związku z tym, mimo braku większej sympatii do żeli tej firmy skusiłam się w końcu na mój ulubiony wariant zapachowy. I co z tego wyszło?


Żel ma estetyczne opakowanie z bardzo przyjemną szatą graficzną. Otwieranie jest wygodne, nie mam stracha o paznokcie. Produkt ten jest gęsty jednak mam wrażenie że w ciągu ostatnich lat producent i tak dosyć mocno go rozrzedził. Zapach ma na prawdę fantastyczny, bardzo przyjemny dla mojego nosa jednak miałam nadzieję, że będzie odrobinę bardziej intensywny lub trwały na skórze. Żel ten określany jest przez producenta jako odżywczy. O ironio... Już dawno nic tak nie wysuszyło mi skóry. Już w czasie kąpieli zaczynałam czuć dyskomfort i ściągnięcie. Na dodatek zdarzało mu się mu podrażniać skórę - szczególnie po depilacji.  Zużyłam go (na szczęście szybko bo szczególną wydajnością nie grzeszy) ale z pewnością do niego nie wrócę. Do kostki myjącej - i owszem. 
Ostatni raz żeli Dove używałam parę lat temu i miałam względem nich zbliżone odczucia. Na dodatek bardzo podobny produkt, czyli kremowa wersja żeli BeBeauty daje u mnie takie same efekty. Mam wrażenie, że któryś ze składników odpowiadających za typową dla tych żeli konsystencję odpowiada za spustoszenia jakie czynią na mojej skórze. Szkoda :(




czwartek, 20 listopada 2014

Bania Agafii | Peeling do stóp 'Regeneracyjny'

Bania Agafii | Peeling do stóp 'Regeneracyjny'
Odkąd zmusiłam się do codziennego dbania o stopy stało się to moim nawykiem. Coraz chętniej oglądam więc oferty produktów skierowanych właśnie do pielęgnacji stóp. Przy zakupach w sklepie z produktami rosyjskimi skusiłam się więc na zakup peelingu (ok, trzech peelingów ;)) do stóp z Bani Agafii. Dziś o pierwszym z nich czyli wersji regeneracyjnej. 


Opakowanie w formie saszetki wielorazowego użytku jest praktyczne, wygodne i estetyczne. Wygląda może i niepozornie ale to już kolejny produkt w tego typu opakowaniu jaki użytkuję i nie mam wobec niego żadnych zastrzeżeń. Na saszetce mamy podany skład, tłumaczenie instrukcji i informacji na rodzimy język znajduje się na naklejce dystrybutora.
Sam peeling posiada bardzo intensywny leśny (sosnowy?) zapach i płynną konsystencję. Intensywność koloru zadziwia. Ale produkt ten działanie ma... słabe. Drobinki są bardzo delikatne i jest ich stosunkowo niewiele, raczej delikatnie masują skórę niż rzeczywiście mają wpływ na jej złuszczenie. Nie zauważyłam również zmiękczenia czy odżywienia jakie obiecuje producent. Kosmetyku nie ratuje nawet niewygórowana cena (ok. 5 zł) bo ze względu na brak efektów jest on w mojej pielęgnacji po prostu zbędny. Nie przedłużając - bubel, który z pewnością zużyję do ciała i więcej do niego nie wrócę. Mam tylko nadzieję, że pozostałe kupione przeze mnie wersje sprawdzą się choć trochę lepiej. A może Wy polecicie mi jakiś na prawdę mocno złuszczający peeling?



poniedziałek, 17 listopada 2014

Krem idealny | Lirene Dermorogram | Krem kuracja do rąk | Regeneracja

Krem idealny | Lirene Dermorogram | Krem kuracja do rąk | Regeneracja
Jak już kiedyś na blogu wspominałam - jestem posiadaczką bardzo problematycznej skóry rąk w miesiącach jesienno-zimowych, co jest wynikiem odmrożenia sprzed paru lat. Skóra (głównie w okolicach kostek palców) najpierw jest twarda i zgrubiała, później się łuszczy a na koniec pęka. Jednym słowem obraz nędzy i rozpaczy. Dlatego porządny krem do rąk jest dla mnie priorytetem a o taki krem niestety trudno. Dziś o produkcie, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył mimo, że po przygodzie z wersją 'Ratunkową' [KLIK] niewiele się po nim spodziewałam.


Krem posiada opakowanie o pojemności 100 ml i w cenie regularnej kosztuje zaledwie 8 zł. Estetyka opakowania jest całkiem przyjemna, plus za korek na klik, minus bo szybko się popsuł (nie domyka się). I to chyba jedyna wada jakiej udało mi się doszukać ;)
Produkt ten posiada średnio gęstą konsystencję, nałożony nawet w sporej ilości dosyć szybko się wchłania pozostawiając na skórze przyjemną, pudrową warstewkę. Pozostaje ona na skórze do jednego czy dwóch myć co jest jest niewątpliwą zaletą. Działanie kremu jest świetne i znany i lubiany czerwony Garnier przy produkcie Lirene może się schować. Przede wszystkim oprócz mocnego nawilżenia wspaniale odżywia i regeneruje skórę dłoni pomagając mi zachować ją w dobrej formie. Na bardzo przyzwoitym poziomie radzi sobie z nadmierną szorstkością skóry. Dodatkowo koi co jest dla mnie niezwykle ważne gdy pojawią się na niej pęknięcia. Uwielbiam nakładać go grubą warstwą na noc. Zapach określiłabym jako neutralny.
Jeśli szukacie porządnego odżywczego kremu, który zregeneruje waszą skórę zimą to z pewnością warto po niego sięgnąć :)




PR

sobota, 15 listopada 2014

e-naturalne.pl | Serum odżywczo-liftingujące z karagenianem dla każdego rodzaju skóry

e-naturalne.pl | Serum odżywczo-liftingujące z karagenianem dla każdego rodzaju skóry
Bardzo lubię wszelkiej maści sera. Uważam, że to idealny produkt wspomagający codzienną pielęgnację i chętnie po nie sięgam. Dziś o jednym z produktów dostępnych w sklepie e-naturalne.pl [KLIK] czyli o serum z egzotycznie brzmiącym (dla mnie:D) karagenianem.


Serum jest produktem do samodzielnego ukręcenia. W gotowym zestawie otrzymujemy wszystkie niezbędne składniki za wyłączeniem wody destylowanej (można kupić na stronie, w aptece lub na stacji benzynowej ;)). Połączenie składników jest banalnie proste i nie wymaga nakładu czasowego dłuższego niż 2 minuty. Ot, musimy odmierzyć wodę i połączyć ze sobą resztę produktów zgodnie z kolejnością podaną na stronie. Ważne jest zachowanie higieny (ale o tym chyba nie muszę pisać ;)). Gotowe serum przelewamy do estetycznej butelki z pipetą (bardzo wygodne) z ciemnego szkła, naklejamy nalepkę otrzymaną od producenta (warto zapisać sobie datę przygotowania produktu - jest ważny przez 6 miesięcy od otwarcia) i zaczynamy używanie. 



Wersja którą posiadam skierowana jest dla każdego rodzaju skóry, jednak w ofercie producenta znajdziecie również serum dedykowane skórze trądzikowej [KLIK].

Zdaniem producenta:
Serum odżywczo-liftingujące z karagenianem to wysoko skoncentrowane serum dla każdego rodzaju skóry, pozwalające osiągnąć efekt wygładzonej i odżywionej skóry. Głęboko nawilża i ujędrnia skórę. Bogactwo składników wpływa na wygładzenie delikatnych zmarszczek oraz zapobiega powstawaniu nowych. Skóra staje się nawilżona, odżywiona i rozświetlona. Serum jest doskonałym produktem pod makijaż, przedłuża jego trwałość oraz ułatwia aplikację kosmetyków takich jak podkłady, pudry i cienie. Z powodzeniem może być stosowane jako baza pod kremy na dzień, nie roluje się a dodatkowo liftinguje i wypełnia niewielkie zmarszczki mimiczne. Nie powoduje zapychania skóry przez co jest idealnym kosmetykiem także dla cery trądzikowej.

Moim zdaniem:
Konsystencja tego produktu przypomina mi kwas hialuronowy. Jest lekka i żelowa jednak posiada ciemniejsze zabarwienie. Serum wchłania się błyskawicznie. Serum (mam najmniejszą wersję 10 gramową) wystarcza na ponad miesiąc codziennego użytku dwa razy dziennie. Ja nakładam na skórę 2-3 krople rozgrzane w dłoniach i jest to ilość zupełnie wystarczająca. Zapach ma neutralny. A działanie? Przede wszystkim już od pierwszej aplikacji widoczne jest przyjemne napięcie skóry. I jednoczesne jej wygładzenie. Taki lifting w kropelkach ;) Więc jest idealne do użytku porannego.
Jeśli mowa o efektach długofalowych - czas w jakim używałam ten produkt pokrył się z moją kuracją kwasem migdałowym (5% Pharmaceris) więc skóra potrzebowała porządnego nawilżenia. I faktycznie, serum to pomogło mi utrzymać skórę w dobrej formie. Skórę mam nawilżoną i odżywioną, wygląda promiennie. Zgodnie z obietnicami producenta serum się nie roluje, dobrze wygląda pod makijażem i doraźnie, po aplikacji dzięki napięciu skóry wygładza moje delikatne zmarszczki. Serum nie uczuliło mnie, nie podrażniło, nie zapachało.
Podsumowując: nie jestem w stanie w tym produkcie znaleźć jakichś wad. Spełnia swoje zadanie, nie kosztuje majątku (17.90 zł za 10 gramów [TU]), jest wydajne. Na chwilę obecną kuszą mnie inne sera jednak nie wykluczone że sięgnę po nie po raz kolejny.

Aaa karagenian to po po prostu silikon z alg :)

środa, 12 listopada 2014

Domowe SPA z Cosmospa.

Domowe SPA z Cosmospa.
Jakiś czas temu w moje ręce wpadło kilka interesujących mnie i nieznanych mi wcześniej produktów. W związku z faktem, że zdążyłam się już z nimi zapoznać i wyrobić sobie na ich temat opinię zapraszam Was na recenzje produktów ze sklepu Cosmospa.com.pl [KLIK]


Zacznę od pierwszego produktu mianowicie nierafinowanego masła shea. Które kusiło mnie strasznie od dłuższego czasu. Zapakowane jest w wygodne, płaskie opakowanie. Moje zawiera 100 ml produktu. Pierwszym zaskoczeniem dla mnie mnie był jego zapach. Koszmarny :( Mocno orzechowo-drzewny, bardzo nieprzyjemny dla nosa. I mimo szczerych chęci używania go do pielęgnacji ciała i twarzy szybko zrezygnowałam z tego pomysłu. Efekty jakie dawało były co najmniej przyzwoite - skóra była nawilżona i odżywiona, bardzo miękka i gładka. Nie zauważyłam zapchania jednak jak wspominałam nie byłam w stanie używać go zbyt długo. Planowałam zużyć je do stóp jednak skusił mnie opis aplikacji masła na włosy. Zasięgnęłam informacji w internecie - masło shea polecane jest włosom suchym i zniszczonym oraz podobno tragicznie się zmywa. Cóż, włosy mam wysokoporowate i skłonne do obciążania ale czemu by nie spróbować? Nie zawiodłam się. Pierwsza aplikacja była dosyć trudna ze względu na konsystencję i niekoniecznie miły aromat jednak efekty zaskoczyły mnie bardzo. Przede wszystkim byłam pod wrażeniem jak dobrze masło się zmywa (u mnie szamponem bez SLS Green Pharmacy - jedno mycie!) po drugie jak dobre ma działanie. Włosy po użyciu są bardzo miękkie i ciężkie. Widocznie odżywione i wygładzone. Bardzo zdyscyplinowane. A efekt olejowania utrzymuje się przez kolejne dni. Konsystencja masła jest zbita i niejednolita, trochę grudkowata. Trudniej rozpuścić je w dłoniach niż na przykład olej kokosowy jednak nie jest to też zbyt problematyczne. Szczególnie gdy jak ja połączycie je w innym, płynnym olejem (najlepiej sprawdzał mi się olejek Alterry, który skutecznie zabił wątpliwy aromat produktu).
Produkt w pojemności 100 ml kosztuje 7,49 zł [KLIK]

Kolejną nowością było dla mnie savon noir, moje w wersji lawendowej. Jeśli znacie zapach mydła wiecie że to kolejny produkt o zapachu mocno... specyficznym. Niestety zawartość olejku lawendowego nie uratowała mojego nosa - jest on zupełnie nie wyczuwalny. Szkoda. Mydło ma charakterystyczną konsystencję - jest gęste (aż za bardzo), trochę przypomina mi gumę. Jest trudne w obsłudze, kiepsko się rozmydla, trudno je zaaplikować na skórę. Zrobiłam nawet podejście do rytuału Hammam i zamiast relaksu myślałam, że mnie szlag jasny trafi gdy próbowałam je rozsmarować na rozgrzanym ciele. Koniec końców się udało. Efekty? Dobre. Skóra świetnie oczyszczona wręcz piszcząca. Po masażu kessą chłonęła olej jak gąbka.  Mydło używałam również do twarzy - po demakijażu nakładałam je cienką warstwą (ale było to trudne) i po kilku minutach zmywałam. Nie zastąpiło mi z pewnością peelingu mimo opinii z jakimi się spotykam. Jednak świetnie oczyściło mi skórę. Niestety, mydło wysusza więc dla mnie to w pewnością nie jest opcja codzienna. Opakowanie od poprzedniego różni się wyłącznie etykietą. Generalnie moje chciejstwo na savon noir zostało zaspokojone ale muszę przyznać, że daleka jestem od zachwytów.
Produkt w pojemności 100 ml kosztuje 11,99 zł [KLIK]

I produkt, który już znam czyli olej arganowy. Wybaczcie zdjęcie bez zakrętki - zgubiłam ją jednak potem odnalazłam. Za to pozbyć się musiałam plastikowego kroplomierza (czy jakkolwiek tę plastikową część nazwać) bo niestety nie dozowała produktu. Na ten olej jest szał już od dłuższego czasu a swoją pierwszą butelkę kupiłam gdy tylko zrobiło się o nim głośno. Lubię go jednak się nim nie zachwycam. Ma odżywiać, ujędrniać i odmładzać. Znany jest również w pielęgnacji włosów. I od włosów zacznę - moje włosy za nim nie szaleją. Jest dobry jednak znam równie dobre w lepszej cenie. Jeśli mowa o skórze twarzy lubię go zaaplikować na noc zamiast kremu albo do niego dodać kilka kropli oleju - nie zapycha a widocznie odżywia skórę. Za to moja skóra ciała go uwielbia, szczególnie po peelingu. Jednak jest to dosyć drogi interes jeśli mowa o codziennym użytku. Producent zapakował olej w butelkę z ciemnego szkła - plus, jednak szkoda, że w mojej sztuce to plastikowe coś nie ułatwiało aplikacji.
Produkt o pojemności 10 ml kosztuje 5,99 zł [KLIK]

Na koniec kessa. I tu muszę przyznać, że moje pierwsze wrażenie było niezbyt pozytywne. Nigdy wcześniej nie widziałam tej myjki na żywo i wydawała mi się być porządniejsza i przede wszystkim grubsza. Materiał z którego jest wykonana jest cienki jednak ma plus za dopasowywanie się do kształtu dłoni (kurczy się) po zwilżeniu. Wydała mi się niezbyt ostra. Pozornie. Użyłam ją na sucho na skórę przedramion i zabolało ;) Kessa zdziera jak marzenie. Jest w stanie zastąpić drogeryjne peelingi nie tylko w użyciu z czarnym mydłem - śmiało używałam również zwykłych drogeryjnych żeli. Jednak mimo mocnych właściwości zdzierających nie podrażnia ona nadmiernie skóry a sam masaż jest przyjemny i bezbolesny (tylko trzeba ją zmoczyć ;)). Efekt złuszczający wydaje mi się być lepszy niż w przypadku peelingujących rękawic. Jestem mile zaskoczona i mimo, że raczej ze standardowych peelingów nie zrezygnuję cieszę się, że wpadła w moje ręce.
Na stronie kosztuje 15.99 zł [KLIK]


Znacie któryś z tych produktów?
A może miałyście okazję używać jakiś inny produkt z asortymentu sklepu?

wtorek, 11 listopada 2014

Project 10 pan

Project 10 pan
Pamiętacie na czym polegał oryginalny projekt denko, który pojawił się w Polsce za pomocą amerykańskiego YT? Z pewnością nie polegał on na pokazywaniu pustych opakowań ;) Uprzedzę ewentualne komentarze - sama pokazuje puste butle i z przyjemnością takie wpisy czytam a samo przekształcenie pierwowzoru nie przeszkadza mi w żaden sposób. Jednak do powrotu do idei zainspirował mnie blog Mejd in Poland i jego sympatyczna autorka. Zasadniczo i w wielkim skrócie: zanim nie wykorzystam produktu X nie sięgam po produkt Y lub nie kupuję kolejnego produktu. Niby banalne ale przy moim kosmetykoholiźmie dosyć trudne do ogarnięcia. Dlatego też pierwsze kosmetyki zostały wytypowane i pora zacząć działać.


Opisy od lewej do prawej.

 Baza pod podkład Catrice Prime & Fine
Odeszła do lamusa bo jest fajna i już nie dostępna na rynku. Mimo, że jest idealna na co dzień i na prawdę się z nią polubiłam to zamiast ją używać chcę ją mieć jak najdłużej bo kolejnej nie kupię. A termin leci...
Gdy zużyję kupię coś nowego.

 Korektor pod oczy Rimmel Match Perfection
Kupiłam kolejny korektor pod oczy (Catrice) i ten poszedł w odstawkę mimo, że... bardzo go lubię ;) Ten produkt wolałabym zostawić sobie na wiosnę ale do wiosny zdąży mi się przeterminować i i tak będę musiała sięgnąć po nową sztukę. Bo z pewnością do niego wrócę o ile nie zrealizuję w międzyczasie mojego małego marzenia z tej kategorii.
Gdy zużyję wrócę do kamuflaża Catrice a na wiosnę kupię coś nowego lub do niego wrócę.

 Puder w kompakcie Provoke
Oszczędzałam go. Bo jest fajny i dosyć drogi. A ze względu na sporą ilość zapasów będę się musiała wstrzymać z zakupem kolejnej sztuki parę miesięcy. Jednak wolę poużywać go teraz i cieszyć się z efektów niż trzymać go w kosmetyczce. [RECENZJA]
Gdy zużyję sięgnę po puder Sensique jednak kupię go gdy wyjdę z zapasów.

 Puder ryżowy MIYO
Oszczędzany ze względu na słabą dostępność - u mnie stacjonarnie go nigdzie nie ma więc szykują się zakupy internetowe z którymi próbuję walczyć. Z drugiej strony w zapasie mam inny transparenty puder więc zastępstwo czeka już od jakiegoś czasu. [RECENZJA]
Gdy zużyję sięgnę po puder HD Be Beauty jednak kupię go gdy wyjdę z zapasów.

 Bronzer My Secert
Czy zdziwi Was fakt, że to kolejny mój ulubieniec? :D Ale napaliłam się okropnie na trzy inne bronzery (produkty do konturowania) - z Inglota, KOBO i nowość tej samej firmy. I pewnie na któryś bym się skusiła (już byłam w Naturze po MS ale na szczęście nie było ;)) gdyby nie fakt, że zalega mi jeszcze bronzer Honolulu, którego zużycie idzie mi w ślimaczym tempie ze względu na brak sympatii między nami. Dlatego też najpierw zużyję sobie tę sztukę a potem sięgnę po coś nowego. [RECENZJA]
Gdy zużyję kupię coś nowego jednak kiedyś prawdopodobnie do niego wrócę.

 Kulki rozświetlające KOBO
Używam ich do wykończenia makijażu. Moje są sprasowane - strasznie się pyliły. Je też oszczędzam bo je uwielbiam :D Nie żebym nie mogła sobie kupić kolejnego opakowania bo są tanie i dobrze dostępne ale... mam zapasy :( Więc po ich zużyciu i tak będę musiała wziąć się za inne, czekające w kolejce kosmetyki. [RECENZJA]
Gdy zużyję sięgnę po puder Celtica Catrice jednak kupię go gdy wyjdę z zapasów.

 Cień Essence w odcieniu Cappucino, please! 
Znowu wycofany produkt. Jednocześnie mój ukochany rozświetlacz do twarzy. Żal mi go używać ale z drugiej strony mam jeszcze jeden rozświetlacz, który planuję umieścić w projekcie gdy tylko go wykończę. [RECENZJA]
Gdy zużyję sięgnę po rozświetlacz Elfa.

 Paletka cieni W7 Naked Nudes (dwa odcienie beżu)
Słabe to to i od dawna planuję zakup jakiegoś porządnego bazowego cienia jednak do tej pory mi się to nie udało. W sumie i dobrze, zużyję to co mam i sobie coś sprawię (pewnie Inglot). Najciemniejszy cień poleci do GlamBoxa, biel do śmieci.[RECENZJA]
Gdy zużyję sięgnę po coś innego.

 Tusz Essence Get Big Lashes.
Nie lubię go. Używam go gdy wychodzę z domu na parę godzin bo wtedy jest jakaś szansa, że nie będę przypominać pandy jednak gdy wychodzę z domu o 5 a wracam wieczorem zupełnie nie zdaje egzaminu. Szkoda, bo efekt na rzęsach podoba mi się i to bardzo :(
Gdy zużyję sięgnę po zapasy.

 Tusz Provoke Amazing Lash
Po okresie sympatii przeszliśmy do miłości, teraz znów tylko (lub aż) się lubimy. Chcę go poużywać i z czystym sumieniem wywalić. [RECENZJA]
Gdy zużyję kupię po coś innego.

Jak widzicie nie są to produkty, których nie lubię i których chcę się z tego względu jak najszybciej pozbyć. Ot, marzy mi się drastyczne ograniczenie kolorówki  więc kilka produktów w zapasie zaczyna mnie męczyć. Miałam zresztą plan się ogarnąć od nowego roku ale... po co czekać? Na nowy zostawię sobie odwyk pielęgnacyjny ;)
Nie narzucam sobie jakiegoś konkretnego terminu zużycia produktów a raczej sygnalizuję sobie na co zwracać uwagę w codziennym makijażu by wyjść na moją wyidealizowaną prostą :D Być może ta inicjatywa jest opcją jednorazową, jednak mam nadzieję, że starczy mi cierpliwości i samozaparcia, żeby ciągnąć projekt dalej :)
O efektach dam Wam znać za jakiś czas.

Co ty babo robisz?!




poniedziałek, 10 listopada 2014

Green Pharmacy | Szampon do włosów tłustych u nasady i suchych na końcach | Żeń-szeń

Green Pharmacy | Szampon do włosów tłustych u nasady i suchych na końcach | Żeń-szeń
Jakiś czas temu zupełnie spontanicznie zdecydowałam się na zakup dwóch szamponów marki Green Pharmacy. Jeden z ich (z olejem arganowym) doczekał się już bardzo pozytywnej [RECENZJI] na blogu. Dziś pora na kilka słów o drugiej z butli. 


Opakowanie szamponu posiada standardową szatę graficzną dla tej marki i ciemną plastikową butelkę nadającą mu lekko apteczny wygląd.
Szampon jest gęsty, bardzo dobrze się pieni przez co jest dużo wydajniejszy niż wcześniej używana przeze mnie wersja. Bardzo skutecznie oczyszcza skórę głowę i włosy - także po aplikacji olei. Niestety plącze on włosy jednak odżywka pomaga mi je opanować. Włosy po umyciu są bardzo puszyste, lekko odbite od skóry głowy i mam wrażenie, że pozostają dłużej świeże. Nie zauważyłam negatywnego wpływu na końcówki (pozytywnego zresztą też). Zapach nie wyróżnia się niczym szczególnym.
Podsumowując - przeciętniak. Dużo bardziej zadowolona byłam z wersji z olejem arganowym o czym mogą świadczyć dwie kolejne butelki tego produktu, które wróciły ze mną do domu przy ostatnich zakupach ;) Wersję z żeń-szeniem być może jeszcze kiedyś kupię ale nie jest to kosmetyk niezbędny mi do szczęścia. 300 ml kosztuje ok. 7.00 zł, obecnie w Naturze po 5 ;)


sobota, 8 listopada 2014

Dziegciowy cud | Bania Agafii | Maska do twarzy dziegciowa oczyszczająca.

Dziegciowy cud | Bania Agafii | Maska do twarzy dziegciowa oczyszczająca.
Kosmetyki rosyjskie już od dłuższego czasu mnie ciekawiły. Chociaż nie będę ukrywać, że podchodziłam do nich trochę sceptycznie. Niby składy ładne ale kraj pochodzenia nie zachęcał mnie do siebie, do tego nagły szał na te produkty wydał mi się trochę podejrzany. W końcu się przełamałam i zaczęłam najbezpieczniej jak się da czyli od masek do twarzy. Nakupiłam ich kilka, otworzyłam trzy i jest... zachwyt. Rodzimi producenci powinni się bezsprzecznie nauczyć od swojej konkurencji jak robić tanie i skuteczne produkty o dobrych składach. Nie generalizuję oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nie każdy produkt jest tak samo dobry jednak dziś o jednym, który szybko i skutecznie podbił moje serce.


Zacznę od opakowania. Świetnego opakowania. Zajmuje mało miejsca, jest trwałe, bardzo wygodne, lekkie, dobrze dozuje się z niego odpowiednią porcję maski. Wygląda bardzo niepozornie ale w użytku codziennym na prawdę dużo zyskuje. No i ta przyjemna szata graficzna spójna dla wszystkich produktów producenta...
Maska jest bardzo lekka, ma biały kolor, dosyć neutralny zapach z ziołową nutą . Zasycha na skórze jednak zmywa się bardzo szybko, nie potrzebuje wspomagaczy w postaci gąbeczek. Nie ściąga nadmiernie skóry jak większość tego typu masek. Delikatnie wysusza i po użyciu skóra potrzebuje porządnego nawilżenia ale to domena produktów mocno oczyszczających.
A działanie? Wprost genialne. Maska fantastycznie oczyszcza moje wielkie pory na nosie, wygładza skórę, odświeża ją. Skóra po aplikacji jest przyjemnie miękka i zmatowiona. Stosuję ją również punktowo na niedoskonałości i znacznie skraca proces ich gojenia (a moje podskórne gule są trudne do ogarnięcia...). Co najlepsze działanie maski nie jest działaniem 'do pierwszego mycia' jak w przypadku sporej ilości tego typu kosmetyków. Efekt zmatowienia utrzymuje się przez kilka dni.
Na dodatek jest wydajna - mimo, że nakładam ją hojnie po kilku (7?) aplikacjach dobiłam dopiero do połowy opakowania. Cenę ma śmieszną bo 100 ml kosztuje w okolicach 5-8 zł. Minusem może być dostępność on-line bo zdaję sobie sprawę, że płacenie kosztów wysyłki przy zakupie jednego produktu jest bezsensem ale przy większych zakupach warto włożyć ją do wirtualnego koszyka.
Dziegciowa maska Bani Agafii w swoim działaniu bardzo przypomina mi mojego ulubieńca czyli maskę z neem Himalaya Herbals jednak ze względu na niską cenę i łatwiejsze zmywanie w rankingu oczyszczających masek u mnie zdobywa zasłużone pierwsze miejsce.



Bonus: kulisy sesji zdjęciowej w towarzystwie małych, pomazanych siostrzeńcowych rączek :D

piątek, 7 listopada 2014

Lifting w kapsułce? | Clarena | Multipeptydowe perły pod oczy

Lifting w kapsułce? | Clarena | Multipeptydowe perły pod oczy
Najwyższa pora podsumować moją przygodę z Multipeptydowymi perłami pod oczy, które wpadły w moje ręce dzięki uprzejmości producenta [KLIK]. Gdy pierwszy raz pokazałam Wam ten produkt przy okazji prezentacji nowości napisałam, że mam względem niego mieszane uczucia. Po kilku aplikacjach nie byłam jednak pewna co mi w tym produkcie nie gra bo coś nie grało ewidentnie. Jednak kolejne dni przyniosły rozwiązanie tej zagadki. Jesteście ciekawe?



Zdaniem producenta:
Kosmetyk polecany do intensywnej bodźcowej kuracji zmęczonej, przesuszonej skóry okolic oczu. Wysoce skuteczny kompleks peptydowy wygładza, napina i ujędrnia skórę.

Moim zdaniem:
Perły te posiadają niewielkie opakowanie wykonane z przyzwoitej jakości plastiku. Przypominają mi trochę statek ufo przez swoją kopułę która jednak daje nam podgląd do ilości produktu jaki pozostał w opakowaniu. Same perły to 30 higienicznych rybek, których ważność od otwarcia wynosi 24 h, dzięki czemu spokojnie porcję produktu możemy podzielić na dwie czy trzy aplikacje. Bo sam produkt ze względu na swoją silikonową konsystencję jest bardzo wydajny. Dodatkowo niewątpliwym plusem w przypadku pojedynczo pakowanych porcji jest fakt, że łatwo wrzucić taką perełkę do kosmetyczki 'na wszelki wypadek' czy chociażby mieć komfort nieupływającego terminu ważności po otwarciu pełnowymiarowego kosmetyku - dobre dla osób, które nie są w stanie zużyć produktu o standardowej pojemności.
Perły są bezzapachowe. Konsystencja szczerze mnie zaskoczyła. Podziewałam się albo płynu albo olejku (nie patrzyłam na skład ;)) a otrzymałam gęste silikonowe coś. Przypominają mi wszelkiej maści bazy pod pokład - zawierające sylikon. I chyba tutaj coś nie grało - po raz pierwszy spotkałam się z tego typu produktem. Używałam je najpierw wieczorem, potem rano i przy tej drugiej opcji uzyskałam widoczne efekty. Produkt jest idealny na dzień dla osób z (delikatnymi - w moim przypadku) zmarszczkami bo pięknie je optycznie rozprasowuje, wygładza, delikatnie napina cienką skórę. Doraźnie. Czyli spełnia obietnice producenta. W swoim składzie zawiera przeciwutleniacz. Jeśli chodzi o działanie regeneracyjne nie uświadczyłam. Nawilżenie? Tutaj bym polemizowała. Faktycznie pozwalają zachować dobry stan skóry jednak w ciągu dnia jednak na noc nakładałam pod nie serum. I mam wrażenie, że ów produkt jego działanie wzmacniał. Jednak nakładany solo okazał się być niewystarczający. Wracając do użytku porannego - perły są idealną bazą pod korektor pod oczy. Nie wchodzi on w załamania skóry i trzyma się na skórze przez cały dzień. Perły nie podrażniają oczu, nie spowodowały reakcji alergicznej, nadwrażliwości czy innych przykrych niespodzianek.
Podsumowując:
Po pierwszym wrażeniu szykowałam się na porażkę jednak na szczęście nie jest źle. I słusznie bo sam produkt do najtańszych niestety nie należy - na stronie producenta [KLIK] kosztuje 44 zł. Jednak ze względu na właściwości (przy użytku na dzień), bardzo higieniczną formę i wydajność moim zdaniem warto się na nie skusić.




 Zawartość perełki.

Znacie Clarenę? Jaki produkt się u Was sprawdzi? :)

czwartek, 6 listopada 2014

Green Pharmacy | Peeling cukrowy Róża piżmowa i zielona herbata

Green Pharmacy | Peeling cukrowy Róża piżmowa i zielona herbata

Całkiem niedawno wystawiłam bardzo niepochlebną opinię peelingowi cukrowo-solnemu Green Pharmacy, który skrytykowałam za słabą wydajność oraz pozostawianie trudnej do zmycia parafinowej powłoki na skórze. Dziś kolejny peeling tej marki, który dla urozmaicenia okazał się być nad wyraz udany. Jeśli jesteście ciekawe wcześniejszej recenzji zapraszam Was [TUTAJ].


Opakowanie jak opakowanie. Charakterystyczne dla tej marki, trwałe i estetyczne. Zapach z pewnością przypadnie do gustu fankom róż. W opakowaniu pachnie mi... różanym różańcem. Nie wiem, czy kojarzycie ten różano-drewniany aromat jednak jeśli go znacie wiecie że jest dosyć charakterystyczny. Na skórze z róży wybija się aromat zielonej herbaty i koniec końców sam zapach jest totalnie przepiękny. I bardzo intensywny. Ciut za intensywny.
W porównaniu do swojego brata z masłem shea peeling ten jest mniej zbity, w konsystencji mniej parafinowy (mimo tego składnika na drugim miejscu w składzie). Nie pozostawia on na skórze praktycznie żadnej warstwy, po jego aplikacji wystarczy przemyć skórę wodą. Ogromy plus.
Zaskoczyła mnie również wydajność - po kilku aplikacjach od stóp do głów nie dobiłam nawet do połowy opakowania. Działanie ścierające określiłabym jako średnie, jednak typowe dla peelingów drogeryjnych. Jest skuteczny i nie podrażania skóry. Kosztuje w granicach 8-15 zł. Myślę, że jeszcze kiedyś u mnie zagości :)

I jestem w lekkim szoku że jedna i ta sama firma potrafi wypuścić na rynek dwa produkty (tego samego typu!) gdzie jeden jest bublem a drugi pozytywnie zaskakuje ;))






Copyright © 2016 KOSMETYKOHOLICZKA , Blogger