czwartek, 30 października 2014

Pielęgnacja ciała | Październik 2014 | Wersja 2

Pielęgnacja ciała | Październik 2014 | Wersja 2
Pora na aktualizację mojej pielęgnacji ciała.


Staram się ograniczać ilość otwartych żeli pod prysznic dlatego na chwilę obecną goszczą u mnie tylko dwa: Maziajki [KLIK] oraz Dove, który niestety mnie zawiódł. Niekończący się płyn do higieny intymnej to Lirene [KLIK]. Blokera z Ziaji używam sporadycznie za to antyperspirant Garnier bardzo pozytywnie zaskoczył mnie swoim działaniem. 


Uwielbiam peelingi dlatego też oprócz standardowych kosmetyków - tu bardzo udany peeling cukrowy z Green Pharmacy - goszczą u mnie rękawica peelingująca (a raczej dwie, ale druga gdzieś wsiąkła) oraz kessa od CosmoSpa.


Odkąd zmusiłam się do codziennego używania kremu do stóp (w sierpniu?) bardzo polubiłam ten element pielęgnacji a przede wszystkim efekty ;) Musujące tabletki do kąpieli stóp Body Club kupiłam w Biedronce i baaardzo żałuję, że sięgnęłam tylko po jedno opakowanie bo są re-we-la-cyj-ne. Do złuszczania używam peelingu regenerującego Babuszki Agafii a stopy nawilżam bardzo dobrym kremem z Clareny (który niestety już mi się kończy) więc widzicie też jego zastępstwo w postaci kremu przeciwko pękającym piętom Lirene.



Kremów do rąk mam niestety deficyt (pora na zakupy!) więc w obiegu jest krem India [KLIK], który niestety jest na moje obecne potrzeby zbyt lekki oraz mały geniusz od Lirene *-*


 W nawilżaniu ciała jestem systematyczna bo uwielbiam ten element pielęgnacji. W użyciu mam pięć balsamów: India [KLIK], Peggy Sage [KLIK], Sun Starter Lirene, Golden Charm Lirene oraz balsam perfumowany Madmoisielle Rici.

I to by było na tyle. O ile o niczym nie zapomniałam ;)



środa, 29 października 2014

Pielęgnacja włosów | październik 2014 | Wersja 2

Pielęgnacja włosów | październik 2014 | Wersja 2
Cześć, pora na aktualizacje mojej pielęgnacji włosów. 
Dla przypomnienia: włosy mam cienkie, rzadkie (chociaż widzę progres!), suche i zniszczone. Obecnie półdługie, za ramiona. I nadal nie wiem czy chcę je obciąć czy zapuścić ;) Wiem tylko, ze po ponad 10 lat farbowania włosów dojrzewam do powrotu do mojego naturalnego mysiego blondu. Zaczynam z centymetrowym odrostem ;))


Szamponem użytku codziennego na chwilę obecną jest u mnie szampon Green Pharmacy z żeń-szeniem. Jest to delikatnie ale skutecznie oczyszczający szampon bez SLS. Raz, czasem dwa razy w tygodniu włosy myję dobrze oczyszczającym szamponem ziołowym - Eva Natura Potrójna siła ziół
Szampony na chwilę obecną nie doczekały się recenzji jednak z pewnością pojawią się one na blogu bo oba produkty uważam za bardzo udane i chętnie do nich wrócę w przyszłości.


Jako odżywkę codzienną stosuję Kallos Banana a rzadziej, już jako maskę Serical Crema al Latte (chociaż ten produkt zawsze pozostanie dla mnie mlecznym Kallosem). Obie spisują się dobrze, obie doczekały się recenzji w [TYM] i [TYM] poście.


Do olejowania skóry głowy używałam Olejek łopianowy i olejem arganowym Green Pharmacy. Nie jestem jednak z niego zbytnio zadowolona i gdy go skończę z pewnością wrócę do wersji z olejkiem z drzewa herbacianego, które sprawdziła się u mnie dużo dużo lepiej. Włosy na długości olejuję nierafinowanym masłem shea z CosmoSpa. Niestety nie jestem w stanie używać go solo ze względu na bardzooo nieprzyjemny zapach więc mieszam go z intensywnym zapachowo olejkiem z Alterry w wersji Granat Bio. Nafta kosmetyczna Anna zawitała u mnie już jakiś czas temu i niestety nie mogę się do niej przekonać. Ale zostało mi jeszcze ponad pół opakowania więc mam nadzieję, że zdążę się z nią polubić.


Jako wcierkę stosuję Serum na porost włosów z Apteczki Agafii. Nie mam wyrobionego jeszcze zdania na jego temat jednak używam go systematycznie i liczę na jego skuteczność. Jako odżywki bez spłukiwania (wróciłam do nich po latach...) stosuję świetne serum z Joanny Argan Oil. Bardzo się z nim polubiłam i jego działanie opisywałam w zbiorowym poście na temat całej serii w [TYM] miejscu. Do zabezpieczanie końcówek stosuję albo olejek z Joanny albo z Isany. I Isana bezsprzecznie wygrywa i to do niej będę wracać w przyszłości.

Recenzje produktów, które stosuję będą się pojawiać na blogu na bieżąco więc jeśli jesteście ciekawe jak się u mnie sprawdzają to zapraszam do odwiedzin :)

wtorek, 28 października 2014

Ziaja | Maziajki | lody ciasteczkowo-waniliowe | szampon + płyn do mycia

Ziaja | Maziajki | lody ciasteczkowo-waniliowe | szampon + płyn do mycia
Żele pod prysznic to jedne z tych produktów do których raczej nie wracam. To bogactwo ofert różnych producentów którzy co rusz kuszą jakąś nowinką... I mimo, że żele schodzą u mnie jak woda to i tak nie nadążam ze wszystkimi chciejstwami. Jednak są trzy produkty, które kocham nad życie i które gościły już u mnie nie raz. Dziś o jednym z nich mianowicie propozycji Ziaji dla najmłodszych :)


Z żelem tym po raz pierwszy spotkałam się w pewnym niesieciowym sklepie ogólnobranżowym. Stał sobie niepozornie obok produktów Białego Jelenia i straszył swoją butlą. Jednak nie byłabym sobą, gdybym zostawiła go na półce, szczególnie, że obietnica zapachu lodów ciasteczkowo-waniliowych kusiła mnie szalenie. Powąchałam go już w drodze powrotnej (nie otwieram produktów w sklepach) i... zakochałam się. Na amen. Nie kojarzę, żebym jadła kiedyś lody o takim smaku ale aromat tego płynu przypomina mi i lody waniliowe i ciastka... cytrynowe. Coś pięknego i wydaje mi się, że wszystkie fanki słodkich, spożywczych zapachów bardzo go polubią. Nawet osoby, które tak jak ja nie przepadają za cytrynową nutą.
Żel jest kremowy, dosyć gęsty przez co wydajny (u mnie średnio, ze względu na sympatię do zapachu nigdy go sobie nie żałuję). Tworzy gęstą, dosyć zbitą pianę. Zapach jest mocny, intensywny. Czuć go na skórze, czuć go w łazience. Jednak mimo wyraźnej słodkiej, wręcz ulepkowatej nuty nie jest on w żaden sposób przytłaczający. Działanie pielęgnacyjnego nie odnotowałam jednak jest to jedno z tych myjadeł, które pozostawia uczucie komfortu na skórze. 
Producent nazywa ten produkt również szamponem i muszę przyznać, że po paru próbach u mnie pozostał wyłącznie produktem kąpielowym. Nie jestem fanką kremowych szamponów - chociaż to chyba jakieś uprzedzenia z mojej strony niż realna różnica w ich działaniu. Jednak włosy mył, nie plątał nadmiernie i ich nie obciążał. Ot, średniak.
Butla o pojemności 400 ml kosztuje około 7,50 zł. Dostępny jest w firmówkach Ziaji, niesieciowych drogeriach oraz w sieci.




Znacie, lubicie?

poniedziałek, 27 października 2014

DENKO | PAŹDZIERNIK 2014

DENKO | PAŹDZIERNIK 2014
Kolejny miesiąc, kolejne denka. Dużo denek.

Legenda:
* Hit/ miłość/ ulubieniec. Produkt po który sięgam od dłuższego czasu, który mnie zauroczył, który w jakiś sposób pozytywnie wyróżnia się w śród ogromu kosmetyków dostępnych na rynku.
* Pewnie kupię ale... nie nazwę tego produktu hitem/zastąpiłam go czymś innym/waham się/znudził mi się/nie wpisuje się w moje obecne potrzeby/szkoda mi aktualnie na niego pieniędzy/ma słabą dostępność itp - czyli nie jest zły ale istnieje prawdopodobieństwo, że kolejny zakup odłożę w czasie albo w międzyczasie znajdę mu lepszego zastępce.
* Nie kupię. Bo nie. Bo jest bublem/bo nie działa/bo robi mi krzywdę/nie odpowiada mi stosunek ceny do jakości/ bo znam lepsze.


WŁOSY:
Szampon Joanna argan oil - przeciętny szampon z SLS [KLIK]
Odżywka Joanna argan oil - kolejny przeciętniak. Dawała całkiem niezłe efekty, jednak była bardzo niewydajna i trzeba ją było zostawić na włosach przez kilka minut [KLIK]
Szampon kojący Pharmaceris H - bardzo dobry szampon i dla włosów i przede wszystkim dla skóry głowy. Jak już wspominałam w [RECENZJI] chętnie do niego wrócę gdy pojawią się (odpukać!) jakieś problemy skórne.
Szampon Malwa czarna rzepa - bubel. U mnie nie sprawdził się wcale (nie domywał, plątał włosy), doczekał się odrębnej recenzji [KLIK]
Suchy szampon Batiste - nie jestem fanką suchych szamponów jednak Batiste nie raz uratował mi tyłek gdy nie miałam ciepłej wody. Jednak jest strasznie nie wydajny co działa na jego niekorzyść.
Marion odżywka w sprayu Volume - bardzo przyzwoity produkt za niewielkie pieniądze [RECENZJA].  Mam kolejną, w innej wersji.
Seboradin Niger Lotion - sympatia moja bezsprzeczna. Uwielbiam go za wysyp baby hair. Na blogu pojawiła się jego [RECENZJA]
Toni&Guy sól morska - bubel. Wysuszał i sprawiał, że włosy wyglądały na bardzo zniszczone. Jednocześnie nie dawała efektu morskich fal.
CIAŁO:
Peeling myjący Isana - jak peelingów myjących nie lubię tak ten przypadł mi do gustu. Szkoda, że to limitowanka a Isana nie ma takiego produktu w stałej ofercie [KLIK] Denko jeszcze z września, zapomniałam o nim ;)
Żel pod prysznic Lirene brzoskwiniowy deser - dobre działanie, rozsądna cena, nieziemski zapach. Kiedyś do niego wrócę [KLIK]
Żel pod prysznic Lirene ogród różany - piękny zapach i brak wysuszenia. Więcej [TUTAJ].
Żel pod prysznic Oceania lawenda&patchouli - bardzo niska cena, średnia wydajność, lekkie wysuszanie skóry. Mimo wszystko jeszcze u mnie zagości ze względu na swój piękny zapach [KLIK]
Peeling do stóp Paloma - całkiem przyjemne działanie ścierające ale chemii między nami nie ma. Jest za to w składzie. [KLIK]



TWARZ:
Be Beauty płyn micelarny - najukochańszy i najlepszy. Na chwilę obecną robię sobie od niego przerwę (nie zliczę ile już litrów zużyłam...) ale z pewnością jeszcze u mnie zagości.
Under 20 maseczka - część oczyszczająca dawała radę, ta nawilżająca niestety obklejała skórę - mimo zaleceń producenta musiałam ją zmyć. 
Gorvita Żyworódka w płynie - miłości z tego nie będzie. Klejuch z zawodnym aplikatorem.
E-naturalne.pl maska algowa wybielająca - uwielbiam algi i z pewnością za jakiś czas do nich wrócę. Recenzję maski znajdziecie [TUTAJ].
USTA:
Pomadka ochrona Himalaya Herbals - ładny skład nieidący w parze z działaniem [KLIK]
PAZNOKCIE:
Seche Vite - działanie ma rewelacyjne jednak 1/3 leci do kosza - zgęstniał na amen. 
PRÓBKI, INNE:
L'Biotica regenerujący krem do rzęs - efektów praktycznie brak więc nie został moim ulubieńcem, więcej [TUTAJ]
Chusteczka samoopalająca Dax - jestem pozytywnie zaskoczona, planuję za jakiś czas recenzję i porównanie do innych tego typu produktów.
Olejek pichtowy Etja - miałam go zużyć do twarzy, zużyłam do skóry głowy w mieszance w naftą. Efektów brak ale nie byłam systematyczna.
Odlewka YSL Opium edp - te perfumy będą moje *-*
Próbka La petite Robe noir - zupełnie nie mój zapach.
Puder Flawless Matte Lily Lolo - przyjemny, dobrze matujący puder. Jednak był widoczny na twarzy. Może kiedyś skuszę się na miniaturę.





niedziela, 26 października 2014

WYNIKI ROZDANIA Z E-NATURALNE.PL

WYNIKI ROZDANIA Z E-NATURALNE.PL
Pora na wyniki losowania.



Maddie Ann wysyłam Ci maila. 
Gratuluję :)

sobota, 25 października 2014

Nowości | Bania Agafii | Evree | Biedronka

Nowości | Bania Agafii | Evree | Biedronka
Bardzo niedawno pokazywałam Wam moje nowości. (Nie)stety mam już następne ;)

Gdy opublikowałam zdjęcie moich nowych rosyjskich masek Banii Agafi w [TYM] poście w komentarzu Bella jestTu ku mej zgubie pochwaliła ich maskę dziegciową. Nie byłabym sobą, gdybym nie wróciła na stronę sklepu zobaczyć czy aby na pewno jej nie chcę (kupowałam na Skarbach Syberii) no i stwierdziłam, że chcę skoro załapię się jeszcze na obniżkę cen. A skoro ona taka dobra to chcę nawet dwie. I jeszcze oczyszczającą do kompletu. A skoro do zakupów od 30 zł dodawali gratisowy produkt to nawet kliknęły mi się jeszcze trzy peelingi do stóp. Na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że swój poprzedni wykończyłam... A jako gratis otrzymałam białą glinkę, której nie lubię. Ot, szczęście :D

Poczta Polska mnie irytuje. Coraz bardziej. W piątkowe popołudnie otrzymałam awizo, że w poniedziałek nie zastali nikogo w domu... Nie dosyć, że tempo przekazywania informacji mają szalone to jeszcze cały poniedziałek spędziłam w domu. Żenada. Jednak zawartość mnie ucieszyła i zrekompensowała frustrację. Magiczny olejek różany Evree kusił mnie odkąd tylko pierwszy raz go zobaczyłam (i jego piękny skład!) i ku mej wielkiej radości wpadł w moje łapy.

Nie mogłam też oprzeć się urodowej gazetce Biedronki. W planach miałam zakup cudownych kremowych żeli Lirene, jednak koniec końców odpuściłam - zapasy mam takiej wielkości, że bez sensu jest kupować kolejny żel dostępny w stałej sprzedaży. Co innego limitka... ;)) Kocham żel Orginal Source o zapachu maliny z wanilią więc wielki (750 ml!) i tani (8 zł?) żel BeBeauty musiał wrócić ze mną do domu. Podejrzewam, że będę używać go jako płyn do kąpieli więc pojemność mi niestraszna.
Śmiercią tragiczną w rękach pewnego dwulatka zginęły moje pomadki ochronne - Alterra z granatem i India Cosmetics (co gorsze ucierpiała też boska pomadka Lily Lolo Berry crush ;((( ) więc skusiłam się też na pomadkę ochronną Isana Intensiv. Coś mi świta, że czytałam na jej temat pozytywne opinie.



Mam mocne postanowienie poprawy, od przyszłego miesiąca wracam do wrzucania zakupów zbiorczych z całego miesiąca. Może widok tych wszystkich pudeł ograniczy moje kolejne zakupy na zapas...

piątek, 24 października 2014

Ziaja | Liście zielonej oliwki | Oliwkowy płyn dwufazowy

Ziaja | Liście zielonej oliwki | Oliwkowy płyn dwufazowy
Nie byłabym sobą gdybym się nie napaliła na nową serię Ziaji. Mimo porażki z Liśćmi Manuka. Najbardziej kusił mnie tonik, jednak rozsądek podpowiedział mi dwufazę - tusz z Provoke z którym się polubiłam i to bardzo (jak zgęstniał robi cuda z moimi rzęsami *-*) jest tak diabelnie wodoodporny, że micele go nie ruszały i musiałam posiłkować się oliwką. Do standardowej dwufazy Ziaji mam mieszane uczucia i uważam że jest słabsza chociażby od tych z Bielendy. A jak sprawdziły się Liście zielonej oliwki?


Opakowanie jest standardowe dla dwufaz tej firmy. Ma kuszący, intensywnie zielony kolor. Żałuję tylko, że opakowanie nie jest na klik a posiada odkręcaną zakrętkę. I to jedyne zastrzeżenie jakie mam wobec tego produktu. Działanie ma po prostu świetne. Rozprawia się z tuszem w ciągu kilkunastu sekund. Pozostawia na skórze bardzo delikatną, łatwą do usunięcia powłoczkę. Nie migruje do oczu. Jest dosyć wydajny, potrzeba niewielką jego ilość, żeby pozbyć się makijażu. Jest bezzapachowy. Faza olejowa i wodna mieszają się z łatwością. Nie podrażnia oczu i  jest bardzo łagodny dla skóry.
Muszę przyznać, że ten produkt zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Jest niedrogi (7,50 zł za 120 ml) i łatwo dostępny (sklepy firmowe, Natura, Rossman?). Warto go mieć, jeśli lubicie intensywne makijaże i trwałe tusze do rzęs. Ja sama do niego chętnie wrócę gdy zużyję to opakowanie a i na tonik skuszę się przy najbliższej okazji ;))


Znacie tę serię?

czwartek, 23 października 2014

Seboradin Niger | Lotion z czarną rzodkwią

Seboradin Niger | Lotion z czarną rzodkwią
O tym produkcie pierwszy raz dowiedziałam się parę lat temu od fryzjerki. Od momentu zakupu pierwszego opakowania gości on u mnie 2-3 razy w roku, gdy stosuję go jako kurację na porost nowych włosów. Bardzo skuteczną kurację :)



Lotion ten jest produktem na bazie alkoholu w związku z tym stosuję go wyłącznie jako wcierkę na skórę głowy omijając przy aplikacji długość włosów. Zawsze stosuję go aplikując obficie codziennie na skórę, wykonując przy okazji krótki masaż. Opakowanie wystarcza mi na około 1,5 miesiąca. Płyn niezbyt przyjemnie pachnie czarną rzepą jednak po którejś zużytej butelce zapach przestał mnie drażnić a wręcz zaczął podobać. Gdy włosy robią się suche nie jest wyczuwalny. Produkt ten nie obciąża, nie przesusza mi skóry głowy a wręcz ma wpływ na dłuższą jej świeżość.
No i najważniejsze czyli efekty. Są. Tylko trzeba być systematycznym i cierpliwym. Zawsze po kuracji mam wysyp baby hair. Potężny wysyp. Nie zauważyłam jednak drastycznie przyspieszonego porostu. Jeśli mowa o hamowaniu wypadania tutaj trudno jest mi się jednoznacznie wypowiedzieć. Nie, że włosy mi nie wypadają. Bo wypadają. Ale o ile czasami po tym produkcie wypadać przestają tak czasem nie ma on na to żadnego wpływu. Dziwna sprawa.
Cena tego produktu waha się od 20 do nawet blisko 40 zł za 200 ml. Do kupienia w aptekach.


Używałyście go? Byłyście zadowolone z efektów?

poniedziałek, 20 października 2014

Sensique | Puder rozświetlający w perełkach

Sensique | Puder rozświetlający w perełkach
Nie lubię firmy Sensique. Nie twierdzę, że cała ich oferta jest wybitnie zła bo zdarzają się im się perełki jednak większość produktów jakie używałam okazywało się być co najmniej przeciętne. Ale skoro już na coś dobrego trafiłam to warto o tym napisać.


Opakowanie jest straszne. Nieestetyczne, z marnej jakości plastiku - nie wróżę mu długiego żywota. Zawartość? Powiem od razu, że pierwsze co zrobiłam to wywaliłam kulki w odcieniu świńskiego różu. Okropność. Zostały beżowe, brzoskwiniowe i brązowe. Efekt finalny na skórze jest dosyć jasny, piaskowy, jednak na bardzo jasnej skórze raczej jako typowy rozświetlacz na kości policzkowe się nie sprawdzi. Na lekko opalowej - i owszem. Ja używam go jako raczej jako wykończenie makijażu aplikując delikatną mgiełką na całą twarz lub policzki. Efekt jest delikatny. Nie posiadają drobinek, rozświetlenie dają na zasadzie subtelnego odbicia światła. Są trwałe. I dosyć twarde więc dla uzyskania mocniejszego efektu na skórze trzeba się trochę pędzlem namachać. W składzie zawiera parafinę jednak mojej skórze skłonnej do zapychania krzywdy nie robi.
Kupiłam je za mniej niż 10 zł i nawet się z nimi polubiłam. Może nie jest to kosmetyk na który warto polować jednak cieszę się, że gości w moim zbiorze i lubię po niego od czasu do czasu sięgnąć.



Znacie ten produkt? Jak się u Was sprawdził?

niedziela, 19 października 2014

Codzienny makijaż ostatnich tygodni...

Codzienny makijaż ostatnich tygodni...
Ostatnio maluję się (o ile w ogóle się maluję ;)) o takich porach, że rzadko udaje mi się trafić na światło dzienne. Dlatego też z najczęściej używanymi kosmetykami kolorowymi przeniosłam się do łazienki. Dało mi to też podgląd po jaki kosmetyki sięgam najczęściej. Dziś na ich temat kilka słów...

Pani Kota *-*

Podkład i korektor pod oczy to moje niezbędniki. Jeśli mowa o produktach kremowych z powodzeniem używam podkładu nawilżającego Pharmaceris i korektora Match Perfecion Rimmel. Oba produkty nie doczekały się jeszcze recenzji na blogu, pozostałe podlinkuję Wam na dole. Cały czas wierna jestem również minerałom Lily Lolo - podkładowi w odcieniu China Doll oraz cieniowi/korektorowi w odcieniu Cream soda. Rzadko sięgam po róże czy rozświetlacze za to bronzer to dla mnie rzecz obowiązkowa i na mojej skórze gości Sun touch bronzing powder od My Secret ze względu na swój idealny herbatnikowy odcień.
Z makijażu oczu często rezygnuję, jednak jeśli sięgam po cienie są to albo cienie wypiekane Provoke albo marna jakościowo ale świetna kolorystycznie paletka W7 Naked Nudes. Tusz do rzęs (który sporo zyskał gdy podeschnął) to również marka Provoke. Brwi najczęściej podkreślam woskiem z paletki do brwi Lily Lolo w odcieniu Light. Nie że mam jakieś zastrzeżenia do cienia - bo nie mam - ale jestem strasznym leniem i nie chce mi się bawić w ich uzupełnianie.
Na ustach (znów, jeśli je maluję) goszczą trzy pomadki: Be Beauty w odcieniu 3, matowa Pierre Rene w odcieniu 6 lub Lily Lolo Berry Crush.
I to by było na tyle ;)


RECENZJE:

A jak wygląda Wasz codzienny makijaż? :-)




piątek, 17 października 2014

Clarena | Podo Line | krem do stóp z mocznikiem

Clarena | Podo Line | krem do stóp z mocznikiem
Nigdy nie myślałam, że nie dość że będę systematyczna w pielęgnacji stóp to jeszcze się z takim codziennym rytuałem polubię. Stało się. Krem do stóp został moim najlepszym przyjacielem.
Dziś o kremie Clarena, który wpadł w moje ręce (stopy?) dzięki uprzejmości sklepu bodyland.pl [KLIK]


Szalenie podoba mi się skromne opakowanie tego produktu. Biel i niebieskie akcenty to jest to. Tubka jest wygodna, miękka, łatwo wydobyć z niej produkt. Konsystencja jest lekka, kremowa, aksamitna. Bardzo przyjemna i sądzę, że wielu osobom przypadnie do gustu. Jest wydajny. Dobrze się rozprowadza, dosyć szybko się wchłania dając efekt wygładzenia. Przyjemnie nawilża i regeneruje. Mimo, że jest to krem do użytku codziennego gdy z braku czasu czy chęci odpuszczałam ten element pielęgnacji stopy wyglądały dobrze kolejne dni. Ma przyjemny jednak dosyć neutralny zapach. Nie mam mu na prawdę nic do zarzucenia jeśli mowa o pielęgnacji stóp średnio problematycznych. Poza ceną, która dla mnie jest dosyć wygórowana. [Do kupienia TU 27,5 zł 100 ml]

Zdarza mi się go również używać jako kremu do rąk  i tutaj ma o wiele większe pole manewru ponieważ dłonie mam w stanie... strasznym. Okolice kostek w sezonie jesienno-zimowym są przesuszone/twarde/pękające (Albo wszystko na raz... Dziewczyny noście rękawiczki! Bo odmrożenie rąk daje właśnie takie skutki. Po latach też). Krem na prawdę daje sobie radę. Wyleczył drobne pęknięcia, całkiem nieźle nawilżył jednak jak każdy produkt z mocznikiem spowodował niestety pieczenie.

Podsumowując: to dobry produkt w średniej cenie.




Post o stopach, pytanie o dłonie. Znacie jakiś porządny krem do rąk dla skóry skrajnie wysuszonej i pękającej bez mocznika (albo w ilościach śladowych w składzie) o bogatej konsystencji w rozsądnej cenie? Oprócz Garniera - nie daje rady.

czwartek, 16 października 2014

Kwiatki w wannie.

Kwiatki w wannie.
Dziś o dwóch przyjemnych myjadłach.


Miałam ostatnio ochotę na kwiatki. Kwiatki w żelach. Żel z Lirene wpadł w moje ręce dzięki uprzejmości producenta, Oceanię przygarnęłam przy okazji zakupów w Biedronce. Oba te żele są bardzo porównywalne. Dobrze się pienią mimo dosyć płynnych konsystencji. Idealnie sprawdzają się i jako żele i jako płyny do kąpieli dzięki swoim dosyć intensywnym zapachom. Oba mają dużą pojemność dzięki czemu można się nimi nacieszyć.
Żel Oceania rzeczywiście, zgodnie z obietnicami pachnie i lawendą i patchouili. Zapach jest przyjemny, relaksujący. Idealny na wieczór.
W różanym ogrodzie Lirene za to rośnie też... słodki, pachnący groszek. Zapach jest co najmniej miły dla nosa.
Jakościowo wygrywa żel Lirene ze względu na większą łagodność dla skóry. Po żelu z Biedronki moja skóra woła pić. Po Lirene mogłabym odpuścić sobie balsam.

Podsumowując: jeśli lubicie kwiatowe zapachy warto sięgnąć i po jeden i po drugi produkt. Ocenia wygrywa ceną 3zł za 500 ml a Lirene właściwościami pielęgnującymi (15 zł za 400 ml).


środa, 15 października 2014

Nowości | Bania Agafii, Ziaja, itp...

Nowości | Bania Agafii, Ziaja, itp...
O ja naiwna myśląca, że uda mi się nic w tym miesiącu nie kupić...


Dnia pewnego okazało się, że nie posiadam żadnej nie-oczyszczającej maseczki do twarzy. Ani jednej sztuki. Jako, że nic konkretnego mnie nie kusiło, wszelkie maski saszetkowe u mnie odpadają zdecydowałam się sięgnąć po maski Bania Agafii, które zbierają całkiem niezłe opinie w sieci. Do koszyka wpadły wersje: odmładzająca, kojąca, tonizująca i liftingująca. Zakupy robiłam na stronie skarby syberii gdzie po obniżce kosztowały niewiele ponad 5 zł za sztukę. Przy okazji kupiłam również Aktywne serum na porost włosów w zastępstwie kończącego mi się już Seboradinu.


W sklepie firmowym Ziaji kupiłam mój ukochany żel pod prysznic z serii Maziajki o zapachu... lodów ciasteczkowo-waniliowych. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam *-*. Chciałam też przetestować coś z nowej serii Liści zielonej oliwki i mimo, że miałam ochotę na tonik rozsądek podpowiedział mi płyn dwufazowy (potrzebny!).



W poszukiwaniu oczyszczającego szamponu w oko wpadł mi ten z Evy Naturii z serii Potrójna siła ziół. I kolejne dwa żele pod prysznic (ostatnio mam jakąś manię kupowania żeli...) Dove oraz On-Line o zapachu figi (chciałam macadamia ale nie było).

I to by było na tyle. Żyję nadzieją, że to ostatnie zakupy w tym miesiącu ;)

wtorek, 14 października 2014

Palmers | Gentle exfoliating facial scrub | peeling do twarzy

Palmers | Gentle exfoliating facial scrub | peeling do twarzy
Jestem fanką wszelkich peelingów. Moja skóra potrzebuje porządnego złuszczania minimum raz w tygodniu. Dziś o peelingu firmy Palmer's, który mam okazję używać dzięki uprzejmości sklepu Bodyland.pl [KLIK]


To pierwszy produkt tej marki jaki wpadł w moje ręce. I bardzo się cieszę bo od dawna byłam jej ciekawa. Pierwszą rzeczą, na jaką zwróciłam uwagę gdy otrzymałam ten kosmetyk jest jego... tuba. Spłaszczona tuba. Niby nic niezwykłego i innowacyjnego ale taka forma wygląda po prostu ładnie i jest miłym urozmaiceniem od wszystkich standardowych tub. Estetyka opakowania jest charakterystyczna dla Palmers'a, dosyć skromna ale coś w sobie ma :)
Zacznę od konsystencji. W lekkim kremie zatopione są drobiny dwóch wielkości - małe i duże. Są to drobinki ziaren masła kakaowego oraz rozdrobnione skorupki orzecha włoskiego. W składzie znajdują się też olej sojowy, ekstrakt z masła kakaowego, masło shea, masło kakaowe, sok z aloesu czy hydrolizat protein mlecznych. Sam skład więc przemawia na korzyść tego produktu.
Drobinki są ostre. Przyjemnie ostre. Jednak nie powodują spustoszenia na skórze, podrażnienia jej czy nawet nadmiernego zaczerwienienia. Mimo to skóra jest mocno oczyszczona i bardzo wygładzona jak na przykład po peelingu bardzo mocnym Ziaji Pro, który tak łaskawy dla skóry nie jest (i którego osobiście nie lubię). Delikatnie przypomina mi również peeling z St.Ives (teraz to Soraya?) jednak Palmer's to zupełnie inna klasa produktu. Kremowa forma peelingowej bazy odpowiada za komfort jaki pozostaje na skórze po spłukaniu peelingu. Produkt się nie pieni - co dla mnie jest jego kolejnym niewątpliwym plusem bo nie ciepię tego typu produktów w pielęgnacji skóry twarzy. Ma przyjemny, lekko kwiatowy zapach.
Podsumowując: to na prawdę świetny peeling mechaniczny. Cena jest dosyć atrakcyjna - 33,50 zł za 150 gramów produktu na stronie bodyland.pl [TU]
Muszę przyznać, że na chwilę obecną narobiłam sobie ochoty na inne produkty tej marki, szczególnie na oczyszczającą maskę [KLIK]







Znacie produkty firmy Palmer's? Jak się u Was sprawdziły? :)




poniedziałek, 13 października 2014

Joanna | Argan Oil

Joanna | Argan Oil
Najwyższa pora na kilka słów na temat produktów Joanna z serii Argan Oil, które jakiś czas temu wpadły w moje ręce. Spośród średniaków znalazł się jeden hit, bubel i potencjalny bubel. Jesteście ciekawe? ;)

Linia Argan Oil to produkty stworzone do szczególnej pielęgnacji włosów potrzebujących – przesuszonych, słabych, łamliwych, z rozdwojonymi końcówkami oraz tych, które do tej pory trudno było zregenerować i przywrócić piękny wygląd. Receptury tych kosmetyków zostały oparte o jeden z najcenniejszych we właściwości pielęgnacyjne składnik – olejek arganowy, zwany także „płynnym złotem Maroka”. Olejek arganowy pochodzi z ekologicznych upraw i posiada certyfikat Ecocert. Jest on najbardziej cenionym i najbogatszym we właściwości odżywcze olejkiem na świecie a wytwarzany jest z owoców drzewa arganowego, które występuje tylko w jednym miejscu na świecie – w południowo-zachodniej części Maroka. Już od starożytności używany był do pielęgnacji skóry i włosów, a od teraz dostępny jest także w najnowszej linii kosmetyków do pielęgnacji włosów – Argan Oil. [strona producenta]

Włosy mam suche i zniszczone. Cienkie i rzadkie. Idealne do testów ;)


SZAMPON
Mimo zawartości SLSu okazał się być bardzo łaskawy dla mojego skalpu. Skutecznie oczyszcza skórę głowy z olei (i z naftą dał sobie radę). Ma dosyć płynną konsystencję jednak nie ma to wpływu na zmniejszenie wydajności - wystarczył na blisko 3 tygodnie codziennego mycia włosów. Ma przyjemny, orzechowy zapach. Dobrze się pieni. Lekko plącze włosy. Nie spowodował polepszenia ich stanu jednak w żaden sposób nie wpłynął też na nie negatywnie. Ot, przecietniak.
ODŻYWKA
Okazała się być dużo lepsza od maski (o czym za chwilę). Minusem jest fakt, że producent zaleca pozostawić ją na włosach przez kilka minut. Dla mnie to domena masek. Jednak zmycie tego produktu po minucie nie daje satysfakcjonujących efektów. Po 5 jest lepiej. Dużo lepiej. Odżywka przyzwoicie wygładza, nawilża i zmiękcza włosy. Nie obciąża ich. Znacząco ułatwia rozczesywanie. Ma przyjemną, dosyć konkretną konsystencję. Jednak nie przekłada się to na jej wydajność - zużyłam ją w zastraszająco szybkim tempie.
MASKA
Bubel. Totalny. Przyczyna jest prosta- olej kokosowy wysoko w składzie. A moje (wysokoporowate) włosy kokosa nie cierpią. Nie mam zastrzeżeń co do konsystencji - jest bardzo bogata - jednak działanie to porażka. Nie wygładziła włosów, miałam wręcz wrażenie, że są bardziej tępe niż przed użyciem. Lekko wysuszyła końce. Miałam ogromne problemy z ich rozczesaniem. U mnie porażka.
Generalnie olej kokosowy raczej na włosach wysokoporowatych się nie sprawdza. A włosami wysokoporowatymi są zazwyczaj włosy zniszczone czy suche. Więc jak dla mnie z całą sympatią do kokosa jego obecność w produkcie dedykowanym takim a nie innym włosom jest chybiona.

SKŁAD: szampon - odżywka - maska


SERUM
To bezapelacyjnie najmocniejsze ogniwo całej serii. Nie lubię odżywek bez spłukiwania w formie kremowej. Zrezygnowałam z nich lata lata temu na rzecz odżywek w sprayu, olejów i jedwabi. Mam włosy bardzo cienkie i ostatnio niestety bardzo rzadkie. Do tego zniszczone. Takie włosy nie wyglądają dobrze dłużej niż dobę. Jakbym ich nie nawilżała, nie odżywiała i czego bym nie robiła po jednym dni zamiast włosów mam smętne, suche strąki, które błyskawicznie tracą objętość. I to jest jeden z powodów dla których myję włosy codziennie mimo nieprzetłuszczającego się skalpu. Nie znalazłam jeszcze produktu, który po pierwsze: nawilżył by włosy tak by wyglądały dobrze i po drugie: nie miał negatywnego wpływu na objętość (chociaż to wielkie słowo w przypadku moich włosów;)). Więc no. Już znalazłam. Uważam ten produkt za małego geniusza dla moich włosów i z pewnością sięgnę po kolejne opakowanie. O ile nie odwidzi się on moim włosom (oby nie!).
ODŻYWKA DWUFAZOWA
Potraktujcie tę opinię jako pierwsze wrażenie. Bo odkąd spróbowałam serum po ten spray praktycznie się sięgałam. Bo i działanie do mnie nie przemawia. Włosy po jej użyciu były jakieś takie sianowate, suche, bez życia. Trudne do rozczesania. Generalnie myślę, że zapowiada się bubel ale dam Wam znać jak się sprawy mają ją jeszcze trochę poużywam. Kiedyś.
JEDWABISTY ELIKSIR
Moje końcówki bardzo lubią się z wszelkiej maści jedwabiami. Jednak po porażce z mieszanką silikonów z olejem (Marion, Kuracja z olejkiem arganowym) podeszłam do tego produktu z lekką dozą niepewności. Niepotrzebnie. Mimo, że nie pobił mojego faworyta w tej dziedzinie (Marion, jedwab do włosów farbowanych) i produktu z dużym potencjałem na na hit (Rossmanowski olejek do włosów z Isany - ale muszę go dłużej poużywać) to i tak uważam, że to całkiem porządny produkt do zabezpieczania końcówek. Jest dostatecznie lekki by nie odciążyć nadmiernie włosów i dostatecznie treściwy bym nie musiała go reaplikować. Wygładza, ułatwia rozczesywanie. Ma szklane opakowanie (wielki plus, wszyscy producenci uwzięli się na plastiki) w bezawaryjną pompką.

SKŁAD: serum - dwufaza - eliksir

KONSYSTENCJA: szampon - odżywka - serum

Na koniec przyczepię się do opakowań szamponu i odżywki. Nakrętki słabo trzymają się butelki przez co nie raz zdarzyło mi się opakowanie rozczłonkować. W trakcie podróży do mnie szampon niestety wylał się cały właśnie ze względu na feler opakowania (i nie jest to odosobniony przypadek bo spotkałam się z taką samą sytuacją na innym blogu).
Produkty kosztują w granicach 7-20 zł (szampon dokładnie 7,20 zł w niesieciowej drogerii;)) więc cena warta ewentualnego zakupu.

Podsumowując:
Szampon, odżywka i eliksir dają radę. Dwufaza zapowiada się na bubel niczym maska. Ale serum zostanie ze mną na dłużej :)


Nowości firmy możecie śledzić na Facebooku [KLIK]. Swoją drogą muszę zapolować na malinową odżywkę w sprayu! ;)

niedziela, 12 października 2014

Peggy Sage | Plaisir des Sens | czekoladowe masło do ciała

 Peggy Sage | Plaisir des Sens | czekoladowe masło do ciała
Jakiś czas temu dzięki uprzejmości sklepu Bodyland.pl [KLIK] w moje łapy wpadło czekoladowe masło marki Peggy Sage. Markę kojarzyłam, jednak do tej pory nie miałam okazji używać żadnego kosmetyku z tej firmy więc bardzo się cieszę, że to właśnie z tym produktem mogłam się zapoznać.


Opakowanie nie powala. Wykonane jest z dobrej jakości plastiku, posiada dodatkowe zabezpieczenie wieczka i bardzo skromną szatą graficzną. Produkt ma kremową i średnio-lekką konsystencję. Bardzo łatwo rozsmarowuje się na skórze zapewniając mocne wygładzanie (silikony w składzie) zbliżone do wszelkich produktów wyszczuplających/ujędrniających. Na skórze pozostawia delikatną powłokę jednak w żadnym stopniu nie jest ono tłuste czy klejące. Świetnie nawilża i koi skórę. Okazał się być wybawieniem po nieudanej przygodzie z żelem pod prysznic, który po jednym użyciu ściągną mi skórę i wysuszył ją na wiór. Jest bardzo wydajne. Myślę, że opakowanie o pojemności 250 ml wystarczy mi spokojnie na ponad 2 miesiące używania 1-2 razy dziennie (standardowo taka pojemność wystarcza mi na miesiąc ;)). No i najważniejsza kwestia w przypadku taki smarowideł czyli zapach. Kto liczy na zapach czekolady srogo się rozczaruje. Masło to pachnie alkoholem. Dobrej jakości czekoladowym likierem. Bez nuty alkoholu (rozumiecie? :D). Zapach na piątkę z plusem.
Cena tego produktu to 59 zł [KLIK]. Sporo, jednak zdarzają się promocje. Czy kupiłabym je sobie? Raczej nie. Głównie ze względu na cenę. Za to wydaje mi się być idealną opcją na prezent dla bliskich :)



Copyright © 2016 KOSMETYKOHOLICZKA , Blogger