środa, 21 maja 2014

Miss Sporty BB Morning Baby!

Dziś o kremie BB na który skusiłam się na -40% w Naturze. Na zakup zdecydowałam się po prześledzeniu wizażu - miał 3,5 gwiazdki a recenzje wykreowały mi obraz produktu idealnego dla mnie. Na szczęście się nie myliłam :)

Szalenie podoba mi się jego opakowanie. Jest mocno dziewczęce i mimo, że nie wpisuję się raczej w przedział wiekowy odbiorców marki uważam że jest urocze *-*





 1. Twarz z kremem 2. BB + korektor pod oczy 3. Wersja zapudrowana

TWARZ:
Miss Sporty BB  Morning Baby!
NYC Liquid Concealer KLIK
Catrice LE Celtica Highlighter (pod okiem)
Catrice Prime and fine Mttifyng powder

Jak widać (mam nadzieję) na załączonym obrazku krem BB a raczej krem tonujący z Miss Sporty prezentuje się na prawdę przyzwoicie.

Nie jest to produkt mocno kryjący, jednak całkiem fajnie radzi sobie z delikatnym wyrównaniem kolorytu. Mam na policzkach piegi jednak całkiem je lubię więc nie zależy mi na ich całkowitym ukryciu a raczej na delikatnym ich stonowaniu.
Wykończenie jakie daje ten produkt jest lekko mokre. Delikatnie też odbija światło. Po przypudrowaniu daje bardzo naturalny, dzienny efekt.
Jego konsystencja jest bardzo płynna, wręcz lejąca. Dobrze się aplikuje niezależnie czy wybierzemy pędzel czy pozostaniemy przy nakładaniu palcem.
Kolor 01 jest jasny, jednak odrobinę ciemnieje na skórze. Ja nakładam na niego jasny puder. Jednak mocno bladolicym osobom sugeruje sprawdzić tester.


Powiem szczerze, że kupiłam go bez większego przekonania jednak okazał się być całkiem przyzwoitym produktem. W przypadku niedoskonałości potrzeby jest mu do pomocy korektor, jednak lubicie lekkie produkty powinnyście być z niego zadowolone.

Dostępny m.in. w Rossmanie i Naturze w granicach 15 zł.


wtorek, 20 maja 2014

Honolulu by W7

Dziś o produkcie którego fenomenu pojąć nie umiem.

Honolulu opakowanie ma ciekawe, widać dużą inspirację produktami Benefit. I jak dla mnie to chyba jedyny plus dla tego kosmetyku.

Kolor opisywany jako idealny dla każdego, chłodny, bez nut pomarańczu... Serio? Bronzer Honolulu jest bardzo ciemny. Bardzo. Może nie pomarańczowy ale ziemisty. Na skórze wygląda po prostu źle i nienaturalnie.

Jakościowo produktu również pupy nie urywa. Tworzy placki, plamy, trudno go rozetrzeć. Trudno też nabrać odpowiednią ilość na pędzel, nałożyć go w niewielkiej ilości i 'dokładać' w celu zintensyfikowania koloru.

Nadmienię, że z bronzerów korzystam od paru lat, nie jest to pierwszy tego typu produkt jaki dane mi było używać.



Tutaj porównanie koloru Honolulu do mojego ukochanego bronzera z Catrice LE Cucuba. Różnica moim zdaniem jest kolosalna. Na dużą niekorzyść produktu z W7.

Przyznam, że dawno na żadnym produkcie aż tak się nie zawiodłam.

poniedziałek, 19 maja 2014

HIT: Rival de Loop Clean&Care tonik pielęgnacyjny do twarzy

Tonizujecie swoją skórę? Ja odkąd odkryłam, że toniki na prawdę działają robię to codziennie. Przez długi czas szukałam jednak swojego ulubieńca. Z braku laku parę miesięcy temu sięgnęłam po tonik z Rival de Loop i od tego czasu gości on u mnie stale. Dlaczego?


Pierwsze dniu użytkowania tego produktu były dla mnie zadziwiające ponieważ zaczęłam się... łuszczyć. Niczym po kwasie. Fakt faktem, tonik ten zawiera kwas salicylowy, ale nie sądziłam że niewielkie stężenie w drogeryjnym produkcie może tak zadziałać na moją skórę. Tonik odstawiłam na jakiś czas. Gdy sięgnęłam po niego ponownie takich objawów nie zaobserwowałam. Systematyczne używanie tego produktu widocznie poprawiło stan mojej skóry.

Tonik świetnie oczyszcza. Tonizuje. Nie klei się. Zapach ma średni (nie zawiera substancji zapachowych) jednak w codziennym użyciu jest on dla mnie nie wyczuwalny. Kosmetyk ma świetny skład.  Warto też wspomnieć, że jest to produkt wegański.


Osobiście nie planuję się z nim rozstawać w najbliższej przyszłości mimo, że lubię testować wszelkie nowości. Produkty Rival de Loop dostępne są w Rossmanie. A ten oto tonik kosztuje niecałe 5 zł za pojemność 200 ml.

sobota, 17 maja 2014

Himalaya Herbals Odżywczy krem do twarzy

Jakiś czas temu w moje łapy wpadł ten oto krem odżywczy z Himalaya Herbals. Markę polubiłam dzięki masce z miodlą, używałam też ich zupełnie nie najgorsze mydło. W kremie pokładałam spore nadzieje, pierwsze wrażanie było pozytywne a potem? Tylko gorzej.
Produkt ten cieszy się dużą popularnością. I trochę mnie to dziwi. Ale każda skóra jest inna i ma inne potrzeby :)





Krem ma brzydkie opakowanie. Lekką, ale dosyć konkretną kremową konsystencję - nadaje się pod makijaż. Średni, ale mocno nie irytujący zapach. I działanie bardzo niekorzystne dla mojej mieszanej skóry ze skłonnością do zapychania, rozszerzonych porów oraz przesuszania. Kilka pierwszych dni używania kosmetyku to była cisza przed burzą, skóra szybko wchłaniała krem zapewniając nawilżenie i ukojenie. Jednak z dnia na dzień było coraz gorzej. Zamiast nawilżenia pojawiło się lekkie wysuszenie. Do tego krem paskudnie zapchał mi pory. I spowodował uroczy wysyp. Porażka. Po odstawieniu skóra się uspokoiła.

Powiem szczerze, że od dawna nie używałam kremów w parafiną i ją pierwszą zaczęłam obwiniać o pogorszenie stanu skóry. Jednak kolejny krem, który kupiłam również ten składnik zawiera a krzywdy mi nie robi.


Podsumowując: za 5zł warto spróbować patrząc na ogrom zachwytów. Ja swoją sztukę zużyłam do ciała i z pewnością więcej go nie kupię.