czwartek, 12 grudnia 2013

HIT: Eveline Przeciwzmarszczkowy odmładzający krem na dzień Argan Oil

Po porażce z kremem Perfecty szukałam jakiegoś nawilżającego kremu o znośnym składzie i znośnej cenie.

W oko wpadł mi krem firmy Eveline a dokładniej Przeciwzmarszczkowy odmładzający krem na dzień Argan Oil. Jakie było moje zdziwinie, gdy okazało się, że olej znajduje się na siódmym miejscu w składzie a przed nim też same fajne składniki jak między innymi: olej sojowy, mocznik czy kwas hialuronowy. Ja jestem miło zaskoczona, że tania (kosztował 17zł za 50ml) marka drogeryjna wypuściła krem o bardzo fajnym dla mnie składzie.

Sam krem zapakowany jest w całkiem estetyczny słoiczek, który mimo, że nie do końca trafia w moje gusta, nie wygląda jednak tragicznie. No i czekam, aż producenci zaczną standardowo pakować kremy w opakowania z pompką dla większej higieny.

Krem na dosyć lekką, ale nadal kremową konsystencję. Nie jest on tłusty. Na mojej skórze nie wchłania się do matu, pozostawia delikatną warstewkę, dlatego też używam go mimo mało sprzyjających temperatur. Skóra po użyciu jest bardzo miękka, nawilżenie jest widoczne gołym okiem. Wygładzenia zmarszczek nie zaobserwowałam bo po pierwsze dużych zmarszczek na szczęście nie posiadam, a po drugie nie wymagam tego od kremu. Nie oszukujmy się, krem co najwyżej może nam skórę nawilżyć, odżywić i przez to optycznie odmłodzić. I ten właśnie to robi.

Produkt ten nie spowodował u mnie alergii, podrażnień czy w jakikolwiek inny sposób pogorszenia stanu mojej skóry. Stosując go przez miesiąc dwa, czasem trzy razy dziennie zużyłam pół słoiczka.

Jak najbardziej Wam go polecam. A jeśli skusicie się na zakup mam nadzieję, że będziecie z niego zadowolone tak samo mocno jak ja.


P.S
Korzystacie ze strony rossnet.pl ?
Nie wiem czy wiecie, ale Rossman oprócz opisów chyba wszystkich swoich produktów wraz z cenami ma też ich zdjęcia a co najważniejsze zdjęcia ich składów. Jestem szalenie z tego faktu zadowolona, bo nie muszę przekopywać internetu w ich poszukiwaniu a wybór produktów stał się szybszy i dużo wygodniejszy.
Jeszcze nie wszystkie produkty zostały obfotografowane, ale i tak Rossman bardzo u mnie zapunktował :)


P.S.2
A na screenie produkt na który z pewnością się skuszę. Mimo, że nie szaleję za kremami BB czy CC.. Jestem strasznie ciekawa jak spisze się na mojej skórze ponieważ zawiera w sobie zielony pigment.

wtorek, 5 listopada 2013

Kosmetyczne odkrycie: KOBO Mineral MakeUp Pearls



Od jakiejś połowy mojego dorosłego życia marzą mi się pastelowe Meteoryty od Guerlain. I to chyba jedyny kosmetyk selektywny, który koniecznie chce mięć (no, może oprócz cudownej kuleczkowej rozświetlającej bazy tego samego producenta i magicznego korektora pod oczy wielkiej Heleny...)
Jednak koszt tych kuleczek jest dla mnie totalnym nieporozumieniem i zawsze gdy już na nie nazbieram stwierdzam, że to zbędny wydatek.
Gdy zobaczyłam w gazetce Natury kulki od KOBO wiedziałam, że muszę je mieć. I miałam. I tak właśnie sobie uświadomiłam, że chyba popełniłam lekkie oszustwo w poście na temat październikowych zakupów bo weszłam ich posiadanie pod koniec września. Chyba.



Cienia Essence w odcieniu Cappucino please! używam jako typowego rozświetlacza, moim zdaniem różnica jest kolosalna...

Owe perełki kupiłam z zamiarem używania ich na całą twarz na matujący puder w celu pozbycia się płaskiego matu z twarzy, którego nienawidzę.
Mam skórę normalną z natury, nie mam problemu z jej przetłuszczaniem się. Gdyby podkłady nieprzypudrowane były tak samo trwałe jak z nałożonym pudrem spokojnie wyrzuciłabym tego typu produkt z mojej kosmetyczki. Ale niestety nie są.
Kulki te okazały się być moim totalnym kosmetycznym odkryciem miesiąca – roku – życia...
Omiatam nimi twarz po nałożeniu kremu tonującego/podkładu i odrobiny typowego pudru. Wydłużają trwałość podkładu ale zamiast paskudnego matu (no nieciepięęę) dają lekko satynowe, nienachalne, zdrowe wykończenie. Nie zawierają brokatu a ich efekt rozświetlający to lekkie rozproszenie światła. Taki fotoszop za 25zł...

Niestety osoby, które kupiłyby ten puder z myślą o rozświetleniu kości policzkowych będą mocno zawiedzione. Nie jest to typowy rozświetlacz. Mi jednak zupełnie to nie przeszkadza.

Opakowanie jest całkiem estetyczne, chociaż jak we wszystkich produktach tej firmy w zastraszającym tempie ścierają się z niego napisy.
Same kulki są bardzo miękkie i kruszą się pod wpływem pędzla, kulek mam coraz mniej, pyłku coraz więcej.

Chyba nie muszę mówić, ze jak się skończą z pewnością kupię je ponownie. A jakby KOBO zrobiło wersję prasowaną to już w ogóle byłabym w raju.




sobota, 19 października 2013

Drogocenny olejek arganowy 3 w 1 Bielenda

Na zakup Drogocennego olejku arganowego 3 w 1 z firmy Bielendy skusiłam się gdy tylko pojawił się na rynku. Opakowanie o pojemności 200ml kosztuje w cenie standardowej 20zł.





Produkt ten według producenta ma odżywiać, nawilżać, rozświetlać i wygładzać skórę i włosy.
Jednak coś nam tu delikatnie Bielenda oszukuje. Byłam świadoma ceny olejku arganowego i nie wierzyłam że znalazł by się na pierwszym miejscu w składzie, ale nie każda klientka przeczyta skład przed zakupem.  A szkoda. Szkoda też że producent nie nazwał tego produktu olejkiem sojowym. Było by to mniej mylące.




Jeśli chodzi o włosy przyznam, że spisuje się nieźle. Włosy po jego użyciu są błyszczące i nawilżone. Bardzo dobrze się domywa, nawet delikatnym szamponem. Nie sprawdza się jednak w przypadku mojego sianka jako produkt do zabezpieczania końcówek – po użyciu dosłownie dwóch kropli stają się one mocno obciążone.

W przypadku pielęgnacji twarzy olei używam na zwilżoną skórę. Olejek ten niczym się nie wyróżnił. Dodatkowo lekko mnie zapchał po dłuższym stosowaniu.

Oliwki do ciała używam po każdym prysznicu i w tej roli spisał się tak samo dobrze jak każdy inny olej nałożony na mokre ciało.

Minusy?
Z pewnością opakowanie. Nie wiem po co pakować olejek w opakowanie z ‘psikadłem’ skoro i tak nie uzyskujemy nim mgiełki produktu. Dużo wygodniejsze było by opakowanie z pompką.
Zapach kosmetyku przypomina zapach czystego olejku arganowego jednak jest intensywniejszy i bardziej sztuczny – po prostu brzydszy.

Czy kupię go ponownie?

Być może. Jednak wyłączenie jako produkt do olejowania włosów.


niedziela, 21 kwietnia 2013

ELF Healthy Glow Bronzing Powder

Dziś przychodzę do Was z recenzją dwóch produktów firmy ELF z serii Healthy Glow Bronzing Powder. Jestem posiadaczką dwóch odcieni: matowego ciemnego brązu w odcieniu Matte Bronze oraz piaskowego rozświetlacza Luminance
Produkty te są dostępne w większości internetowych drogerii, kosztują około 10 złotych za sztukę.

Największym minusem produktu jest totalnie tandetne, bazarowe i nietrwałe opakowanie. Moje, częściej używane, jak widać już jest w kawałkach...


Luminance: jest to puder rozświetlający w odcieniu piasku ze złotymi tonami. Ma suchą konsystencję, wydaje się być matowy a efekt rozświetlenia uzyskujemy nienachalnymi drobinami.
Matte Bronze: to idealny kosmetyk dla dziewczyn, które uciekają od wszelkich ciepłych tonów w brązerach.  Jest bardzo ciemny i zimny. Zdarza mu się wręcz podchodzić pod sino-fioletowe tony (ale przydarzyło mi się to tylko na jednym podkładzie).

Trwałość pudrów jest standardowa, utrzymują się na buzi przez klika godzin, później zaczynają znikać.
A tutaj porównanie odcienia Luminance z cieniem Essence Cappucino, please! Jak widać produkt z Elfa jest dużo bardziej złoty. 


Używałyście jakichś produktów z tej firmy?

środa, 6 lutego 2013

Masło do ust NIVEA. Raspberry Rose.

Masła do ust Nivea pokazały się na sklepowych półkach w grudniu poprzedniego roku. Zauroczyły mnie one swoją świetną puszką, dużą pojemnością i wyborem zapachów.




Skusiłam się na wersję malinową po pozytywnych opiniach na temat jej zapachu. Ja jednak z przykrością stwierdzam, że malinowej Mamby niestety nie czuję. Zapach przypomina mi malinowe kaszki dla dzieci - niby to to ładne, ale jednak dosyć chemiczne. Jest bezsmakowe.

Jeśli chodzi o pielęgnację mnie niestety nie zachwyciło. Ba, zniechęciło do siebie strasznie. Ale od początku. Pierwsze podejście po produktu miałam całkiem pozytywne. Oprócz męczącego zapachu wywarło na mnie pozytywne wrażenie. Masło bardzo ładnie prezentuje się na ustach - lekko je rozjaśniając. Jednak po godzinie na ustach zauważyłam, że zamiast nawilżenia, jest coraz gorzej. Utworzyło wręcz skorupkę, którą musiałam ratować innym balsamem. I tak z każdym kolejnym podejściem... Próbowałam użyć je również na usta spierzchnięte po gorączce - wolę nie mówić o efekcie...

Śmiem podejrzewać, że któryś ze składników masła po prostu mnie uczula. A szkoda, bo estetyka opakowania zachęca do zakupu kolejnej sztuki...
Ja zapłaciłam za nie 7,50 zł.


wtorek, 5 lutego 2013

Green pharmacy. Masło do ciała. Olej arganowy i figi.


Szukałam ostatnio jakiegoś fajnego smarowidła do ciała. Czegoś dosyć konkretnego w swojej konsystencji i dosyć mocno nawilżającego. W gazetce Natury znalazłam masła do ciała z Green Pharmacy. Chęć sprawdzenia składu skierowała mnie oczywiście na wizaż, gdzie zbierały całkiem niezłe opinie. Więc drogą kupna (za 8,50 zł) zostałam szczęśliwą posiadaczką wersji z figami i olejem arganowym.




Opakowanie jak i reszta produktów tejże firmy prezentuje się całkiem nieźle.
Skład nie jest zły - zaraz po wodzie mamy mamy masło shea, olej agranowy w połowie składu. Oczywiście zawiera również parabeny...


Produkt ma fajną konsystencję. Przypomina mi on trochę ptasie mleczko. Masło bardzo dobrze poradziło sobie z moją przesuszoną skórą. Pozostawia on delikatną warstewkę na skórze i przepięknie pachnie.
Niestety nie jest wydajne, jednak stosunek cena/pojemność/wydajność nie załamuje.

Z pewnością zdecyduję się na kolejną sztukę.