czwartek, 6 grudnia 2012

Kuracja z marokańskim olejkiem arganowym Advence Techniques Avon

Kuracja z marokańskim olejkiem arganowym Advence Techniques Avon
Nie jestem fanką Avonu. Nigdy nie byłam i pewnie nigdy nie będę. Aczkolwiek po kilkuletniej przerwie z tą firmą skusiłam na dwa zamówienia z katalogów.
Dziś, kilka słów o produkcie, który w całym katalogu kusił mnie najbardziej a więc Odżywczej kuracji z marokańskim olejkiem arganowym z Advence Techniques





Produkt ten kupiłam w ciemno, nie weryfikując składu czy opinii na jego temat. Spodziewałam się silikonowej bomby z odrobiną oleju gdzieś na koncie składu. I właśnie to dostałam. 
Olej arganowy znajduje się na dziesiątym miejscu w składzie. Substancja zapachowa znajduje się na piątym - to chyba wiele wyjaśnia.

Sam kosmetyk zapakowany jest w estetyczne szklane opakowanie z pompką. Z pewnością je sobie pozostawię gdy się skończy - na szczęście już niedługo. Kolor płynu jest złoto-żółty, jak prawdziwy olej, chyba dla zmylenia przeciwnika. 


Kuracja ta nie działa na moje włosy praktycznie w ogóle. Chociaż nazywanie tego produktu 'kuracją' jest bardzo przesadzone. To raczej produkt do zabezpieczania końcówek. Na początku bałam się obciążenia więc używałam skromne pół pompki - zero efektu. Teraz nakładam dwie pompki (włosy lekko za ramiona) na końce i zauważam lekkie wygładzenie włosów. Plusem jest to, że nie obciąża. 

Czy kupię ponownie?
Z pewnością nie. Zwykły jedwab w moim przypadku sprawdza się dużo lepiej.

środa, 26 września 2012

Bingo Spa. Peeling błotny do twarzy. Kwasy owocowe.

Bingo Spa. Peeling błotny do twarzy. Kwasy owocowe.

Parę miesięcy temu skusiłam się na zamówienie ze strony Bingo Spa. W pierwszych planach miałam poszaleć z żelami pod prysznic, jednak koniec końców zdecydowałam się na zakup trzech kosmetyków do pielęgnacji twarzy: peelingu i dwóch masek. (40zł z przesyłką) 
Dziś zacznę od Peelingu błotnego do twarzy - kwasy owocowe
Na początek może kilka słów o opakowaniu. A jest ono bardzo w moim guście. Skromny przeźroczysty słoiczek z papierową, estetyczną nakleją. I ta naklejka jednak nie po końca mnie satysfakcjonuje, bo papier jak to papier, szybko się niszczy. Ale przecież opakowanie nie jest najważniejsze.
Co o produkcie? Śmierdzi niesamowicie. Wizualnie jest paskudny, co zresztą same widzicie na zdjęciach.
A działanie? Na sześć. Jest to peeling drobno ziarnisty o delikatnych drobinach. Nakładam go na suchą skórę, bo na mokrej drobiny są praktycznie niewyczuwalne. Po kilkuminutowym masażu skóra jest wprost fantastyczna. Miękka, gładka. Peeling świetnie redukuje suche skórki. W żadnym stopniu nie podrażnia, nie uczula. 
To najlepszy tego typu produkt, który miałam okazję używać do tej pory - a uwierzcie, było tego mnóstwo. 
Z pewnością kupię kolejne opakowanie, ale żałuję, że nie jest on dostępny stacjonarnie.







niedziela, 24 czerwca 2012

Alterra, nawilżane chusteczki oczyszczające do skóry suchej i wrażliwej

Alterra, nawilżane chusteczki oczyszczające do skóry suchej i wrażliwej
Nie przepadam raczej za wynalazkami do demakijażu. Wszelkie chusteczki czy płatki raczej omijam szerokim łukiem, bo po kilku takich zakupach doszłam do wniosku, że po prostu nie nadają się po porządnego demakijażu a używane codziennie zazwyczaj wychodzą dużo drożej niż normalny kosmetyk.
Jednak gdy na nasz rynek wyszła Alterra postanowiłam się na ich chusteczki do demakijażu skusić.

Producent w estetycznym opakowaniu  za niewielkie pieniądze (max. 4zł?) oferuje nam 25 chusteczek.
Chusteczki są świetne jakościowo. Odpowiednio duże, dosyć grube (nie rwą się), mięsiste, ich faktura ułatwia oczyszczanie. Dodatkowo są odpowiednio nasączone, wręcz mokre. Minusem może być to,że zdarza im się lekko spienić na twarzy.
Właściwości oczyszczające? Naprawdę przyzwoite. Chusteczki są w stenie zmyć tusz, cienie i żelowy liner. Jednak wymaga to trochę czasu i tarcia więc jako opcja codzienna niestety odpadają. Ale w wyjątkowych sytuacjach (lenistwo, choroba, wypady czy dobra impreza;) są niezawodne. To już moje kolejne opakowanie i nie zamierzam ich zmieniać.
Skład krótki i naturalny. Polecam z całego serca.








piątek, 22 czerwca 2012

Ziaja, Oliwkowa, Naturalny płyn micelarny. Kolejny zawód...

Ziaja, Oliwkowa, Naturalny płyn micelarny. Kolejny zawód...
Mam mieszany stosunek do firmy Ziaja. Mimo, ze zachwycałam się nią w latach mojej młodości, teraz coraz rzadziej decyduję się na zakup ich produktów. Ceny zaczynają dorównywać innym markom, produkty nie są aż tak atrakcyjne, a działanie na mojej skórze pozostawia wiele do życzenia. Jednak ostatnio skusiłam się na Ziaja, Oliwkowa, Naturalny płyn micelarny. Za 200ml zapłaciłam niespełna 9zł.

W przeszłości miałam wątpliwą przyjemność używać płynu z serii Sopot Spa oraz Jaśmin. Z żadnego nie byłam zadowolona. Powodowały u mnie nie pieczenie skóry twarzy i podrażnienie oczu. Dodatkowo właściwości oczyszczające najlepsze nie były również. No ale, postanowiłam dać szansę kolejnemu dziecku firmy Ziaja i...

Od początku. Płyn na bardzo ładne, zielone opakowanie. Cieszy ono moje oczy. Zatyczka jest całkiem solidna, nic się nie połamało przy codziennym użytkowaniu. Płyn łatwo się otwiera - nie ma obawy o paznokcie. Kosmetyk określiłabym jako bezzapachowy, ja przynajmniej nie wyczuwam w nim żadnej konkretnej nuty zapachowej.
Działanie?
Producent obiecuje nam oczyszczanie twarzy i demakijaż oczu. Obiecuje. I obietnic nie spełnia. Działanie płynu określiłabym jako słabej jakości tonik. Zmywanie nim tuszu trwa wieczność, a i tak nie możemy spodziewać się idealnie czystych oczu. Z podkładem również radzi sobie średnio. Jako plus (chociaż co to plus...) zaznaczę, że nie zrobił mojej skórze krzywdy jak jego poprzednicy. Moim zdaniem jest to produkt nie warty zachodu. Wolałabym tych kilka złotych przeznaczyć na kilogram truskawek ;)






wtorek, 19 czerwca 2012

Lilabelle, Kate Moss

Lilabelle, Kate Moss
Kate Moss, Lilabelle

KWC:

Kate Moss prezentuje zapach dla nieco młodszych odbiorców niż jej poprzednie edycje perfum. Nowy zapach Kate Lilabelle przeznaczony jest dla dziewcząt, które dopiero uczą się, jak być kobietą i kobiet, które czują się jak młode dziewczyny.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: mandarynka, frezja, osmantus
nuta serca: lilia, jaśmin, frangipani
nuta bazy: ambra, heliotrop, drzewo sandałowe, piżmo


Nie jestem fanką zapachów Kate Moss. Nie jestem też fanką samej Kate. Ale przyznaję, gdy w okolicy świąt w Rossmanie dojrzałam kartonik Lilabelle byłam zdziwiona. Kokainowa Kasia zaserwowała nam coś różowego. Coś co teoretycznie w ogóle do niej nie pasuje. Ale rzuca się w oczy. Po przyjściu do domu przeczytałam opinie w internecie. Nie były najgorsze. Cena perfum też nie przerażała 50zł za 30ml. Zdecydowałam się na zakup. Zakup w ciemno - nie był dostępny tester.
I tym sposobem  Lilabelle towarzyszy mi w codziennym  życiu. Lilabelle pachnie kobietą. Ale nie modelką z problemami. Pachnie ciepło, kobieco, wiosennie. Nie spodziewałam się tego.  Ale jestem miło zaskoczona. Na pewno zdecyduję się w dalszej przyszłości na kolejny flakon.
A co do flakonu:  jest dziewczęcy, estetyczny, uroczy, mnie osobiście zachwyca grawer na korku.
Trwałość przyzwoita.




niedziela, 17 czerwca 2012

Curious, Britney Spears.

Curious, Britney Spears.
Dziś kilka słów o perfumach Curious Britney Spears.

KWC:
Jest to nowoczesny, kwiatowy zapach adresowany dla mlodych, spontanicznych, ciekawych życia i odważnych kobiet. Nowoczesna kompozycja zapachu Curious odzwierciedla pełną ekspresji twórczość piosenkarki. Kwiatowe nuty zapachowe w nim zawarte jak każdy nowy przebój Britney gwarantują pewny hit !

Nuty zapachowe:
nuta głowy: luizjańska magnolia, gruszka, kwiat lotosu
nuta serca: wanilia, drzewo sandałowe
nuta bazy: tuberoza, jaśmin, różowy cyklamen


Nie jestem wielką fanką zapachów gwiazd. Bo zazwyczaj wszystkie wydają mi się być robione na jedno kopyto. Dodatkowo ceny też nie są zachęcające (15ml za 50zł? Litości). 
Curious pierwszy raz miałam przyjemność powąchać w jakiejś wypasionej perfumerii w Budapeszcie. Miałam wtedy 17 lat i zakochałam się. Byłam nawet gotowa zakupić flachę bo cena była znośna, ale powstrzymałam się.  Posiadaczką flaszki stałam się przypadkiem (ot, siostra miała mi kupić Amor Amor Cacharel ale zbrakło i na szybko pytała się mnie czy Britni może być. Mogła.  (30ml 10funtów)

Nie podoba mi się opakowanie. Ale nie ukrywam, mając naście lat to ono przyciągnęło mój wzrok. Jest tandetne, niebieskie, miało jeszcze zawieszkę z różowymi serduszkami z plastiku, ale zaliczyła kosz.
A sam zapach? Zapach ma coś w sobie z pudrowości. Ale nie do końca. Wydaje się słodki. Ale to też nie to.  Jednak połączenie słodyczy i pudru z jakimiś niezidentyfikowanymi dla mnie - laika nutami, daje bardzo przyjemne połączenie dla mojego nosa. Nie jest to mój zapach codzienny, bo w nadmiernej ilości zaczyna mnie męczyć, ale od czasu do czasu sięgam po niego z przyjemnością.  Jest dosyć trwały. Na drugi dzień wyczuwam zapach na szaliku.

W mojej sztuce przy psikaczu, pod korkiem zdarła się nieestetycznie farba. 



czwartek, 14 czerwca 2012

Co mnie zachwyca? Mydło węglowe - Mydlarnia Tuli.

Co mnie zachwyca? Mydło węglowe - Mydlarnia Tuli.
Miesiąc temu skusiłam się w końcu za zamówienie z osławionej już Mydlarni Tuli. Dotarło do mnie sześć mydełek, z czego jedno oddałam w dobre ręce. A sama zaczęłam testować w pierwszej kolejności Mydło węglowe
Używałam go do mycia twarzy. Mini kostka wystarczyła mi na 3 tygodnie codziennego użytkowania 1-2 razy dziennie. 
Mała kostka kosztuje zaledwie 4zł (ok.35g), duża 10zł (90-100g).
Producent obiecuje nam silne działanie oczyszczające, oczyszczanie porów, usuwanie toksyn, zanieczyszczeń. Ma łagodzić podrażnienia, przyśpieszać gojenie. Ma działać przeciwbakteryjnie, przeciwzapalnie, przeciw-wirusowo. Ma również rozjaśniać skórę.
Mimo, że początkowo nie przejawiałam dużego zaufania do mycia twarzy mydłem, jestem zachwycona i oczarowana. Przyznaję, wcześniej używałam do mycia delikatnych żeli bez SLSów. Wszelkie mocne zele do mycia skóry zawsze pogarszały stan mojej skóry, więc dystans miałam duży. Jednak na chwilę obecną jestem w stanie zgodzić się z producentem: mydło gruntownie oczyszcza moją skórę, poprawia jej kondycję, nie powoduje zapchania czy wysuszenia. Zauważyłam gruntowne oczyszczenie porów, co jest niewątpliwym plusem. Nie zauważyłam rozjaśnienia skóry -być może wina lezy po stronie zbyt krótkiego użytkowania. Nie używałam go również do ciała czy włosów, więc nie jestem się w stanie wypowiedzieć na ten temat. Samo mydło jest dosyć wydajne, ma gęstą, na początku szarawą pianę i mydlany zapach.
Na chwilę obecną to najlepszy kosmetyk oczyszczający jaki miałam przyjemność używać do mycia twarzy do tej pory i na pewno skuszę się na kolejną kostkę.
A Wam serdecznie je polecam.



wtorek, 22 maja 2012

Ziaja Pro: maska oczyszczająca z glinką zieloną + mikro-dermabrazja.

Ziaja Pro: maska oczyszczająca z glinką zieloną + mikro-dermabrazja.
Przyznaję się bez bicia, że od momentu gdy Ziaja wypuściła na rynek serię Pro moja chęć posiadania była duża. Jednak nie wiedząc co bym konkretnie chciała spróbować zakup odkładałam na później. Później nadeszło parę miesięcy temu. Zdecydowałam się na maskę oczyszczającą z glinką zieloną + mikro-dermabrazję. Produkt kupiłam w pasażu na ternie pewnego hipermarketu. Którego nie lubię i do którego raczej nie chodzę, więc Ziaję stacjonarnie okryłam dosyć późno. Za 250ml maski zapłaciłam niespełna 30zł. Na alledrogo oczywiście można ją dostać w mniejszej cenie, ale dochodzi koszt przesyłki.

Maska ta jest skierowana do posiadaczek skóry tłustej/mieszanej. Śmiem twierdzić, że moja skóra na chwilę obecną znormalniała i jest skórą normalną ze skłonnością do zanieczyszczeń, rozszerzonych porów i przesuszenia. Z tego też względu maski oczyszczające i peelingi są jej niezbędne. Ale przejdźmy do rzeczy.

Maska posiada sympatyczny pastelowy miętowy kolor. Zapach nie należy do najpiękniejszych, trudno mi go do czegoś porównać, jest po prostu kosmetyczny i wyczuwalny wyłącznie gdy wsadzimy nos do pudełka. Konsystencja jest dosyć lekka, kremowa, maska nie zastyga na twarzy na amen. W opakowaniu tego nie widać, ale posiada ona maleńkie drobinki, które wyczuwalne zaczynają się robić przy kontakcie kosmetyku na skórą. Świetna to sprawa moim zdaniem. Sama przed nałożeniem maski (tak jak zaleca producent - grubą warstwą) nakładam jej najpierw odrobinę wykonując przy tym peeling. Nie widać a czuć ;) Później przy pomocy pędzla (do podkładu - zdjęcie na dole) nakładam maskę i czekam. Producent zaleca pozostawić maskę na 5-10 minut. Jednak jako, że pozostawienie na czas dłuższy nie robi mojej skórze krzywdy, a wręcz przeciwnie, więc zazwyczaj siedzę z nią na twarzy 20-30 minut.

Producent obiecuje nam dokładne oczyszczenie porów, złuszczenie martwych komórek naskórka, działanie ściągające i koniec końców zmniejszenie rozszerzonych porów.
Czy obietnice są spełnione?
Maska po jednorazowym użyciu daje efekt przeciętnej maski oczyszczającej. Skóra wygląda trochę lepiej. Jednak sekret tego produktu tkwi w systematyczności. W momencie gdy przemogę swoje lenistwo i używam tego produktu co 3, 4 dni moja skóra promienieje. Twarz jest oczyszczona i wygładzona. Nie pojawiają się na niej suche skórki. Co do porów niestety cudów nie działa, ale moich to już chyba nic nie ogarnie.

Z całego serca ten kosmetyk polecam. Sama zużyję go z przyjemnością i z pewnością zakupię w przyszłości (dalszej, bo bo skusiłam się na podobny produkt innej firmy, ot, dla porównania) kolejną sztukę.
Ziaja dostaje ode mnie zasłużone 5.








wtorek, 15 maja 2012

KOBO MAGIC CORRECTOR MIX

KOBO MAGIC CORRECTOR MIX
Jednym z najbardziej cieszących się Waszym zainteresowaniem postem był ten na temat KOBO, MAGIC CORRECTOR MIX czyli poczwórnej palety kolorowych korektorów. Ja swoją sztukę kupiłam pod koniec 2010 roku (tak, nadal jej używam - termin ważności mają do października roku bieżącego). Stwierdziłam, że po tak długim okresie użytkowania ich przeze mnie warto zrobić odświeżenie tejże recenzji co też właśnie czynię.

Jak i wcześniej zacznę od opakowania. O ile opakowania innych kosmetyków tej firmy są całkiem w porządku to tutaj się zupełnie nie popisali. Farba schodziła pod wpływem ciepła palców, przy odrobinie nieuwagi, a raczej przy braku nadmiernej uwagi banalnie prosto było zrobić sobie czarne plamy na twarzy. Śmiem twierdzić, że dla firmy która chce pozować na profesjonalną (haha) to totalny samobój. Aczkolwiek plastikowe wieczko mimo użytkowania i przewalania się po wszelkiej maści kosmetyczkach jest nadal w całości - czego się nie spodziewałam bo wygląda mizernie.




Producent oferuje nam cztery kolory w opakowaniu, jest to: biel, zieleń, fiolet i róż. Niby fajna sprawa, ale koniec końców życie zweryfikowało co jest dla mnie przydatne i praktycznie używam jednego koloru.
1. Zielony: jak wiadomo, zieleń kryje wszelkiej maści zaczerwienienia. Ten kolor po starannym wklepaniu pozostawia lekką warstewkę którą jest w stanie przykryć każdy podkład o średnim kryciu. Nada się on dla osób ze skórą naczynkową bądź rumieniem. Ja sama używałam tego koloru po zakupie, ale na chwile obecną stwierdzam, że jest mi on zbędny.
2. Fioletowy zamaskuje ciemne plamy i przebarwienia. Nie posiadam. Testowałam go jako korektor pod oczy, jednak nie dawał efektu świeżego spojrzenia, na czym jedynie mi zależało. Poużywałam go trochę i leży.
3. Biały: konturowanie twarzy, ekstremalne rozjaśnienie okolicy pod oczami. Przyznaję, dzięki jego pomocy możemy świetnie wykonturować naszą twarz. Nakładam go na kości policzkowe dzięki czemu można optycznie 'ulepszyć' kształt naszej twarzy. Ale nie jest no na pewno opcja codzienna - do tego wystarczy mi zwykły rozświetlacz. Nie używam go pod oczy bo daje zbyt teatralny efekt, zwany potocznie pandą.
4. Róż: mój ulubieniec. Świetnie nadaje się pod oczy. Posiada największe zużycie co świadczy o tym, że używam go najczęściej. Różowy kolor świetnie rozpromienia okolicę pod oczami. Optycznie leczy zmęczenie, niewyspanie a także kaca ;) Cienka warstwa na powiece przywraca okolicy oczu blask. Mój ideał, ale na pewno nie na co dzień, o czym za chwilę.



Korektory mają BARDZO gęstą konsystencję. O ile fajnie się to sprawdza na skórze twarzy to pod oczami jednak staram się uważać i ich nie nadużywać. Na co dzień wybieram dużo lżejsze produkty. Mimo specyficznej konsystencji łatwo wklepać je w skórę. Zapewniają dobre krycie. Są diabelsko wydajne.
Do minusów można zaliczyć fakt, że bardzo łatwo do produktu przylepiają się wszelkiej maści kłaczki, czego nie cierpię. No i fakt, że najlepiej nakładać je palcem, co może być uniedogodnieniem dla fanek pędzli.

Szczerze mówiąc wiem, że na pewno nie kupię kolejnej sztuki. Chyba, że Kobo wypuści róż w wersji solo, wtedy mogłabym się zastanowić. Ale cieszę się, że miałam okazję je przetestować, mogłam zobaczyć jaki kolor mojej skórze służy. Produkt nie jest drogi - kosztuje 20zł.

niedziela, 6 maja 2012

Miss Sporty, Fabulous Lash, Curved brush.

Miss Sporty, Fabulous Lash, Curved brush.
Maj zaczął mi się pracowicie więc znowu na chwilę opuściłam bloga. Nie ułatwia mi systematyczności brak zdjęć wywołany brakiem aparatu. Posiadam jedną sztukę, której w żadnym stopniu nie umiem obsłużyć i zrobić nim sensownego zbliżenia. Mój 'roboczy' aparat poleciał w świat i czekam na jego powrót.
Z braku laku zweryfikowałam zdjęcia na dysku i udało mi się znaleźć coś na dziś. Mianowicie:

Miss Sporty, Fabulous LASH, Curved BRUSH





Co można powiedzieć o tym tuszu? Jest to typowy tusz dzienny, dla osób niewymagających cudów. Aczkolwiek ja oceniam go całkiem pozytywnie. Opakowanie osobiście mnie drażni, nie podoba mi się ani kształt, ani kolor, ogólna estetyka. Szczoteczka jest standardowa - nie silikonowa. Wygięta. Rozmiarowo niewielka, całkiem nieźle można nią manewrować przy zewnętrznych kącikach oczu by malowanie rozpocząć już od nasady rzęs - z czym ja osobiście miewam problemy. Tusz jest czarny. Przyzwoicie czarny.Nie skleja rzęs. Producent obiecuje nam efekt podkręcenia, niestety nie jestem w stanie się na ten temat wypowiedzieć (moje rzęsy są odporne nawet na zalotkę) ale po pomalowaniu rzęsy nie są też smętnie oklapnięte co dla mnie jest plusem.

Podsumowując: dla osób który lubią na co dzień lekkie pokreślenie rzęs, dla fanek efektu sztucznych rzęs odradzam. Sama raczej nie kupię ponownie. Wolę tusze z Essence.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Perfumy.

Perfumy.
Jakiś czas temu wykonałam poniższe zdjęcie gdzie znajdują się puste niestety w większości już flakony moich ulubionych wiosenno-letnich perfum ostatniego sezonu. Patrząc na beznadziejną pogodę za oknem postanowiłam napisać o nich kilka słów :))




1.Donna Karan, DKNY Be Delicous

Nuty: jabłko, ogórek, grapefruit, magnolia, tuberosa, biała konwalia, roża, fiołek, drzewo sandałowe, bialy amber

Nie polubiłam się z tym zapachem na początku. Drażniła mnie wyczuwalna w pierwszej chwili nuda ogórka. Ale po pewnym czasie słodka świeżość tych perfum przesłoniła mi początkowe wady.


2.Donna Karan, DKNY Be Delicous Fresh Blossom

Nuty zapachowe: grejpfrut, porzeczka, brzoskwinia, róża, płatki jaśminu

Bije na głowę wersję klasyczną. Jest piękny. Jest bardzo kobiecy mimo owocowych nut.
No i te opakowania przypominające jabłka....


3. Escada, Ocean Lounge

uty zapachowe:
nuta głowy: mrożone liczi
nuta serca: beza truskawkowa, sorbet z płatków fiołka
nuta bazy: wanilia

100 % cukru w cukrze. Niesamowicie słodki i owocowy zapach. Tak słodki że aż drażniący dla nosa w większych ilościach, więc nie był to mój codzienny zapach.


4.Tommy Hilfiger, Tommy Girl

Nuty zapachowe:
nuta głowy: czarna porzeczka, jabłko, mandarynka, mięta
nuta serca: wrzos, kapryfolium, fiołek, róża, jaśmin, magnolia, lilia
nuta bazy: drzewo sandałowe, drzewo cedrowe

Zapach zbierający najwięcej komplementów i mój ulubiony. Mimo, że jest intensywny nie przytłacza. Mimo, że ma w sobie owocowe nuty nazywanie go zapachem owocowym to moim zdaniem wręcz grzech... UWIELBIAM!




A czym Wy będzie pachnieć tej wiosny bądź latem?

Ja na pewno Kate Moss Lilabelle, Suddenly (czyli wdzięczną podróbką z Lidla) i Tommy Girl (muszę zacząć polowania na nową sztukę :)
Copyright © 2016 KOSMETYKOHOLICZKA , Blogger